Ziemia dygoce, uciekać stąd trzeba - "Hobbit. Bitwa Pięciu Armii"

12/31/2014

Ziemia dygoce, uciekać stąd trzeba - "Hobbit. Bitwa Pięciu Armii"

Razem z mijającym rokiem 2014 kończy się przygoda, jaką był powrót do Śródziemia. Historia zatoczyła koło - Bilbo wrócił do Shire, gdzie 111 lat później rozpocznie się zupełnie inna opowieść. A ja wróciłam z kina do domu, z jednej strony w poczuciu zachwytu, z drugiej - niedosytu. To rozdarcie towarzyszyło mi przez cały seans i towarzyszy do tej pory, bo trzecia część "Hobbita" to niestety film mocno nierówny, chociaż z całą pewnością wart zobaczenia.
Oni tworzyli Historię, czyli filmy które ktoś powinien nakręcić cz. 2

12/25/2014

Oni tworzyli Historię, czyli filmy które ktoś powinien nakręcić cz. 2

Zacznijmy od tego, że nie cierpię filmów stricte biograficznych – to jest takich, które stawiają sobie za cel pokazanie całego życia bohatera, od narodzin/młodości do śmierci. Siłą rzeczy takie filmy stają się zbitką scen inscenizujących najważniejsze wydarzenia z życia danej postaci – i tylko dobrze dobrany odtwórca głównej roli jest w stanie uczynić film mniej nudnym. Filmy biograficzne liczą się dla mnie tylko w dwóch przypadkach. Pierwszy - kiedy pokazują zaledwie wycinek życia jakiejś znanej lub mniej znanej postaci, koncentrując się tylko na jakimś ważnym dla niej zdarzeniu – jak „Bogowie” albo „Jak zostać królem”. I drugi – kiedy o bohaterze wiadomo na tyle niewiele, że scenarzysta ma spore pole do popisu w wypełnianiu białych plam, lub wręcz perfidnie zmyśla. Stąd mam wielką słabość do wszelkich filmów o Szekspirze, z „Anonimusem” na czele. I wcale nie przeszkadza mi niezgodność z tzw. „prawdą historyczną”, bo lubię tejże prawdy dochodzić sama. Po tym przydługim wstępie czas na moją subiektywną listę postaci, którymi zdecydowanie powinni zainteresować się filmowcy – zarówno historycznych, jak i współczesnych. Punktów tym razem jest mało, chociaż trochę oszukuję - pojawiają się na liście i duety, i kwartet. Wszystko dlatego że lista znowu wyszła zbyt długa a połowę stanowili pisarze i poeci, którym może kiedyś poświęcę osobny wpis ;-)

1) Janne Ahonen, Adam Małysz, Sven Hannawald, Martin Schmitt
Chyba wszyscy Polacy z sentymentem wspominają pierwsze lata „Małyszomanii”. Sensacyjne zwycięstwo Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni, rywalizacja z Martinem Schmittem a potem ze Svenem Hannawaldem, to wszystko wręcz wymarzony temat na dobry film sportowy. W cieniu tych biografii kryje się mrukliwy Janne Ahonen, który jest ciekawym przykładem skoczka „wyhodowanego” – od dziecka tresowanego na mistrza przez speców ze Suomen Hihtolito. Mamy więc wzloty i upadki (a upadki w skokach narciarskich to nie metafora), rywalizację zarówno o pierwsze miejsce na podium, jak i o serca kibiców. Bez względu na to, który z tych czterech zawodników zostałby protagonistą filmu, byłoby ciekawie. Poza tym poza koreańskim „Jump!” nikt jeszcze chyba nie nakręcił filmu o skokach narciarskich. Zapewne ze względu na brak odpowiednio chudych aktorów. Ale odchudzanie to pierwszy krok do Oscara, więc…

Janne Ahonen jest tak bardzo unikatowy, że nie wiem, kto mógłby go zagrać...
Mój list do filmowego Mikołaja, czyli filmy które ktoś powinien nakręcić cz. 1

12/21/2014

Mój list do filmowego Mikołaja, czyli filmy które ktoś powinien nakręcić cz. 1

Grudzień to czas który w większości mediów sprzyja „szaleństwu katalogowania”, jak nazwałby to Umberto Eco. Z jednej strony prezentowniki, z drugiej podsumowania mijającego roku, z trzeciej – oczekiwania i przepowiednie na kolejny. To samo możemy zaobserwować wśród piszących o filmie. Przeczytałam już jednak tyle podsumowań i oczekiwań, że pisanie kolejnego byłoby tylko powielaniem, postanowiłam więc stworzyć swój własny katalog – filmów, które w następnym i kolejnych latach najchętniej zobaczyłabym na ekranach kin, a które są na razie w sferze marzeń, czasem – na szczęście – reżyserów lub scenarzystów, czasem – niestety – wyłącznie moich. Wyszła mi obłędnie długa lista, którą w ramach katalogowego szaleństwa postanowiłam podzielić na kilka wpisów. Oto zatem, święty reżyserski Mikołaju, lista moich filmowych marzeń.

Na pierwszy ogień idą marzenia o ekranizacjach książek. Co prawda z wymienionych niektóre już zostały zekranizowane, ale np. zrobiono z nich kiepski serial, a zasługują na porządny blockbuster (Azazel), zostały zekranizowane źle albo... no, albo są Wiedźminem który wymyka się skali. Od jakich autorów odkupiłabym prawa i na jakie filmy dałabym miliony dolarów, gdybym była wszechwładnym producentem? Ano, na takie oto:

Ekranizacje książek

1) Andrzej Sapkowski, Saga o Wiedźminie

A może by tak zniszczyć wszystkie kopie i nakręcić to od początku? źródło: www.alekinoplus.pl
Chodzę do kina tylko na hity, czyli czym się różni dystrybutor

9/04/2014

Chodzę do kina tylko na hity, czyli czym się różni dystrybutor

Ładnych parę lat temu miałam niewątpliwą przyjemność pisania recenzji filmowych dla gazety studenckiej i był to czas, gdy doprawdy czułam się jak rasowy dziennikarz. Nie dość że wchodziłam w miejsca niedostępne dla przeciętnego widza, to jeszcze miałam okazję obejrzeć kilka hitów sporo przed premierą. Moja kariera recenzenta skończyła się jednak wkrótce z rozpoczęciem stałej pracy (ech… kto ustala te pokazy prasowe na 10 rano?), pozostała jednak przydatna dla kinomana umiejętność rozróżniania poszczególnych dystrybutorów filmowych. W pewnym momencie doszło już do tego, że poznawałam dystrybutora po plakacie (jeśli tytuł filmu ma „Król” w tytule, a w filmie gra Colin Firth, to na 99% Kino Świat). Tymczasem dystrybutorzy robią wszystko, żebyś ich nie znał. Widać to zwłaszcza po profilach na facebooku. Na problem dystrybutorów ukrywających się pod atrakcyjnymi nazwami zwracał już uwagę Piotr Pluciński, pytając o etykę takich działań. Trochę z inspiracji tym wpisem postanowiłam przyjrzeć się poszczególnym dystrybutorom i ich strategiom, prezentowanym głównie na facebookowych profilach. Chociaż na pierwszy rzut oka Kino Świat, UIP, Best Film mogą zlewać się w szarą masę, to po pewnym czasie daje się zauważyć bardziej i mniej subtelne różnice w metodach, jakie stosują w walce o widza.


KINO ŚWIAT (www.facebook.com/lubiekino)

Kino Świat zaczęłam kojarzyć jako dystrybutora filmów Woody’ego Allena i ich dość kontrowersyjnej promocji, która polegała na jednym – przekreśleniu dokonań twórcy „Annie Hall” i „Manhattanu” i przekonanie młodszych widzów, że to twórca sympatycznych komedii romantycznych. Skutek był fenomenalny, „Vicky Cristina Barcelona” czy „O północy w Paryżu” odniosły w naszym kraju porażające triumfy. Ale Kino Świat to przede wszystkim ten dystrybutor, który jest w stanie, by wszyscy uwierzyli, że „na ten film czeka cała Polska”. Tak było z „Jesteś Bogiem”, tak było z „Pod Mocnym Aniołem”, dokonali również niemożliwego i sprawili, że „Atlas chmur”, który poniósł porażkę za oceanem, w Polsce przez 9 tygodni utrzymywał się na pierwszym miejscu box office-u. Uparcie promują również, zazwyczaj słabej jakości, animacje europejskie typu „Sarila” (hasło reklamowe – jak dać chodu z Krainy Lodu oraz „Leming i husky wieją z Alaski” – aaaaaa…). Ale trzeba im przyznać - mają nosa do hitów i są w stanie sami taki hit wykreować. Byli m.in. dystrybutorem „Jak zostać królem”, „Obławy”, a teraz spektakularnie promują „Miasto 44” Jana Komasy. Tak, to ten film którego przedpremierowy pokaz odbył się na Stadionie Narodowym. To się nazywa przytup.

Z uroczego chłopca zrobić androida - grafik płakał, jak projektował.
źródło: Filmweb.pl


Odkrywcy, skarby i planety czyli "I'm still here" razy pięć

8/31/2014

Odkrywcy, skarby i planety czyli "I'm still here" razy pięć

„Planeta skarbów” to jeden z mniej docenianych filmów Disneya. Science-fiction inspirowane „Wyspą skarbów” Stevensona nie spodobało się widzom i zrobiło na świecie niewiarygodną klapę. Brakowało wątku romansowego (nie ma księżniczki! Zgroza!), futurystyczna kreska połączona z animacją 3D była nowością, do tego twórcy odeszli od musicalowych tradycji – w filmie pojawia się tylko jedna, jedyna piosenka!



Tyle dobrego, czyli Comic-Conowe trailery

8/03/2014

Tyle dobrego, czyli Comic-Conowe trailery

Tydzień temu zakończył się Comic-Con, święto geeków i raj dla wszystkich miłośników popkultury. Wbrew nazwie, już dawno przestał być kojarzony wyłącznie z komiksami, a dla twórców filmowych to drugi moment po finale Super Bowl, na który czekają aby zaprezentować najbardziej wyczekiwane zwiastuny najbardziej wyczekiwanych filmów szerokiej rzeszy fanów. Razem z panelami, dyskusjami i spotkaniami z aktorami. Ech, czemu mnie tam nie było? No to co nas czeka w superprodukcjach?


INTERSTELLAR - reż. Christopher Nolan



Właściwie samo nazwisko reżysera starcza za całą reklamę filmu i wszelkie teasery, trailery, plakaty, recenzje są już niepotrzebne. A dystrybutor Nolana doskonale o tym wie i w kolejnych zwiastunach, zamiast upychać najciekawsze sceny i wszystkie dwa wybuchy, umiejętnie podsyca ciekawość widzów. Po pierwszym teaserze zapowiadało się, że Interstellar będzie filmem o tym, jak Mathew McConaughey wzrusza się, jadąc przez pole kukurydzy. Po kolejnym było już wiadomo nieco więcej, w trzecim z kolei przenosimy się już w kosmos, a widzowie na forach internetowych prześcigają się w zgadywaniu zakończenia, chociaż tak naprawdę ciągle niewiele wiadomo, poza tym że wzruszony McConaughey ma wyruszyć w kosmos i ocalić świat. Trailer stawia raczej na klimat niż na mocne uderzenie i sporo osób kręci nosem - ja po prostu filmu nie moge się doczekać.

HOBBIT: BITWA PIĘCIU ARMII - reż. Peter Jackson



Ostatni powrót do Śródziemia - na ten trailer czekali chyba wszyscy. No i cóż - jest. Zdecydowanie, moim zdaniem, najsłabszy spośród zapowiedzi filmów Jacksona - właściwie jest to zbitek niewiele mówiących scen, z których dowiadujemy się tylko tyle, ze ma być jakaś bitwa. Thorin nadal jest patetyczny, Bilbo sympatyczny, Orlando Bloom wygląda jak android. Ja po tym zwiastunie obawiam się rozciągniętej na dwie i pół godziny sceny batalistycznej, poprzeplatanej przemowami. To, co sprawdziło się w "Dwóch Wieżach" w Hobbicie niekoniecznie będzie miało rację bytu - nie oszukujemy się, to nie na żadną Bitwę Pięciu Armii czekają widzowie - gdzie smok, ja się pytam?

Świat, który mógłby się przydarzyć - krótkie filmy ze steampunkiem w tle

7/28/2014

Świat, który mógłby się przydarzyć - krótkie filmy ze steampunkiem w tle

Steampunk to takie fantastyczne niewiadomoco. We wszelkich klasyfikacjach powieści, filmów czy seriali trafia zazwyczaj do szufladki z napisem "inne", bo jakoś nie wszyscy chcą uznać go za science-fiction. A przecież steampunk, chociaż w niczym nie podobny do twórczości Lema, jest paradoksalnie bardziej związany z science-fiction - czerpie przecież z samego źródła, czyli czasów gdy rodził się ten gatunek. Czasów, gdy swoje powieści tworzyli Jules Verne i Herbert George Wells, gdy pędzący naprzód postęp rozpalał wyobraźnię tysięcy wynalazców, marzących o idealnym świecie, w którym pokój zapewnią technika, maszyny i para - a z drugiej strony czasów polityków, którzy wynalazców i ich maszyny próbowali wykorzystać dla celów bynajmniej nie pokojowych. Połową globu władała wtedy posępna królowa Wiktoria, a powściągliwi dżentelmeni zarówno zachwycali się postępem medycyny, nauki i techniki, jak i chętnie uczestniczyli w seansach spirytystycznych i okultystycznych. Czasów, gdy ten cały okropny dwudziesty wiek dopiero miał się wydarzyć. Belle epoque. 

Cała ta otoczka jest dla steampunka niezwykle ważna. O ile fantasy nie musi dziać się w fikcyjnym średniowieczu, o tyle steampunk pełnymi garściami czerpie z czasów wiktoriańskich, tworząc alternatywną wersję historii, w której nie wynaleziono elektryczności, a cała technika opiera się na mechanice i parze. Wszystko to sprawia, że steampunk można poznać już po kilku charakterystycznych elementach. Obowiązkowe sterowce na niebie, kręcące się trybiki rozpoczynają większość steampunkowych filmów. W przypadku niektórych, na przykład "Invention of love" można właściwie odhaczyć większość elementów charakterystycznych dla tego gatunku. Sterowce? Są. Mechaniczne zwierzęta i rośliny? Są. Młody wynalazca i jego ukochana w długiej sukni? Są. Tym, co odróżnia ten film od wielu innych jest fakt, że steampunkową otoczkę wykorzystano tu do stworzenia historii miłosnej, a o stworzeniu historii w ogóle zdecydowana większość twórców, zachłyśnięta własnymi pomysłami na mechaniczne potworki, często zapomina. Niemniej jednak film jest steampunkiem odrysowanym od linijki, jak odrobiona lekcja i nieszczególnie za nim przepadam.




Alkoholowa alchemia, czyli "Bartender" Piotra Budzowskiego

7/19/2014

Alkoholowa alchemia, czyli "Bartender" Piotra Budzowskiego

Jeśli chodzi o literaturę fantastyczną, Polacy naprawdę mają się czym pochwalić, a ta część rynku wydawniczego ma się wyjątkowo dobrze. Trochę gorzej sprawa wygląda natomiast, jeśli chodzi o film. W przypadku fantasy niechlubny przykład "Wiedźmina" odstraszył chyba wszystkich reżyserów od mierzenia się z tym gatunkiem, z kolei "polski horror" to synonim czegoś naprawdę, ale to naprawdę złego. Odrobinę lepiej jest z science-fiction - "Seksmisję" czy dzieła Piotra Szulkina można oglądać z prawdziwą przyjemnością, chociaż od ich powstania minęło ładnych trzydzieści lat.

Oczywiście zapaść w polskim kinie fantastycznym można tłumaczyć brakiem budżetu, ale mnie takie tłumaczenie nie przekonuje. Naprawdę dobre science-fiction może powstać nawet bez efektów specjalnych lub z ich minimalnym udziałem, wszystko tak naprawdę zaczyna się od pomysłu. Poza tym nieprawdą jest, że nic się w polskim kinie s-f nie dzieje. Coraz odważniej poczynają sobie twórcy młodzi, offowi, kręcąc filmy bez wielkiego budżetu, za to z pomysłem.

Na premierowy pokaz "Bartendera" udało mi się dostać dzięki wygranej w konkursie na wejściówkę (a jednak w takich konkursach da się wygrać ;-)) i było to bardzo ciekawe doświadczenie, jeszcze zanim film się zaczął. Przede wszystkim widać było ogromną radość całej ekipy z tego, że film powstał - podziękowaniom nie było końca. A ekipa była naprawdę spora - co przeczy ogólnemu przekonaniu, że filmy krótkometrażowe to dzieło jednego studenta-pasjonata i kolegi z akademika. Widać pełen profesjonalizm w warstwie muzycznej, dźwiękowej, przemyślane zdjęcia i wysmakowane ujęcia. Wizualnie film jest bez zarzutu, nie pasuje też do niego standardowe "jak na polski film, jest nieźle", bo jest nieźle bez żadnej taryfy ulgowej. Zresztą, trudno stosować jakąkolwiek taryfę ulgową przy takich osobach jak Piotr Budzowski czy operator Bartosz Nalazek, który szlify zdobywał na planach filmów Spielberga.

 
Trailer "Bartendera"


Między magią a religią, czyli jak się powinno reklamować buty

7/11/2014

Między magią a religią, czyli jak się powinno reklamować buty



Piłka nożna to sport zbudowany z marzeń. Przede wszystkich marzeń kibiców. Piłkarze grają na skrzydłach tych marzeń. Chyba najlepiej pokazuje to absolutnie genialna reklama NIKE sprzed czterech lat - w reżyserii nie byle kogo, bo Alejandra Gonzaleza Inarritu, zrealizowana naprawdę po mistrzowsku, a do tego tak nasycona miniszczególikami, że można oglądać ją bez końca. Przede wszystkim jednak pokazuje, jak futbol moze nie jest w stanie zmienić losów świata, za to na pewno jest w stanie zmienić losy poszczególnych ludzi - gdy od jednej akcji zależy, czy otrzymasz tytuł szlachecki lub postawią ci pomnik, czy też zamieszkasz w przyczepie znienawidzony przez wszystkich. Zwłaszcza scenka z Waynem Rooneyem w całej swojej lekkości pokazuje również, na jak cienkim włosku zawieszona jest kariera piłkarza - w ciągu jednej chwili z bohatera możesz stać się wrogiem publicznym numer jeden.

No własnie, reklamy. Jeśli o mnie chodzi, raczej je omijam. Nie mam telewizora, na komputerze włączam AdBlocka, nie chodzę na noce reklamożerców. A jednak raz na dwa lata robię wyjątek - bo raz na dwa lata są mistrzostwa w piłce nożnej, a mistrzostwa w piłce nożnej zawsze obfitują w doskonałe reklamy. Reklamy, których kręcenie powierza się reżyserom z górnej półki, reklamy które ogląda się chętnie nawet wtedy, kiedy nikt już nie pamięta o polecanych w nich produktach. Takie jak ta powyżej, piękno futbolu w pigułce.

Przy okazji oglądania Mundialu zawsze przypomina mi się scena z "Niewidocznych Akademików" Pratchetta. Kiedy jeden z bohaterów na boisku wykonuje wyjątkową (czyli, skoro to Pratchett, naprawdę WYJĄTKOWĄ) akcję, inny pyta z zachwytem "Czy to magia". Odpowiedź brzmi: "Nie. To chyba religia". I własnie między magią a religią krążą reklamy okołomundialowe. Nie sposób przywołać tu wszystkich, skupię się więc głównie na NIKE, która kręcenie futbolowych reklam opanowała do perfekcji.

Meta nie istnieje

NIKE ma już taki status, że nie musi polecać swoich konkretnych produktów - ma za to tyle pieniędzy i taki prestiż, że może zaprosić do jednej reklamy kilkudziesięciu najlepszych sportowców świata i kazać im zrobić coś szalonego. A do tego jest w tych reklamach coś takiego, co każe wzdychać z zachwytem i na chwilę zapomnieć o tym, że futbol to siedlisko korupcji, agresji i wszystkiego co najgorsze. W tych reklamach jest właśnie to, o czym wspominał Pratchett - piłka nożna jako magia i religia zarazem.


Ze względu na liczne kontrowersje towarzyszące brazylijskiemu mundialowi liczne reklamy w tym roku zamiast prezentować piłkarskich celebrytów i futbolowy przepych, podkreślają uniwersalny charakter piłki. W reklamie Coca-Coli pada znamienne zdanie "Mistrzostwa Świata są dla wszystkich", McDonalds w stylizowanych na youtube'a filmikach prezentuje triki piłkarskie wykonywane przez osoby, których nie posądzalibyśmy o takie umiejętności - oprócz dzieciaków piłkę kopią atrakcyjna brunetka w szpilkach i starszy pan. Świetna reklama banku ITAU, wyglądająca trochę jak zwiastun ekranizacji "Kamiennej tratwy" Saramago, pokazuje Brazylię zmieniającą się w wielki stadion, a wielkiej gwieździe - Messiemu, przypadkowi przechodnie zjadają Laysy. Podobnie Winner stays - tegoroczna reklama NIKE bawi się typowymi dla podwórkowych zabaw przekomarzankami młodych piłkarzy. "Ja jestem Ronaldo", "To ja będę Neymarem" - dzięki wyobraźni twórców chłopcy w różnym wieku, o różnym kolorze skóry przemieniają się w swoich ulubionych zawodników. Tylko w takim meczu na jednym boisku mogą grać Neymar, Pique, Cristiano Ronaldo, Iniesto - to znaczy Iniesta - i... Hulk. Ten prawdziwy Hulk. I grają. A na końcu spełnia się największe marzenie każdego zawodnika (i każdego, kto w dzieciństwie oglądał "Kapitana Jastrzębia" na Polonii 1) - od niego zależy wynik całego meczu. Prawdziwa magia.

Bogowie w świątyni futbolu



Jeśli natomiast o religii mowa, to inna reklama NIKE - a właściwie pełnoprawny (chociaż momentami nudnawy) film krótkometrażowy, z animowanymi piłkarzami w roli głównej (zwłaszcza Zlatan Ibrahimovic i David Luiz zdobyli moją sympatię), pokazuje, w stylu "opowieści o wybrańcu", jak ważna jest piłka w swej nieprzewidywalności. Główny bohater traktuje swoich idoli doprawdy jak bogów, co ujawnia się zwłaszcza w scenie, gdy zabiera ich do "świątyni futbolu". Co prawda zakończenie filmu jest nieco pozbawione sensu - skoro główną siłą piłkarzy jest ich niedoskonałość, to dlaczego nagle wszyscy grają tak doskonale? Ale można wybaczyć dziury w scenariuszu, kiedy ogląda się Neymara jako fryzjera i Zlatana Ibrahimovica jako... no cóż, Zlatana Ibrahimovica. Jak zawsze film obfituje też w liczne smaczki (Neymar pstrykający selfie ze wszystkim, co się rusza albo samochód Cristiano Ronaldo), które nie znudzą się nawet przy wielokrotnym oglądaniu. Film, chociaż krótki, posiada jednak dopracowaną strukturę z początkiem, rozwinięciem, zakończeniem, punktem kulminacyjnym i całą resztą, przez co przestaje być już tylko zwykłą reklamą butów i równie dobrze mógłby być pokazywany na zajęciach dla początkujących scenarzystów, uczących się jak konstruować fabułę. Z drugiej strony obejrzenie tego filmu skłoniło mnie do refleksji, że właściwie większość hollywoodzkich superprodukcji "o wybrańcach" możnaby skrócić do tych kilku najważniejszych minut. Gdyby tylko sama scena meczu była bardziej przemyślana, film zdecydowanie trafiłby do moich ulubionych.

Jaka szkoda, że aż dwa lata trzeba będzie czekać do Mistrzostw Europy... cóż, trzeba znowu włączyć AdBlocka.


Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek