Świat, który mógłby się przydarzyć - krótkie filmy ze steampunkiem w tle

7/28/2014

Świat, który mógłby się przydarzyć - krótkie filmy ze steampunkiem w tle

Steampunk to takie fantastyczne niewiadomoco. We wszelkich klasyfikacjach powieści, filmów czy seriali trafia zazwyczaj do szufladki z napisem "inne", bo jakoś nie wszyscy chcą uznać go za science-fiction. A przecież steampunk, chociaż w niczym nie podobny do twórczości Lema, jest paradoksalnie bardziej związany z science-fiction - czerpie przecież z samego źródła, czyli czasów gdy rodził się ten gatunek. Czasów, gdy swoje powieści tworzyli Jules Verne i Herbert George Wells, gdy pędzący naprzód postęp rozpalał wyobraźnię tysięcy wynalazców, marzących o idealnym świecie, w którym pokój zapewnią technika, maszyny i para - a z drugiej strony czasów polityków, którzy wynalazców i ich maszyny próbowali wykorzystać dla celów bynajmniej nie pokojowych. Połową globu władała wtedy posępna królowa Wiktoria, a powściągliwi dżentelmeni zarówno zachwycali się postępem medycyny, nauki i techniki, jak i chętnie uczestniczyli w seansach spirytystycznych i okultystycznych. Czasów, gdy ten cały okropny dwudziesty wiek dopiero miał się wydarzyć. Belle epoque. 

Cała ta otoczka jest dla steampunka niezwykle ważna. O ile fantasy nie musi dziać się w fikcyjnym średniowieczu, o tyle steampunk pełnymi garściami czerpie z czasów wiktoriańskich, tworząc alternatywną wersję historii, w której nie wynaleziono elektryczności, a cała technika opiera się na mechanice i parze. Wszystko to sprawia, że steampunk można poznać już po kilku charakterystycznych elementach. Obowiązkowe sterowce na niebie, kręcące się trybiki rozpoczynają większość steampunkowych filmów. W przypadku niektórych, na przykład "Invention of love" można właściwie odhaczyć większość elementów charakterystycznych dla tego gatunku. Sterowce? Są. Mechaniczne zwierzęta i rośliny? Są. Młody wynalazca i jego ukochana w długiej sukni? Są. Tym, co odróżnia ten film od wielu innych jest fakt, że steampunkową otoczkę wykorzystano tu do stworzenia historii miłosnej, a o stworzeniu historii w ogóle zdecydowana większość twórców, zachłyśnięta własnymi pomysłami na mechaniczne potworki, często zapomina. Niemniej jednak film jest steampunkiem odrysowanym od linijki, jak odrobiona lekcja i nieszczególnie za nim przepadam.




Alkoholowa alchemia, czyli "Bartender" Piotra Budzowskiego

7/19/2014

Alkoholowa alchemia, czyli "Bartender" Piotra Budzowskiego

Jeśli chodzi o literaturę fantastyczną, Polacy naprawdę mają się czym pochwalić, a ta część rynku wydawniczego ma się wyjątkowo dobrze. Trochę gorzej sprawa wygląda natomiast, jeśli chodzi o film. W przypadku fantasy niechlubny przykład "Wiedźmina" odstraszył chyba wszystkich reżyserów od mierzenia się z tym gatunkiem, z kolei "polski horror" to synonim czegoś naprawdę, ale to naprawdę złego. Odrobinę lepiej jest z science-fiction - "Seksmisję" czy dzieła Piotra Szulkina można oglądać z prawdziwą przyjemnością, chociaż od ich powstania minęło ładnych trzydzieści lat.

Oczywiście zapaść w polskim kinie fantastycznym można tłumaczyć brakiem budżetu, ale mnie takie tłumaczenie nie przekonuje. Naprawdę dobre science-fiction może powstać nawet bez efektów specjalnych lub z ich minimalnym udziałem, wszystko tak naprawdę zaczyna się od pomysłu. Poza tym nieprawdą jest, że nic się w polskim kinie s-f nie dzieje. Coraz odważniej poczynają sobie twórcy młodzi, offowi, kręcąc filmy bez wielkiego budżetu, za to z pomysłem.

Na premierowy pokaz "Bartendera" udało mi się dostać dzięki wygranej w konkursie na wejściówkę (a jednak w takich konkursach da się wygrać ;-)) i było to bardzo ciekawe doświadczenie, jeszcze zanim film się zaczął. Przede wszystkim widać było ogromną radość całej ekipy z tego, że film powstał - podziękowaniom nie było końca. A ekipa była naprawdę spora - co przeczy ogólnemu przekonaniu, że filmy krótkometrażowe to dzieło jednego studenta-pasjonata i kolegi z akademika. Widać pełen profesjonalizm w warstwie muzycznej, dźwiękowej, przemyślane zdjęcia i wysmakowane ujęcia. Wizualnie film jest bez zarzutu, nie pasuje też do niego standardowe "jak na polski film, jest nieźle", bo jest nieźle bez żadnej taryfy ulgowej. Zresztą, trudno stosować jakąkolwiek taryfę ulgową przy takich osobach jak Piotr Budzowski czy operator Bartosz Nalazek, który szlify zdobywał na planach filmów Spielberga.

 
Trailer "Bartendera"


Między magią a religią, czyli jak się powinno reklamować buty

7/11/2014

Między magią a religią, czyli jak się powinno reklamować buty



Piłka nożna to sport zbudowany z marzeń. Przede wszystkich marzeń kibiców. Piłkarze grają na skrzydłach tych marzeń. Chyba najlepiej pokazuje to absolutnie genialna reklama NIKE sprzed czterech lat - w reżyserii nie byle kogo, bo Alejandra Gonzaleza Inarritu, zrealizowana naprawdę po mistrzowsku, a do tego tak nasycona miniszczególikami, że można oglądać ją bez końca. Przede wszystkim jednak pokazuje, jak futbol moze nie jest w stanie zmienić losów świata, za to na pewno jest w stanie zmienić losy poszczególnych ludzi - gdy od jednej akcji zależy, czy otrzymasz tytuł szlachecki lub postawią ci pomnik, czy też zamieszkasz w przyczepie znienawidzony przez wszystkich. Zwłaszcza scenka z Waynem Rooneyem w całej swojej lekkości pokazuje również, na jak cienkim włosku zawieszona jest kariera piłkarza - w ciągu jednej chwili z bohatera możesz stać się wrogiem publicznym numer jeden.

No własnie, reklamy. Jeśli o mnie chodzi, raczej je omijam. Nie mam telewizora, na komputerze włączam AdBlocka, nie chodzę na noce reklamożerców. A jednak raz na dwa lata robię wyjątek - bo raz na dwa lata są mistrzostwa w piłce nożnej, a mistrzostwa w piłce nożnej zawsze obfitują w doskonałe reklamy. Reklamy, których kręcenie powierza się reżyserom z górnej półki, reklamy które ogląda się chętnie nawet wtedy, kiedy nikt już nie pamięta o polecanych w nich produktach. Takie jak ta powyżej, piękno futbolu w pigułce.

Przy okazji oglądania Mundialu zawsze przypomina mi się scena z "Niewidocznych Akademików" Pratchetta. Kiedy jeden z bohaterów na boisku wykonuje wyjątkową (czyli, skoro to Pratchett, naprawdę WYJĄTKOWĄ) akcję, inny pyta z zachwytem "Czy to magia". Odpowiedź brzmi: "Nie. To chyba religia". I własnie między magią a religią krążą reklamy okołomundialowe. Nie sposób przywołać tu wszystkich, skupię się więc głównie na NIKE, która kręcenie futbolowych reklam opanowała do perfekcji.

Meta nie istnieje

NIKE ma już taki status, że nie musi polecać swoich konkretnych produktów - ma za to tyle pieniędzy i taki prestiż, że może zaprosić do jednej reklamy kilkudziesięciu najlepszych sportowców świata i kazać im zrobić coś szalonego. A do tego jest w tych reklamach coś takiego, co każe wzdychać z zachwytem i na chwilę zapomnieć o tym, że futbol to siedlisko korupcji, agresji i wszystkiego co najgorsze. W tych reklamach jest właśnie to, o czym wspominał Pratchett - piłka nożna jako magia i religia zarazem.


Ze względu na liczne kontrowersje towarzyszące brazylijskiemu mundialowi liczne reklamy w tym roku zamiast prezentować piłkarskich celebrytów i futbolowy przepych, podkreślają uniwersalny charakter piłki. W reklamie Coca-Coli pada znamienne zdanie "Mistrzostwa Świata są dla wszystkich", McDonalds w stylizowanych na youtube'a filmikach prezentuje triki piłkarskie wykonywane przez osoby, których nie posądzalibyśmy o takie umiejętności - oprócz dzieciaków piłkę kopią atrakcyjna brunetka w szpilkach i starszy pan. Świetna reklama banku ITAU, wyglądająca trochę jak zwiastun ekranizacji "Kamiennej tratwy" Saramago, pokazuje Brazylię zmieniającą się w wielki stadion, a wielkiej gwieździe - Messiemu, przypadkowi przechodnie zjadają Laysy. Podobnie Winner stays - tegoroczna reklama NIKE bawi się typowymi dla podwórkowych zabaw przekomarzankami młodych piłkarzy. "Ja jestem Ronaldo", "To ja będę Neymarem" - dzięki wyobraźni twórców chłopcy w różnym wieku, o różnym kolorze skóry przemieniają się w swoich ulubionych zawodników. Tylko w takim meczu na jednym boisku mogą grać Neymar, Pique, Cristiano Ronaldo, Iniesto - to znaczy Iniesta - i... Hulk. Ten prawdziwy Hulk. I grają. A na końcu spełnia się największe marzenie każdego zawodnika (i każdego, kto w dzieciństwie oglądał "Kapitana Jastrzębia" na Polonii 1) - od niego zależy wynik całego meczu. Prawdziwa magia.

Bogowie w świątyni futbolu



Jeśli natomiast o religii mowa, to inna reklama NIKE - a właściwie pełnoprawny (chociaż momentami nudnawy) film krótkometrażowy, z animowanymi piłkarzami w roli głównej (zwłaszcza Zlatan Ibrahimovic i David Luiz zdobyli moją sympatię), pokazuje, w stylu "opowieści o wybrańcu", jak ważna jest piłka w swej nieprzewidywalności. Główny bohater traktuje swoich idoli doprawdy jak bogów, co ujawnia się zwłaszcza w scenie, gdy zabiera ich do "świątyni futbolu". Co prawda zakończenie filmu jest nieco pozbawione sensu - skoro główną siłą piłkarzy jest ich niedoskonałość, to dlaczego nagle wszyscy grają tak doskonale? Ale można wybaczyć dziury w scenariuszu, kiedy ogląda się Neymara jako fryzjera i Zlatana Ibrahimovica jako... no cóż, Zlatana Ibrahimovica. Jak zawsze film obfituje też w liczne smaczki (Neymar pstrykający selfie ze wszystkim, co się rusza albo samochód Cristiano Ronaldo), które nie znudzą się nawet przy wielokrotnym oglądaniu. Film, chociaż krótki, posiada jednak dopracowaną strukturę z początkiem, rozwinięciem, zakończeniem, punktem kulminacyjnym i całą resztą, przez co przestaje być już tylko zwykłą reklamą butów i równie dobrze mógłby być pokazywany na zajęciach dla początkujących scenarzystów, uczących się jak konstruować fabułę. Z drugiej strony obejrzenie tego filmu skłoniło mnie do refleksji, że właściwie większość hollywoodzkich superprodukcji "o wybrańcach" możnaby skrócić do tych kilku najważniejszych minut. Gdyby tylko sama scena meczu była bardziej przemyślana, film zdecydowanie trafiłby do moich ulubionych.

Jaka szkoda, że aż dwa lata trzeba będzie czekać do Mistrzostw Europy... cóż, trzeba znowu włączyć AdBlocka.


Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek