Karnawał czas zacząć, czyli moje ulubione blogi w 2015

12/31/2015

Karnawał czas zacząć, czyli moje ulubione blogi w 2015


Miły sylwestrowy ranek w pracy zamiast na pracy spędziłam na czytaniu podsumowań na różnych blogach. Najlepsze filmy, najlepsze gry, najlepsze komiksy, seriale, najważniejsze wydarzenia 2015 roku... to był rok w którym naprawdę dużo się działo. Dla mnie był to przede wszystkim pierwszy rok blogowania, bo chociaż najstarsze notki na Bajkonurku powstały jeszcze w 2014, to dopiero w tym roku zaczęłam dodawać je w miarę regularnie i udzielać się również na innych blogach, które wcześniej czytałam głównie informacyjnie. A wiadomo, że jak się trafi na jednego bloga, to zaraz trafi się na innego... i na innego... i na innego...

Więcej niż film, czyli "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"

12/28/2015

Więcej niż film, czyli "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"


Powiedzieć, że "Gwiezdne wojny" to film, to trochę za mało. Nakręcona w latach siedemdziesiątych historia o Luke'u Skywalkerze, księżniczce Lei i Hanie Solo rozgrywająca się "Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce" sama właściwie stała się galaktyką, a wręcz wszechświatem kolejnych historii i nowych postaci, a do tego jakimś gigantycznym (również finansowym) imperium gadżetów, książek, komiksów, seriali, które przez prawie czterdzieści już lat wykwitły wokół filmów Lucasa. A z drugiej strony - jedną z tych alternatywnych rzeczywistości, do których chce się wracać i wracać, jeszcze raz i jeszcze.

No to wróciliśmy. Chyba nie było fana, któremu serce nie ścisnęło się, gdy na pokład Sokoła Millenium weszli Chewbacca i Han Solo ze słowami "Jesteśmy w domu". Bo nie da się ukryć, że J.J. Abrams, reżyser "Przebudzenia mocy" razem z pozostałymi twórcami filmu zrobili wszystko, żeby zabrać nas do tego samego świata, który poznaliśmy w dzieciństwie. Film jest zatem z jednej strony hołdem złożonym pierwszej trylogii Lucasa, a z drugiej - zupełnie nowym otwarciem.

Będą SPOILERY! :)

Świąteczna melancholia, czyli dlaczego kolędy muszą być takie smutne

12/23/2015

Świąteczna melancholia, czyli dlaczego kolędy muszą być takie smutne


Niemal dokładnie pół roku temu pisałam o strasznych kołysankach i wpis okazał się jednym z chętniej czytanych na blogu, głównie dzięki (niechcący) idealnie sprofilowanym słowom kluczowym ;) Tymczasem idą święta i aż się prosi, żeby podobny wpis napisać o kolędach, które zresztą bardzo często również są kołysankami. Problem w tym, że o ile na kołysanki zdążyłam się przez te lata uodpornić, o tyle niestety na smutek i melancholię zawartą w kolędach - już nie, mam do większości z nich bardzo emocjonalny stosunek i nigdy nie wiem, czy w te święta łezka popłynie mi przy "bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła"*, czy bardziej patriotycznie przy "podnieś rękę, Boże dziecię, błogosław ojczyznę miłą".

Najgorsze, że idąc tym tropem, współcześni twórcy kolęd (a przodują w tym zwłaszcza autorzy i wykonawcy poezji śpiewanej) postawili sobie za cel sprawienie, by ich utwory wyciskały jak najwięcej łez. Zamiast radości z Bożego Narodzenia eksploatowane są więc tematy braku miejsca w Betlejem, rzezi niewiniątek, samotności, pustki w sercu, śmierci, nieobecności przy świątecznym stole tych, których kochamy. Nawet jeśli mamy wesołą, optymistyczną melodię, to w tekście ktoś może np. płonąć żywcem ("Kolęda miłości" Jarosława Jara Chojnackiego, którego naprawdę swoją drogą uwielbiam). Z kolei jako alternatywę wśród współczesnych świątecznych utworów mamy landrynkowe piosenki, będące kolejnymi klonami "Last Christmas" i "Jednego dnia w roku".

Raj dla kujonów, czyli najciekawsze kursy na Uniwersytecie Otwartym UW

12/20/2015

Raj dla kujonów, czyli najciekawsze kursy na Uniwersytecie Otwartym UW


źródło: Pixabay.com
Kiedy skończyłam studia, przez długi czas nie umiałam zapełnić niczym tej dziwnej pustki, jaka powstała we mnie po obronie pracy magisterskiej, pustki wynikającej z tego, że nagle, po raz pierwszy od kilkunastu lat niczego się nie uczę. Problem polegał na tym, że ja naprawdę lubię się uczyć. Może niekoniecznie na ocenę, ze sprawdzianami, testami, ale naprawdę lubię posłuchać mądrych ludzi mówiących mi o rzeczach, o których nie mam pojęcia, choćby nigdy nie miały mi się one w życiu przydać. Zwłaszcza na studiach przekonałam się, że nauka czegoś, co sprawia przyjemność, potrafi dać wielkiego kopa.

Królestwo za redaktora, czyli "Feblik" Małgorzaty Musierowicz

12/19/2015

Królestwo za redaktora, czyli "Feblik" Małgorzaty Musierowicz


Jestem jedną z tych egzaltowanych czytelniczek, które wychowały się na powieściach dwóch MM, czyli Lucy Maud-Montgomery i Małgorzaty Musierowicz. O ile jednak do "Ani z Zielonego Wzgórza" nie robiłam podejścia od ładnych parunastu lat, o tyle do "Jeżycjady" wciąż wracam, chociaż z "Szóstej klepki" wypadają już kartki, a "Opium w rosole" po zalaniu kompotem wygląda mało estetycznie. Ale chociaż po każdą kolejną część cyklu biegnę zaraz po premierze z wywieszonym jęzorem, o tyle niestety muszę przyznać, że od pewnego czasu nowe książki nie dorównują tym sprzed lat i wcale nie jest to wina mojego dorastania i wyrastania z powieści dla dziewcząt.

Bardzo smutne święta, czyli "Listy do M. 2"

12/13/2015

Bardzo smutne święta, czyli "Listy do M. 2"



Ja naprawdę nie wymagam od filmów zbyt wiele. Na przykład, kiedy idę do kina na komedię romantyczną, to jedynym moim wymaganiem jest, żeby film był zabawny i romantyczny. Jednak, jak pokazują "Listy do M. 2" można nakręcić film reklamowany jako komedia romantyczna, w której romantyzmu nie ma za grosz, a najzabawniejszym elementem jest mały chłopiec mówiący "psia dupa".

The heat is (still) on, czyli "Miss Saigon: School Edition" w Teatrze Studio

12/11/2015

The heat is (still) on, czyli "Miss Saigon: School Edition" w Teatrze Studio



Kiedy w 2000 roku na deskach Teatru Muzycznego "Roma" wystawiono po raz pierwszy musical "Miss Saigon", wycieczka do Warszawy była dla mnie średnio osiągalnym luksusem. Co nie zmienia faktu, że strasznie marzyłam, żeby na niego pojechać... i nie pojechałam. Zostały mi fragmenty z TV nagrane na wideo, wycinki z "Vivy", pirackie libretto pozyskane nie pamiętam już skąd i wywiad z Tomaszem Steciukiem w "Przyjaciółce", a potem - fragmenty polskich i oryginalnych wersji na youtubie. Do tej pory pamiętam też jeden z pierwszych internetowych flejmów, jakie czytałam na rwanym szkolnym łączu, a dotyczący obsadzenia w roli Kim Natalii Kukulskiej.

Każdemu jego Historia, czyli o Targach Książki Historycznej

12/05/2015

Każdemu jego Historia, czyli o Targach Książki Historycznej


Jest zimno, jest tłok, zabytkową podłogę Arkad Kubickiego rozdeptują tysiące obcasów, a wszyscy mają rozbiegany wzrok, by ogarnąć jak najwięcej stoisk - podczas corocznych Targów Książki Historycznej w Warszawie jak zawsze panował chaos kontrolowany. Starsi panowie w okularach suną dostojnie z paczkami książek pod pachą, dzieci z notesikami piszą "Sprawozdania z Targów", autorzy starają się nie zostać stratowani przez napierający tłum, a przedarcie się do restauracji "Piąta ćwiartka" graniczy z cudem. Trzeba przyznać, że te targi mają swój niepowtarzalny klimat. Czy to ich kameralność, czy szansa na spotkanie wydawców, autorów i książek, których próżno szukać w empikach, czy też szczególny rodzaj czytelnika? Nie wiem, ale bardzo lubię te dni pod koniec listopada, chociaż pod koniec padam z nóg.

Listy od M, czyli "Spectre"

11/26/2015

Listy od M, czyli "Spectre"



Mam straszny problem z filmami takimi jak ten. Bo niby nic w nich nie brakuje, niby wszystko jest na swoim miejscu, niby wpasowują się w swoją niszę jak elementy układanki, a jednak coś jest z nimi nie tak. Poprzednio miałam tak z "Marsjaninem", nad którego recenzją biedziłam się tak długo, by napisać coś konstruktywnego, że w końcu machnęłam ręką. Dlatego teraz, zamiast bawić się w wyszukane metafory, od razu przejdę do rzeczy: "Spectre" jest niestety filmem boleśnie nijakim. 

Kurs filmowych olśnień, czyli dawno dawno temu w kinie "Hel"

11/22/2015

Kurs filmowych olśnień, czyli dawno dawno temu w kinie "Hel"



Czy jeśli będziemy czytać Harry'ego Pottera, opęta nas diabeł? Czy oglądanie "Urodzonych morderców" sprawi, że wyjdziemy na ulice zabijać? Czy po "Pięćdziesięciu twarzach Greya" rzucimy faceta i kupimy pejcz, tak na wszelki wypadek? Raczej nie, ale nie da się ukryć, że przeczytane książki i filmy w jakiś tam sposób rzutują na nasze późniejsze odczucia i poglądy. Zwłaszcza, jeśli są oglądane w wieku, w którym jesteśmy szczególnie podatni na wpływy.


Wampiry śpiewają Queen, czyli "Rapsodia z demonem" w Rampie

11/11/2015

Wampiry śpiewają Queen, czyli "Rapsodia z demonem" w Rampie

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.teatr-rampa.pl
Teatr Rampa wygląda z zewnątrz dość niepozornie - niewielki, stary budynek na obrzeżach parku Wiecha, zagubiony gdzieś pośród pokręconych ulic i kilkunastopiętrowych bloków dzielnicy Targówek. Scena nie jest duża, a na widowni mieści się kilka razy mniej osób niż w takiej świeżo wyremontowanej "Romie"*. A jednak twórcy z Rampy kolejny raz pokazują, że nie mają się czego wstydzić przed kolegami z Nowogrodzkiej, a mała scena nie oznacza, że nie można na niej wystawić monumentalnego widowiska. A do takich właśnie zalicza się "Rapsodia z demonem", spektakl osnuty wokół piosenek zespołu "Queen".

Simba, niegrzeczne dzieci i banici z Sherwood, czyli 10 musicali, które chciałabym zobaczyć w Polsce

11/03/2015

Simba, niegrzeczne dzieci i banici z Sherwood, czyli 10 musicali, które chciałabym zobaczyć w Polsce


Wciąż świeżo po "Mamma mia" w Romie i w oczekiwaniu na "Rapsodię z demonem" w Rampie, odświeżam sobie ulubione musicale. Trzeba przyznać, że polskie teatry muzyczne rozwijają się coraz prężniej i warszawska "Roma" nie wydaje się już samotną wyspą na musicalowej mapie naszego kraju. Zaś co do naszych rodzimych - nie mogę się zwłaszcza doczekać wyprawy do Gdyni, gdzie właśnie na afisz wszedł "Zły" na podstawie powieści Tyrmanda, a w przygotowaniu jest - tak, tak - musical o Wiedźminie. Ale na wpis o książkach, na podstawie których warto zrobić musical przyjdzie jeszcze czas, dzisiaj natomiast postanowiłam spisać listę marzeń dotyczących zagranicznych musicali, których jeszcze nie było na polskich scenach. Tak na wypadek gdyby kiedyś na mojego bloga wszedł jakiś reżyser teatru muzycznego w poszukiwaniu inspiracji, na jakie zagraniczne musicale warto wykupić licencję.

Półtorej godziny nudy, czyli "11 minut" Skolimowskiego

10/25/2015

Półtorej godziny nudy, czyli "11 minut" Skolimowskiego


Kimże ja jestem, żeby kwestionować decyzje szacownej komisji, powołanej przez samą minister kultury, która to komisja zadecydowała o tegorocznej nominacji kandydata na Oscara. Ale nie potrafię zrozumieć tej decyzji. "11 minut" Jerzego Skolimowskiego to film okropny. Wtórny, nudny, udający wielkie kino, a w rzeczywistości przypominający etiudę niezbyt doświadczonego studenta szkoły filmowej, który chce zrobić film o wszystkim, najlepiej nowelowy. [UWAGA - RECENZJA ZAWIERA SPOILER ZDRADZAJĄCY ZUPEŁNIE NIE ZASKAKUJĄCE ZAKOŃCZENIE]
Francuz w Nowym Jorku, czyli "The Walk. Sięgając chmur"

10/17/2015

Francuz w Nowym Jorku, czyli "The Walk. Sięgając chmur"



Wskutek nadmiaru pracy zaniedbałam się i blogowo, i kulturalnie. Dlatego z tego miejsca chciałabym bardzo podziękować pewnej M., która oderwała mnie od pisania i wyciągnęła na kolejny po "Evereście" wysokościowy film, czyli "The Walk. Sięgając chmur" Roberta Zemeckisa. 
Wzdychanie za przeszłością, czyli "Mamma mia!" w Teatrze Muzycznym Roma

10/04/2015

Wzdychanie za przeszłością, czyli "Mamma mia!" w Teatrze Muzycznym Roma



Moja sympatia do warszawskiego Teatru Muzycznego Roma jeszcze kilka lat temu - w okolicach premiery Tańca Wampirów - graniczyła z uwielbieniem. Na ulubionych spektaklach potrafiłam być kilka razy, ciągnęłam całą rodzinę i przyjaciółki na wspomniany "Taniec wampirów", "Koty" czy "Upiora w operze", znałam na pamięć piosenki, kupowałam płyty, brałam udział w spotkaniach z fanami, potrafiłam jednym tchem wymienić wszystkich aktorów z każdej obsady. Stopniowo jednak coś się - mam wrażenie - zaczęło psuć. "Les Miserables" to rewelacyjny musical, ale został trochę zepsuty przez okropne polskie libretto, "Deszczowa piosenka" była fajna, ale techniczna i kompletnie bezpłciowa. Dlatego na "Mamma mia!" szłam z mieszanymi uczuciami, a złe przeczucia pogłębiło śledzenie - z zawodowej ciekawości - sposobu, w jaki musical był promowany.

Bo ty tego nigdy nie zrozumiesz - "Everest"

9/28/2015

Bo ty tego nigdy nie zrozumiesz - "Everest"



Powiem szczerze, że chociaż "Everest" Baltasara Kormakura widziałam w kinie już dwa razy, trudno jest mi napisać o nim coś konstruktywnego czy wydać jednoznaczną opinię. Z jednej strony to dla mnie kolejny po "Grawitacji" film, który jest uzasadnieniem istnienia IMAXa. Opowieść o katastrofie, jaka wydarzyła się w 1996 roku, gdy organizowana przez komercyjne biuro wyprawa na najwyższy szczyt świata zakończyła się tragedią, zdecydowanie robi wrażenie na wielkim ekranie. Zanim grupa wspinaczy podejmie tragiczne w skutkach decyzje, mamy czas, by nie ruszając się z bezpiecznego kina, ponapawać się groźnym pięknem Himalajów, zasłonić oczy przed spadającą - ale jeszcze niegroźną - lawiną i niemal poczuć malejącą z każdym metrem temperaturę. Zaraz potem efekty 3D i rewelacyjne nagłośnienie pozwalają nam usłyszeć ryczący wiatr i śmiercionośną burzę śnieżną, a adrenalina skacze z każdą minutą. Z drugiej strony - no właśnie, to opowieść o tragedii, która naprawdę się wydarzyła, w dodatku stosunkowo niedawno. Dlatego jakoś dziwnie postrzegać ten film wyłącznie w kategoriach rozrywkowych i zastanawiać się, czy będzie faworytem w kategoriach technicznych podczas Oscarów.

Wyrwana przez Fatalne Skutki Lektur, czyli Liebster Blog Award

9/17/2015

Wyrwana przez Fatalne Skutki Lektur, czyli Liebster Blog Award

A więc w końcu i mnie to spotkało i zostałam wyrwana do odpowiedzi/nominowana do łańcuszka Liebster Blog Award przez Fatalne Skutki Lektur (dziwnie brzmi to zdanie wyrwane z kontekstu ;)) I co więcej postanowiłam na te pytania odpowiedzieć ;) Dzisiejszy wpis będzie więc wyjątkowo autotematyczny. A oto pytania i odpowiedzi:

1. Brak ograniczeń prawnych i budżetowych. Jakie dzieło sztuki (obraz, rzeźba, video, dokumentacja performace'u itp) umieściłabyś w swoim domu?

Kryptonim U.N.C.L.E, czyli dzieło otwarte

9/11/2015

Kryptonim U.N.C.L.E, czyli dzieło otwarte


Rok 2015 to rok wyjątkowo dobrych filmów - w porównaniu z poprzednim, gdzie jakoś wszystko było dla mnie letnie, w tym roku co chwila czymś się zachwycam. A to Whiplash i Birdman, a to animacje W głowie się nie mieści i Sekrety morza, a to naprawdę fajne blockbustery. Jakieś wyjątkowe szczęście ma też ten rok do filmów o tajnych agentach - a to Kingsman, a to Agentka, aż wreszcie nadszedł czas na Kryptonim U.N.C.L.E.

Wiedźmin na planecie Midgaard, czyli "Pan Lodowego Ogrodu", tom 1

8/23/2015

Wiedźmin na planecie Midgaard, czyli "Pan Lodowego Ogrodu", tom 1


Sięgnęłam po pierwszy tom "Pana Lodowego Ogrodu" w momencie, kiedy wszyscy wokół zdążyli już przeczytać wszystkie cztery. Jakimś cudem jednak udało mi się zachować głowę nieskażoną wiedzą, o czym ta książka jest, dzięki czemu nic nie mogło mi zepsuć lektury. Ale powiem szczerze, że sama nie wiem, czy mi się podobało bardzo czy tylko trochę, a może jednak nie podobało mi się w ogóle. Problem w tym, że ta książka ma wiele rzeczy, które w literaturze fantasy uwielbiam i chyba wszystkie, których nie trawię. Spróbuję więc dokonać analizy moich odczuć, bo na szczęście żaden cyfral nie blokuje mi emocji ;) Uwaga, będą spoilery jak stąd do Midgaardu.
Ale głupi ci Rzymianie, czyli 10 moich ulubionych komiksów o Asteriksie

8/22/2015

Ale głupi ci Rzymianie, czyli 10 moich ulubionych komiksów o Asteriksie


Jest rok 50 przed narodzeniem Chrystusa. Cała Galia jest podbita przez Rzymian. Cała...? Nie! Kto nie zna tych słów rozpoczynających każdy z tomów jednej z najsłynniejszych serii komiksowych na świecie, a już na pewno w Europie. "Asteriks" to też jedyna seria komiksów, którą posiadam w całości - wszystkie tomy wydawane przez Egmont, część z serii "białej" i kilka ostatnich z "niebieskiej"! Asteriks pojawił się w Polsce razem z wolnością - pierwszy polski tom pochodzi z roku 1990, a więc jest tylko parę lat młodszy ode mnie ;) Zdecydowanie waleczni Galowie byli jednymi z bohaterów mojego dzieciństwa - czytałam komiksy, oglądałam kreskówki, kolekcjonowałam figurki, a tatę wracającego z pracy witałam słowem "Ave!". Niektóre zeszyty czytałam chyba po kilkadziesiąt razy. O ile jednak bardzo łatwo było mi wybrać ulubiony, o tyle pozostała dziewiątka rodziła się w wielkich bólach.

Porozmawiajmy o rybach, czyli "20 000 mil podmorskiej żeglugi" czytane po latach

8/16/2015

Porozmawiajmy o rybach, czyli "20 000 mil podmorskiej żeglugi" czytane po latach

"Nasza Księgarnia". Wydanie z 1981 roku. Nakład 50 000 egzemplarzy (!)
"20 000 mil podmorskiej żeglugi" to jeden z tych milowych kamieni Verne'a, które wywarły olbrzymi wpływ na popkulturę. Proto science-fiction, w którym autor zawarł całą "science" na temat podwodnego świata, jaka była dostępna, uzupełniając ją paroma elementami "fiction". I chociaż dziś elektryczna łódź kapitana Nemo może budzić najwyżej uśmiech, to sama postać tajemniczego władcy mórz wciąż rozpala wyobraźnię twórców i czytelników.

I ja też, sięgając po książkę blisko piętnaście lat po ostatniej lekturze, pamiętałam głównie dwie rzeczy: kapitana Nemo i klaustrofobiczną atmosferę łodzi, zwłaszcza sceny, w których bohaterom zabrakło tlenu. Nie pamiętałam za to, o czym naprawdę jest ta książka.

Dzieciństwo w filmach Disneya - refleksje po "W głowie się nie mieści"

8/06/2015

Dzieciństwo w filmach Disneya - refleksje po "W głowie się nie mieści"



Jaki był pierwszy film Disneya, na którym byliście w kinie? Mnie trafił się "Bernard i Bianka w krainie kangurów". Trudno opisać, jak ten film przeżywałam, a moją pierwszą miłością oraz ideałem mężczyzny był przez długi czas myszoskoczek Jake. Ale równie mocno z dzieciństwem kojarzą mi się "Aladyn", "Król Lew" i "Piękna i bestia". Podejrzewam, że wielu z Was ma podobnie - wyprawy z rodzicami do kina na ciepłe, kolorowe, familijne animacje Disneya to jedne z piękniejszych wspomnień naszego dzieciństwa. Dopiero kilkanaście lat później dopada nas analityczny nastrój i nagle okazuje się, że nasze ulubione sceny odebralibyśmy teraz zupełnie inaczej... Chcąc napisać recenzję "W głowie się nie mieści", najnowszego filmu Disney/Pixar, pięknej opowieści o dzieciństwie i rządzących nim (dosłownie!) emocjach, sięgnęłam pamięcią wstecz, żeby porównać wizję dzieciństwa z innymi filmami i doszłam do ciekawych wniosków...

"Sense 8", czyli mieszanka wybuchowa

7/29/2015

"Sense 8", czyli mieszanka wybuchowa


Will, policjant z Chicago, Nomi - hakerka z San Francisco, Riley - didżejka z Reykiaviku, Capheus - kierowca z Nairobi, Sun - bizneswoman z Seulu, Lito - aktor z Mexico City, Wolfgang - złodziej z Berlina i Kala - farmaceutka z Bombaju należą do Gromady - osób połączonych wyjątkową parapsychiczną więzią pozwalającą im na wnikanie w świadomość innych członków grupy. Mogą łączyć się zarówno na poziomie duchowym i emocjonalnym, odczuwać wzajemnie swoje lęki, radości, pragnienia czy rozkosz, jak i czysto fizycznym, dzieląc się przydatnymi umiejętnościami. Brzmi skomplikowanie? Może i tak, ale mniej więcej po dwudziestu minutach oglądania pierwszego odcinka serialu "Sense 8" już wiedziałam, że obejrzę kolejne dwanaście.

Kochanie, zmniejszyłem superbohatera - "Ant-Man"

7/22/2015

Kochanie, zmniejszyłem superbohatera - "Ant-Man"



Bez względu na to, czy filmy Marvela podobają mi się mniej, czy bardziej - jestem pod wrażeniem filmowo-serialowego uniwersum, które udało im się stworzyć w oparciu o to komiksowe. "Ant-man" wprowadza do niego zupełnie nowych bohaterów, nowe problemy, a do tego nowe rozwiązania wizualne i scenariuszowe. Po "Avengersach", na których trochę kręciłam nosem, film o człowieku-mrówce pojawia się w samą porę i jest miłą odmianą. Przede wszystkim, do jego obejrzenia - czy raczej do tego, żeby dobrze się na nim bawić - nie jest konieczna znajomość całego wcześniejszego uniwersum, łącznie z komiksami oraz serialami, tudzież obejrzenie wszystkich scen po napisach po scenach po napisach. Oczywiście nawiązań jest od groma, czy to na poziomie pojawiających się znienacka postaci, czy dialogów, czy elementów scenografii, ale nie skreślają od razu na wstępie wszystkich marvelowskich "Januszy".

Posły i poślica, czyli politycznie na szóstym piętrze

7/19/2015

Posły i poślica, czyli politycznie na szóstym piętrze


"Polityka", komedia wystawiana w teatrze 6. Piętro w reżyserii Eugeniusza Korina była pierwszym zetknięciem mojego zielonego umysłu z dramatami Włodzimierza Perzyńskiego, pisarza tak zapomnianego, że nawet na liście rozszerzonej lektur na Wydziale Polonistyki nie znalazło się żadne z jego dzieł, a nazwisko kojarzyło mi się tylko z nazwą przystanku w Warszawie. O samym pisarzu wiedziałam tyle, że tworzył w latach dwudziestych i był porównywany z Gabrielą Zapolską. Jednak jestem niemal pewna, że gdybym nie wiedziała tych dwóch istotnych rzeczy, zastanawiałabym się, czy przypadkiem nie oglądam sztuki współczesnej, genialnie parodiującej modną ostatnio stylistykę dwudziestolecia. Sztuka mimo całej swojej "międzywojenności" jest bowiem podejrzanie współczesna.

Całusy, dzikusy i Wspaniali Szkoci, czyli "Dzieci kapitana Granta" czytane po latach

7/06/2015

Całusy, dzikusy i Wspaniali Szkoci, czyli "Dzieci kapitana Granta" czytane po latach

Nakreślmy tło: ultraprzystojny i ultradzielny lord Glenervan, płynąc swoim ultraszybkim statkiem Duncanem wraz ze swoją ultrapiękną żoną Heleną, podczas polowania na rekina znajdują w brzuchu bestii butelkę wraz z tajemniczym, nie do końca zachowanym listem. List okazuje się wiadomością od kapitana Granta, zaginionego kilka lat wcześniej na wodach Pacyfiku. Jako że władze państwowe, do których Glenervan uderza z projektem zorganizowania wyprawy odmawiają, a w międzyczasie odnajdują się osierocone dzieci kapitana, stęsknione za ojcem, nasz bohater postanawia swoim statkiem sam ruszyć na poszukiwania. Problem w tym, że list jest niekompletny, a jedyne co jest w nim pewne, to szerokość geograficzna. I tak rozpoczyna się pełna niebezpieczeństw podróż wzdłuż trzydziestego siódmego równoleżnika, tak rozpoczyna się jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa - "Dzieci kapitana Granta".
Książkę z tą okładką otrzymała jeszcze moja mama za dobre wyniki w nauce i w zachowaniu (wydanie z roku 1972).
Między nami agentami - "Agentka"

7/05/2015

Między nami agentami - "Agentka"


Chyba nie tylko ja mam wrażenie, że w ostatnich latach zaroiło się na wielkich i małych ekranach od ciekawych pierwszoplanowych postaci kobiecych. To, co kiedyś było dla producentów ryzykiem, zwłaszcza w kinie akcji, przynosi twórcom coraz większe zyski. "Mad Max" ze świetną rolą Charlize Theron to chyba najlepszy przykład, ale wcześniej były "Igrzyska śmierci", "Czarownica", "Grawitacja", a w świecie serialowym chociażby "Agentka Carter".

"Agentka" Susan Cooper, grana przez Melissę McCarthy w najnowszym filmie Paula Feiga ma z Peggy Carter coś wspólnego - obie, zamiast działać w terenie, ryzykować życiem i przeżywać przygody przy okazji ratując świat, zostają posadzone za biurkiem.  O ile jednak dla Peggy degradacja wynika z nierówności płci i sytuacji po drugiej wojnie światowej, o tyle Susan została urzędniczką niejako na własne życzenie - chociaż żyje w świecie, gdzie kobiety nie muszą już mężczyznom niczego udowadniać, brak jej pewności siebie. Jest do bólu zwyczajna, jak pani z okienka na poczcie. Zamiast strzelać, spiskować i szpiegować jest tylko "głosem" w uchu Jamesa Bonda, przepraszam, Jude'a Lawa, udzielając mu wskazówek i opiekując się nim podczas misji. Jednak pewnego dnia coś pójdzie nie tak, i to bardzo - skompromitowana zostanie cała agencja i zabraknie szpiegów do działań w terenie. Zapewne domyślacie się, kto będzie musiał wyjść zza biurka i wziąć sprawy we własne ręce...

Wszyscy jesteśmy Polyannami - "Kraina jutra"

6/27/2015

Wszyscy jesteśmy Polyannami - "Kraina jutra"


Motyw innego świata, istniejącego równolegle do naszego, to jeden z moich ulubionych motywów literackich i filmowych. Narnia, Hogwart, Londyn Pod, a nawet groźne "Tunele" rządzone przez Styksów - kto nie chciałby chociaż na chwilę przenieść się do którejś z tych alternatywnych rzeczywistości? A z innej beczki - kto nie marzył o wehikule czasu i podróży w przeszłość lub przyszłość jak Marty McFly? Jako dziecko wierzyłam, że za podartą tapetą w moim pokoju kryje się magiczna kraina, a "Powrót do przyszłości" to jedna z moich ulubionych filmowych serii, dlatego "Kraina jutra" to film idealnie wpisujący się w moje potrzeby. Toteż nie dość, że sama wybrałam się do kina, to jeszcze zaciągnęłam rodziców, z którymi ostatni raz byłam w kinie... no, dawno temu.

Erudyta, czyli kto? O Umberto Eco, Danie Brownie i innych pisarzach z wiedzą

6/26/2015

Erudyta, czyli kto? O Umberto Eco, Danie Brownie i innych pisarzach z wiedzą


Czytelnicy z różnych krajów sięgają po kolejne książki Umberto Eco głównie z jednego powodu - liczą, że autor właśnie napisał kolejne "Imię róży". Tymczasem jego najnowsza powieść "Numer na pierwszą stronę" powinna przypaść do gustu raczej miłośnikom jego esejów, zwłaszcza tych polityczno-społecznych. Nie tylko dlatego, że jest wyjątkowo krótka i zwarta. Książka sprawia bowiem wrażenie szkicu, jakby została pomyślana jako esej, do którego w chwili dobrego humoru pisarz dorobił fabułę. Esej na temat rosnącej roli mediów, które już dawno przestały ograniczać się do relacjonowania faktów, a zamiast tego płynnie przeszły do ich kreowania lub wręcz fabrykowania. Cała otoczka fabularna: kompletowanie zespołu fikcyjnej gazety (gazeta jest zresztą fikcyjna do potęgi - nie dość, że dziennik jest tylko przykrywką dla działalności pewnego Prezesa, to jeszcze ma o niej powstać przekłamana bestsellerowa książka - Umberto Eco lubi takie literackie incepcje), romans z jedną z dziennikarek, praca nad artykułami - służą tylko oszukaniu czytelnika, że oto ma do czynienia z powieścią. Podobnie jest z drugim wątkiem, czyli spiskową teorią dziejów niejakiego Bragadoccia, który na podstawie dostępnych źródeł wysnuwa wniosek, że śmierć Mussoliniego została sfabrykowana, a Duce został tak naprawdę podmieniony na sobowtóra i ukryty w Watykanie. Historia ta zresztą jest bohaterowi opowiadana "po godzinach", w przerwach między pisaniem i romansowaniem - nie wiemy ani jak Bragadoccio dochodził do prawdy, ani komu ostatecznie nadepnął na odcisk. To jednoznacznie daje nam do zrozumienia - nie fabuła jest ważna, książka jest o czymś zupełnie innym*. I dzięki temu czyta się ją jak pasjonujący, prowokujący do dyskusji i własnych poszukiwań esej, ale taką sobie powieść. Równocześnie, nawiązując do jednego z najsłynniejszych tekstów pisarza, to "dzieło otwarte", którego życie zaczyna się po przeczytaniu, w głowie odbiorcy.


W moim przypadku znacznie bardziej niż kwestie medialne moją uwagę przykuł inny temat książki, który przewija się jakby w tle rozważań polityczno-społecznych - problem erudycji i tego, jak pomaga lub przeszkadza ona w życiu.

Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznawanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji zastrzeżona jest dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu.

Jak się robi mężczyznę, czyli błądząc wśród tłumaczeń "I'll make a man out of you"

6/11/2015

Jak się robi mężczyznę, czyli błądząc wśród tłumaczeń "I'll make a man out of you"

Jakiś wiek temu pisałam notkę o tym, jak tłumaczenia zmieniały sens "I'm still here" z "Planety skarbów". Miał to być początek cyklu, z którego nic nie wyszło, aż do teraz, kiedy to dzięki inspiracji TYM wpisem wzięłam się za namiętne słuchanie "I'll make a man out of you" z Mulan we wszystkich językach, jakie wpadły mi pod palce. I przy okazji odkryłam, że film Disneya o dzielnej dziewczynie ratującej Chiny przed inwazją Hunów ma już 17 lat. Kto w tym momencie czuje się staro, ręka do góry.


Królewnę myszka zjadła, czyli upiorne kołysanki z dzieciństwa

6/01/2015

Królewnę myszka zjadła, czyli upiorne kołysanki z dzieciństwa

Ilustracja pochodzi z hinduskiej reklamy materaców, ale pasuje :) Źródło.
Dzień Dziecka dobiega końca, a oczy same się zamykają... jutro znowu do pracy. Kiedyś było inaczej. Co prawda do szkoły wstawało się tak samo ciężko, ale w perspektywie były zawsze jakieś wakacje, ferie, święta... urlop to zdecydowanie nie to samo. Jedyny pożytek z wyrośnięcia z dzieciństwa w moim przypadku to brak problemów ze snem. Jako dziecko potrafiłam przetrzymać rodzinę na nogach przez całą noc, najpierw jako niemowlak drąc się wniebogłosy, potem w wieku przedszkolnym będąc dręczoną koszmarami. Jedynym ratunkiem były kołysanki śpiewane przez mamę i babcię. Teraz jednak, kiedy (zainspirowana filmem znalezionym na blogu Golden Eye) postanowiłam znaleźć ulubione piosenki na youtubie, zaczęłam się zastanawiać, czy to nie one właśnie były przyczyną tych koszmarów. Dokonałam bowiem przeglądu swoich ulubionych kołysanek i znalazłam tam naprawdę straszne rzeczy. Aczkolwiek bardzo proszę o potraktowanie tego wpisu z mocnym przymrużeniem oka ;-)

1) Był sobie król

Targonurek, czyli czytelnicy okiem dilera

5/26/2015

Targonurek, czyli czytelnicy okiem dilera

Książkowe memy STĄD
Tydzień temu zakończyły się Warszawskie Targi Książki. Podczas gdy dla większości czytelników oznaczały one cztery dni chodzenia, przeglądania, kupowania i nerwowego liczenia pieniędzy (czy wystarczy na kolejny tom), dla pracowników wydawnictw przez większość czasu przestrzeń stadionu ograniczała się do tej widzianej zza lady stoiska. Owszem, udało mi się przejść obok tłumu koczującego wokół Johna Flanagana, a nawet zakupić parę nowości podczas ekspresowej trasy dookoła Narodowego, ale jednak niemal trzy dni spędziłam na stojąco, rozmawiając z czytelnikami, autorami, księgarzami... Targi to jedna z niewielu okazji, kiedy zza biurka mogę wyjść „do ludzi”, więc nie przerażali mnie nawet najdziwniejsi goście, którzy stawali za naszą ladą. To święto książki to bowiem również prawdziwy przegląd najróżniejszych typów czytelniczych, którzy - na książkowym głodzie - wychodzą z zacisza swoich bibliotek po nowy towar. Jako książkowy diler - recydywista (to już moje szóste targi książki w Warszawie) mogę już poczynić pewne spostrzeżenia, bo co roku obserwuję te same typy czytelników:

Każdy włos to opowieść - "Sekrety morza"

5/20/2015

Każdy włos to opowieść - "Sekrety morza"


„Sekrety morza”, nominowane w tym roku do Oscara za najlepszy film animowany, poruszają właściwie tę samą tematykę, co zwycięzca tej kategorii – „Wielka Szóstka”. To film o żałobie, o radzeniu sobie z traumą, które najpierw polega na „zaklinaniu” jej, a następnie – na stanięciu z nią twarzą w twarz. O ile jednak „Wielka Szóstka” robi to w ogniu wybuchów, pocisków i zabawnych gagów, „Sekrety morza” wybierają inną drogę – spokojniejszą, wizyjną, melancholijną. A zarazem wizualnie po prostu olśniewającą.
A teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu - "Saga Wikingów"

5/19/2015

A teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu - "Saga Wikingów"



"Kochają ich kobiety, lękają się wrogowie" - głosi napis na plakacie reklamującym "Sagę Wikingów". Nie dajcie się nabrać. W filmie jest jedna kobieta, która nikogo nie kocha, a wrogowie wcale się ich nie boją - wręcz przeciwnie, to właśnie Wikingowie są tu zwierzyną łowną. Jednak mimo że dostałam zupełnie inny film niż się spodziewałam, muszę przyznać, że świetnie się bawiłam - uśmiech właściwie nie schodził mi z twarzy, a momentami wręcz płakałam ze śmiechu. Tylko że chyba nie taki cel chcieli osiągnąć twórcy tej przezabawnej historii.

Janusz w świecie Marvela - "Avengers. Czas Ultrona"

5/11/2015

Janusz w świecie Marvela - "Avengers. Czas Ultrona"


Do pierwszych "Avengersów" już zawsze będę miała sentyment przez jedno wspomnienie - otóż kiedy kupiłam sobie film na DVD, gotowa stwierdzić, czym jest to dzieło, którym wszyscy się tak zachwycają, coś tam było nie tak z ustawieniami na płycie. No i tak oglądam sobie, oglądam i trochę dziwi mnie ten terkoczący jak katarynka narrator, który opisuje wszystko, co widać na ekranie. Dopiero po piętnastu minutach zorientowałam, się, że to nie eksperymentalny rodzaj narracji, tylko lektor dla niewidomych...

Ślepcy idą na wybory - Jose Saramago i "Miasto białych kart"

5/08/2015

Ślepcy idą na wybory - Jose Saramago i "Miasto białych kart"

Trudno chyba o bardziej adekwatną powieść do czytania przed wyborami niż "Miasto białych kart", political fiction zmarłego pięć lat temu Jose Saramago. Podejrzewam, że spora część z Was przeżywa w tym momencie rozczarowanie demokracją i wszystkimi kandydatami na prezydenta, zwłaszcza po ostatniej debacie. Zamiast konkretów dostajemy gładkie frazesy, programy nie mają oparcia w faktach i chyba naprawdę niewiele osób ma złudzenie, że wybory mogą coś zmienić. Z drugiej strony inna spora część zupełnie się tym faktem nie interesuje i w niedzielę ominie lokale wyborcze. Zarówno dla jednych, jak i dla drugich jest ta książka.

Rzeźnik kontra krawiec, czyli luźne refleksje na temat Gry o Tron

5/06/2015

Rzeźnik kontra krawiec, czyli luźne refleksje na temat Gry o Tron



Przeczytałam wszystkie tomy „Pieśni Lodu i Ognia”, które kiedyś udało mi się wygrać w pamiętnym konkursie na stronie Nowej Fantastyki. Ale mam wrażenie, że w pewnym momencie przy czytaniu przestawiły mi się w głowie jakieś trybiki. „Grę o Tron” pochłonęłam podczas jednej długiej jazdy pociągiem, od razu sięgnęłam po kolejny tom, a po nim – po trzeci. I wtedy nagle coś mi zaczęło przeszkadzać, a sama książka – denerwować. Miałam wrażenie, że kiedy Ygritte powie jeszcze raz "nic nie wiesz, Jonie Snow", albo kiedy autor wymyśli kolejną peryfrazę zamiast imienia bohatera, trzasnę książką o ścianę. Ale czytałam dalej. Czwarty tom przeczytałam, w głowie układając sobie jadowite recenzje (ostatecznie żadnej nie napisałam). Piąty był mocno nierówny, chociaż niektóre wątki naprawdę mnie wciągnęły. Niestety było już za późno – czytanie książki przerodziło się w oglądanie serialu, który włączam z przyzwyczajenia, bo chociaż to już nie to, ale nadal lubię bohaterów. A jak jest z samym serialem, który właśnie wkroczył w piąty sezon?

Broadway na Targówku, czyli "Rent" w Rampie

4/30/2015

Broadway na Targówku, czyli "Rent" w Rampie

Zdjęcia STĄD.
Mimo mojej miłości do musicali ze wstydem muszę wyznać, że „Rent” jakoś zawsze omijałam, albo on omijał mnie. Ominęły mnie piosenki (właściwie kojarzyłam tylko "Seasons of love"), ominął film Columbusa. Coś tam mniej więcej wiedziałam o fabule, ale na spektakl w reżyserii Jakuba Szydłowskiego do warszawskiego teatru „Rampa” szłam właściwie bez żadnych oczekiwań. No i muszę przyznać – zachwyciłam się. 
Dzień Zestresowanego Scenarzysty, czyli Pitch Fiesta 2015

4/19/2015

Dzień Zestresowanego Scenarzysty, czyli Pitch Fiesta 2015

Wszystkie motywacyjne obrazki dla scenarzystów pochodzą STĄD ;-)
Zakończyła się Script Fiesta – festiwal dla scenarzystów w Warszawskiej Szkole Filmowej. Niestety z powodu pracy i braku urlopu ominęły mnie wszystkie atrakcje, wykłady oraz warsztaty i udało mi się wpaść na Żoliborz dopiero w weekend. Za to na wydarzenie dostarczające scenarzystom najwięcej adrenaliny, czyli Pitch Fiestę – spotkania z producentami. 
Co wolno pisarzowi, czyli José Luísa Peixoto sposób na podróże

4/04/2015

Co wolno pisarzowi, czyli José Luísa Peixoto sposób na podróże


W poprzednim wpisie wspomniałam o pewnej dyskusji, która miała miejsce rok temu wokół postaci José Luísa Peixoto, portugalskiego pisarza, autora powieści dla dorosłych i dzieci, poezji, dramatów, okrzykniętego w momencie swojego debiutu objawieniem i złotym dzieckiem krajowej literatury, złaknionej nowego Saramago. O tej burzy w szklance wody zapewne nie dowiedziałabym się nigdy w życiu, gdybym przypadkiem rok temu nie zajmowała się przygotowaniem konferencji z jego udziałem i nie podsłuchała rozmowy między organizatorami, która przerodziła się w refleksję, mówiąc w skrócie, na temat tego, czy pisarzowi przystoi to samo, co wolno zwykłym ludziom. O co chodziło? Cóż, w głowie często mamy obraz pisarza jako lekko oderwanego od rzeczywistości marzyciela, który nie do końca radzi sobie we współczesnym świecie. Tymczasem sprytny pan Peixoto postanowił połączyć swoją sławę, pasję i fanów i zawalczyć o więcej. Spełnienie marzeń i trochę gotówki. I wystartował w komercyjnym i wcale nie literackim konkursie.


Wielkopostny realizm magiczny - „Puste spojrzenie” i „Kocham Cię, Lilith”

4/04/2015

Wielkopostny realizm magiczny - „Puste spojrzenie” i „Kocham Cię, Lilith”



Bardzo łatwo jest przywołać z pamięci setki tytułów książek i filmów obracające się wokół tematów bożonarodzeniowych. Z Wielkanocą i wielkim postem jest trudniej - mniej w tym święcie komercji, więcej metafizyki i trudnych tematów, również sam klimat tych świąt jest trudny do uchwycenia. Jeśli miałabym szukać jakiegoś gatunku literackiego, który jest idealny do jego opisania, byłby to realizm magiczny. 

Milusie maszyny czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach

3/30/2015

Milusie maszyny czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach

„Chappie” – jak wspomniałam w recenzji, poruszył właściwie większość kwestii, które przychodzą nam na myśl na hasło "robot" albo „sztuczna inteligencja”. No, ale Neil Blomkamp miał na to dwie godziny. Z ciekawości, jak poradzili sobie z tym twórcy, którzy mieli na to kilka minut, zaczęłam tropić krótkie filmy o robotach, przy okazji zgłębiając fantastycznonaukowe kwestie, nad którymi nigdy wcześniej się nie zastanawiałam. Filmów są tysiące, więc skupiłam się przede wszystkim na tych z ostatnich lat, zastanawiając się, o czym poprzez postać robota chcieli powiedzieć nam twórcy. 

Spostrzeżenie nr 1: Robot ma zawsze rację

Zarówno w przypadku krótkiego, jak i długiego metrażu, jest jedna cecha wspólna łącząca w zasadzie wszystkie filmy (a i na literaturę można tę teorię rozciągnąć): racja jest zawsze po stronie robotów. To my, ludzie, choćby robot okazał się mordercą-psychopatą szlachtującym co popadnie, jesteśmy czarnymi charakterami. To ludzie, stwórcy, programują roboty na swój obraz i podobieństwo, a w momencie, gdy się to uda, odwracają się od swoich "dzieci". Chociaż jeszcze nie zdążyliśmy ani ustanowić, ani złamać żadnego z praw robotów, twórcy - choćby Nicholas Pittom, reżyser i scenarzysta filmu "Proto" już się o nie dopominają. No bo dlaczego niby robot bojowy musi zabijać, a nie może grać na skrzypcach, hm? Po prostu dyskryminacja.


Bajki robotów, czyli Chappie kontra świat

3/26/2015

Bajki robotów, czyli Chappie kontra świat


Powiem szczerze - mam dziwną słabość do filmów Neila Blomkampa. Reżyser jawi mi się jako takie trochę genialne dziecko, które miało szczęście dostać odpowiednie zabawki od odpowiedniej osoby i zrobić z nich odpowiedni użytek. Facet nie dość, że został protegowanym Petera Jacksona i mógł puścić wodze fantazji w Hollywood, to jeszcze niejako przy okazji ze swojego niezbyt urodziwego kumpla zrobił filmowego chłopaka Angeliny Jolie (pewnie gdyby kilka lat temu ktoś powiedział Sharlto Copleyowi o takiej możliwości, ten popukałby się w czoło). "Elizjum" było jednym z moich ulubionych filmów 2013 roku (tak, wiem jakie miało recenzje, i wiem że bajka o hipopotamie była okropna, ale nic na to nie poradzę), "Dystrykt 9" to dla mnie jeden z najlepszych filmów science-fiction ostatnich lat, nic więc dziwnego, że czekałam na "Chappiego" z utęsknieniem. I nie zawiodłam się.

Ten Okropny Pratchett... odszedł ktoś, kto umiał dotknąć sedna

3/13/2015

Ten Okropny Pratchett... odszedł ktoś, kto umiał dotknąć sedna

Po raz pierwszy o książkach Terry'ego Pratchetta usłyszałam w liceum. Moja wychowawczyni, polonistka, zwykła piętnować każdego, kto przyznawał się publicznie do czytania fantastyki (w tym własnych synów, wielkich fanów), a o sir Terrym mawiała "Ten Okropny Pratchett" z charakterystycznym wykrzywieniem kącika ust, jakby mówiła o coś obrzydliwym. Nic dziwnego, że byłam zaintrygowana.
Zagubieni w Storybrooke, czyli dlaczego warto zerknąć na "Once Upon a Time"

3/08/2015

Zagubieni w Storybrooke, czyli dlaczego warto zerknąć na "Once Upon a Time"

Dziś Dzień Kobiet oraz dzień, w którym zamierzam zrobić sobie prezent i zabrać się wreszcie do drugiej części sezonu jednego z moich ulubionych seriali. Ciężko nazwać to "guilty pleasure", bo nie czuję poczucia winy, niemniej wpis ten będzie analitycznym wyjaśnieniem, dlaczego mimo dawno skończonego przedszkola oglądam disneyowski serial o księżniczkach i książętach. No i to serial w sam raz na Dzień Kobiet, bo o Księżniczkach Disneya i Złych Królowych opowiada w naprawdę interesujący sposób.

Lana Parilla - właściwie to już powinno wystarczyć za uzasadnienie, dlaczego warto oglądać.
Straszni mieszczanie, czyli nie takie trafne wybory scenarzystów "Casual vacancy"

3/06/2015

Straszni mieszczanie, czyli nie takie trafne wybory scenarzystów "Casual vacancy"


Kilka tematów wcześniej pisałam o tym, jak trudną sztuką jest przeniesienie książki na kinowy ekran. Wydawać by się mogło, że dużo łatwiej pójdzie scenarzyście z ekranem telewizyjnym i napisaniem na podstawie książki scenariusza serialu. Wreszcie ma się odpowiednią ilość czasu, żeby spokojnie poprowadzić wątki, mam też wrażenie, że w ostatnich latach triumfu seriali autorzy właśnie scenarzystom telewizyjnym ufają bardziej. Jestem naprawdę pod wrażeniem tego, co zrobili twórcy „Gry o Tron” z przypominającymi książkę telefoniczną powieściami George’a R.R. Martina, scenarzyści „Czystej krwi” z serią Charlaine Harris albo Bryan Fuller z Hannibalem Lecterem. Oraz tego, że na te wszystkie zmiany autorzy się zgodzili. W serialu wybaczamy więcej – połączenie kilku postaci w jedno, diametralną zmianę wątku czy wręcz dopisanie nowych historii. W serialu można też pozwolić sobie na dłuższą ekspozycję, więcej dialogów, nowe znaczenia i metafory, których nie było w oryginale. W serialu nie ma filmowego pośpiechu, możemy spokojnie przyglądać się postaciom, interpretować, analizować.
Różne oblicza samotności - najpierw "Myszy i ludzie", a potem "Biała bluzka"

3/04/2015

Różne oblicza samotności - najpierw "Myszy i ludzie", a potem "Biała bluzka"

Warto ustawić jakiś mały dziękczynny ołtarzyk temu, kto wymyślił pokazy z serii National Theatre Live. Co prawda pewien artykuł na poczytnym portalu jakiś czas temu próbował udowodnić, że obcowanie z tak wysoką kulturą w kinie (w kinie! wśród plebsu i popcornu!) to zbrodnia i profanacja, ale wystarczy pójść na jedną sztukę, żeby przekonać się, jak bardzo się mylił. W zeszłym tygodniu miałam okazję po raz pierwszy wybrać się do kina Atlantic na NT Live – padło na spektakl „Myszy i ludzie” w reżyserii Anny D. Shapiro, z Jamesem Franco i Chrisem O’Dowdem w rolach głównych.



Powrót z kosmosu i bezrefleksyjna radość - po koncercie Queen + Lambert w Krakowie

2/25/2015

Powrót z kosmosu i bezrefleksyjna radość - po koncercie Queen + Lambert w Krakowie





Nawet najmniej ortodoksyjni fani Queen musieli poczuć wątpliwości po tym, jak ogłoszono że serię koncertów z połówką zespołu zagra Adam Lambert, gwiazdeczka z „American Idol”. Za to w tych najbardziej zagorzałych miłośnikach królowej zawrzała krew, a serce rozpoczęło walkę z rozsądkiem – bo z jednej strony, jakby nie było, Roger i Brian sprzedali się bezlistosnej komercji (tak jakby Queen nie był komercyjny :) i dokonali dość kontrowersyjnego wyboru wokalisty, z drugiej – dzięki tej transakcji dostaliśmy niepowtarzalną możliwość zobaczenia ich na żywo. Wśród niemal religijnych dyskusji wśród fanów padały takie sformułowania jak „bluźnierstwo”, „świętokradztwo”, wszystkie jednak oscylowały wokół tematu „Freddiego Mercury’ego nie da się zastąpić”.

Miedzy Freudem a Disneyem - "Tajemnice Lasu" Roba Marshalla

2/17/2015

Miedzy Freudem a Disneyem - "Tajemnice Lasu" Roba Marshalla


Zastanawialiście się kiedyś, w ilu klasycznych baśniach pojawia się motyw lasu? Do lasu idzie Czerwony Kapturek, w lesie ukrywa się Królewna Śnieżka, błądzą w nim Jaś i Małgosia. W lesie czyhają wiedźmy, wilki i różne inne niebezpieczeństwa, przez ciemne igęste lasy trzeba przejść, żeby znaleźć rozmaite magiczne przedmioty niezbędne do inicjacji. Na końcu lasów czekają wyśnione księżniczki i piękni książęta. To wszystko w jednym znajdziemy w musicalu „Tajemnice lasu” w reżyserii Roba Marshalla.

Od "Azazela" do "Czarnego miasta", czyli o Akuninie i Fandorinie

2/14/2015

Od "Azazela" do "Czarnego miasta", czyli o Akuninie i Fandorinie

Książki Borisa Akunina przetłumaczono na 35 języków i wydano w nakładzie 20 milionów egzemplarzy, informowało dumnie wydawnictwo Świat Książki kilka lat temu, kiedy to jego nakładem ukazywało się drugie wydanie serii kryminałów „Przygody Erasta Fandorina”. Wtedy też przypadkiem sięgnęłam po pierwszy tom i… zakochałam się na zabój. Chociaż cykl miewał swoje wzloty i upadki, dotrwałam od pierwszego „Azazela” do najnowszego tomu – „Czarne miasto”, a to podobno jeszcze nie koniec…

Co takiego jest w książkach Akunina, że wciągają jak narkotyk, chociaż to przecież „tylko” staroświeckie kryminały, osadzone w czasach gdy "literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją"?  

Sen Wachowskich, czyli "Jupiter: Intronizacja"

2/08/2015

Sen Wachowskich, czyli "Jupiter: Intronizacja"


Chyba każdy młodociany pisarz fantastyki ma na dnie szuflady takie historie, które w momencie pisania wydają się przełomowym dziełem, które zrewolucjonizuje literaturę. O żyjącym w biedzie Wybrańcu, który wplątuje się w ogólnoświatową lub wręcz ogólnokosmiczną intrygę, na czele której stoi najczarniejszy z czarnych charakterów. O pomagającym Wybrańcowi Najemniku, zwanym czasem Łowcą (może to być łowca przygód, łowca nagród lub łowca strasznych stworów – w każdym razie musi być Samotnym Wilkiem, początkowo niechętnym Wybrańcowi). W tle przemknie jakiś Mentor wprowadzający Wybrańca w realia intrygi, muszą też być walki, dużo walk, a także opcjonalny wątek romansowy. Aha, na początku powinien pojawić się prolog. Film Wachowskich wygląda wypisz wymaluj jak ekranizacja takiej powieści (bo oczywiście musi to być powieść, a najlepiej trylogia). Powieści, która udając coś „dorosłego”, powiela baśniowe schematy. Takiej, którą w końcu chowa się do szuflady, ale jak miło wraca się do niej po latach. I może dlatego mimo wszystkich "ale" jakoś trudno nie polubić filmu Wachowskich.
Radość śpiewania i ludzie na czarnym tle, czyli dlaczego lubię Studio Accantus

1/31/2015

Radość śpiewania i ludzie na czarnym tle, czyli dlaczego lubię Studio Accantus

Osób wrzucających na youtube’a swoje covery piosenek z filmów Disneya jest ho, ho, ho i jeszcze trochę. Od kilkuletnich dzieci nagrywanych przez dumnych rodziców, poprzez zdolną młodzież, aż do starszych fanów, którzy nigdy nie wyrośli z dzieciństwa. Amatorzy i profesjonaliści. Nawiasem mówiąc, piosenki do filmów Disneya to nie są jakieś byle kawałki – pisali je uznani kompozytorzy i śpiewali najwięksi i najpopularniejsi artyści. Zresztą, polskie tłumaczenia tekstów do filmów Disneya (ale też i Dreamworks, z"Księciem Egiptu" na czele) również stoją na bardzo wysokim poziomie. A poza tym każda taka piosenka jest jak malutki powrót do dzieciństwa. Nic dziwnego, że na youtubie pełno jest coverów, fandubów, parodii hitów z „Króla Lwa”, „Pięknej i Bestii” czy ostatnio „Krainy Lodu”. 

Co w takim razie wyróżnia na tym tle Studio Accantus, małe studio nagrań w każdą środę wrzucające na swój kanał youtube'owy jakiś disneyowski lub musicalowy cover? No właśnie, z pozoru wydawać by się mogło że niewiele – wykonawcy głosowo zazwyczaj przypominają oryginał, nie udziwniają, nie parodiują, wręcz przeciwnie – starają się jak najbardziej nawiązać do pierwotnej wersji i wpasować w "ruchy paszczy" postaci, jakby ją dubbingowali (w rogu ekranu zawsze pojawia się fragment filmu). Nie ma eksperymentów, przebieranek, za całą dekorację starcza czarne tło studia nagrań. A jednak kiedy już się usłyszy kilka piosenek, to ma się ochotę ich słuchać na zapętleniu i to nawet chętniej niż tych oryginalnych. O co chodzi???

Ludzie na czarnym tle, czyli Studio Accantus. źródło: www.facebook.com/StudioAccantus


Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek