Milusie maszyny czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach

3/30/2015

Milusie maszyny czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach

„Chappie” – jak wspomniałam w recenzji, poruszył właściwie większość kwestii, które przychodzą nam na myśl na hasło "robot" albo „sztuczna inteligencja”. No, ale Neil Blomkamp miał na to dwie godziny. Z ciekawości, jak poradzili sobie z tym twórcy, którzy mieli na to kilka minut, zaczęłam tropić krótkie filmy o robotach, przy okazji zgłębiając fantastycznonaukowe kwestie, nad którymi nigdy wcześniej się nie zastanawiałam. Filmów są tysiące, więc skupiłam się przede wszystkim na tych z ostatnich lat, zastanawiając się, o czym poprzez postać robota chcieli powiedzieć nam twórcy. 

Spostrzeżenie nr 1: Robot ma zawsze rację

Zarówno w przypadku krótkiego, jak i długiego metrażu, jest jedna cecha wspólna łącząca w zasadzie wszystkie filmy (a i na literaturę można tę teorię rozciągnąć): racja jest zawsze po stronie robotów. To my, ludzie, choćby robot okazał się mordercą-psychopatą szlachtującym co popadnie, jesteśmy czarnymi charakterami. To ludzie, stwórcy, programują roboty na swój obraz i podobieństwo, a w momencie, gdy się to uda, odwracają się od swoich "dzieci". Chociaż jeszcze nie zdążyliśmy ani ustanowić, ani złamać żadnego z praw robotów, twórcy - choćby Nicholas Pittom, reżyser i scenarzysta filmu "Proto" już się o nie dopominają. No bo dlaczego niby robot bojowy musi zabijać, a nie może grać na skrzypcach, hm? Po prostu dyskryminacja.


Bajki robotów, czyli Chappie kontra świat

3/26/2015

Bajki robotów, czyli Chappie kontra świat


Powiem szczerze - mam dziwną słabość do filmów Neila Blomkampa. Reżyser jawi mi się jako takie trochę genialne dziecko, które miało szczęście dostać odpowiednie zabawki od odpowiedniej osoby i zrobić z nich odpowiedni użytek. Facet nie dość, że został protegowanym Petera Jacksona i mógł puścić wodze fantazji w Hollywood, to jeszcze niejako przy okazji ze swojego niezbyt urodziwego kumpla zrobił filmowego chłopaka Angeliny Jolie (pewnie gdyby kilka lat temu ktoś powiedział Sharlto Copleyowi o takiej możliwości, ten popukałby się w czoło). "Elizjum" było jednym z moich ulubionych filmów 2013 roku (tak, wiem jakie miało recenzje, i wiem że bajka o hipopotamie była okropna, ale nic na to nie poradzę), "Dystrykt 9" to dla mnie jeden z najlepszych filmów science-fiction ostatnich lat, nic więc dziwnego, że czekałam na "Chappiego" z utęsknieniem. I nie zawiodłam się.

Ten Okropny Pratchett... odszedł ktoś, kto umiał dotknąć sedna

3/13/2015

Ten Okropny Pratchett... odszedł ktoś, kto umiał dotknąć sedna

Po raz pierwszy o książkach Terry'ego Pratchetta usłyszałam w liceum. Moja wychowawczyni, polonistka, zwykła piętnować każdego, kto przyznawał się publicznie do czytania fantastyki (w tym własnych synów, wielkich fanów), a o sir Terrym mawiała "Ten Okropny Pratchett" z charakterystycznym wykrzywieniem kącika ust, jakby mówiła o coś obrzydliwym. Nic dziwnego, że byłam zaintrygowana.
Zagubieni w Storybrooke, czyli dlaczego warto zerknąć na "Once Upon a Time"

3/08/2015

Zagubieni w Storybrooke, czyli dlaczego warto zerknąć na "Once Upon a Time"

Dziś Dzień Kobiet oraz dzień, w którym zamierzam zrobić sobie prezent i zabrać się wreszcie do drugiej części sezonu jednego z moich ulubionych seriali. Ciężko nazwać to "guilty pleasure", bo nie czuję poczucia winy, niemniej wpis ten będzie analitycznym wyjaśnieniem, dlaczego mimo dawno skończonego przedszkola oglądam disneyowski serial o księżniczkach i książętach. No i to serial w sam raz na Dzień Kobiet, bo o Księżniczkach Disneya i Złych Królowych opowiada w naprawdę interesujący sposób.

Lana Parilla - właściwie to już powinno wystarczyć za uzasadnienie, dlaczego warto oglądać.
Straszni mieszczanie, czyli nie takie trafne wybory scenarzystów "Casual vacancy"

3/06/2015

Straszni mieszczanie, czyli nie takie trafne wybory scenarzystów "Casual vacancy"


Kilka tematów wcześniej pisałam o tym, jak trudną sztuką jest przeniesienie książki na kinowy ekran. Wydawać by się mogło, że dużo łatwiej pójdzie scenarzyście z ekranem telewizyjnym i napisaniem na podstawie książki scenariusza serialu. Wreszcie ma się odpowiednią ilość czasu, żeby spokojnie poprowadzić wątki, mam też wrażenie, że w ostatnich latach triumfu seriali autorzy właśnie scenarzystom telewizyjnym ufają bardziej. Jestem naprawdę pod wrażeniem tego, co zrobili twórcy „Gry o Tron” z przypominającymi książkę telefoniczną powieściami George’a R.R. Martina, scenarzyści „Czystej krwi” z serią Charlaine Harris albo Bryan Fuller z Hannibalem Lecterem. Oraz tego, że na te wszystkie zmiany autorzy się zgodzili. W serialu wybaczamy więcej – połączenie kilku postaci w jedno, diametralną zmianę wątku czy wręcz dopisanie nowych historii. W serialu można też pozwolić sobie na dłuższą ekspozycję, więcej dialogów, nowe znaczenia i metafory, których nie było w oryginale. W serialu nie ma filmowego pośpiechu, możemy spokojnie przyglądać się postaciom, interpretować, analizować.
Różne oblicza samotności - najpierw "Myszy i ludzie", a potem "Biała bluzka"

3/04/2015

Różne oblicza samotności - najpierw "Myszy i ludzie", a potem "Biała bluzka"

Warto ustawić jakiś mały dziękczynny ołtarzyk temu, kto wymyślił pokazy z serii National Theatre Live. Co prawda pewien artykuł na poczytnym portalu jakiś czas temu próbował udowodnić, że obcowanie z tak wysoką kulturą w kinie (w kinie! wśród plebsu i popcornu!) to zbrodnia i profanacja, ale wystarczy pójść na jedną sztukę, żeby przekonać się, jak bardzo się mylił. W zeszłym tygodniu miałam okazję po raz pierwszy wybrać się do kina Atlantic na NT Live – padło na spektakl „Myszy i ludzie” w reżyserii Anny D. Shapiro, z Jamesem Franco i Chrisem O’Dowdem w rolach głównych.



Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek