3/26/2015

Bajki robotów, czyli Chappie kontra świat


Powiem szczerze - mam dziwną słabość do filmów Neila Blomkampa. Reżyser jawi mi się jako takie trochę genialne dziecko, które miało szczęście dostać odpowiednie zabawki od odpowiedniej osoby i zrobić z nich odpowiedni użytek. Facet nie dość, że został protegowanym Petera Jacksona i mógł puścić wodze fantazji w Hollywood, to jeszcze niejako przy okazji ze swojego niezbyt urodziwego kumpla zrobił filmowego chłopaka Angeliny Jolie (pewnie gdyby kilka lat temu ktoś powiedział Sharlto Copleyowi o takiej możliwości, ten popukałby się w czoło). "Elizjum" było jednym z moich ulubionych filmów 2013 roku (tak, wiem jakie miało recenzje, i wiem że bajka o hipopotamie była okropna, ale nic na to nie poradzę), "Dystrykt 9" to dla mnie jeden z najlepszych filmów science-fiction ostatnich lat, nic więc dziwnego, że czekałam na "Chappiego" z utęsknieniem. I nie zawiodłam się.

Mogą za to zawieść się ci, którzy oczekiwali głębokiego, ponurego science-fiction eksplorującego filozoficzne problemy. "Chappiemu", chociaż porusza tematykę sztucznej inteligencji i tego, czym jest świadomość, bliżej jest do "Wielkiej szóstki" albo anime "Chobits" niż do "Interstellar". Stoi za to o klasę wyżej niż niewiadomoco w stylu "Lucy" albo "Transcendencji". Więcej niż filozofii będzie w nim akcji, wybuchów, pościgów i walk mechów z mechami, ale z drugiej strony dzięki przystępnej, lekkiej i dowcipnej formie można zarówno zdobyć się na refleksję na temat kondycji ludzkości, jak i popłakać ze śmiechu.

Robot w stylu gangsta.
Ze wzruszenia zresztą też. Cała historia jest prosta i naiwna i prosty i naiwny początkowo jest nasz tytułowy bohater. Blomkamp nie boi się skorzystać z najbardziej wyświechtanych chwytów, żeby los Chappiego poruszył widzów i cóż, hm, przynajmniej ze mną mu się udało. Scena powrotu Chappiego do domu po pierwszym "treningu" miała w sobie coś z "Karuska" albo "Lassie, wróć", w każdym razie moje serce krwawiło. Ale zaskakujące jest to, że nasz bohater nie pozostaje naiwnym Pinokiem jak David z "A.I. Sztuczna inteligencja". Od początku jest w nim zaszczepiony pierwiastek niepewności - Chappie trochę po omacku miota się między dobrem a złem, popełnia błędy, obraża się, zmienia zdanie, na przemian kocha swoją "mamę" i popełnia mniejsze i większe przestępstwa, czasem nieświadomie, czasem z premedytacją. Omija procedury i przykazania. Zupełnie jak my.

Również relacja człowiek-robot pokazana jest bardzo ciekawie, chociaż trzeba przyznać - trochę powierzchownie. Blomkamp dotyka właściwie wszystkich problemów, jakie wynikają z wszczepienia robotom świadomości, ale niewiele z nich rozwija. A szkoda, bo właściwie każdy z nich nadawałby się na osobny film. Bo co właściwie definiuje człowieczeństwo, co sprawia, że możemy mówić o świadomości sztucznej inteligencji? Umiejętność abstrakcyjnego myślenia? Zdolność do nawiązywania kontaktów, miłości, przyjaźni? Umiejętność kłamstwa? A może ciekawość świata, pragnienie wiedzy, jak w "Chobits" gdy robot demaskuje swoją wyższą inteligencję poprzez chęć "sprawdzenia, co się stanie"? Blomkamp bawi się również dylematami moralnymi stwórcy sztucznej inteligencji - nieprzypadkowo ten właśnie bohater ma na imię Deon. To on daje Chappiemu pierwsze przykazania, zarazem zostawiając mu wolną wolę i możliwość ich złamania. I to on będzie patrzył bezsilnie, jak jego dzieło jest kuszone do złego. Niemniej wszystko podane jest raczej w humorystycznym (ale nie bezrefleksyjnym) tonie, dzięki czemu ilość i ciężar poruszanych przez reżysera kwestii nie powoduje przesytu, a jest raczej dodatkiem czy punktem wyjścia do dalszych pozafilmowych rozważań.

Największym czarnym charakterem w filmie jest fryzura Hugh Jackmana.
Jak zawsze u Blomkampa mamy też galerię przerysowanych, komiksowych, kiczowatych typów. Tu na pierwszy plan wysuwają się oczywiście Ninja i Yo-Landi, muzycy z Die Antwoord. Odpowiednio dziwni, idealnie wpisali się w stylistykę filmu. Ninja jest tak nadekspresywny, że momentami trudno sprecyzować, czy bliżej mu do "Trudnych spraw" czy do Jacka Nicholsona - ale można mu wybaczyć, tym bardziej że jego bohater jest chyba najciekawszy ze wszystkich i mimo skumulowania w sobie miliarda sprzeczności - przekonujący. Cudna Yo-Landi wygląda jak wyjęta z anime. Dev Patel również gra całym sercem. Niestety, trochę bez pomysłu w filmie pojawiają się Hugh Jackman i Sigourney Weaver. Pierwszy jest zupełnie nieprzekonujący jako ex-żołnierz zazdrosny o sukcesy kolegi z firmy, nie bardzo wie czy gra biurokratę, czy psychopatę, a jego motywacja jest jednak dość słaba. Szkoda, bo taki film zasługiwał na przerysowany, ekspresyjny, zapadający w pamięć czarny charakter. No, ale Sharlto Copley był już zajęty. Z kolei Weaver w ogóle nie widać i trudno o jej roli cokolwiek powiedzieć. W takiej galerii typów, jaką stworzył Bloomkamp, trzeba się jednak trochę napracować, żeby zostać zapamiętanym. 

Bloomkamp urzekł mnie mało ortodoksyjnym podejściem do angielskiej wymowy w filmach. Zdecydowanie akcenty niektórych jego aktorów powinny mieć własnych agentów,
Jednak to, czy film Wam się spodoba, zależy trochę od oczekiwań i znajomości poprzednich filmów twórcy z RPA - "Dystryktem 9" postawił on poprzeczkę tak wysoko, że wiele osób może poczuć zawód, zamiast nowatorskiego science-fiction dostając sympatyczną baśń dla dorosłych. "Chappie" nie wyważa bowiem żadnych drzwi, nie zadaje nowych pytań, czerpie całymi garściami zarówno z innych tego typu fabuł, jak i cytuje poprzednie filmy reżysera, nie jest też wizjonerski pod względem formy. Nie nazwałabym go jednak banalnym - wszystkie schematy, z których korzysta reżyser, są twórczo przetworzone, nic w tym filmie nie jest czarno-białe, a pozornie błaha fabuła stawia mądre pytania. Mimo świetnej i inteligentnej zabawy nie sposób jednak nie dostrzec też, że Blomkamp z filmu na film trochę traci pazur. Cóż, podobno reżyser ma stanąć za kamerą najnowszego "Obcego". Ciekawe, czy będzie się rozgrywał w Johannesburgu, a w roli tytułowej zobaczymy Sharlto Copleya?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek