4/19/2015

Dzień Zestresowanego Scenarzysty, czyli Pitch Fiesta 2015

Wszystkie motywacyjne obrazki dla scenarzystów pochodzą STĄD ;-)
Zakończyła się Script Fiesta – festiwal dla scenarzystów w Warszawskiej Szkole Filmowej. Niestety z powodu pracy i braku urlopu ominęły mnie wszystkie atrakcje, wykłady oraz warsztaty i udało mi się wpaść na Żoliborz dopiero w weekend. Za to na wydarzenie dostarczające scenarzystom najwięcej adrenaliny, czyli Pitch Fiestę – spotkania z producentami. 

Pomysł Pitch Fiesty jest genialnie prosty i różni się od typowych pitchingów, gdzie scenarzyści po kolei prezentują projekty przed większą grupą producentów. Tu pitching ma formułę „szybkich randek” – przy stolikach siedzą producenci, a w kolejkach do nich ustawiają się scenarzyści. Każdy ma 5 minut na rozmowę, jeśli spodoba się producentowi, dostaje od niego wizytówkę i jest zaproszony do przesłania całości projektu. Proste? Proste, ale kiedy siada się na krzesełku naprzeciwko wszechwładnego producenta, wszystko proste być przestaje ;-) Oto moje wnioski i wrażenia po drugim w życiu pitchingu :)

Pięć minut to strasznie mało…

Pięć minut, żeby opowiedzieć o projekcie. Pół biedy, jeśli przychodzisz z filmem krótkometrażowym, ale pełen metraż albo serial? Jak w ciągu pięciu minut opowiedzieć o zawiłościach fabuły, przedstawić bohaterów i ich charakterystyki, wytłumaczyć o co chodzi w zakończeniu? No nie da się. Dlatego należy się starać skondensować wszystko najlepiej do jednego zdania, logline’u od którego zaczyna się prezentację, a dopiero potem powiedzieć kilka dalszych zdań uzupełnienia. Jeśli się nie da, to niestety problem jest z projektem, nie z ilością czasu na pitching. Jeśli producent nie zainteresuje się od pierwszej chwili, to potem będzie już coraz trudniej


... ale i strasznie dużo.

O ile jednak większość osób żaliła się na za krótki czas, ja miałam inny problem – tak bardzo skondensowałam swoją prezentację, że po minucie było już po wszystkim. To dobrze – bo daje producentom więcej czasu na zadawanie pytań, i źle, bo… daje producentom więcej czasu na zadawanie pytań. A o ile wystąpienia można na upartego nawet nauczyć się na pamięć, to na pytania już się nie przygotujesz. A te padają różne – a to o wyjaśnienie niejasności projektu (przy pierwszym stoliku tak się zaplątałam, że zaczęłam od końca, a skończyłam początkiem, omijając istotne informacje ze środka), a to o etap zaawansowania prac (o czym później), a to o jakiś szczegół dotyczący bohatera, fabuły itp. Dlatego warto znać swój scenariusz jak najlepiej, wiedzieć nawet te rzeczy, które nie zostały napisane. Ja zostałam spytana np. z jakiej rodziny pochodzi bohater J


Warto znać zakończenie

Przy każdym stoliku padło to samo pytanie – o to, na jakim etapie jest scenariusz. Myślę że przynajmniej w jednym przypadku pomógł mi fakt, że na pitching przyszłam już z wyszlifowanym projektem serialu – charakterystykami bohaterów, streszczeniami wszystkich odcinków i gotowym scenariuszem pierwszego. Niemniej rozmawiałam z ludźmi, którzy przyszli wyłącznie z niezapisanym pomysłem i też udało im się zdobyć upragnione wizytówki, więc nie jest to regułą. W moim przypadku niestety nie zdałoby to egzaminu – raczej wpadłabym w panikę że nie zdążę nic wysłać po spotkaniu i spędziłabym weekend nad pustą kartką. Ale wydaje mi się, że warto mieć przynajmniej treatment całości, tak żeby przypadkiem w trakcie pisania nie zmienić zakończenia na inne, o którym nie opowiedziało się producentowi.


Nie ma się czego wstydzić

Kiedy stałam w kolejce, docierał do mnie co chwila absurd całej sytuacji – oto ja, dorosła kobieta, za chwilę będę opowiadała nieznajomemu facetowi projekt geekowskiego serialu o duchach i kosmitach. Toż mnie wyśmieje! Żebym chociaż przychodziła z pomysłem na pełnometrażowy film oparty na faktach, najlepiej coś o drugiej wojnie światowej albo PRL-u, albo chociaż serialem o lekarzach, czymś znanym i „bezpiecznym”. Ale nagle okazuje się, że przed tobą stoi koleżanka z futurystyczną animacją, za tobą starsza pani z dokumentem o cyrkowcach z XIX wieku, a przy sąsiednim stoliku ktoś z zapałem referuje opowieść o inwazji zombie. Każdy stoi tu ze swoim ukochanym „dzieckiem”, skrywanym przed obcymi czasem przez parę lat, i niepokojem w sercu, że oto to maleństwo właśnie wyfruwa w świat i może sobie nie poradzić – zostać wyśmianym, zmieszanym z błotem, lub – co gorsza – zignorowanym. I – ku mojemu zdziwieniu – okazało się, że tylko jedna osoba ze znudzeniem stwierdziła że „nieeeee, proszę pani, telewizja tego nie weźmie”. Pozostałe już po trzech minutach wiedziały, że chcą usłyszeć dalszy ciąg. Hell yeah!


Nieśmiałość nie przeszkadza

Nie należę do szczególnie śmiałych osób. Nie jestem też fanką kreatywnych CV, wypasionych niestandardowych prezentacji, wjeżdżania na rozmowę kwalifikacyjną na koniu, opowiadania anegdot i takich tam sposobów na przyciągnięcie uwagi. Dlatego bardzo podobało mi się, że Pitch Fiesta punktuje właśnie konkrety i same pomysły, a nie otoczkę, w jakiej są przedstawiane. Co oczywiście nie znaczy, że można popaść w drugą skrajność i o scenariuszu opowiadać, gapiąc się w podłogę i co chwilę powtarzając „yyy… eee… no wie pan”. Tu jeszcze jedna refleksja – chociaż w samej kolejce nie czułam wielkiego stresu (wręcz przeciwnie, bywało naprawdę miło), to już po dotarciu na krzesełko pierwsza rozmowa o pomyśle w cztery oczy była dla mnie mocno stresująca. Miałam wrażenie, że dużo składniej mówiłabym, gdybym stała na scenie przed większą publicznością – tak unikałam kontaktu wzrokowego, że można było wziąć mnie za osobę z zespołem Aspergera. Na szczęście potem poszło już lepiej.


Scenarzyści to strasznie fajni ludzie :)

Nie bywałam na wykładach na Script Fieście i strasznie tego żałuję, bo godzina stania w kolejkach z innymi scenarzystami dostarczyła mi naprawdę sporo wrażeń i pozwoliła na nawiązanie kilku fajnych kontaktów, a także spotkanie kilku starych znajomych, głównie z warsztatów :) Wspólny stresik zbliża też zupełnie nieznajomych sobie ludzi – chyba w żadnej kolejce nie stoi się tak miło, jak na Pitch Fieście, gdzie wszystkich – chociaż jakby nie było konkurujących ze sobą – łączy jeden cel.

Oczywiście nie było aż tak różowo i do wielu rzeczy można się przyczepić – kilku producentów mimo deklaracji nie pojawiło się lub spóźniło. Zważywszy, że pięciominutowych tur w każdej sesji jest zaledwie kilkanaście, mogło to oznaczać utratę szansy na nawiązanie kontaktu. Poza tym z niewiadomych przyczyn pierwsza sesja zamiast półtorej trwała zaledwie godzinę – nie udało mi się podejść do wszystkich producentów, do których chciałam. Wskutek tego wiele osób zostało w kolejkach na sesję drugą, bojąc się utraty już "wystanego" miejsca, co mogło oznaczać że druga grupa scenarzystów od razu trafi na koniec kolejki (jak było nie wiem, uciekłam zanim druga sesja się zaczęła, szczęśliwa że udało mi się zdobyć przynajmniej dwie wizytówki). 

Niemniej nie mam wątpliwości - Pitch Fiesta to świetna okazja dla wszystkich scenarzystów, którzy chcieliby zainteresować kogoś swoimi pomysłami – nawet jeśli się nie uda zwrócić uwagi producentów, wskazówki, jakie dostanie się podczas spotkań, są bezcenne. A poza tym to świetna zabawa oraz sposób na nabranie pewności siebie i wiary we własne pomysły – a tego przecież każdej osobie piszącej trzeba.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek