8/06/2015

Dzieciństwo w filmach Disneya - refleksje po "W głowie się nie mieści"



Jaki był pierwszy film Disneya, na którym byliście w kinie? Mnie trafił się "Bernard i Bianka w krainie kangurów". Trudno opisać, jak ten film przeżywałam, a moją pierwszą miłością oraz ideałem mężczyzny był przez długi czas myszoskoczek Jake. Ale równie mocno z dzieciństwem kojarzą mi się "Aladyn", "Król Lew" i "Piękna i bestia". Podejrzewam, że wielu z Was ma podobnie - wyprawy z rodzicami do kina na ciepłe, kolorowe, familijne animacje Disneya to jedne z piękniejszych wspomnień naszego dzieciństwa. Dopiero kilkanaście lat później dopada nas analityczny nastrój i nagle okazuje się, że nasze ulubione sceny odebralibyśmy teraz zupełnie inaczej... Chcąc napisać recenzję "W głowie się nie mieści", najnowszego filmu Disney/Pixar, pięknej opowieści o dzieciństwie i rządzących nim (dosłownie!) emocjach, sięgnęłam pamięcią wstecz, żeby porównać wizję dzieciństwa z innymi filmami i doszłam do ciekawych wniosków...



Dzieciństwa w filmach Disneya prawie nie ma

Dziwne, prawda? W filmach, które dla wielu z nas są wręcz synonimem szczęśliwego dzieciństwa, młodsze dzieci pojawiają się bardzo rzadko, a już naprawdę rzadko jako główni bohaterowie. Większość postaci poznajemy już w czasach nastoletniej burzy hormonów, zwłaszcza jeśli mowa o postaciach płci żeńskiej. Niemal żadnej z Disneyowskich księżniczek nie widzimy w dzieciństwie - fragment o dzieciństwie Kopciuszka trwa jakieś trzy minuty, trochę dłużej widzimy zawiniątko ze Śpiącą Królewną, którą zajmują się wróżki, ta sama sytuacja jest np. z Roszpunką. Chyba tylko Tarzana oraz Elsę i Annę z "Krainy Lodu" mamy okazję obserwować w różnych stadiach dorastania, ale samo dzieciństwo trwa w filmie bardzo krótko. Nawet jeśli postaci w oryginale powinny być nieletnie (Pocahontas, gdy poznała Johna Smitha miała... 12 lat), to na ekranie widzimy właściwie osoby dorosłe, a przynajmniej tak je postrzegamy, będąc dziećmi. Bella, Dżasmina, Kopciuszek to nie są nasze rówieśniczki, tylko starsze siostry albo dorosłe koleżanki, na których piękne suknie i wymykanie się z domu późną nocą patrzymy z zazdrością. Dużo ważniejsze jest dzieciństwo w bajkach "zwierzęcych" - takich jak "Bambi", "Dumbo", "Król Lew", "Gdzie jest Nemo", "Olivier i spółka", ale nie w każdym z tych filmów bohater przez cały czas pozostaje dzieckiem. No dobrze, jest jeszcze taki "Kurczak mały", ale czy ktokolwiek o tym filmie pamięta?

"Kraina lodu" jest wyjątkiem wśród filmów Disneya, które rzadko pokazują rodzeństwo. Scena zabawy dwóch siostrzyczek na początku jest przecudowna... niestety zaraz potem wszystko szlag trafia :)
Tu pojawia się dylemat, czy tak samo traktować dzieci ludzkie i dzieci zwierzęce. Z jednej strony mały słoń mierzy się z nieco innymi problemami niż mały człowiek, z drugiej - czym właściwie różni się dzieciństwo Simby od dzieciństwa takiego Mowgliego lub Tarzana? No i jak traktować wspomnianego wyżej "Kurczaka małego", który niby jest kurczakiem, ale rozmawia przez komórkę i na w-fie gra w zbijaka? Jednak gdyby odjęło się szczeniaki, lwiątka, małpki i kotki, to disneyowskich dzieci zostałoby jeszcze mniej.

Z ludzkich bohaterów dziećmi pozostają przez cały film również Mowgli w "Księdze dżungli", wśród dziewczynek zaś przeurocza Lilo z "Lilo i Stich". Nie liczę postaci drugoplanowych, jak Penny i Cody w "Bernardach i Biankach", ale tu również trudno mówić o szczęśliwym dzieciństwie.

Bycie dzieckiem (na ogół) zwiastuje jakąś traumę

Dzieciństwo pojawia się w większości filmów Disneya w jednym celu - to moment, w którym bohater zostaje naznaczony jakąś traumą. Przede wszystkim warto zauważyć, że jakieś 90% bohaterów Disneya to albo sieroty, albo półsieroty. Temat dzieciństwa zahacza tu zatem o inny temat-rzekę, jakim jest rodzina w disneyowskich animacjach. No właśnie: w tych jakże familijnych filmach trudno znaleźć jakąś w miarę normalnie funkcjonującą rodzinę, a jeśli na początku takie się wydają, to tym gorzej dla nich, zwłaszcza dla matek, bo pomór matek w filmach Disneya sprzeciwia się wszelkim statystykom. A jeśli mamy już ojców, to albo nazbyt surowych (Powhatan, ojciec Pocahontas) albo niezaradnych, bujających w obłokach (ojciec Belli, albo ojciec Dżasminy, który jest sułtanem - swoją drogą bycie księżniczką oznacza bycie córką polityka, za czym idzie cała seria nieprzyjemności). Ginące masowo matki zastępowane są przez złe macochy (Kopciuszek), można też włączyć tu koszmarnych rodziców przybranych/opiekunów, zazwyczaj morderców lub oszustów (Frollo z "Dzwonnika z Notre Dame", czarownica z "Zaplątanych", czemu by tu nie włączyć też np. Meduzy z "Bernarda i Bianki"). Chociaż rodzice przybrani bywają czasem spoko, jak w "Herkulesie" albo "Wielkiej szóstce", to dużo lepiej jest trafić do jakiejś bandy banitów, żyjących na uboczu społeczeństwa, którzy nauczą nas jeść robale i śpiewać fajne piosenki. Bardzo wychowawcze.

Jeśli już jednak pojawią się jacyś porządni rodzice, to muszą mieć się na baczności, bo w licznych przypadkach czeka ich brutalna śmierć - z rąk myśliwych ("Bambi", "Mój brat niedźwiedź"), pod kopytami rozszalałych antylop ("Król Lew"), przez utopienie ("Kraina lodu" - aczkolwiek czy ci rodzice są porządni, można się spierać), ewentualnie pożarcie żywcem ("Gdzie jest Nemo", "Tarzan").

I wszyscy zaczynamy płakać. 3... 2... 1...
Kilkoro rodziców uchowało się w parach, m.in. rodzice Herkulesa, ale to bogowie, więc mieli nieco łatwiej, podobnie jak superbohaterowie z "Iniemamocnych" (ale filmy Pixara to też trochę inna para kaloszy, o czym później). Raz na kilkanaście lat trafi się postać na tyle ogarnięta, że rodziców od śmierci uratuje (Mulan). Ale nawet jeśli dzieciństwa na ekranie nie widzimy, to możemy sobie wyobrazić, jak wyglądało. Przede wszystkim w przypadku księżniczek musiało być straszliwie nudne. Nie zmienia to jednak faktu, o którym wspomniałam na początku - dzieciństwo to w filmach Disneya czas, gdy bohater po raz pierwszy mierzy się ze swoją traumą. Jeśli nie jest to bycie świadkiem śmierci rodziców, to zawsze zostaje spotkanie jakiegoś śmiertelnego wroga, który będzie nas prześladował aż do dorosłości. Dzieci bywają też porywane pojedynczo (Roszpunka) lub masowo ("101 dalmatyńczyków") co być może jest ostrzeżeniem dla młodych widzów, by nie ufać obcym. Oraz rodzicom, bo może to wcale nie są twoi rodzice?

Wychowane wśród zwierząt

Dzieci i nastolatki u Disneya są też zazwyczaj samotne - zwłaszcza dziewczynki, które gadają ze zwierzątkami lub sprzętami domowymi, zamiast poszukać jakiejś koleżanki. Już prędzej zaprzyjaźnią się z kosmitą. Chłopcy nawiązują przyjaźnie częściej, ale też poza swoim gatunkiem - Simba co prawda przyjaźnił się z Nalą, ale potem trafił pod opiekę Timona i Pumby, Aladyn ma małpkę, Tarzan wychował się wśród goryli, Mowgli wśród wilków. Wyjątkiem jest Pocahontas, która oprócz zaprzyjaźnionych dzikich zwierząt ma przyjaciółkę Nakomę. Mamy też rodzeństwa, ale najlepszą zabawą dla twórców jest ich rozdzielanie (Anna i Elsa).

Nie wiem, co sądzicie, ale dla mnie Timon i Pumba z ich "hakuna matata" nie są odpowiednim towarzystwem dla podatnego na wpływy dzieciaka...
Ogólnie zatem można przyjąć, że Disney pokazuje dzieciom okropne wzorce i same patologie, ucząc, że lepiej wychowywać się z dzikimi zwierzętami niż z rodzicami, a swojego księcia poznasz, jeśli uciekniesz z domu i złamiesz wszystkie zakazy. No i cóż - dzieci uwielbiają to oglądać. W końcu mając 6-13 lat doskonale rozumiemy Pocahontas czy Arielkę, dopiero kilkanaście lat później zauważamy, że ich ojcowie też swoje racje mieli.

No i inna sprawa - dzieciństwo wbrew naszym wspomnieniom wcale nie jest tylko i wyłącznie czasem zabawy i szczęśliwości. Nawet jeśli nasz ojciec nie jest Mufasą, a matki nie pożre rekin, to zdarzają się problemy, które wydają nam się nierozwiązywalne, kiedy mamy te kilka lat. I nawet najradośniejszemu dziecku zdarzają się lęki - przed stratą, śmiercią, samotnością. Disney, podobnie jak baśnie dawno temu, stara się te lęki oswoić, czasem mniej, czasem bardziej wprost, jak ostatnio w "Wielkiej szóstce", która poza wybuchami skąpanymi w morzu żarcików jest też piękną opowieścią o radzeniu sobie z żałobą.

Wielka zabawa

Ale to nie patologie i traumy tak zachwycają w filmach Disneya. Mamy też przecież dzieciństwo pokazane jako "wielką zabawę". Zanim Pixar stworzył genialne "Toy Story", był przecież choćby taki "Piotruś Pan" i - przede wszystkim - "Kubuś Puchatek", chyba najpopularniejsza oprócz Myszy i Kaczora disneyowska franczyza. Pamiętam, jak w wieku kilkunastu już lat nagle dotarło do mnie, że Puchatek, Prosiaczek, Królik i reszta to przecież zabawki, ożywione wyobraźnią Krzysia.

Pięćdziesiąt lat przed "W głowie się nie mieści" był Kubuś Puchatek.
Motyw tej "wielkiej zabawy", czerpania z życia garściami, pojawia się też w innych filmach Disneya. Można się spierać, czy o tym właśnie opowiada "Piotruś Pan", ale może to dlatego, że ciągle mam w głowie powieść Barriego, którą zapamiętałam jako przerażającą i nawet Disney nie przekonał mnie, że jest inaczej. Poza tym jednak choćby gdzieś tam czyhał Skaza, Sher Khan czy chcący cię zabić tłum, zawsze znajdzie się czas na zaśpiewanie skocznej piosenki o tym, że masz pod łapą cały świat, że to jasne że już wyruszać czas, a w ogóle to hakuna matata. Filmy Disneya dają też krzepiący sygnał, że taka postawa nie jest zarezerwowana wyłącznie dla dzieciństwa, a chwile szczęścia można łapać wszędzie - na szczycie katedry Notre Dame, w bibliotece groźnej Bestii albo nawet, jak Mulan... w wojsku.

Dopiero jednak współpraca z Pixarem dała - przynajmniej w niektórych filmach - straumatyzowanym bohaterom Disneya prawdziwe dzieciństwo. Co prawda nie pozbawione lęków - mamy wszak "Potwory i spółkę". Lubię ten film za to, że chociaż służy oswajaniu strachów przed potworami spod łóżka, to zarazem pokazuje, że te wyśmiewane przez rodziców strachy mają całkiem solidną podstawę (wręcz zorganizowaną w kapitalistyczną korporację). Do tego pixarowscy bohaterowie wreszcie mogli się po prostu bawić, a zabawki dostały nawet własne sekretne życie - "Toy Story", ale też przecież "Auta". Z kolei "Iniemamocni", ratując świat, wciąż byli kochającą się, chociaż niepozbawioną wad rodzinką.

Jednak pierwszym moim skojarzeniem z "W głowie się nie mieści" był właśnie wspomniany wcześniej "Kubuś Puchatek". Tak jak twórcy z Pixara dali emocje... emocjom, wyposażając w ludzkie cechy Radość, Smutek, Odrazę, Gniew i Strach, tak ekranizacja powieści Milne'a zrobiła przecież wcześniej to samo. Strach to przecież Prosiaczek, Smutek Kłapouchy, Radością może być Tygrysek. Oba filmy pokazują też, że dzieciństwo to nie tylko radość, ale cała masa różnych, bardziej lub mniej skomplikowanych emocji. Chociaż jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to "W głowie się nie mieści" niszczy biedną Smutek tak bardzo, że kilka chwil w finale, kiedy sterroryzowana emocja dostanie swoje pięć minut, ginie we wszechobecnym kulcie radości - a przecież to nie tylko ona rządzi naszym życiem.

Wreszcie normalna, kochająca się rodzina, wychowująca się z dala od dzikich zwierząt.
Poza tym jednak wyjątkowo zupełnie w filmie "W głowie się nie mieści" mamy taką normalną, typową rodzinę, bez supermocy, ze zwyczajnymi, codziennymi problemami. I takie normalne dziecko, które nie musi ratować świata i wychodzić za mąż za księcia, tylko przeprowadza się do innego miasta. To wszystko też już niby było - w "Toy Story" - ale tu po raz pierwszy jest na pierwszym planie. Riley, główna bohaterka, nie przeżywa wielkich przygód czy strasznych katastrof - ale zarazem film budzi w oglądających całą masę wzruszeń i emocji (kto nie uronił łezki przy scenie z wymyślonym przyjacielem, ten... pewnie nie miał w dzieciństwie wymyślonego przyjaciela ;)) Może w ramach pokuty po koszmarnym błędzie rodziców w "Krainie lodu", twórcy zafundowali wreszcie bohaterce zwykłe, chociaż pełne wrażeń dzieciństwo - nareszcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2017 Bajkonurek