4/27/2016

Pierwszorzędne kino drugorzędne, czyli "Hardcore Henry"


Budzisz się w sterylnym laboratorium i niczego nie pamiętasz. Piękna kobieta wkłada ci na rękę pierścionek i mówi, że jest twoją żoną, po czym przykręca ci nową nogę, bo stara gdzieś się chyba zapodziała. Jakieś pięć minut później do laboratorium wpada szaleniec-albinos i jego najemnicy, mordują naukowców i próbują porwać twoją żonę. Uciekacie. Dopadasz do drzwi wyjściowych i otwierasz je, po czym okazuje się, że laboratorium znajduje się... w samolocie, kilka tysięcy kilometrów nad ziemią.


A to zaledwie streszczenie pierwszych dziesięciu minut filmu... "Hardcore Henry" to bowiem czysta adrenalina, jazda bez trzymanki, film, który akcją mógłby obdzielić jakieś pięćdziesiąt innych. No i do tego wszystkiego film, przy którym "Deadpool" wygląda jak "Domowe Przedszkole". A jeśli już wydaje Wam się, że wiecie, czego się spodziewać, to dodam niezobowiązująco, że w celu urozmaicenia akcji w pewnym momencie pojawia się numer musicalowy wykonywany przez grupę sklonowanych Sharlto Copleyów.


No i TA NAJWAŻNIEJSZA RZECZ, która sprawia, że film nie jest tylko kolejnym akcyjniakiem klasy B - całość została nakręcona w całości w pierwszej osobie, świat widzimy oczami głównego bohatera - dosłownie. Dzięki temu mamy do czynienia z dość niezwykłym filmowym eksperymentem, którego świeżość i pomysłowość sprawia, że zapominamy o nieco dziurawym scenariuszu i nie zawsze dopracowanych efektach specjalnych, a nawet o tym że właściwie to nie przepadamy za filmami, w których krew leje się tak gęsto. Co ciekawe, tę dziwną perspektywę możemy odebrać dwojako - jednym widzom może skojarzyć się z grą komputerową, tyle że rozgrywaną przez kogoś innego, drugim - wręcz przeciwnie, wszak perspektywa pierwszej osoby to... perspektywa z którą po prostu żyjemy na co dzień. Od widza zależy, czy wejdzie w ten świat w całości, czy też z poczuciem dystansu.

A dystans może się przydać, bo "Hardcore Henry" to nie jest film przyjemny. Już czołówka, która wprowadza widza w brutalny klimat całej historii to rzecz dla osób o mocnych nerwach. Może nie jest to gore, ale krew tryska obficie, kończyny fruwają w powietrzu, głowy rozpryskują się na kawałki i tak dalej. A wszystko to oglądamy często na zbliżeniach nietypowych dla kina akcji, które jednak zazwyczaj oferuje nam bezpieczne oddalenie i cięcia w odpowiednich momentach. Tu cięcie następuje dopiero po tym, jak zdążymy ze wszystkich stron obejrzeć pękniętą na pół czaszkę.


Przy tym wszystkim fabuła filmu jest jednak przyjemnie odrealniona i uroczo wręcz absurdalna. Dodatkowo twórcy nie bawią się w tłumaczenie nam wszystkiego i pewne kwestie pozostają niewiadomymi przez cały film, bo i po co zadawać pytania, kiedy tyle się dzieje. Skojarzenie z grą komputerową, gdzie otrzymujemy jedynie szczątkowy zarys akcji, toporek, dwa granaty i bazookę, z którymi ruszamy w bój, są jak najbardziej prawidłowe. A do tego wszyscy twórcy i odtwórcy zdają się bawić tak świetnie, że jesteśmy skłonni im to wybaczyć. Aktorstwo jest pierwszorzędne, chociaż raczej niekoniecznie Oscarowe ;) Sharlto Copley, którego uwielbiam od czasów "Dystryktu 9" i "Elizjum", przechodzi tym razem samego siebie i pokazuje, że jeśli reżyser pozwoli mu szarżować, to będzie szarżować tak, że z każdym pojawieniem się na ekranie rozniesie go w pył. Z kolei Danila Kozłowski w roli Akana jest czarnym charakterem tak przerysowanym, a zarazem tak nieobliczalnym i niebezpiecznym, że pewnie tylko patrzeć jak zainteresuje się nim Marvel. Co do postaci kobiecych, to cóż - poza żoną bohatera albo świecą cyckami albo chodzą w lateksie i strzelają. Jak widać jeden Mad Max wiosny nie czyni.

Pewnego kolorytu nadaje filmowi fakt, że akcja dzieje się w przaśnej, współczesnej Rosji. Odrapane bloki, których ściany podpierają mili panowie w strojach sportowych, sąsiadują z obstawionymi uzbrojoną ochroną wieżowcami dla bogatych, a obskurne autobusy dowożą pasażerów do pełnych roznegliżowanych pań ekskluzywnych podziemnych domów uciechy. Klimat jest dzięki temu... no, niezapomniany.


Wszystkie te pochwały pod adresem filmu powodują, że sama nie wiem, czy nie powinno być mi trochę wstyd. Oto właśnie chwalę film pełen brutalnej przemocy, przedmiotowo traktujący kobiety, bez fabuły i głębszej myśli przewodniej, na domiar tego wszystkiego zrealizowany w technice charakterystycznej dla gier komputerowych. No upadek wszystkiego. Nie mogłam jednak się powstrzymać i w trakcie pisania z ciekawości przejrzałam inne recenzje. I wiecie co? Większość też opisuje film w samych superlatywach. A wcale nie są pisane przez pryszczatych nastolatków, którzy tylko na chwilę odłożyli pada do PS4. To jak to z nami jest?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek