8/29/2016

Moralność DC, czyli spóźnione refleksje po "Suicide Squad"


Po klęsce, jaką było spotkanie Batmana i Supermana, moje zaufanie do filmów spod znaku DC spadło poniżej zera. Pierwsze recenzje "Suicide Squad", jakie pojawiły się w sieci, niestety tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Aż w końcu sama miałam okazję przekonać się, czy "Legion samobójców" rzeczywiście jest taki zły, jak go malują.

Niestety, jest.



UWAGA! Spoilery, aczkolwiek film jest tak mało zaskakujący, że słowo spoiler jest tu dużym nadużyciem.

No dobrze - na początek muszę przyznać, że film nie jest AŻ TAK zły, jak "Batman v Superman". Ba! Ma bohaterów. Ma dialogi. Ma nawet w miarę zrozumiałą historię, aczkolwiek ze scenariusza po montażu zostało sito. Uwaga, jest w nim też odrobina humoru, co w przypadku DC jest osiągnięciem na miarę lądowania na księżycu (aczkolwiek słyszałam, że zabawne sceny były dokręcane w panice w ostatniej chwili, jestem skłonna w to uwierzyć). Niestety, jakimś cudem udało się zrobić z tych wszystkich elementów neonowego potworka.

Bohaterowie niby są... ale tylko o dwóch-trzech można powiedzieć więcej niż dwa zdania bez znajomości komiksów.
Ekspozycja to podstawa

Jeśli chodzi o czarnych charakterów, to jest to ten element, w którym DC góruje nad Marvelem. Zarówno dzięki komiksom, jak i filmom z trafioną obsadą, takie postaci jak Joker czy Lex Luthor są jednymi z ikon popkultury, rozpoznawalnych nawet przez tych, którzy komiksów nigdy nie czytali. Czego nie można powiedzieć o żadnym Złolu z X-Menów (chyba że uznamy za niego Magneto), Strażników Galaktyki, Spidermana czy Iron-Mana. Wyjątkiem jest może Loki z Thora, ale tutaj chyba zadziałał bardziej magnetyzm Toma Hiddlestona niż sam pomysł na postać. Niemniej jestem w stanie przywołać z pamięci kilku mniej i bardziej znanych antagonistów Batmana i Supermana, podczas gdy nie pamiętam kto był przeciwnikiem Iron Mana w pierwszym filmie i czy w ogóle był jakiś antagonista w Hulku. W każdym razie kreacje łotrów zawsze były silną stroną DC i pomysł, żeby zrobić film o drużynie z nich złożonej, nie mógł się nie udać.

Podobno Samara z Ringu też gra w tym filmie.
A jednak, zadziałała ta sama prawidłowość co w niesławnym filmie o Batmanie i Supermanie. Mianowicie, DC zazdrości Marvelowi. Oni nie chcą mieć zwykłych filmów, oni chcą mieć, kurde, uniwersum! Problem w tym, że zanim Marvel nakręcił "Avengersów", części z nich poświęcił osobne filmy. Dzięki czemu widzowie mogli ich lepiej poznać, polubić, zrozumieć. Tymczasem w obu ostatnich filmach DC mamy wrzucenie nowych bohaterów do jednego worka i ekspozycja, która zakrawa na jakąś kpinę. W "Batman v Superman" było to oglądanie maila z filmikami w których pojawiał się Aquaman, Flash i ktoś tam jeszcze. No dobrze, ale tam było to coś na zasadzie mrugnięcia okiem do fanów i zapowiedzi Justice League (to że przeciętny widz nie załapie o co chodzi, nie ma znaczenia). Niestety w "Legionie samobójców" mamy dokładnie ten sam mechanizm. Zamiast poznać bohaterów w działaniu, mamy rozmowę o bohaterach przeplataną kilkusekundowymi scenkami i - o niebiosa - planszami z ich opisami. TAK. Planszami z opisami. Ręce opadają.

A tak na dobrą sprawę, dlaczego właściwie Deadshot jest zły i trafił do naszego Legionu? Ta postać jest w filmie tak szlachetna, że powinna bez egzaminów dostać się do Justice League.
Jeśli chodzi o samych bohaterów, o których usiłujemy czegoś się dowiedzieć od początku, to najobszerniej wprowadzeni są Deadshot (Will Smith) i Harley Quinn (Margot Robbie). Oboje, trzeba przyznać, dają radę, chociaż wątek córeczki Deadshota jest przerysowany tak, że ręka sama wędruje w stronę czoła. Głośne plaśnięcie słychać jednak, gdy na ekranie pojawia się Joker (Jared Leto). NIE. Strasznie lubię Jareda Leto. Lubię to, co robi w 30 Seconds to Mars i na ekranie, a w "Witaj w klubie" był przewspaniały. Ale niech już więcej nie gra Jokera. Naprawdę. Niech nie gra. Jeśli ktoś by mi powiedział, że można przerysować rolę Jokera, to popukałabym się w czoło. A jednak można, Joker w wersji Jareda Leto to coś w rodzaju koktajlu z wszystkich ról Johnny'ego Deppa u Burtona (i nie tylko, wszak nasz klaun ma też w sobie coś z Johna Dillingera i jemu podobnych). Raz jeszcze - NIE.

Here's Johnny! Pardon, Jared.
Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, to trudno o nich cokolwiek powiedzieć. Kilkoro pojawia się bez swoich "początkowych plansz" i dopiero musimy ogarnąć, kim są, jakie mają cele, i tak dalej. Szkoda, że twórcy nam w tym nie pomagają. Przez to gdy któryś z bohaterów ginie, kompletnie nas to nie obchodzi. Slipknot? A kto to jest Slipknot? Dlaczego trafił do drużyny? I tak dalej. Co więcej, w przypadku niektórych bohaterów (zwłaszcza Deadshota) trudno jest wskazać tkwiące w nich zło. Czym w gruncie rzeczy koleś różni się od takiego Batmana, nieporównanie bardziej zajadłego? Że już nie wspominając o tym, że taki Superman to ma na sumieniu więcej istnień niż wszyscy nasi złoczyńcy razem wzięci...

Film sponsoruje producent szwajcarskiego sera...

... bo takie są w nim niesamowite dziury. Właściwie nad każdym z wątków można znęcać się, wytykając jego bezsensy i brak logiki. Przykładowo, samo założenie filmu. Tworzymy drużynę ze złoczyńców... po czym głównym przeciwnikiem okazuje się jeden z jej członków. Wniosek sam się nasuwa. Że już nie wspominając o tym, że jednego z antagonistów można pokonać... zwykłą bombą. To skoro tak, to nie można było wystrzelić jej zdalnie, zamiast oprócz naszego Legionu wysyłać na śmierć tuziny żołnierzy z bombą pod pachą? Nikt nie próbował tego sprawdzić?


Przede wszystkim jednak jest to jeden z takich filmów, który powinien być oglądany w szkołach filmowych na zajęciach z montażu (zaraz obok "Sagi Wikingów") żeby pokazać studentom, jak nie należy robić filmów. Bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce nie wiadomo kiedy, a dowódca zawsze wie, co się dzieje i kto kim jest, chociaż nikt mu tego nie powiedział (no chyba że przez tę słuchawkę w uchu, ale nie mamy żadnej sceny, w której cokolwiek sugerowałoby, że w słuchawce coś słychać. O planszach już wspominałam. O zbędnych retrospekcjach jeszcze nie wspomniałam. A gdyby przeanalizować ten film scena po scenie to takich głupot znalazłoby się na pewno jeszcze więcej...

A co się udało?

No, udały się na pewno dialogi. Pod tym względem, że są. W Batman v Superman mieliśmy wypełniające film monologi i złote myśli, tutaj mamy rzeczywiście rozmowy, co dowodzi że jednak DC zrobiło krok do przodu. Co więcej, niektórzy bohaterowie żartują! Wykazują oznaki humoru! Dzięki temu dostajemy odrobinę chemii między Harley Quinn i Deadshotem, mamy też scenę w knajpie (czyżby to ta tajemnicza dokrętka), która chociaż całkowicie idiotyczna pod względem fabularnym, "uczłowiecza" naszych bohaterów. Szkoda, że twórcy dali ją dopiero pod koniec filmu, kiedy już nikogo nie interesuje, czy naszych złoczyńców lubimy, czy nie.

Naprawdę trudno w to uwierzyć, ale w tym filmie bohaterowie wchodzą ze sobą w interakcje. Nikłe bo nikłe, ale zawsze.
Udała się też ścieżka dźwiękowa, czym zresztą przyciągały już trailery. Jak pokazuje chociażby "Star Trek: Beyond" dobrze użyta piosenka może podnieść ocenę filmu o parę oczek i sprawić, że "zwykła" scena akcji będzie odlotowa. Szkoda tylko, że i w tym twórcy "Legionu Samobójców" przesadzili, dając sekwencje montażowe do piosenki częściej niż w "Magdzie M". Przez to wiedziałam, że były tam fajne piosenki, ale poza Queen za Chiny nie pamiętam jakie.


Oglądając film w ogóle nie sposób oprzeć się myśli, że miał wyglądać zupełnie inaczej. Pewne sceny są zupełnie z innej bajki, niektóre postaci są zupełnie nieprzemyślane (Joker), niektóre sceny są zbędne a innych zdaje się brakować. Wtrącił się producent? Zestrachany kolejnym sukcesem Marvela?

Czy w ogóle warto wybrać się na ten film? No cóż, raczej nie. Jeśli nie jesteście kolekcjonerami filmów o superbohaterach albo posiadaczami karty Unlimited, albo nie lubicie po filmie znęcać się nad scenariuszem i wytykać dziury w fabule (a jest wiele do wytykania) to naprawdę warto zaoszczędzone pieniądze wydać na coś innego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2017 Bajkonurek