W końcu szczęśliwa, czyli "Bridget Jones 3"


Przed premierą najnowszej części "Bridget Jones" głośniej było o twarzy Renee Zellweger niż o fabule czy jakości filmu. Bardzo niesłusznie, bo najnowsza odsłona przygód jednej z najbardziej znanych Brytyjek to jeden z najsympatyczniejszych filmów, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku. I kto wie, czy nie lepszy niż obie poprzednie części razem wzięte.

Film nie jest tym razem ekranizacją książki, jako że czytelniczki nie wybaczyli autorce tego, co zrobiła w najnowszej powieści. I chyba właśnie ta niewierność względem oryginału najbardziej wyszła filmowi na dobre. Książki o Bridget są dość szczególne - chaotyczne, fragmentaryczne, oddają zarówno styl pisania pamiętnika, jak i mętlik w głowie bohaterki. Świetnie się je czyta, ale już nieco gorzej ekranizuje. Dlatego z poprzednich filmów o Bridget pamiętam głównie poszczególne sceny, jakieś fragmenty, natomiast sama fabuła raczej nie powala.


W przypadku trzeciej części jest zupełnie inaczej. Scenariusz to moim zdaniem jedna z lepiej poprowadzonych komedii romantycznych ostatnich lat. Autentycznie zabawny, nienachalny, nie obrażający inteligencji widza. Sięgający zarówno po motywy rzadko w komediach romantycznych poruszane, jak i po sprawdzone sposoby na wyciskanie łez (zwłaszcza tych ze śmiechu).

Początkowe sceny dość dosadnie pokazują nam, że Bridget w końcu zmierza do pogodzenia z samą sobą.
Sama fabuła nie jest szczególnie odkrywcza: Bridget Jones kończy czterdzieści trzy lata i znów jest sama. Każdy kogoś ma, więc żeby nie dołować się kolejnym rokiem na karku, poważna pani producent (tak, tak, Bridget Jones jest panią producent telewizyjną i realizuje się w swojej pracy!) razem z koleżanką z telewizji wyruszają na festiwal. Tam rzucają się w wir zabaw i podczas gdy koleżanka uprawia zorbing z Edem Sheeranem (nie pytajcie...), Bridget trafia do namiotu sympatycznego Jacka - przystojniaka z USA, z którym spędza szaloną noc. Następnego dnia wraca, bo musi trzymać do chrztu dziecko koleżanki. Razem z Markiem Darcy, jej miłością sprzed lat, który właśnie się rozwodzi i potrzebuje kogoś, kto go przytuli. Miesiąc później Bridget odkrywa, że jest w ciąży. No i mamy pewien problem...

Zamiast tego złego i tego dobrego mamy tu prawdziwą klęskę urodzaju.
Wątek dwóch potencjalnych ojców został poprowadzony wyjątkowo zgrabnie. Przede wszystkim, co jest w tym filmie najwspanialsze - wybór bohaterki nie jest oczywisty. Tak jak w większości komedii romantycznych bohaterka miota się między "tym złym" i "tym dobrym", tak tutaj mamy właściwie dwóch fajnych facetów, a wybór lepszego z nich jest niemożliwy. Tym bardziej, że ten wybrany wcale nie musi okazać się ojcem dziecka. Obaj kandydaci na ojca i męża są też skrajnie różni - jeden to wyluzowany amerykański milioner-matematyk, drugi to wcielenie brytyjskiej flegmy. Co rodzi masę zabawnych scen (jak ta w szkole rodzenia, gdzie Bridget zostaje wzięta za surogatkę Marka i Jacka, że już o scenie dostarczania rodzącej na porodówkę) i jeszcze więcej śmiesznych dialogów.

Sztywny jakby kij połknął, a jednak omdlewam...
Wszyscy aktorzy spisali się świetnie, a ja przekonałam się zwłaszcza do Patricka Dempseya, którego nie trawiłam za jego rolę w "Chirurgach". Ale na największe brawa zasługuje Emma Thompson, w niewielkiej roli surowej pani ginekolog, która potrafi spuentować trafnie każdą sytuację. Nic dziwnego, wszak była współscenarzystką filmu... i na pewno wyszło mu to na dobre.

Emma Thompson jest w tym filmie cudowna.

Bardzo łatwo było zrobić z tego filmu kolejną komedię zahaczającą o kwestie starzenia się, przemijania, nostalgii za tym, co minęło. Jakiś czas temu na nasze ekrany wszedł chociażby sequel innego filmu sprzed lat dwunastu - "Mojego wielkiego greckiego wesela". Sequel, który oglądało mi się z trudem właśnie przez to, że wciąż miałam świeżo w pamięci bohaterów sprzed lat i mogłam obserwować, jak bardzo się zmienili i jak bardzo poszli nie w tę stronę, w którą chcieli. Tutaj Sharon Maguire niech będą dzięki, że z Bridget Jones zrobili coś zupełnie innego.

W filmie mamy też mikrowątek związany z wyborami do rady parafii, w których kandyduje matka Bridget. Nie jest zadowolona, że jej córka będzie miała nieślubne dziecko, ale nagle przekona się, że parafian o bardziej skomplikowanej sytuacji rodzinno-religijno-społecznej jest znacznie więcej. Chętnie pokazałabym ten film paru politykom...
Panna Jones z jednej strony wciąż jest tą samą popełniającą gafy Bridget, ale z drugiej realizuje się w zawodzie, a z trzeciej - patrzy w przyszłość z jeszcze większym optymizmem niż w poprzednich częściach, gdy jej głównym celem było znalezienie faceta. I niby twórcy kpią tu z ortodoksyjnych feministek, a całość kończy się włożeniem ślubnego welonu, ale sam film jest wielką pochwałą świadomej siebie kobiecości, której do feminizmu bardzo blisko. To taka kobiecość idąca własną drogą, potykająca się o własne błędy, ale przez to - podejrzewam - całkiem bliska większości z nas. Bridget nie czyta już poradników i nie odchudza się na potęgę. Co wcale nie znaczy że dojrzała i spoważniała. Ale jednak w końcu robi coś po swojemu i sama o sobie decyduje. Jakieś to pokrzepiające.

Komentarze

Copyright © Bajkonurek