To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"

10/30/2017

To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"


Jeśli oprócz czytania zajmujecie się również pisaniem, to znacie ten jęk zazdrości, który dobywa się z waszych gardeł, gdy traficie na książkę z pomysłem tak prostym, a tak dobrym, że jedyne o czym jesteście w stanie pomyśleć, to "Dlaczego sama na to nie wpadłam". Ja tak miałam właśnie z "Ostatnim policjantem", kryminałem Bena H. Wintersa.

Na warsztatach literackich albo scenariuszowych przyszli twórcy uczą się, że podstawą pomysłu jest tak zwany "hak", czyli coś, co stanowi o jego oryginalności, odróżnia go od pozostałych dzieł tego gatunku. Hakiem może być nietypowy bohater, ciekawe miejsce akcji, zakręcony twist fabularny albo interesujący dylemat moralny, który bohater musi rozwiązać. "Ostatni policjant" byłby więc jednym z wielu kryminałów, w którym detektyw prowadzi śledztwo w sprawie sfingowanego samobójstwa. Ale jest jeden szkopuł - do Ziemi zbliża się Maja, wielka asteroida, która za pół roku zmiecie z jej powierzchni wszelkie życie. A to wywraca wszelkie znane nam kryminalne schematy do góry nogami.

"Ostatni policjant" może budzić pewne skojarzenia z "Melancholią" Larsa von Triera. I tu, i tam, mamy do czynienia ze zbliżającą się apokalipsą widzianą niejako "przez dziurkę od klucza" - oczami przeciętnych ludzi, którzy mogą jedynie czekać na zagładę, nie mając żadnego wpływu na losy świata. I tu, i tam, nadciągająca zagłada jest też pretekstem do opowiedzenia czegoś więcej o człowieku. Gdzieś tam być może rozgrywają się sceny znane nam z filmów katastroficznych: toczą się gorączkowe dyskusje na szczytach władzy, prezydenci decydują o ewakuacji miast i użyciu broni atomowej, sekty popełniają zbiorowe samobójstwa. Tymczasem bohaterowie "Ostatniego policjanta" muszą podejmować nieco bardziej prozaiczne decyzje - co zrobić na obiad, skoro w sklepach zaczyna brakować zaopatrzenia, jak dojechać z miejsca na miejsce, skoro rząd wstrzymał dostawy benzyny, no i czy w ogóle jest jakikolwiek sens iść do pracy, skoro już niedługo i tak wszyscy zginą?

Detektyw Henry Palace jest przeciętnym policjantem z niewielkiej miejscowości, który nagle z krawężnika awansował do wydziału kryminalnego. Niekoniecznie za wybitne zasługi - brakuje ludzi, bo wszyscy rzucają pracę i wyjeżdżają albo popełniają samobójstwa. Henry Palace zdecydował, że on do pracy będzie chodził, chociaż czasem i jego dopadają momenty zwątpienia, a patrząc na ludzi wokół siebie, zastanawia się, kto z nich dotrwa do kolizji Mai z ziemią, a kto wcześniej odbierze sobie życie. Henry jest zdecydowanym przeciwieństwem typowego bohatera kryminału - to nie zapijaczony, cyniczny stróż prawa, zamknięty w swojej samotni. To raczej świat wokół niego taki się staje, podczas gdy on twardo trwa na swoim stanowisku. Henry Palace to bardziej nadgorliwy kadecik, świeżo po awansie. Pełen energii, oczytany w podręcznikach kryminalistyki, wierzący w swoją misję. Dopiero walczy o swoją pozycję, dopiero stoi u progu wielkiej kariery, na którą szansa - cóż - niejako spadła mu z nieba. Tym bardziej mu współczujemy, gdy ktoś chwali go słowami "kiedyś będzie z ciebie wspaniały detektyw". Bo wiemy, że tego "kiedyś" nie będzie.

No właśnie, wystarczył jeden fantastyczny element w zwyczajnej rzeczywistości miejskiego kryminału, żeby całkowicie zmienić odbiór powieści. I chociaż całość jest absolutnie standardowym dziełem swojego gatunku - z trupem, podejrzanymi, śledztwem, przesłuchaniami, mylnymi tropami i twistem fabularnym na koniec - to koniec świata w tle sprytnie przesuwa pewne akcenty. I nie chodzi tu wyłącznie o wizję świata tuż przed zagładą, bo tutaj Winters oszczędnie dawkuje szczegóły. Ludzkość dopiero znalazła się na zakręcie, część instytucji wciąż funkcjonuje normalnie, dzieci wciąż bawią się na placach zabaw, a w sklepach nadal można zrobić jakieś zakupy (chociaż o konserwach trzeba zapomnieć). Apokalipsa jest już w głowach ludzi, ale nie widać jej jeszcze na każdym kroku, chociaż zaczyna szerzyć się bezprawie, a samobójców nikt już nawet nie liczy. Za to takie, a nie inne przedstawienie sprawy powoduje, że przy czytaniu zadajemy sobie zupełnie inne pytania, niż przy standardowym kryminale. Na pierwszym miejscu wcale nie jest "kto zabił", a raczej "dlaczego zabił". Po co mordować i w drobiazgowy sposób fingować samobójstwo, skoro za sześć miesięcy wszystko i tak przestanie mieć znaczenie? Do tego czytelnik znacznie bardziej angażuje się w samą sprawę, bo nie chodzi tu już jedynie o zwykłe "samobójstwo czy morderstwo". Dla naszego bohatera potwierdzenie, że ma rację, to jedyna rzecz, która trzyma go w pionie. To już nie jest kwestia kariery detektywistycznej czy awansu - chodzi raczej o nadanie sensu własnym działaniom. I nadanie swego rodzaju sensu śmierci Petera Zella - zamordowany żył samotnie, nikt po nim nie płacze, ani rodzina, ani znajomi. Gdyby nie nasz detektyw, nikt nawet nie zwróciłby uwagi na kolejnego samobójcę. Gdy wszyscy wokół przekonują go, że powinien odpuścić, on drąży, sprawdza, tropi, przesłuchuje... żeby zdążyć znaleźć mordercę jeszcze przed końcem świata. A czytelnik trzyma za niego kciuki, równocześnie zadając sobie kolejne pytanie - co on sam zrobiłby na jego miejscu.

Książka jest pierwszą częścią trylogii, więc chociaż uda nam się poznać rozwiązanie zagadki śmierci Petera Zella, jeszcze nie wszystko na końcu będzie jasne. W tle historii kryminalnej mamy drugi wątek, sensacyjny, związany z siostrą naszego detektywa. Nico to zbuntowana dwudziestolatka, która prosi detektywa Palace'a o pomoc w odnalezieniu jej męża. Szybko okazuje się, że sprawa ma drugie dno, a jest w nią zaangażowane wojsko, które po ogłoszeniu informacji o asteroidzie dostało od rządu ogromne uprawnienia i najwyraźniej "coś szykuje". Co skrywają wojskowi i jaka jest w tym wszystkim rola Nico? Na rozwiązanie trzeba będzie poczekać do kolejnych tomów.

Akcja powieści prowadzona jest niespiesznie, a sama historia - chociaż z asteroidą w tle - jest bardzo kameralna, momentami bardziej obyczajowa niż kryminalna. Nie ma tu spektakularnych pościgów i fabularnych fajerwerków. Świat przed apokalipsą i kolejne etapy śledztwa poznajemy z punktu widzenia naszego bohatera, który zamiast biegać za przestępcami z gnatem w ręku, woli przyczaić się i obserwować - chociaż kiedy trzeba, potrafi też sięgnąć po broń. I zdecydowanie bardziej odpowiada mi takie prowadzenie fabuły - najmniej przypadła mi do gustu końcówka, która sprawia wrażenie, jakby ktoś kazał autorowi na siłę podbić napięcie. Ale jako całość "Ostatni policjant" świetnie sprawdza się jako kryminał nie tylko na wieczór - bo ze względu na oryginalne ujęcie tematu i przekroczenie ram gatunku zostaje w głowie na nieco dłużej.

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"

10/15/2017

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"



Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Wojciech Kępczyński ma na deskach Teatru Muzycznego "Roma" wystawić musical osadzony w czasach bitwy o Anglię, z jednej strony się ucieszyłam, ale z drugiej - od razu nabrałam wątpliwości i obaw, jak taki musical miałby wyglądać. Po pierwsze, niezwykle ciężko jest zrobić musical o drugiej wojnie światowej, unikając ciężaru martyrologii, który każdy urodzony w tym kraju dźwiga ze sobą czy tego chce, czy nie. Z drugiej strony, w ostatnich latach, pracując w wydawnictwie przy książkach historycznych, mogłam zaobserwować pewną irytującą tendencję. Mianowicie, robienie z drugiej wojny światowej (zwłaszcza z powstania warszawskiego) radosnej rewii, podczas której uśmiechnięte dziewczyny i odważne chłopaki z pieśnią patriotyczną na ustach idą umierać za ojczyznę, by kilkadziesiąt lat później ich wizerunki ozdobiły dresy i poduszki. Ale patrząc na to z jeszcze innej strony - jeśli robić jakiś pozytywno-patriotyczny musical o wojnie, to historie polskich pilotów jak najbardziej się do tego nadają.

Podejrzewam, że reżyser spektaklu zdawał sobie z tego sprawę, dodatkowo też zdawał sobie sprawę jak trudno w czasie, gdy polityka historyczna jest jednym z tematów numer jeden, zrobić musical, który spodoba się wszystkim. Który zadowoli i tych z prawa, i tych z lewa, który nie będzie ani zbyt kontrowersyjny, ani zbyt brutalny. Na który będą mogły pójść całe rodziny. I tak właśnie, jako musical dla wszystkich, widzę "Pilotów" Wojciecha Kępczyńskiego. Co jest zarówno jego zaletą, jak i wadą. 

Historia opowiedziana w spektaklu jest prosta i bardzo "musicalowa". Nina, aktorka rewiowa i Jan, młody pilot, tuż po zaręczynach zostają rozdzieleni przez wybuch wojny. On opuszcza kraj i trafia do Anglii, gdzie uczy się języka i zirytowany niechęcią ze strony Brytyjczyków, czeka na swoją szansę na wzięcie udziału w walkach. Ona zostaje w Polsce i, współpracując z ruchem oporu, musi w dobrej intencji robić złe rzeczy. Na domiar złego na drodze narzeczonych staje niejaki Prezes (hmmm a mówił reżyser że musical nie jest polityczny ;)), właściciel rewii, w której tańczy Nina. Prezes to śliski gość, który potrafi odnaleźć się w każdych warunkach i ustawić się zawsze równo z wiatrem, a dobro czyni tylko wtedy, gdy mu się to opłaca. Podczas gdy Nina zmuszona jest do nawiązania romansu z pilotem Luftwaffe, Jan poznaje uroczą Angielkę Alice, dzięki której może zapomnieć o wojnie (i pozostawionej w kraju narzeczonej).

Brzmi trochę znajomo, czyż nie? No właśnie, bardzo dużo w "Pilotach" nawiązań do "Miss Saigon", musicalu, który wywindował "Romę" Wojciecha Kępczyńskiego na pierwsze miejsce wśród teatrów muzycznych w Polsce. Widać to zarówno w fabule (rozbicie historii na sekwencje w dwóch różnych krajach), postaciach (zwłaszcza Prezes i jego rewia to oczywiste nawiązanie do Szefa i Dreamlandu, niekochana żona Alice to kropka w kropkę Ellen) czy piosenkach. Ale to nie jedyna inspiracja Kępczyńskiego, bo w "Pilotach" można doszukać się zarówno nawiązań do innych musicali, starszych ("Grease", "Dźwięki muzyki") czy współczesnych ("Hamilton", a przynajmniej tak mi się wydaje, bo w jednej z piosenek aktorzy próbują rapować), jak i do swingujących piosenek z lat 30. i 40. 

Mamy więc w spektaklu prawdziwy miszmasz gatunkowy, ale całość i tak wypada bardzo spójnie. "Piloci" w warstwie muzycznej i piosenkowej to taki solidny, rzetelny musical w starym stylu (nawet mimo rapu), z obowiązkową nieszczęśliwą miłością w roli głównej, broadwayowskimi sekwencjami rewiowymi i tanecznymi, rozcapierzonymi palcami, popisami solowymi, duetami i scenami zbiorowymi w odpowiednich miejscach. Aktorsko również jest bardzo dobrze. W roli Jana miałam okazję zobaczyć Jana Traczyka, do którego zapałałam wielką sympatią po "Notre Dame de Paris", gdzie grał Gringoire'a. Partneruje mu naprawdę dobra Zofia Nowakowska, którą widzowie Romy mogą znać z roli Sophie w "Mamma Mia". A jeśli dodać do tego choćby znanych ze Studia Accantus Sylwię Banasik i Marcina Franca w rolach drugoplanowych, to robi się jeszcze lepiej. Zawiódł mnie nieco Janusz Kruciński jako Prezes. Kruciński jest świetnym aktorem, ma osobowość i robił, co mógł, ale niestety zabrakło mu piosenek, którymi mógłby pokazać swoje umiejętności.

No i właśnie, niby wszystko jest OK, a jednak w "Pilotach" w wielu momentach coś mi nie grało. Niby wszystko jest na swoim miejscu, a jednak musical, mimo że nastawiony na wywołanie wzruszenia i silnych emocji, nieszczególnie mnie poruszył. I to nie dlatego, że patriotyczne uniesienia są mi obce, albo że mam serce z kamienia. "Piloci" zapowiadają się na wspaniałe, epickie widowisko, na końcu którego wszyscy będą płakać rzewnymi łzami, po czym nagle zatrzymują się w pół kroku. Duży udział ma w tym wspomniana "grzeczność" musicalu, ale to nie jest główna przyczyna. Jest jedna rzecz, która kompletnie mi w "Pilotach" nie podeszła.

I to moje największe zastrzeżenie do musicalu Kępczyńskiego. Ogromną część musicalu zajmują wizualizacje, wyświetlane na wielkich ledowych ekranach, pokazujące bitwy powietrzne, spadające bomby, rozrywane kadłuby samolotów i tak dalej. Trochę jak w "Dunkierce", tylko na scenie. Problem w tym, że gdybym chciała sobie pójść na film, to poszłabym do kina, a nie do teatru. Owszem, wizualizacje pokazują umiejętności graficzne artystów z Platige Image i robią ogromne wrażenie (takich rzeczy w polskim teatrze chyba jeszcze nie było), ale stwarzają niepotrzebny dystans między widzem a spektaklem. Ten dystans pojawił się już właściwie na samym początku. Spektakl zaczyna się, gdy widzimy... chłopca grającego na ekranie w grę komputerową, do której następnie "wchodzi", przenosząc się do czasów drugiej wojny światowej i właściwego musicalu. To chwyt rodem nie z teatru, a z akademii szkolnej, i nie służy zupełnie niczemu, poza pokazaniem, że "platidże" umieją robić fajne animacje. W dodatku nie ma żadnego domknięcia na koniec spektaklu, które uzasadniłoby ten chwyt (przykładowo, pokazując, że "to nie gra, tylko życie"). Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym dwa tygodnie wcześniej nie była na "Wiedźminie" w Gdyni. Tam dekoracje były proste i umowne, a wizualizacje nadawały im kolejnych znaczeń, a na pewno nie zastępowały akcji spektaklu. Tymczasem tutaj mamy film zamiast teatru i ten chwyt zupełnie mnie nie przekonał, podobnie jak nie poruszyły mnie śmierci kolejnych bohaterów, którzy ginęli na wizualizacjach, zamiast na scenie. Animowane bitwy mają spełniać tę samą funkcję co helikopter w "Miss Saigon" albo żyrandol z "Upiora w Operze", ale to jednak nie to samo... Może dlatego tak podobało mi się, gdy na scenie w jednej z piosenek w końcu pojawił się "prawdziwy" samolot.

Zastrzeżenia mam też (to chyba już tradycja) do libretta. Po raz pierwszy od dawna autorem tegoż nie jest Daniel Wyszogrodzki, tylko sam Wojciech Kępczyński we współpracy z Michałem Wojnarowskim, tłumaczem i tekściarzem, autorem między innymi tłumaczeń piosenek do filmów Disneya ("Zaplątani", "Kraina lodu"). Niestety, przyznam szczerze, że o ile parę piosenek wpada w ucho swoją melodyjnością, o tyle żadna nie zachwyca, a teksty są nawet jak na musical mocno kiczowate ("niesiesz mnie nad ziemią, obłoki się rumienią"), a niektóre - dość niezręczne. Ale zanim zacznę pisać o tekstach, muszę chyba obejrzeć musical jeszcze raz albo przesłuchać płytę, bo nie chciałabym wydać sądów o czymś, czego mogłam nie dość dokładnie usłyszeć. 


W musicalu, gdzie nie ma miejsca na rozwijanie postaci w dialogach, to piosenka musi pokazać ich głębię czy dylematy. Tymczasem w "Pilotach", choćby porównując ze wspomnianą wyżej "Miss Saigon", takich poruszających piosenek, zawierających jakieś głębsze refleksje na temat wojny czy moralnych wyborów zabrakło. Zabrakło czegoś na miarę "Bui-Doi" czy "Z marzenia mego film". Cały czas czekałam też na jakieś "American Dream" w wykonaniu Prezesa/Janusza Krucińskiego, no i niestety się nie doczekałam. Piosenka otwierająca musical jest bardzo letnia, a finałowej nie ma w ogóle. Pozytywnie odebrałam za to wspomnianą wyżej rapowaną piosenkę "Pan Hurricane", która po konferencji prasowej była nieco wyśmiewana - fakt, że scena (hip-hop, taniec, dekoracje) jest z zupełnie innego porządku i człowiek czuje się, jakby słuchał "Greased Lightning", tylko o samolocie, ale gdyby takich odważniejszych numerów było więcej, to pewnie byłabym zachwycona.

Pisałam na początku o dwóch sposobach pokazywania wojny w (przede wszystkim polskiej) popkulturze. Kępczyński starał się chyba znaleźć złoty środek. W scenach z Niną mamy pokazany koszmar okupacji (ale bez szczególnych okrucieństw - spektakl spokojnie mogą obejrzeć dzieci), angielskie przygody męskiej części obsady to taka wizja wojny rodem z amerykańskich filmów, gdzie "nasi dzielni chłopcy w swych latających maszynach" dają popalić Szwabom, w przerwach uwodząc panie z fryzurami w stylu vintage. I tylko czasem któryś z nich musi zginąć. Wydaje mi się, że taka huśtawka emocjonalna to akurat dość trafny wybór, zwłaszcza że dzięki baaaaaardzo licznym zmianom scenerii mamy pokazaną całą masę aspektów wojny - od łapanek po rewie dla Niemców w okupowanej Warszawie, od bitew powietrznych po fajfokloki u lordów w Wielkiej Brytanii. Przydałoby się tylko dopisać do tego odpowiednio chwytające za serce piosenki. A może to tylko moje serce nie dało się pochwycić?

Kolorowy patriotyzm i entuzjazm młodych pilotów kontrastuje nieco z tym, co dzieje się po wojnie, gdy okazuje się, że Zachód jednak niekoniecznie naszych docenił, a i w Polsce czeka na nich tylko więzienie i tortury (oczywiście w wykonaniu Prezesa, który z każdą władzą umie żyć dobrze). Ta powojenna część musicalu jest też najbardziej uproszczona i poprowadzona tak szybko i na zasadzie deus ex machina, że kiedy zapadła kurtyna, zostałam z uniesioną brwią i pytaniem "aaaale jak to?". 

Jestem zdania, że musical trzeba zobaczyć więcej niż raz i chętnie wybiorę się na "Pilotów" po raz kolejny. Czasami inna obsada, czasami osłuchanie się z piosenkami może spowodować, że zmieni się zdanie o sto osiemdziesiąt stopni albo zobaczy wady i zalety, których wcześniej się nie widziało. Pierwszy spektakl pozostawił mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Trochę szkoda, że w treści, warstwie muzycznej, piosenkach musical jest tak dosłowny, letni i zachowawczy, bo uśmiechnięci polscy piloci (odważni, przystojni, w mundurach) mogliby być dobrym towarem eksportowym. Tak czy siak, warto się do "Romy" wybrać. Musicale są zaraźliwe!
Ludzie i inne potwory, czyli o musicalu "Wiedźmin"

9/30/2017

Ludzie i inne potwory, czyli o musicalu "Wiedźmin"


Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że Wojciech Kościelniak zamierza wystawić na deskach teatru w Gdyni musical na podstawie opowiadań o Wiedźminie, uznałam to za kiepski żart. Co prawda w moim prywatnym panteonie twórców musicalowych ten reżyser znajduje się bardzo wysoko - w końcu to on, spełniając mokre sny polonistów, kazał Wokulskiemu w "Lalce" stepować, wymachując cylindrem - ale "Wiedźmin"? Nie, to nie mogło się udać.

Obawiałam się bardzo, że śpiewający wiedźmak będzie żałosny, żenujący czy po prostu śmieszny. Zresztą w wielu komentarzach przed premierą powtarzały się głosy typu "ciekawe, czy będzie aż tak źle, jak myślę". Zapewne reżyser zdawał sobie sprawę ze wszystkich obaw fanów, dlatego też pierwszą piosenkę pozwolił Geraltowi zaśpiewać dopiero pod koniec pierwszego aktu. Do tego czasu widzowie mogą oswoić się z nietypową konwencją i we własnym tempie wejść w świat przedstawienia. We własnym tempie, bo nie dla wszystkich będzie to łatwe - twórcy musieli liczyć się z tym, że na musical przyjdą zarówno fanatycy sagi Sapkowskiego, miłośnicy gry, miłośnicy musicali ale niekoniecznie znający powieść... i tak dalej. Każdy widz startuje tu z innego progu i ma inne oczekiwania - ośmielę się stwierdzić, że dużo bardziej wygórowane niż w przypadku "Mamma Mia" czy "Upiora w operze".

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni

No właśnie, przez cały pierwszy akt zastanawiałam się, dla której z tych grup bardziej przeznaczony jest musical i wydaje mi się, że jednak dla tych pierwszych. Pozostali muszą nieco się wysilić, żeby wypełnić luki czasowe między poszczególnymi scenami czy zrozumieć, kim są bohaterowie i jakie są ich wzajemne relacje. Z drugiej strony, przyzwyczajona do kina zapominam, że teatr wybacza znacznie więcej, a skróty i umowność są w teatralność wpisane. Wszak to teatralną tradycją jest drukowanie programów, tłumaczących o co chodzi w przedstawieniu ;)

Wojciech Kościelniak w swoich musicalach trzyma się pewnej konwencji i "Wiedźmin" też jest tym charakterystycznym stylem naznaczony. Jeśli widzieliście wcześniejsze musicale tego reżysera, to mniej więcej wiecie, czego się spodziewać. To nie warszawski teatr "Roma" z kolorami, rozbuchaną formą i reklamą sponsora przed spektaklem. U Kościelniaka dekoracje i kostiumy są czysto umowne, proste, a w "Wiedźminie" wyobraźni pomagają dodatkowo wizualizacje. Nie znaczy to jednak że jest biednie, wręcz przeciwnie - pomysłowość twórców momentami robi spore wrażenie, a proste rusztowania na zmianę stają się krużgankami pałacu, konarami drzew Brokilonu czy... kieratem, w który bezlitosna Yennefer zaprzęga biednego Geralta.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Jeśli chodzi o fabułę spektaklu, to jak to przy adaptacjach książek jest ona dość pretekstowa i lekko poszatkowana. Pewne obawy mógł budzić fakt, że reżyser spektaklu wziął się za tę samą materię, co wiele lat temu Jacek Bromski, który swoim "dziełem" pogrzebał polskie filmowe fantasy na długie lata. Kościelniak zdecydował się na prosty zabieg, który bardzo ułatwia połączenie opowiadań w jedną całość - poszczególne sceny to wspomnienia majaczącego Geralta. Historii pomaga również wprowadzenie narratora, którym jest oczywiście bard Jaskier, najlepszy przyjaciel Wiedźmina. Taki narrator, który swoje opowieści często koloryzuje i hiperbolizuje, uzasadnia baśniowość, teatralność i umowność całości. A dodatkowo osobom, które opowiadań nie znają, pozwala połapać się w historii i postaciach. Magia teatru pozwala z kolei na wyczarowanie zarówno kameralnych, jak i epickich scen.

Jeśli o postaciach mowa, to jak wszyscy zapewne widzowie, najbardziej ciekawa byłam odtwórcy roli Geralta. Gdy dowiedziałam się, że w obsadzie trafiłam na Modesta Rucińskiego, dość trudno mi było go sobie wyobrazić - w końcu ostatni raz widziałam go w teatrze jakąś dekadę temu, gdy w roli Herberta w "Tańcu wampirów" łapał za tyłek Kubę Molędę. Na scenie w Gdyni również pojawił się w blond peruce, ale na szczęście bardzo szybko udowodnił, że jest odpowiednim facetem na odpowiednim miejscu. Jego niski, lekko nonszalancki głos to idealny głos Geralta - do tego spokojnie mógłby podmienić Żebrowskiego w filmie albo Rozenka w grze i nikt by nie zauważył. W piosenkach śpiewa trochę wyżej, przez co zdecydowanie wolałam, kiedy mówił. Niemniej jednak byłam usatysfakcjonowana - Wiedźmin z musicalu to Wiedźmin, jakiego znamy z opowiadań. Zawsze rozdarty między mniejszym a większym złem, dręczony wątpliwościami, mocujący się z własnymi słabościami i przeznaczeniem.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Niestety, w parze z Wiedźminem zawsze musi iść Yennefer. Przyznam szczerze, że po przeczytaniu książek zdecydowanie nie byłam jej fanką, równie irytująca była w grze, a w musicalu... no cóż, może irytacja to właśnie uczucie, które Yennefer ma wywołać. Interpretacja tej postaci w wersji Katarzyny Wojasińskiej nie przypadła mi do gustu. Jej czarodziejka to przede wszystkim wkurzający babsztyl, który nie bardzo wie, czego chce. I chociaż może miała wyjść z tego silna kobieta, co to pomaga innym kobietom i nie dba o to, co o niej myślą, niekoniecznie się to udało. Również tragiczny rys tej postaci - czyli marzenie o dziecku - pojawia się zbyt późno, bym mogła ją chociaż trochę polubić. Szkoda wielka, że wątek Yennefer nie ma też praktycznie żadnego rozwiązania, a aż się prosi, żeby przyspieszyć nieco akcję i pokazać ją w relacji z Ciri.

W ogóle w "Wiedźminie", ale jakby się zastanowić, w pozostałych musicalach Kościelniaka również, to kobiety są motorem akcji, to one sterują głównym bohaterem. Widać to już w rozwiązaniu przestrzeni scenicznej - Geralt nie opuszcza nigdy poziomu sceny, podczas gdy Yennefer, Calanthe, Pavetta czy Eithne - zazwyczaj śpiewają lub mówią do niego z góry. Co niekoniecznie znaczy że mamy tu musical o silnych kobietach - wszystkie wyżej wymienione z jednej strony wydają się mieć nieograniczoną władzę, z drugiej - w obliczu zagrożenia są bezsilne.
Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Niedosyt czuję również, jeśli chodzi o Jaskra. Najbardziej podobało mi się to, że twórcy obsadzili w tej roli młodego chłopaka, bo wizja filmowego Jaskra-Zamachowskiego prześladuje mnie po dziś dzień. Jaskier to zarówno narrator, jak i comic relief, błazen, który może powiedzieć wszystko i zostanie mu to wybaczone. Dlatego szkoda trochę, że w drugim akcie ten bohater niemal nam znika i nie ma właściwie żadnego zamknięcia jego wątku, podobnie zresztą jak Yennefer.

Ale jest jedna postać, bez której ten musical miałby zdecydowanie niższą ocenę - to Ciri. Odtwórczyni tej roli, Pola Król, skradła mi serce od swojej pierwszej kwestii. Jej Ciri była łobuzerska, trochę wkurzająca, rozgadana i bezpośrednia, ale i niewinna, bezbronna, jakby pojawiła się z zupełnie innej bajki w świecie potworów i straszniejszych od potworów ludzi. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona była główną bohaterką musicalu. No właśnie - a gdyby tak historię Wiedźmina opowiedzieć z perspektywy Ciri? Skoro mieliśmy Wicked, to może i musical "Cirilla" cieszyłby się popularnością? ;)

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Mam też pewną zagwostkę, jeśli chodzi o jedną z postaci, a mianowicie - Płotkę. Zastanawiam się, kto i na jakiej podstawie wymyślił, że fajnie będzie jeśli w musicalu pojawi się kobieta z batem udająca konia. Czy miała to być zabawna rola bez głosu, coś na kształt Kukola w "Tańcu wampirów", ukłon w stronę młodszej widowni, niemy świadek zdarzeń w rodzaju anioła z "Chłopów", czy jeszcze coś innego? W każdym razie nie wyszło ani śmiesznie, ani logicznie, a do tego ciężko jest zrozumieć jej rolę w niektórych scenach (w jednej z nich wskakuje Geraltowi na plecy - dlaczego ja się pytam). Ale może to ja czegoś nie kojarzę, a postać ma jakiś głębszy sens.

Jeśli chodzi o piosenki, to trudno jest wskazać jakiś hit, jakiś wyróżniający się utwór czy wykonanie - - zapamiętałam przede wszystkim "Dziki Gon" w wykonaniu Modesta Rucińskiego i piosenki Ciri. Na uwagę zasługują natomiast sekwencje taneczne - akrobaci dają z siebie naprawdę wszystko i momentami człowiek nie wie, gdzie patrzeć, bo w każdym miejscu sceny dzieje się coś ciekawego. Kostiumy, tak jak i cały musical, są lekko odrealnione i umowne - zdjęcia zdecydowanie nie oddają tego, co dzieje się na scenie, zwłaszcza w sekwencji rozgrywającej się w Brokilonie, gdy teatr zaludniają najdziwniejsze stwory.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Tak jak i w książkach Sapkowskiego, w sposobie opowiadania, muzyce, piosenkach, kostiumach czy dekoracjach "Wiedźmin" waha się między baśnią a groteską, bajką dla dzieci a opowieścią "tylko dla dorosłych". Nie jest to łatwa konwencja i osoby, które nie miały nigdy z Sapkowskim do czynienia, mogą poczuć się zagubione. Zresztą, ja sama czytałam Wiedźmina stosunkowo niedawno (pewnie o wiele za późno, by się zachwycić) i nie wszystkie nawiązania czy postaci były dla mnie jasne. Ale tak czy inaczej, moim zdaniem Wojciech Kościelniak i pozostali twórcy wyszli zwycięsko z próby zmierzenia się z tą materią. Jeszcze kilka miesięcy temu, kupując bilet, nastawiałam się na podśmiechujki ze stepującego Geralta - tymczasem obejrzałam przemyślany, interesujący musical z niezłą warstwą muzyczną i tylko paroma zgrzytami. Coraz ciekawsza jestem, za jaki materiał reżyser z zespołem wezmą się następnym razem. Mierzył się już z Prusem, Reymontem, Gombrowiczem, Tyrmandem, Sapkowskim - trzeba przyznać, że poprzeczka jest zawieszona teraz naprawdę wysoko.
Nie wszyscy mogą umrzeć, czyli refleksje po sezonie "Gry o Tron"

9/09/2017

Nie wszyscy mogą umrzeć, czyli refleksje po sezonie "Gry o Tron"



Blog ponownie zamarł na wakacje, ale (o ile ktokolwiek tu jeszcze zagląda) nie obawiajcie się, w końcu odżyje ;) Zwłaszcza musicalowo, bo jeszcze przed wakacjami profilaktycznie zakupiłam bilety zarówno na gdyńskiego "Wiedźmina", jak i na "Pilotów" w Romie. A do tego już niebawem moje dawne wydawnictwo wyda bardzo fajną książkę, o której mam nadzieję co nieco napisać ;)

Ciszej nad tą skrzynią umarlaka,czyli "Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara"

6/03/2017

Ciszej nad tą skrzynią umarlaka,czyli "Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara"


Aż wierzyć się nie chce, że serii "Piraci z Karaibów" stuknie już niedługo piętnaście lat. Dla mojego nastoletniego serca "Klątwa czarnej Perły" z 2003 roku była prawdziwym objawieniem. Wielbiłam wtedy Orlando Blooma po "Władcy Pierścieni" i oglądałam namiętnie wszystkie filmy z Johnnym Deppem, Keira Knightley była piękna i silna, a do tego wszyscy tłukli się na szpady, skacząc po masztach i linach... no czego chcieć więcej. Dlatego z wielkim trudem przychodzi mi myśl, że części piątej, czyli "Zemsty Salazara" mogłoby w ogóle nie być.

Co (jeszcze) może pójść nie tak, czyli wydawnicze lęki przed Targami Książki

5/18/2017

Co (jeszcze) może pójść nie tak, czyli wydawnicze lęki przed Targami Książki

Chyba większości osób pracujących w wydawnictwach maj kojarzy się z targami książki. Czas nagle zaczyna się dzielić na bardzo króciutki, nerwowy okres "przed targami" i bezkresny horyzont "po targach", kiedy w końcu człowiek będzie miał dużo czasu i zdoła dokończyć wszystkie niedokończone sprawy (co zazwyczaj bywa złudną nadzieją). Redaktorzy w pocie czoła wysyłają do drukarni targowe nowości, drukarnie nie kładą się spać, działy handlowe dokonują cudów by rozplanować umieszczenie tysięcy książek na ograniczonej liczbie metrów kwadratowych powierzchni stoiska, działy promocji wiszą na telefonach, by zaprosić na stoisko autorów oraz przekonać grafików, że projekt plakatu z nowościami nie może być na po weekendzie. 

Magia Nowej Przygody, czyli "Strażnicy Galaktyki vol. 2"

5/07/2017

Magia Nowej Przygody, czyli "Strażnicy Galaktyki vol. 2"


Ostatnio na każdy film z uniwersum Marvela kręciłam nosem. A to nudy, a to historia nie taka, a to zbyt zabawne, a to za poważne, a to za dużo bohaterów... W każdym razie na filmach, na które kiedyś leciałam do kina w podskokach, od pewnego czasu coraz trudniej mi było wysiedzieć, co dopiero do ostatniej sceny po napisach. Aż nadeszli "Strażnicy Galaktyki vol. 2" i nagle kilka rzeczy jestem zmuszona odszczekać.

Po pierwsze, przy okazji ostatnich "Avengersów", kolejnych "X-menów" czy "Thora" powtarzałam jak mantrę, że kolejne sequele to już nie to, że w końcu trzeba nakręcić coś nowego. Z kolei filmy takie jak "Deadpool", "Ant-Man" czy "Doktor Strange", chociaż oferowały momentami dobrą zabawę i wprowadzały nowych bohaterów, za bardzo dawały mi odczuć że są tylko częścią większego uniwersum i rozbiegówką pod kolejne filmy. Do tego w pewnym momencie zaczęłam już gubić się w tysiącach nawiązań do innych filmów, scenach po napisach po scenach po napisach i easter eggach zrozumiałych tylko dla fanów komiksów, których natężenie osiągnęło apogeum choćby w "Czasie Ultrona". Do tego twórcom coraz trudniej było wykrzesać u mnie jakiekolwiek emocje.


Po nowej części "Strażników Galaktyki" spodziewałam się tego wszystkiego plus wszystkich wad, o jakich pisałam w recenzji ostatniego "Star Treka", czyli z jednej strony aż-za-fajnych bohaterów, z drugiej - sztampowej do bólu historii, gdzie sens ginie w nawale efektów specjalnych, historii którą można by przerzucić do innego uniwersum i nikt by nic nie zauważył. Oj, jak bardzo się myliłam. Najnowszy film z Peterem Quillem i spółką przebił w moim własnym Marvelowym rankingu wszystkie części "Kapitana Ameryki" i do tego nie wiem, czy nie zagwarantował mi jeszcze lepszej rozrywki niż jedynka. Z jednej strony - ubawiłam się do łez, z drugiej - porządnie wzruszyłam na koniec, z trzeciej - ten film miał naprawdę dobry scenariusz, w którym wszystko było na swoim miejscu.

Fabuły streszczać nie będę, bo nie chcę nikomu zabierać przyjemności z kolejnych zwrotów akcji. Powiem tylko, że na tle pozostałych superbohaterskich opowieści "Strażnicy Galaktyki" oferują naprawdę ciekawą, niejednoznaczną i inteligentnie napisaną historię, a do tego rozgrywaną nie tylko wśród laserów i kosmicznych bitew, lecz - przede wszystkim - poprzez relacje między bohaterami. Niby nic nowego, to właśnie interakcjami uniwersum Marvela stoi, czego wciąż nie może się nauczyć konkurencja, nauczyli się za to choćby twórcy "Star Treka". Z drugiej strony, w odróżnieniu od nowego "Star Treka", który chciał być trochę takimi "Strażnikami" tylko ze Spockiem i Kirkiem, historia nie opiera się na samych dowcipnych dialogach i interakcjach między bohaterami, ale jest ciekawa sama w sobie. W końcu nie sięgnięto do obowiązkowego zestawu, czyli: zniszczenie niebezpiecznego artefaktu albo ratowanie stacji kosmicznej z cywilami, ewentualnie powstrzymanie ataku stworów z innego wymiaru. Czy raczej, jakby się zastanowić: mamy to wszystko, ale akcenty zostały nieco przesunięte i nie to jest najważniejsze. Jeśli ktoś spodziewał się konfrontacji z Thanosem, to z zaskoczeniem może stwierdzić, że film jest o czymś zupełnie innym. Co więcej, mimo obowiązkowych bitew, pościgów i efektownie sfilmowanych walk, historia jest zaskakująco kameralna i rozpisana na zaledwie parę postaci, bez tłumów statystów. Krok po kroku poznajemy coraz bardziej motywacje bohaterów, ich tajemnice, coraz bardziej ich lubimy lub przestajemy im ufać. Każda scena mówi nam o którejś z postaci coś więcej, każdy dialog ma drugie dno. Z kolei uczynienie rodziny lejtmotywem filmu również wyszło bardzo zgrabnie - każda postać dostaje do rozwiązania swoje rodzinne sprawy, co pozwala na pokazanie ich z zupełnie innej strony. Sprawia to, że nawet tradycyjna rozpierducha na koniec nie jest zwykłym "pojedynkiem z bossem", tylko wymaga od bohaterów rozdzierających serce wyborów.


Wracając jeszcze do "Star Treka", "Strażnicy Galaktyki" mają to, czego w tamtym filmie mi najbardziej zabrakło, a być powinno - światotworzenie. Wszystkie wykreowane przez twórców światy intrygują, przedstawiciele różnych kosmicznych narodów mają swoje zasady i odmienną perspektywę, a Ego to już w ogóle jakby żywcem ze starego "Star Treka" wyjęta postać.

Przede wszystkim jednak "Strażnicy Galaktyki vol. 2" są świetną zabawą. Taką zabawą rodem z Kina Nowej Przygody, wspomnieniem z dzieciństwa, tym bardziej że w tle gra muzyka lat 80., a w epizodycznych rólkach pojawiają się... też nie zdradzę, żeby nie psuć przyjemności. Zabawa rozgrywa się w kilku wymiarach - po pierwsze tym wizualnym. Film to jeden wielki efekt specjalny, ale z gatunku tych wywołujących u widza efekt "wow". Poza tym może sobie na to pozwolić, od pierwszej sceny biorąc sam siebie w nawias. Po drugie, bohaterowie, których już znamy z pierwszej części, tu zostają pogłębieni, i to w tak perfidny sposób, żebyśmy polubili ich jeszcze bardziej. Co więcej, swoją dusze dostają nawet tak trzecioplanowe postaci jak Kraglin, którego postać autentycznie chwyta za serce. Po trzecie - dialogi są przezabawne (chociaż nie zawsze humor jest najwyższych lotów), czy to wszelkie teksty Draxa, czy to przekomarzanki Rocketa i Yondu, czy to nieśmiałe próby poderwania Gamory przez Petera. I chociaż sam motyw "jesteśmy rodziną" jest nieco disneyowski, to wszelkie podniosłe lub smutne momenty są zaraz równoważone niekoniecznie inteligentnym żartem. Przez to całość ma taki chłopacki urok, a do tego mężczyźni ukrywający swoje uczucia i przykrywający je śmieszkami-heheszkami chociaż my i tak wiemy, co czują, to coś, co na mnie działa. Och, te męskie łzy. Pytanie tylko, czy do tej dobrej zabawy nie potrzebna jest jednak znajomość pierwszej części.

Niestety, jeśli o dialogach mowa, to trzeba do tej beczki miodu dorzucić niestety trochę narzekań na polskie tłumaczenie napisów. Zdaję sobie sprawę, że dosłowne tłumaczenie nie zawsze wchodzi w grę, ale to co zrobił tłumacz, momentami wołało o pomstę do nieba. Zdarzały się sceny, gdy tłumaczenie było tak bardzo obok oryginału, że przestawało mieć sens albo gubiło zupełnie intencje postaci. Nie mam pojęcia dla kogo były niektóre teksty, ale miałam wrażenie że autor przekładu wizualizował sobie jakiegoś typowego gimnazjalistę z fanklubu "Pitbulla" i tłumaczył specjalnie dla niego z podobną finezją. Pech dla tych, którzy znają angielski na tyle, żeby widzieć jak rozmijają się dialogi i napisy, bo momentami może to wytrącić z rytmu.


Nie ukrywam, że "Strażnicy Galaktyki" byli pierwszym filmem od bardzo dawna, który wywołał we mnie tak wiele emocji, ze wzruszeniem włącznie. Na pierwszym filmie, gdy wszyscy płakali na "We are Groot" ja siedziałam niewzruszona, na drugiej części, przyznam, zdarzyło mi się autentycznie pociągnąć nosem i to aż na dwóch scenach. Przede wszystkim dzięki temu, że były one naprawdę nieźle zagrane. Czy to Chris Pratt w roli Star-Lorda, czy Zoe Saldana w roli Gamory, czy Michael Rooker w roli Yondu (zresztą Yondu praktycznie wygrywa wszystkie sceny, w których się pojawia), wszyscy stanęli na wysokości zadania. No i jest jeszcze Baby Groot, który każdym swoim pojawieniem się wywołuje u widowni salwy śmiechu na zmianę z rozczuleniem. Aczkolwiek nie wiem, czy przypadkiem twórcy nie poszli o jedno "I am Groot" za daleko.

Oczywiście jeśli spodziewacie się jakiejś filozoficznej głębi, albo dekonstrukcji komiksowych mitów jak w przypadku "Logana", to "Strażników Galaktyki" lepiej omijajcie szerokim łukiem. Ja, ku swojemu własnemu zdziwieniu, jestem zachwycona. Dawno nie byłam na filmie, bo obejrzeniu którego miałam ochotę pobiec do kina jeszcze raz. Tym razem wiedziałam to już mniej więcej w połowie filmu. Jeśli jeszcze nie widzieliście "Strażników Galaktyki", a lubicie "Gwiezdne wojny" i "Indianę Jonesa" to naprawdę polecam nadrobienie obu części, bo mam wrażenie że to najlepsze filmy przygodowe, jakie pojawiły się w naszych kinach od czasu pierwszych "Piratów z Karaibów". Nie jestem Stevenem Spielbergiem, ale gdybym była, ocierając łzy wzruszenia zadzwoniłabym bym do Jamesa Gunna i powiedziała mu "dobra robota, synu".
Kropelka nostalgii, czyli "Nowa Fantastyka" 5/2017

5/03/2017

Kropelka nostalgii, czyli "Nowa Fantastyka" 5/2017


Miałam taki etap w życiu, że nie wyobrażałam sobie miesiąca bez rytualnego kupowania dwóch gazet: "Filmu" i "Nowej Fantastyki". Pierwsza z nich, niestety, po kilku próbach reanimacji padła z wielkim hukiem. Drugą w pewnym momencie zaczęłam kupować coraz rzadziej, chociaż trudno mi w tej chwili stwierdzić dlaczego - podobnie jak coraz rzadziej zaczęłam zaglądać na stronę internetową, na której kiedyś czytałam opowiadania od deski do deski. Brak czasu był pewnie głównym powodem, a może coś zaczęło się psuć? A może gust redaktorów przestał się pokrywać z moim? Trudno stwierdzić.
Ich dwoje i żółw, czyli "Bikini Blue"

4/23/2017

Ich dwoje i żółw, czyli "Bikini Blue"


O drugiej wojnie światowej trudno już w filmie powiedzieć cokolwiek nowego. Być może dlatego reżyserzy i scenarzyści sięgają do wczesnych lat powojennych, wciąż w naszej historii nie do końca opowiedzianych. Zawsze jednak mówiąc o tych czasach i tak wracamy do wojny, trudno więc nie popaść w banał i znaleźć pomysł, który pozwoli na opowiedzenie kolejnej historii o tym samym z nowej perspektywy. Wydaje się, że reżyser i scenarzysta "Bikini Blue" wpadł na taki pomysł. Poplątane polskie losy powojenne opowiada z jednej strony w intrygującej scenerii - w szpitalu psychiatrycznym utworzonym w Wielkiej Brytanii specjalnie dla polskich imigrantów, z drugiej - z perspektywy niekoniecznie polskiej.
Wojna i ekologia, czyli "Kong. Wyspa Czaszki"

4/21/2017

Wojna i ekologia, czyli "Kong. Wyspa Czaszki"


Z takimi filmami jak "Kong: Wyspa Czaszki" mam zawsze spory recenzencki problem. Nie jest to film słaby, nie jest to film zły, nie jest to film jakoś szczególnie nudny. Nie jest na tyle kiepski, żeby pisać ironiczną recenzję punktującą wszystkie scenariuszowe głupotki. Nie jest też na tyle dobry, żeby pisać wnikliwą analizę doszukującą się głębokich intertekstualnych nawiązań w poszczególnych scenach. To niestety film boleśnie niepotrzebny, film którego twórcy aż do napisów końcowych nie mieli pomysłu, co tak właściwie chcą nakręcić.

Jeszcze raz od początku, czyli refleksje na marginesie "Pięknej i Bestii"

4/10/2017

Jeszcze raz od początku, czyli refleksje na marginesie "Pięknej i Bestii"


"Piękna i bestia" to jedna z tych baśni Disneya, które uwielbiałam w dzieciństwie - zwłaszcza ze względu na główną bohaterkę, która niezwykle mi wtedy imponowała: czytała książki, nie bała się strasznej Bestii i ładnie śpiewała. Z pewną taką nieśmiałością obejrzałam animację po latach - nadal oglądało mi się ją bardzo dobrze, chociaż oczywiście dostrzegałam już pewne nielogiczności fabuły i zastanawiałam się mocno nad motywacjami i psychologią postaci.

7 rzeczy, których nie znoszę w kryminałach

3/28/2017

7 rzeczy, których nie znoszę w kryminałach


Jakoś tak się złożyło, że ostatnio moją główną lekturą stały się kryminały. Nadrabiam zaległości czytając "szwedzkich mistrzów kryminału", "królowe polskiego kryminału", "norweskich mistrzów prawie tak samo dobrych jak szwedzcy mistrzowie kryminału", "hiszpańskich mistrzów piszących tak jak szwedzcy mistrzowie kryminału tylko że akcja dzieje się w Hiszpanii", "amerykańskich klasyków na których wzorują się szwedzcy mistrzowie i polskie królowe" i tak dalej. No może trochę przesadzam, ale faktem jest że - zawodowo i prywatnie - czytam tego sporo. Oczywiście taka lektura sprawia, że coraz wyraźniej dostrzegam pewne schematy oraz irytujące maniery, których nie ustrzegli się nawet najlepsi. Druga sprawa to taka, że chyba każdy ma swoją własną listę chwytów literackich, których po prostu nie toleruje, nawet w najciekawszych powieściach i bardzo często wynika to z subiektywnego "bo nie i już". Oto moja lista chwytów, technik, zabiegów i tak dalej, których nie znoszę w powieściach kryminalnych i które zmieniają mnie w Hannibala Lectera (nieoficjalnego patrona tego wpisu):

Zbrodnia i literatura, czyli "Amok" Kasi Adamik

3/26/2017

Zbrodnia i literatura, czyli "Amok" Kasi Adamik




Gdybym wyszła z "Amoku" na pół godziny przed końcem to co prawda nie poznałabym zakończenia, ale pozostałabym z poczuciem, że obejrzałam naprawdę niezły film. Tymczasem film Kasi Adamik obiecywał wiele, ale ostatecznie mnie rozczarował - i to wcale nie dlatego, że nie dowiedziałam się, kto zabił.

Duszejko kontra myśliwi, czyli "Pokot" Agnieszki Holland

3/19/2017

Duszejko kontra myśliwi, czyli "Pokot" Agnieszki Holland




Ludzie, którzy mieszkają na wsi i z jakichś powodów zarazem są wrażliwi na los zwierząt, nie mają lekko. Na wsi zwierzęta mają być przede wszystkim potrzebne, ich życie nie liczy się też jakoś szczególnie - nikt nie płacze za koniem, krową czy psem albo złapaną w sidła sarną. Janina Duszejko, główna bohaterka filmu "Pokot" jest jedną z tych właśnie osób - swoje psy traktuje jak córki, a dzikie zwierzęta mieszkające w okolicy - jak przyjaciół. Sen z oczu spędzają jej regularnie organizowane w okolicy polowania, które - mimo zapewnień różnych ministrów i prezydentów - niewiele mają wspólnego ze szlachetnymi łowami, tudzież z regulacją gatunków. To raczej banda pijanych mężczyzn ubranych w maskujące barwy strzelająca do wszystkiego, co się rusza.

Prawdziwy dramat, czyli "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

2/26/2017

Prawdziwy dramat, czyli "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"


Za "Harrego Pottera i Przeklęte Dziecko" zabrałam się stosunkowo późno, w momencie, kiedy o sztuce wszyscy zdążyli już zapomnieć. A i ja niemal zdążyłam zapomnieć o wszystkich przeczytanych dyskusjach. Gdzieś tam na dnie serca tliła się nadzieja, że może wszyscy inni się mylili, a ja jedna odkryję w książce coś głębszego, jakieś drugie dno, które pozwoli spojrzeć na to skrytykowane już ze wszystkich stron dzieło w inny sposób.

No cóż, niestety nie.

Znowu o tych marzycielach, czyli "La La Land"

2/13/2017

Znowu o tych marzycielach, czyli "La La Land"


Blog zamarł na półtora miesiąca - niestety jego właścicielka aktualnie zarabia na życie pisaniem i czytaniem, co oznacza że czasem brakuje jej czasu i ochoty na pisanie i czytanie poza pracą* :) W sprawach filmowych również porobiły mi się piętrowe zaległości, ale na horyzoncie od dłuższego czasu majaczył film, którego po prostu NIE MOGŁAM ominąć. Zaczęłam strzyc uszami jakiś czas temu, gdy pojawiły się pierwsze informacje, że Damien Chazelle, twórca piorunującego "Whiplash", kręci nowy film i że będzie to musical. Potem "La La Land" zaczął kosić nominacje do wszystkich najważniejszych filmowych nagród i oczekiwania urosły jeszcze bardziej.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek