niedziela, 19 marca 2017

Duszejko kontra myśliwi, czyli "Pokot" Agnieszki Holland



Ludzie, którzy mieszkają na wsi i z jakichś powodów zarazem są wrażliwi na los zwierząt, nie mają lekko. Na wsi zwierzęta mają być przede wszystkim potrzebne, ich życie nie liczy się też jakoś szczególnie - nikt nie płacze za koniem, krową czy psem albo złapaną w sidła sarną. Janina Duszejko, główna bohaterka filmu "Pokot" jest jedną z tych właśnie osób - swoje psy traktuje jak córki, a dzikie zwierzęta mieszkające w okolicy - jak przyjaciół. Sen z oczu spędzają jej regularnie organizowane w okolicy polowania, które - mimo zapewnień różnych ministrów i prezydentów - niewiele mają wspólnego ze szlachetnymi łowami, tudzież z regulacją gatunków. To raczej banda pijanych mężczyzn ubranych w maskujące barwy strzelająca do wszystkiego, co się rusza.

UWAGA! Będą spoilery, bo trudno mówić o "Pokocie" bez spoilerów.



Mimo to Janina Duszejko nie daje za wygraną. Apeluje, przemawia do rozsądku, walczy. Wskutek tego jest przez otaczającą ją społeczność uważana za nieszkodliwą wariatkę. Nieliczni przyjaciele - sprzedawczyni z lumpeksu, sąsiad, wrażliwy policyjny informatyk - z niepokojem patrzą na to, jak coraz bardziej zatraca się w tej walce z wiatrakami. Na apele Duszejko władze zwracają uwagę dopiero wtedy, gdy w okolicy zaczynają ginąć ludzie. A wszystko wskazuje na to, że za te zbrodnie odpowiedzialne są... zwierzęta, które wypowiedziały myśliwym własną wojnę.


Ale fabuła to jedno, natomiast to, co w "Pokocie" jest absolutnie zachwycające i bije na głowę wszystkie filmy, które widziałam w tym roku, to strona wizualna. Dawno nie widziałam filmu z tak przepięknymi zdjęciami i - co więcej - z tak przepiękną scenografią. Kamera skupia się tu na detalach - z bliska, bardzo bliska obserwuje zwierzęta i ludzi, eksponując piękno tych pierwszych i brzydotę tych drugich. "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" chowają się przy sarnach, lisach i dzikach w obiektywie Jolanty Dylewskiej. Każdy szczegół, każdy mebel w chatce Duszejko, każdy ciuch w lumpeksie Dobrej Nowiny, każdy bibelot na półce Matogi sprawia wrażenie przemyślanego i pasującego jak ulał do całości. "Makro" również robi wrażenie, zwłaszcza przecudne ujęcia Kotliny Kłodzkiej, sprawiające że chce się tam pojechać teraz, zaraz.


Na bardzo wysokim poziomie stoi też aktorstwo - zwłaszcza Agnieszka Mandat w roli Duszejko robi wrażenie. Jej gra jest przejmująca i jak cały film niejednoznaczna - nie wiadomo, czy bohaterkę mamy lubić, współczuć jej, a może raczej... bać się? Bardzo łatwo było uczynić z tej postaci karykaturę i zagrać po prostu wariatkę - tymczasem Agnieszka Mandat wyposażyła Duszejko w całą gamę niuansów. Świetny jest też Wiktor Zborowski jako Matoga, zresztą praktycznie cała obsada ze starszego pokolenia zagrała tutaj koncertowo. Nawet Andrzej Grabowski, który jak zwykle grał tę samą rolę co zawsze, spisał się bardzo dobrze - jego ostatnia rozmowa z Duszejko wydobyła z tej dość płaskiej postaci zupełnie nowe tony. Nie do końca pasowali mi za to Tomasz Kot i Jakub Gierszał - ale o ile ten drugi jeszcze miał jakiś pomysł na swoją rolę, o tyle Kot po prostu w tym filmie był.

Postaci w filmie, zwłaszcza te negatywne, rysowane są dość grubą kreską i momentami trochę to przeszkadza - wszyscy myśliwi w "Pokocie" są karykaturalnie źli, jakby nie dość było że zabijają zwierzęta, to nie mają też szacunku do ludzi. Zastanawiałam się podczas oglądania, czy nie mocniej zagrałyby te postaci, gdyby pokazać je z większą gamą niuansów? Gdyby ksiądz zamiast nawoływać z ambony (swoją drogą, podobał mi się w książce fragment zastanawiający się nad związkiem ambony myśliwskiej i kościelnej) do zabijania niewinnych zwierzątek mówił do dzieci o miłości bliźniego i piątym przykazaniu? Nie znam zbyt wielu myśliwych, ale jestem pewna że jednak w większości przypadków polowania nie idą w parze ze znęcaniem się nad żoną i dziećmi, alkoholizmem tudzież kopaniem bezdomnych psów. Wtedy też większą szansę wybrzmienia miałoby zakończenie, o którym jeszcze będzie mowa. Z drugiej strony, w wielu miejscach dzięki wyżej wspomnianym aktorom udało się ten czarno-biały świat nasycić większą gamą barw.

"Pokot" powstał w oparciu o książkę Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". To jedna z tych powieści współczesnych, które - nie brzydząc się tym "masowym" gatunkiem - wykorzystują i twórczo przekształcają schemat kryminału. Jednak opowieść o tajemniczych morderstwach, gdzie przy ofiarach znajdowane są ślady zwierząt, jest - jak to w tego typu powieściach bywa - tylko pretekstem do powiedzenia o czymś więcej.


Jeśli chodzi o sam scenariusz, to mam mieszane uczucia. Na całe szczęście nie jest to, moim zdaniem, jeden z tych scenariuszy, gdzie pisarz jako współautor nie pozwolił tknąć swojego dzieła i założył sobie przeniesienie na ekran każdej strony. Wręcz przeciwnie - w porównaniu z książką Tokarczuk film przesuwa akcenty, wyrzuca niektórych bohaterów mam też wrażenie że płynąca swobodnie, pełna dygresji fabuła książki została bardzo zgrabnie przeniesiona do trzyaktowej, filmowej struktury. I całe szczęście, bo w dosłownej warstwie powieści Tokarczuk bardzo dużo jest słabych punktów, które niekoniecznie obroniłyby się na ekranie. Gdy na ekranie robi się "literacko", na przykład przy monologach Duszejko z offu, wygląda to dość sztucznie. Dobrym krokiem było też uczynienie z wydarzenia zaledwie wspomnianego w książce, czyli zaginięcia psów Duszejko, ważnego punktu zwrotnego w filmie, istotnego od samego początku. "Save the cat dog" jako sposób na polubienie bohatera sprawdza się tu w całej rozciągłości, a trzeba przyznać że inaczej bohaterkę trudno byłoby polubić.  Nie wiem, ile w tym zasługi Olgi Tokarczuk a ile "ciężkiej ręki" Agnieszki Holland, ale wyszedł film, który na pewno nie znudzi widza. I albo zachwyci, albo wkurzy, albo - jak w moim przypadku - zdezorientuje. W każdym razie na pewno nie sposób przejść obok "Pokotu" obojętnie.


Dobrym krokiem było też silniejsze wykorzystanie struktury kryminału, która w powieści jest potraktowana dość pretekstowo. Mamy zbrodnie, ofiary, ślady, fałszywych podejrzanych i tak dalej. Samo śledztwo jednak - jak i w powieści - mocno zgrzyta, bo brakuje jakiegoś silnego detektywa, który podążałby śladami tajemniczych zbrodni. Antagonisty - albo sojusznika Duszejko. Zamiast tego mamy ogólnie określoną "policję", która coś tam sobie może i tropi, ale jak i dlaczego dochodzi do swoich wniosków - tego się nie dowiadujemy.

Z trzeciej strony, jest to nieszczęsne zakończenie z uroczym rodzinnym obiadem. I tutaj dopiero mam mętlik w głowie. Samą moralną, czy raczej niemoralną wymowę tej sceny można sobie tłumaczyć na kilka sposobów. Z jednej strony to proste "odwrócenie" sytuacji zwierzęta-ludzie (ile razy po zabiciu jakiegoś zwierzęcia, niekoniecznie na polowaniu, też siadamy do rodzinnego obiadku bez żadnych wyrzutów sumienia)? A może to wizja Duszejko, której przecież w ostatniej scenie towarzyszą ukochane psy? Jednak po przeczytaniu książki zadaję sobie głównie pytanie, dlaczego reżyserka zdecydowała się aż tak zmienić zakończenie, które w książce nie jest może tak spektakularne (bez wybuchów i wyłączania światła w całym mieście), za to jest metaforyczne i niejednoznaczne? Czy nie lepiej byłoby, jak w książce, zamiast jednoznacznie "nagradzać" bohaterkę za zło, które wyrządziła, pozwolić jej odejść do ukochanych Czech i zamieszkać z Borosem, za to zabierając kontakt z pozostałymi przyjaciółmi? Zakończenie, jakie zaserwowała nam Agnieszka Holland pochodzi natomiast z zupełnie innej bajki i kompletnie nie współgra z resztą filmu. Obawiam się też, że większość widzów wybierze najprostszą interpretację - Holland i Tokarczuk nie widzą nic złego w mordowaniu ludzi.


Dopóki film stawia pytania, jest znakomity. Kiedy jednak pojawiają się na nie odpowiedzi, robi się nieprzyjemnie łopatologicznie. Rozwiązanie śledztwa przychodzi zbyt łatwo (chociaż i tak jest mniej oczywiste niż w książce), a realizm magiczny, który tak zachwycał na początku, ustępuje miejsca przyciężkiej grotesce i satyrze. Niemniej film został mi w głowie na bardzo długo i pewnie jeszcze tam trochę posiedzi. Co więcej, mimo że momentami mnie wkurzał, chętnie obejrzę go jeszcze raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz