To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"

10/30/2017

To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"


Jeśli oprócz czytania zajmujecie się również pisaniem, to znacie ten jęk zazdrości, który dobywa się z waszych gardeł, gdy traficie na książkę z pomysłem tak prostym, a tak dobrym, że jedyne o czym jesteście w stanie pomyśleć, to "Dlaczego sama na to nie wpadłam". Ja tak miałam właśnie z "Ostatnim policjantem", kryminałem Bena H. Wintersa.

Na warsztatach literackich albo scenariuszowych przyszli twórcy uczą się, że podstawą pomysłu jest tak zwany "hak", czyli coś, co stanowi o jego oryginalności, odróżnia go od pozostałych dzieł tego gatunku. Hakiem może być nietypowy bohater, ciekawe miejsce akcji, zakręcony twist fabularny albo interesujący dylemat moralny, który bohater musi rozwiązać. "Ostatni policjant" byłby więc jednym z wielu kryminałów, w którym detektyw prowadzi śledztwo w sprawie sfingowanego samobójstwa. Ale jest jeden szkopuł - do Ziemi zbliża się Maja, wielka asteroida, która za pół roku zmiecie z jej powierzchni wszelkie życie. A to wywraca wszelkie znane nam kryminalne schematy do góry nogami.

"Ostatni policjant" może budzić pewne skojarzenia z "Melancholią" Larsa von Triera. I tu, i tam, mamy do czynienia ze zbliżającą się apokalipsą widzianą niejako "przez dziurkę od klucza" - oczami przeciętnych ludzi, którzy mogą jedynie czekać na zagładę, nie mając żadnego wpływu na losy świata. I tu, i tam, nadciągająca zagłada jest też pretekstem do opowiedzenia czegoś więcej o człowieku. Gdzieś tam być może rozgrywają się sceny znane nam z filmów katastroficznych: toczą się gorączkowe dyskusje na szczytach władzy, prezydenci decydują o ewakuacji miast i użyciu broni atomowej, sekty popełniają zbiorowe samobójstwa. Tymczasem bohaterowie "Ostatniego policjanta" muszą podejmować nieco bardziej prozaiczne decyzje - co zrobić na obiad, skoro w sklepach zaczyna brakować zaopatrzenia, jak dojechać z miejsca na miejsce, skoro rząd wstrzymał dostawy benzyny, no i czy w ogóle jest jakikolwiek sens iść do pracy, skoro już niedługo i tak wszyscy zginą?

Detektyw Henry Palace jest przeciętnym policjantem z niewielkiej miejscowości, który nagle z krawężnika awansował do wydziału kryminalnego. Niekoniecznie za wybitne zasługi - brakuje ludzi, bo wszyscy rzucają pracę i wyjeżdżają albo popełniają samobójstwa. Henry Palace zdecydował, że on do pracy będzie chodził, chociaż czasem i jego dopadają momenty zwątpienia, a patrząc na ludzi wokół siebie, zastanawia się, kto z nich dotrwa do kolizji Mai z ziemią, a kto wcześniej odbierze sobie życie. Henry jest zdecydowanym przeciwieństwem typowego bohatera kryminału - to nie zapijaczony, cyniczny stróż prawa, zamknięty w swojej samotni. To raczej świat wokół niego taki się staje, podczas gdy on twardo trwa na swoim stanowisku. Henry Palace to bardziej nadgorliwy kadecik, świeżo po awansie. Pełen energii, oczytany w podręcznikach kryminalistyki, wierzący w swoją misję. Dopiero walczy o swoją pozycję, dopiero stoi u progu wielkiej kariery, na którą szansa - cóż - niejako spadła mu z nieba. Tym bardziej mu współczujemy, gdy ktoś chwali go słowami "kiedyś będzie z ciebie wspaniały detektyw". Bo wiemy, że tego "kiedyś" nie będzie.

No właśnie, wystarczył jeden fantastyczny element w zwyczajnej rzeczywistości miejskiego kryminału, żeby całkowicie zmienić odbiór powieści. I chociaż całość jest absolutnie standardowym dziełem swojego gatunku - z trupem, podejrzanymi, śledztwem, przesłuchaniami, mylnymi tropami i twistem fabularnym na koniec - to koniec świata w tle sprytnie przesuwa pewne akcenty. I nie chodzi tu wyłącznie o wizję świata tuż przed zagładą, bo tutaj Winters oszczędnie dawkuje szczegóły. Ludzkość dopiero znalazła się na zakręcie, część instytucji wciąż funkcjonuje normalnie, dzieci wciąż bawią się na placach zabaw, a w sklepach nadal można zrobić jakieś zakupy (chociaż o konserwach trzeba zapomnieć). Apokalipsa jest już w głowach ludzi, ale nie widać jej jeszcze na każdym kroku, chociaż zaczyna szerzyć się bezprawie, a samobójców nikt już nawet nie liczy. Za to takie, a nie inne przedstawienie sprawy powoduje, że przy czytaniu zadajemy sobie zupełnie inne pytania, niż przy standardowym kryminale. Na pierwszym miejscu wcale nie jest "kto zabił", a raczej "dlaczego zabił". Po co mordować i w drobiazgowy sposób fingować samobójstwo, skoro za sześć miesięcy wszystko i tak przestanie mieć znaczenie? Do tego czytelnik znacznie bardziej angażuje się w samą sprawę, bo nie chodzi tu już jedynie o zwykłe "samobójstwo czy morderstwo". Dla naszego bohatera potwierdzenie, że ma rację, to jedyna rzecz, która trzyma go w pionie. To już nie jest kwestia kariery detektywistycznej czy awansu - chodzi raczej o nadanie sensu własnym działaniom. I nadanie swego rodzaju sensu śmierci Petera Zella - zamordowany żył samotnie, nikt po nim nie płacze, ani rodzina, ani znajomi. Gdyby nie nasz detektyw, nikt nawet nie zwróciłby uwagi na kolejnego samobójcę. Gdy wszyscy wokół przekonują go, że powinien odpuścić, on drąży, sprawdza, tropi, przesłuchuje... żeby zdążyć znaleźć mordercę jeszcze przed końcem świata. A czytelnik trzyma za niego kciuki, równocześnie zadając sobie kolejne pytanie - co on sam zrobiłby na jego miejscu.

Książka jest pierwszą częścią trylogii, więc chociaż uda nam się poznać rozwiązanie zagadki śmierci Petera Zella, jeszcze nie wszystko na końcu będzie jasne. W tle historii kryminalnej mamy drugi wątek, sensacyjny, związany z siostrą naszego detektywa. Nico to zbuntowana dwudziestolatka, która prosi detektywa Palace'a o pomoc w odnalezieniu jej męża. Szybko okazuje się, że sprawa ma drugie dno, a jest w nią zaangażowane wojsko, które po ogłoszeniu informacji o asteroidzie dostało od rządu ogromne uprawnienia i najwyraźniej "coś szykuje". Co skrywają wojskowi i jaka jest w tym wszystkim rola Nico? Na rozwiązanie trzeba będzie poczekać do kolejnych tomów.

Akcja powieści prowadzona jest niespiesznie, a sama historia - chociaż z asteroidą w tle - jest bardzo kameralna, momentami bardziej obyczajowa niż kryminalna. Nie ma tu spektakularnych pościgów i fabularnych fajerwerków. Świat przed apokalipsą i kolejne etapy śledztwa poznajemy z punktu widzenia naszego bohatera, który zamiast biegać za przestępcami z gnatem w ręku, woli przyczaić się i obserwować - chociaż kiedy trzeba, potrafi też sięgnąć po broń. I zdecydowanie bardziej odpowiada mi takie prowadzenie fabuły - najmniej przypadła mi do gustu końcówka, która sprawia wrażenie, jakby ktoś kazał autorowi na siłę podbić napięcie. Ale jako całość "Ostatni policjant" świetnie sprawdza się jako kryminał nie tylko na wieczór - bo ze względu na oryginalne ujęcie tematu i przekroczenie ram gatunku zostaje w głowie na nieco dłużej.

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"

10/15/2017

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"



Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Wojciech Kępczyński ma na deskach Teatru Muzycznego "Roma" wystawić musical osadzony w czasach bitwy o Anglię, z jednej strony się ucieszyłam, ale z drugiej - od razu nabrałam wątpliwości i obaw, jak taki musical miałby wyglądać. Po pierwsze, niezwykle ciężko jest zrobić musical o drugiej wojnie światowej, unikając ciężaru martyrologii, który każdy urodzony w tym kraju dźwiga ze sobą czy tego chce, czy nie. Z drugiej strony, w ostatnich latach, pracując w wydawnictwie przy książkach historycznych, mogłam zaobserwować pewną irytującą tendencję. Mianowicie, robienie z drugiej wojny światowej (zwłaszcza z powstania warszawskiego) radosnej rewii, podczas której uśmiechnięte dziewczyny i odważne chłopaki z pieśnią patriotyczną na ustach idą umierać za ojczyznę, by kilkadziesiąt lat później ich wizerunki ozdobiły dresy i poduszki. Ale patrząc na to z jeszcze innej strony - jeśli robić jakiś pozytywno-patriotyczny musical o wojnie, to historie polskich pilotów jak najbardziej się do tego nadają.

Podejrzewam, że reżyser spektaklu zdawał sobie z tego sprawę, dodatkowo też zdawał sobie sprawę jak trudno w czasie, gdy polityka historyczna jest jednym z tematów numer jeden, zrobić musical, który spodoba się wszystkim. Który zadowoli i tych z prawa, i tych z lewa, który nie będzie ani zbyt kontrowersyjny, ani zbyt brutalny. Na który będą mogły pójść całe rodziny. I tak właśnie, jako musical dla wszystkich, widzę "Pilotów" Wojciecha Kępczyńskiego. Co jest zarówno jego zaletą, jak i wadą. 

Historia opowiedziana w spektaklu jest prosta i bardzo "musicalowa". Nina, aktorka rewiowa i Jan, młody pilot, tuż po zaręczynach zostają rozdzieleni przez wybuch wojny. On opuszcza kraj i trafia do Anglii, gdzie uczy się języka i zirytowany niechęcią ze strony Brytyjczyków, czeka na swoją szansę na wzięcie udziału w walkach. Ona zostaje w Polsce i, współpracując z ruchem oporu, musi w dobrej intencji robić złe rzeczy. Na domiar złego na drodze narzeczonych staje niejaki Prezes (hmmm a mówił reżyser że musical nie jest polityczny ;)), właściciel rewii, w której tańczy Nina. Prezes to śliski gość, który potrafi odnaleźć się w każdych warunkach i ustawić się zawsze równo z wiatrem, a dobro czyni tylko wtedy, gdy mu się to opłaca. Podczas gdy Nina zmuszona jest do nawiązania romansu z pilotem Luftwaffe, Jan poznaje uroczą Angielkę Alice, dzięki której może zapomnieć o wojnie (i pozostawionej w kraju narzeczonej).

Brzmi trochę znajomo, czyż nie? No właśnie, bardzo dużo w "Pilotach" nawiązań do "Miss Saigon", musicalu, który wywindował "Romę" Wojciecha Kępczyńskiego na pierwsze miejsce wśród teatrów muzycznych w Polsce. Widać to zarówno w fabule (rozbicie historii na sekwencje w dwóch różnych krajach), postaciach (zwłaszcza Prezes i jego rewia to oczywiste nawiązanie do Szefa i Dreamlandu, niekochana żona Alice to kropka w kropkę Ellen) czy piosenkach. Ale to nie jedyna inspiracja Kępczyńskiego, bo w "Pilotach" można doszukać się zarówno nawiązań do innych musicali, starszych ("Grease", "Dźwięki muzyki") czy współczesnych ("Hamilton", a przynajmniej tak mi się wydaje, bo w jednej z piosenek aktorzy próbują rapować), jak i do swingujących piosenek z lat 30. i 40. 

Mamy więc w spektaklu prawdziwy miszmasz gatunkowy, ale całość i tak wypada bardzo spójnie. "Piloci" w warstwie muzycznej i piosenkowej to taki solidny, rzetelny musical w starym stylu (nawet mimo rapu), z obowiązkową nieszczęśliwą miłością w roli głównej, broadwayowskimi sekwencjami rewiowymi i tanecznymi, rozcapierzonymi palcami, popisami solowymi, duetami i scenami zbiorowymi w odpowiednich miejscach. Aktorsko również jest bardzo dobrze. W roli Jana miałam okazję zobaczyć Jana Traczyka, do którego zapałałam wielką sympatią po "Notre Dame de Paris", gdzie grał Gringoire'a. Partneruje mu naprawdę dobra Zofia Nowakowska, którą widzowie Romy mogą znać z roli Sophie w "Mamma Mia". A jeśli dodać do tego choćby znanych ze Studia Accantus Sylwię Banasik i Marcina Franca w rolach drugoplanowych, to robi się jeszcze lepiej. Zawiódł mnie nieco Janusz Kruciński jako Prezes. Kruciński jest świetnym aktorem, ma osobowość i robił, co mógł, ale niestety zabrakło mu piosenek, którymi mógłby pokazać swoje umiejętności.

No i właśnie, niby wszystko jest OK, a jednak w "Pilotach" w wielu momentach coś mi nie grało. Niby wszystko jest na swoim miejscu, a jednak musical, mimo że nastawiony na wywołanie wzruszenia i silnych emocji, nieszczególnie mnie poruszył. I to nie dlatego, że patriotyczne uniesienia są mi obce, albo że mam serce z kamienia. "Piloci" zapowiadają się na wspaniałe, epickie widowisko, na końcu którego wszyscy będą płakać rzewnymi łzami, po czym nagle zatrzymują się w pół kroku. Duży udział ma w tym wspomniana "grzeczność" musicalu, ale to nie jest główna przyczyna. Jest jedna rzecz, która kompletnie mi w "Pilotach" nie podeszła.

I to moje największe zastrzeżenie do musicalu Kępczyńskiego. Ogromną część musicalu zajmują wizualizacje, wyświetlane na wielkich ledowych ekranach, pokazujące bitwy powietrzne, spadające bomby, rozrywane kadłuby samolotów i tak dalej. Trochę jak w "Dunkierce", tylko na scenie. Problem w tym, że gdybym chciała sobie pójść na film, to poszłabym do kina, a nie do teatru. Owszem, wizualizacje pokazują umiejętności graficzne artystów z Platige Image i robią ogromne wrażenie (takich rzeczy w polskim teatrze chyba jeszcze nie było), ale stwarzają niepotrzebny dystans między widzem a spektaklem. Ten dystans pojawił się już właściwie na samym początku. Spektakl zaczyna się, gdy widzimy... chłopca grającego na ekranie w grę komputerową, do której następnie "wchodzi", przenosząc się do czasów drugiej wojny światowej i właściwego musicalu. To chwyt rodem nie z teatru, a z akademii szkolnej, i nie służy zupełnie niczemu, poza pokazaniem, że "platidże" umieją robić fajne animacje. W dodatku nie ma żadnego domknięcia na koniec spektaklu, które uzasadniłoby ten chwyt (przykładowo, pokazując, że "to nie gra, tylko życie"). Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym dwa tygodnie wcześniej nie była na "Wiedźminie" w Gdyni. Tam dekoracje były proste i umowne, a wizualizacje nadawały im kolejnych znaczeń, a na pewno nie zastępowały akcji spektaklu. Tymczasem tutaj mamy film zamiast teatru i ten chwyt zupełnie mnie nie przekonał, podobnie jak nie poruszyły mnie śmierci kolejnych bohaterów, którzy ginęli na wizualizacjach, zamiast na scenie. Animowane bitwy mają spełniać tę samą funkcję co helikopter w "Miss Saigon" albo żyrandol z "Upiora w Operze", ale to jednak nie to samo... Może dlatego tak podobało mi się, gdy na scenie w jednej z piosenek w końcu pojawił się "prawdziwy" samolot.

Zastrzeżenia mam też (to chyba już tradycja) do libretta. Po raz pierwszy od dawna autorem tegoż nie jest Daniel Wyszogrodzki, tylko sam Wojciech Kępczyński we współpracy z Michałem Wojnarowskim, tłumaczem i tekściarzem, autorem między innymi tłumaczeń piosenek do filmów Disneya ("Zaplątani", "Kraina lodu"). Niestety, przyznam szczerze, że o ile parę piosenek wpada w ucho swoją melodyjnością, o tyle żadna nie zachwyca, a teksty są nawet jak na musical mocno kiczowate ("niesiesz mnie nad ziemią, obłoki się rumienią"), a niektóre - dość niezręczne. Ale zanim zacznę pisać o tekstach, muszę chyba obejrzeć musical jeszcze raz albo przesłuchać płytę, bo nie chciałabym wydać sądów o czymś, czego mogłam nie dość dokładnie usłyszeć. 


W musicalu, gdzie nie ma miejsca na rozwijanie postaci w dialogach, to piosenka musi pokazać ich głębię czy dylematy. Tymczasem w "Pilotach", choćby porównując ze wspomnianą wyżej "Miss Saigon", takich poruszających piosenek, zawierających jakieś głębsze refleksje na temat wojny czy moralnych wyborów zabrakło. Zabrakło czegoś na miarę "Bui-Doi" czy "Z marzenia mego film". Cały czas czekałam też na jakieś "American Dream" w wykonaniu Prezesa/Janusza Krucińskiego, no i niestety się nie doczekałam. Piosenka otwierająca musical jest bardzo letnia, a finałowej nie ma w ogóle. Pozytywnie odebrałam za to wspomnianą wyżej rapowaną piosenkę "Pan Hurricane", która po konferencji prasowej była nieco wyśmiewana - fakt, że scena (hip-hop, taniec, dekoracje) jest z zupełnie innego porządku i człowiek czuje się, jakby słuchał "Greased Lightning", tylko o samolocie, ale gdyby takich odważniejszych numerów było więcej, to pewnie byłabym zachwycona.

Pisałam na początku o dwóch sposobach pokazywania wojny w (przede wszystkim polskiej) popkulturze. Kępczyński starał się chyba znaleźć złoty środek. W scenach z Niną mamy pokazany koszmar okupacji (ale bez szczególnych okrucieństw - spektakl spokojnie mogą obejrzeć dzieci), angielskie przygody męskiej części obsady to taka wizja wojny rodem z amerykańskich filmów, gdzie "nasi dzielni chłopcy w swych latających maszynach" dają popalić Szwabom, w przerwach uwodząc panie z fryzurami w stylu vintage. I tylko czasem któryś z nich musi zginąć. Wydaje mi się, że taka huśtawka emocjonalna to akurat dość trafny wybór, zwłaszcza że dzięki baaaaaardzo licznym zmianom scenerii mamy pokazaną całą masę aspektów wojny - od łapanek po rewie dla Niemców w okupowanej Warszawie, od bitew powietrznych po fajfokloki u lordów w Wielkiej Brytanii. Przydałoby się tylko dopisać do tego odpowiednio chwytające za serce piosenki. A może to tylko moje serce nie dało się pochwycić?

Kolorowy patriotyzm i entuzjazm młodych pilotów kontrastuje nieco z tym, co dzieje się po wojnie, gdy okazuje się, że Zachód jednak niekoniecznie naszych docenił, a i w Polsce czeka na nich tylko więzienie i tortury (oczywiście w wykonaniu Prezesa, który z każdą władzą umie żyć dobrze). Ta powojenna część musicalu jest też najbardziej uproszczona i poprowadzona tak szybko i na zasadzie deus ex machina, że kiedy zapadła kurtyna, zostałam z uniesioną brwią i pytaniem "aaaale jak to?". 

Jestem zdania, że musical trzeba zobaczyć więcej niż raz i chętnie wybiorę się na "Pilotów" po raz kolejny. Czasami inna obsada, czasami osłuchanie się z piosenkami może spowodować, że zmieni się zdanie o sto osiemdziesiąt stopni albo zobaczy wady i zalety, których wcześniej się nie widziało. Pierwszy spektakl pozostawił mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Trochę szkoda, że w treści, warstwie muzycznej, piosenkach musical jest tak dosłowny, letni i zachowawczy, bo uśmiechnięci polscy piloci (odważni, przystojni, w mundurach) mogliby być dobrym towarem eksportowym. Tak czy siak, warto się do "Romy" wybrać. Musicale są zaraźliwe!

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek