3/09/2018

Uchwycić nieuchwytne, czyli "Tamte dni, tamte noce"


Dziwna rzecz, ale podczas seansu "Tamtych dni, tamtych nocy" w Kinotece miałam wrażenie, że jako jedna z nielicznych na widowni oglądam ten film pierwszy raz. Być może to kwestia tego, że w całej Warszawie na 2-3 tygodnie przed Oscarami można było obejrzeć go tylko tam. Widownia pełna była młodych dziewcząt, które najwyraźniej przyszły prosto ze szkoły albo uczelni i - sądząc po komentarzach rzucanych w trakcie akcji ("aaaaa zaraz będzie scena z brzoskwinią", "a teraz się pocałują") - widziały film już kilka razy i znały go na wyrywki.

Imponujące, zważywszy że scenarzysta filmu, który wywołał żywsze bicie serca u młodej publiczności, James Ivory, ma... 89 lat. Tymczasem młodzież, która na film reaguje tak entuzjastycznie, to tylko jedna strona medalu. Tak naprawdę twórcom jakimś cudem udało się poruszyć wrażliwe struny u widzów w każdym wieku. U tych wspomnianych kilkunastoletnich kinomanów, którym wciąż pierwsza miłość wydaje się tą ostatnią i na całe życie. I u tych starszych widzów, dla których film może być jak piękne wspomnienie z czasów, gdy wszystko działo się po raz pierwszy i... ech, gdy lato było jeszcze wakacjami, a nie urlopem.


A tak naprawdę to trudno mi jakoś ładnie i składnie opisać to niezwykłe, zmysłowe i nieuchwytne doświadczenie, jakim były "Tamte dni, tamte noce". Bo mam wrażenie, że film dla każdego będzie czymś zupełnie innym, każdemu przywiedzie na myśl inne wspomnienia i skojarzenia. Moment, w którym widzisz kogoś po raz pierwszy i w głowie wybucha nastoletnia burza hormonów. Chwile oczekiwania na pierwsze spotkanie i pierwszy raz. Zazdrość, gdy widzisz go z kimś innym. Rozpacz, gdy odchodzi. Każdy z nas przez to przechodził na swój sposób, w większym i mniejszym stopniu, a film gra na delikatnych strunach, opowiadając niby jedną z wielu podobnych, ale prawdziwą i intymną historię. Intymną - bo chociaż nie pokazuje wszystkiego (to jeden z tych filmów, w których zamiast gorącej sceny miłosnej zobaczymy wiatr poruszający firankę - i co więcej, wcale nie przeszkadza to w odbiorze) to jednak wdziera się w psychikę bohatera tak głęboko, że momentami aż miałam wrażenie, że wcale nie powinnam na to patrzeć, że odzieram kogoś z jego prywatności.

Spora w tym zasługa aktorów, w tym absolutnie rewelacyjnego Timotheego Chalameta, który przypomina te wszystkie dawne gwiazdy kina, kiedy jeszcze były młode, piękne i pełne pasji. Zresztą, Armie Hammer (do którego, przyznaję, początkowo nie mogłam się przyzwyczaić) też wygląda jak grecki bóg z posągów, których poszukuje na wykopaliskach ojciec bohatera. Spora w tym również zasługa wspomnianego scenariusza, który w doskonały sposób zachowuje równowagę pomiędzy nastoletnią pretensjonalnością a świeżością w pokazywaniu pierwszego uczucia. Bo główny bohater, Elio, jest - jakby tak się zastanowić na chłodno - pretensjonalnym młodzieńcem z rozintelektualizowanej rodziny, któremu do kołyski czytano dzieła klasyków i który sądzi, że zjadł wszystkie rozumy, a o życiu wie normalnie wszystko*. Który obraża się, strzela fochy... i nagle trafia go miłość jedna na milion.


Fakt, że to miłość homoseksualna, zmienia oczywiście nieco optykę wszystkiego, ale... nie aż tak bardzo, jak by się mogło wydawać. Przyzwyczailiśmy się do pokazywania związków homoseksualnych na tle opresyjnego społeczeństwa, które zakazuje, nakazuje, krytykuje, potępia, szydzi. Tymczasem tutaj... nie dzieje się nic z tych rzeczy. Więcej, główny bohater może liczyć na wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców. Polityka czy religia, chociaż pojawiają się w tle, schodzą na drugi plan. Liczy się tylko lato, pierwsze pocałunki i wspólne noce nad rzeką.

Sposób, w jaki film pokazuje codzienność, te wszystkie drobne gesty, które budują bohaterów, te sceny, w których niby nic się nie dzieje, a jednak pod powierzchnią buzują uczucia - to moim zdaniem kino najwyższej próby. W porównaniu z innymi oscarowymi kandydatami może przegrywać na różnych polach - nie ma tu jakichś drapieżnych dialogów, wyrazistych ról aktorskich (chociaż całym sercem byłam za Oscarem dla Chalameta, to jednak bliżej mu do nagród na europejskich festiwalach niż Oscarów), monumentalnej muzyki. To taki film, który albo trafi prosto w serce, albo znudzi się po kilku scenach. U mnie trafiło. A jak z Wami?

*Wypisz wymaluj, Ignacy Grzegorz z "Jeżycjady". Na szczęście twórcy nie poszli w tę stronę ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek