Galaktyczne emocje, czyli "Avengers: Infinity War"

4/28/2018

Galaktyczne emocje, czyli "Avengers: Infinity War"



Tak jak już napisałam na facebooku, byłam lekko zdziwiona, gdy przed seansem jako reklamową próbkę dodawaną do biletu dostałam... słoiczek dżemu czekoladowo-truskawkowego. Dział marketingu dżemowej firmy wiedział jednak, co robi. Jak głęboka to była metafora, przekonałam się po seansie. Tuż po filmie miałam bowiem wrażenie, jakby ktoś zgniótł mi serce na miazgę i powoli wyjadał łyżeczką.

W przypadku tego filmu właściwie każda informacja jest spoilerem, więc czytacie na własną odpowiedzialność ;)

Właściwie ciężko mi napisać taką typową recenzję nowych "Avengersów". Po pierwsze, zobaczyliśmy tylko część tej historii (z jednej strony - to miło, że jest na co czekać, z drugiej - dla osób urywających historię w takim momencie, żeby wyrwać kolejny miliard z jeszcze jednego sequela, powinno być specjalne miejsce w piekle). Po drugie, sama jestem zaskoczona: ostatnimi laty słowo "uniwersum" nieco mi zbrzydło i co chwila podkreślałam, że zamiast kolejnych superbohaterskich sequeli czekam na nowe historie. "Czas Ultrona" był mocno taki sobie, "Thor:Ragnarok" i "Black Panther" nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam i z ostatnich filmów jedynie "Spiderman: Homecoming" sprawił, że moje serce zabiło mocniej. Ale im bliżej filmu, tym bardziej chciało mi się wrócić do znanych bohaterów (fakt, że cisnęłam Netliksa, przypominając sobie poprzednie części, zdecydowanie pomógł), a kiedy już seans się zaczął, to niemal od pierwszej sceny zapomniałam o wszystkich narzekaniach i chciałam z nimi być, być, być na dobre i na złe, a śmierć każdego z nich była jak cios prosto w serce.


Przed seansem chyba wszyscy zadawali sobie pytanie, jak wyjdzie twórcom połączenie tylu bohaterów w jednym filmie. To, że bracia Russo to potrafią, pokazali znakomicie w "Civil War", ale tutaj nie dość że trzeba było doprowadzić do spotkania dotychczasowych Avengersów, trzeba było dodać im jeszcze rozgrywanych pozornie w zupełnie innych bajkach Doktora Strange'a i Strażników Galaktyki. I wiecie co? Wyszło to tak zgrabnie, że chylę czoła. Udało się. Wszystko dlatego, że Marvel swoje uniwersum budował niespiesznie przez 10 lat, stopniowo kształtując poszczególne postaci, które poprzez kolejne odsłony swoich przygód dojrzewały, zmieniały się, otwierały. Dzięki temu teraz praktycznie od pierwszych minut filmu wpadamy jak w odwiedziny do starych znajomych - nie potrzeba długiej ekspozycji.* Wiemy też, jak wiele każdy z nich przez te lata stracił i ile musiał poświęcić - dlatego ładunek emocjonalny tego blockbustera po prostu przygniata.

Ale tego efektu nie byłoby bez znakomitych aktorów. Przez lata Marvel zebrał taką rzeszę znakomitych nazwisk, z tak różnych środowisk, aktorów, którzy grali Szekspira, ulubieńców nastolatek, gwiazdy kina niezależnego i zapomnianych idoli. Aktorzy znają te postaci tak, że nie ma w ich grze nic fałszywego, a my, widzowie, bezkrytycznie łykamy fakt, że na ekranie grupa dziwnie ubranych facetów, szop i drzewo, walczy o kolorowe kamyczki.


Kamyczki? Było już coś w tym rodzaju. Twórcy "Infinity War" doskonale odrobili lekcję daną wiele lat temu przez Petera Jacksona we "Władcy Pierścieni". Lekcję, która mówi, ze nawet najbardziej epicka bitwa nie pozostanie widzom w pamięci, jeśli nie będą jej kontrapunktować kameralne sceny, opierające się na relacjach między bohaterami. I tak jest z "Avengersami". Ten film stoi nie wybuchami, walkami na pięści czy epicką bitwą (chociaż zdałam sobie sprawę, jak dawno nie widziałam w kinie dobrej, epickiej bitwy), ale tym, co dzieje się między bohaterami, tym, co wypowiedziane i niewypowiedziane. Sprzyja temu struktura historii (zresztą taka sama jak u Jacksona), czyli rozdzielenie bohaterów na kilka grup, w ramach których będą miały miejsce najrozmaitsze interakcje, a każdy przeżyje własną przygodę. Każde w innym miejscu galaktyki!

Z jednej strony mamy "Thora" i "Strażników Galaktyki". Jestem pod wrażeniem, jak zgrabnie połączone zostały te historie, chociaż pozornie stylistyka Taiki Waititiego, twórcy "Ragnaroka", Jamesa Gunna, twórcy "Strażników" i braci Russo to zupełnie trzy różne bajki. Ta historia daje zresztą taką huśtawkę emocjonalną, łączącą smutek początkowych scen, masę humoru wynikającą z konfrontacji Thor-Peter Quill, patos scen w kuźni, gdy boskość Thora w końcu dochodzi do głosu i kameralne sceny z Rocketem.


Przewspaniała relacja budowana jest też w drugiej grupie, gdzie Iron Man, Spiderman i... Doctor Strange trafiają na statek kosmiczny należący do Thanosa. Z jednej strony mamy zetknięcie dwóch podobnych charakterów (a ileż radości daje fakt, że zarówno Downey Jr, jak i Cumberbatch grali Sherlocka) o rozbujanym ego, a z drugiej relację mentor-uczeń (a może ojciec-syn), czyli Tony Stark i Peter Parker. I tak, scenarzyści grają tu na emocjach, jakby walili w bębny. Fakt, że Tony tuż przed wyruszeniem w drogę mówi Pepper, że chce mieć z nią dziecko (serio??? Przez to cały film byłam przekonana, że zginie za 5 sekund). Fakt, że Peter to ciągle tylko dzieciak, którego cała sytuacja trochę przerasta i który stopniowo przekonuje się, że nie jest w grze komputerowej, tylko gra o prawdziwą stawkę. Fakt, że Strange rozumuje w nieco innych kategoriach niż reszta. I fakt, że Quill, który dołącza do nich nieco później, nagle trafia na kogoś, kto tak jak on lubi popkulturę. Ta grupa ma też najsmutniejszą scenę w całym filmie. Ale o tym później.


Na Ziemi z kolei zostają zbuntowani Avengersi, z Kapitanem Ameryką na czele. Dołącza do nich Hulk/Bruce Banner, a także Vision i Wanda, którym zawdzięczamy kolejne wyjątkowo emocjonalne i znakomicie zagrane sceny. Wkrótce potem akcja przenosi się do Wakandy, gdzie spotykamy starych znajomych z "Black Panther" i gdzie rozegra się wspomniana epicka bitwa. I tak jak kompletnie nie czułam Visiona po dwóch poprzednich filmach, tak tutaj to on najbardziej chwycił mnie za serce. Ale co by nie mówić, wszystkie postaci bledną przy brodzie Kapitana Ameryki, która epickością znacznie przewyższa bitwę. I tak jak podśmiewałam się nieco z zachwytów po zwiastunie, tak teraz zdecydowanie potwierdzam, że Chris z brodą lepszy jest niż Chris bez brody. Tyczy się to wszystkich Chrisów w filmie.

Jest też Thanos. O Thanosie to właściwie możnaby napisać osobny wpis. W swoich recenzjach filmów Marvela zawsze narzekałam na czarnych charakterów, więc w końcu dostałam, co chciałam. O tak, Thanos to dokładnie taki czarny charakter, na jakiego wszyscy zasługujemy. Z jednej strony skomplikowany, z drugiej posługujący się diablo prostą, "sprawiedliwą" logiką. Tak, pamiętam też, że pisałam, jak ciekawie byłoby, gdyby czarny charakter w końcu wygrał. No więc znowu - mam co chciałam. Ostatnie sceny rozdarły mi serce.


Ostatnie sceny i moja reakcja na nie to zresztą coś dziwnego nawet dla mnie samej. Nie cierpię tych wszystkich komiksowych śmierci, które można cofnąć jednym obróceniem kamyczka. Nie lubię, gdy ktoś tanim kosztem gra na moich uczuciach. I w momencie, gdy bohaterowie zaczęli znikać jeden po drugim, poczułam najpierw zawód, że no jak to - przez tyle czasu zdążyłam już uwierzyć, że to nie komiks, że idę na ten film, żeby się z kimś pożegnać. I nagle przyszła scena, w której Peter przytula się do Tony'ego, mówiąc, że nie chce umierać... i moje serce razem z nim pękło w drobny mak. I chociaż wiem, że niektórzy z "martwych" mają już swoje sequele, i chociaż domyślam się, że fakt, że doktor Strange oddał Thanosowi kamień czasu miało swój wcale nie tak bardzo ukryty cel, to chylę czoła przed braćmi Russo - nie dość, że tych wszystkich skrajnie różnych emocji doświadczyłam w ciągu jakichś 30 sekund, to jeszcze zostawili mnie w przekonaniu, że najpewniej w kolejnych "Avengersach" doświadczymy wszystkiego na odwrót i pożegnamy kolejne postaci - tym razem nieodwracalnie. Na kolejną część będę chyba musiała zabrać termos z melisą.

Tak jak wspomniałam na początku i w innych recenzjach, samo słowo "uniwersum" działa mi już na nerwy. Ale "Infinity War" pokazuje, że nie należy lekceważyć znanych piosenek. Że wielkie emocje może we mnie wywołać tylko zupełnie nowy film, który zaskoczy mnie jakimś nowym światem i bohaterami, są dostępne również w świecie MCU, który, jak sądziłam, niewiele ciekawego ma mi już do zaoferowania. Obym nie rozczarowała się za rok, gdy poznam zakończenie historii.

*zastanawiam się, jak odebrałyby film osoby, dla których byłby to dopiero pierwszy kontakt z "Avengersami". Ja też nie zaczynałam przygody z Marvelem od początku i fakt, że w pierwszych "Avengersach" nie miałam pojęcia, kto jest kim, tylko zachęcił mnie do dalszego oglądania i nadrabiania. Ale tutaj do nadrobienia jest już całkiem sporo.
Uniwersum me widzę ogromne, czyli 10 moich ulubionych scen z filmów Marvela

4/25/2018

Uniwersum me widzę ogromne, czyli 10 moich ulubionych scen z filmów Marvela


Tak przyznam szczerze, ostatnio zdarzało mi się kręcić nosem na filmy spod znaku Marvela, które w pewnym momencie zaczęły składać się głównie z easter eggów oraz nawiązań do innych filmów, komiksów czy seriali. Ale teraz, kiedy siedzę w domu i przed premierą "Avengers: Infinity War" oglądam jeden po drugim kolejne filmy z MCU (jak przystało na poważną, dorosłą kobietę), zaczynam je coraz mocniej doceniać. W końcu nikomu wcześniej nie udało się stworzyć tak wielkiego uniwersum bohaterów, które w dodatku nie rozpływa się w braku sensu. Sama formuła MCU, gdzie nie mamy do czynienia z typowymi sequelami, tylko raczej z elementami układanki, raz na zawsze zmieniła kino.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że niektóre z tych filmów mają już ładnych parę lat, co przyprawia mnie o nostalgię w stylu "o, a na tym filmie byłam na randce" albo "tu po raz pierwszy zachwyciłam się klatą Kapitana Ameryki  doskonale napisaną postacią", ewentualnie "ten film oglądałam po pierwszym dniu w nowej pracy". Filmy Marvela, chociaż do pewnego momentu wciągałam je kompletnie nie po kolei, nie kojarząc postaci, wątków i nawiązań, dały mi tyle drobnych radości, że aż muszę się nimi podzielić. Nie będzie to ranking ulubionych filmów, ale krótka wyliczanka najulubieńszych scen, bo takie mogę odnaleźć nawet w tych filmach, które nie przypadły mi do gustu. A więc, lecimy!

Uwaga spoilery. Same spoilery.

Iron Man - "I am Iron Man"


Moje pierwsze zetknięcie z filmami Marvela. Nieuważne, w telewizji, pamiętam że film trochę mnie znudził i jakoś nieszczególnie byłam w stanie polubić głównego bohatera. Komiksów o Iron Manie nie czytałam, filmów animowanych nie oglądałam, jego problemy były mi raczej obce. Aż do ostatniej sceny, która to całkowicie zmieniła moje pojmowanie superbohaterskich filmów. Bo w większości filmów, które oglądałam, superbohaterstwo było jednak ukrywane przed światem w jakiejś Bat-Jaskini (swoją drogą, fakt, że żaden z mieszkańców Gotham nie ogarnął, że tylko jednego faceta w mieście stać na posiadanie supergadżetów i miejsca na ich przechowywanie, zawsze wydawał mi się dziwny). A wszelkie supermoce były uważane za coś wstydliwego, co powinno się ukrywać przed ukochaną. I w "Iron Manie" wszystko wydawało się iść zgodnie ze schematami superbohaterstwa (poza tą ukochaną), aż tu nagle Robert Downey Jr. wychodzi na konferencję prasową i zamiast czytać z kartki, przyznaje się do bycia Iron Manem. Ja, Marvelowy Janusz, byłam totalnie pod wrażeniem.

Strażnicy Galaktyki - "We are Groot"




Pierwsi "Strażnicy" to była absolutnie nowa jakość w powoli kostniejącym świecie Marvela. Nowi bohaterowie, nowa historia, nowi wrogowie, a wszystko podlane sosem z hitów z lat 80., to wszystko wystarczyło, żeby film otrzymał Znak Jakości Bajkonurka (nie ma czegoś takiego, ale może warto wprowadzić? ;)). Ale kto by przypuszczał, że najbardziej emocjonalną sceną w całym filmie będzie scena, w której drzewo żegna się z szopem praczem? Może za pierwszym razem ta scena mnie nie ruszyła, ale po latach poddaję się i przyznaję - tak, jest prawdziwie kultowa. I pokazuje, że nawet najdziwniejszą rzecz można napisać bez popadania w śmieszność czy zbędną ckliwość.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz - Steve vs. Bucky


No dobra, powiedzcie, która ze scen z tego filmu nie jest fajna? Początek, gdy Kapitan "trenuje" z przyszłym Falconem, scena w windzie, gdy rozprawia się z tłumem przeciwników (obok "Pięćdziesięciu twarzy Greya" i "Misji Kleopatra" jest to już zapewne jedna z klasycznych scen filmowych rozgrywających się w windach ;)), cała sekwencja ucieczki przed Hydrą, wizyta w muzeum jako ekspozycja. Ale i tak wszystkie bledną wobec tych, w których pojawia się Bucky. Czy to scena, w której Steve rozpoznaje dawnego przyjaciela (i cały ciężar tej sceny, łomatko, gdy jesteś tak samotny jak Kapitan Ameryka i nagle spotykasz kogoś, kto może czuć to samo i z kim można o tym pogadać, to nic dziwnego, że nagle wszystko wokół ciebie spowalnia, tym bardziej że jest to przyjaciel, o którym byłeś przekonany że dawno nie żyje), czy ostatnia walka, gdzie Steve decyduje się poddać, by nie musieć walczyć z najlepszym przyjacielem. Ajaj, jak to na mnie działa. Zresztą cała relacja Steve-Bucky jest wyjątkowo fanfikogenna.

Thor - "Another!"




Thor idzie do restauracji, a pozostali bohaterowie za wszelką cenę próbują sprawić, żeby zachowywał się poprawnie. Wiem, że film nie cieszy się wielką sympatią fanów, ale dla mnie to pierwszy film, od którego świadomie zaczęłam śledzić MCU. I kocham go miłością bezgraniczną, i nic na to nie poradzę, że chichoczę na nim jak głupia.

Doktor Strange - "Dormammu, I've come to bargain"



"Doktor Strange" nie wzbudził we mnie jakichś wielkich emocji jako całość, ale wiele poszczególnych scen, ze względu na swoją widowiskowość czy pomysłowość zapadło mi w pamięć (podobnie jak makijaż-decoupage Madsa Mikkelsena). Sceny walki (ach, jakież tam są sceny walki!), kameralna scena śmierci Przedwiecznej, czy wreszcie scena, gdy Doktor Strange zostaje uwięziony w pętli czasu i próbuje się z niej wyrwać i przy okazji ocalić świat. Jest tu i widowiskowość (ktoś od kolor korekcji odwalił kawał roboty), jest majestat, a w końcu... humor i absurd, czyli to, co w filmach MCU lubimy najbardziej. 

Strażnicy Galaktyki 2 - Pogrzeb Yondu




Ta scena w pigułce pokazuje, dlaczego Marvel wyprzedza DC o sto tysięcy lat świetlnych w przywiązywaniu widza do postaci. Wszystkie sceny z Yondu w filmie budują nam tego (anty)bohatera i jego trudną więź z widzem, przez co gdy ginie, poczułam autentyczny żal. A pogrzeb, na którym zjawiają się jego dawni towarzysze i symbolicznie odpuszczają mu grzechy, po prostu rozdziera serce. Zresztą, o ile pierwsi "Strażnicy" bardziej mnie rozśmieszyli niż wzruszyli, o tyle tutaj siąkałam nosem regularnie, tak jak kazali mi scenarzyści.

Avengers - Bitwa o Manhattan



No dobra, formalnie rzecz biorąc, to nie scena, to niemal półgodzinna sekwencja. I te pół godziny z bohaterami, których kiepsko kojarzyłam z pojedynczych komiksów, jakie w dzieciństwie wpadły mi w ręce, wystarczyły, żebym została z nimi na zawsze. "Avengersi" byli moim drugim po "Iron Manie" filmem Marvela, czyli miałam trochę do nadrobienia (chociaż patrząc z aktualnej perspektywy, jeszcze stosunkowo niewiele), a po obejrzeniu filmu wiedziałam już, że muszę zacząć nadrabiać, teraz, natychmiast, bo coś mi w życiu umknęło.

No i tak jak nigdy nie byłam miłośniczką radosnej rozwałki, tak cała sekwencja bitwy to jest jedna wielka, cudowna, radująca oczy fana popkultury jazda bez trzymanki. Sens gubi się momentami wśród wybuchów i dowcipnych odzywek Starka, ale kto by o to dbał. Każdy z bohaterów działa tu z jednej strony sam - demonstrując swoje bardziej i mniej super moce, a z drugiej wszyscy grają do jednej bramki. Ratują ludzi (w ogóle u Marvela myślenie o cywilach jest jakoś bardziej podkreślane niż w przygodach Batmana i Supermana) i siebie nawzajem. W międzyczasie dostajemy celne one-linery, akrobacje, Kapitan Ameryka i Hawkeye napinają muskuły, Hulk miażdży, Loki próbuje coś tam działać, ale Hulk go miażdży, a kiedy wydaje się, że już szala zwycięstwa przechyla się na stronę naszych, dowiadujemy się o zbliżającej się bombie atomowej... No jeśli to nie jest fajne, to ja nie wiem, co fajne jest.

Avengers: Czas Ultrona - Podnoszenie młota


O ile sam film przypadł mi do gustu chyba najmniej ze wszystkich filmów Marvela, o tyle ta scena jest tak cudowna, przeurocza i tak wiele mówiąca o każdym z Avengersów, że warto oprawić ją w ramki. Wszystko w niej gra - a najbardziej mina Thora, gdy Kapitanowi prawie, prawie udaje się poruszyć młot. Do tego to chyba ostatnia scena, w której widzimy przyjaciół w absolutnej zgodzie i pewności, że tak już będzie zawsze.

Spiderman: Homecoming - Scena w samochodzie


O tej scenie pisałam już w kontekście najlepszych scen filmowych 2017 roku i swoje zdanie podtrzymuję. Pomijając fakt, że sam film stał się nieoczekiwanie jednym z moich najulubieńszych z MCU a Tom Holland sprawił, że przestałam bojkotować Spidermana, to ta scena to jest scenariuszowe mistrzostwo w tworzeniu napięcia, nagłych zwrotach akcji i niedopowiedzeniach - a wszystko tylko w niezobowiązującym dialogu ojca rozmawiającego z chłopakiem córki w drodze na szkolny bal. Ojca, który odkrywa, że chłopak córki jest jego śmiertelnym wrogiem.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów - Kapitan vs. Iron Man



Ojej, jak ta scena rozdziera me tylko z pozoru nieczułe serce. Po pierwsze, jest w niej Bucky. Po drugie, jest w niej walka z jednej strony o życie przyjaciela, po drugie - o racje kompletnie nie do pogodzenia, po trzecie - tutaj bardzo boleśnie widzimy, jak drogi i cele niegdysiejszych kumpli rozchodzą się - być może na zawsze. No i to bezradne "So was I" Iron Mana, w którym widzimy, że tego, co się stało, nie da się już naprawić.

No dobra, równie dobrze mogłabym przywołać jeszcze kolejnych 10 scen, ujęć czy sekwencji, które lubię, które mnie wzruszyły, rozśmieszyły czy spowodowały efekt "wow". "Śmierć" Lokiego w Thorze 2, moment, w którym Fury rzuca Kapitanowi Ameryce karty znalezione przy zabitym Coulsonie w "Avengersach", Ant-Man zaprzyjaźniający się z Antonim czy jeszcze więcej scen z Bucky'm ;) I chociaż czekając na "Avengers: Infinity War" nie czuję dokładnie tych samych emocji, które czułam, czekając na "Powrót Króla" albo ostatnią część Harry'ego Pottera (tym bardziej że co by tam się nie wydarzyło, to jeszcze nie koniec), to jednak pisanie tego wpisu sprawiło mi straszną radochę i uświadomiło, że co by się nie działo, związałam się z tymi bohaterami na dobre i na złe i pewnie nieraz jeszcze do nich powrócę. No to teraz... czas do kina. 
Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych

4/21/2018

Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych


Co tu dużo mówić, mój blog nie należy do kategorii tych najbardziej poczytnych, mam nadzieję że z powodu promocyjnego lenistwa autorki, a nie nędznej jakości treści. Niemniej jest jeden wpis, który przyciąga od dłuższego czasu jakieś dziwne rzesze czytelników. Jest to mianowicie wpis o smutnych i traumatycznych kołysankach, które mimo swoich mało pogodnych tekstów uparcie są śpiewane dzieciom przez rzesze dorosłych. Pamiętajcie, jeśli chcecie zwiększyć zasięg swojego bloga, koniecznie wśród słów kluczowych ustawcie "smutne kołysanki"... W ogóle z tymi kołysankami jest coś nie tak, wiecie? Teoretycznie mają one usypiać, więc - może się nie znam - powinny być pogodne i radosne, żeby dzieci nie miały koszmarów. No dobrze, czasem i takie spotkamy. Ale rzadko. Zwłaszcza w muzyce popularnej, gdzie utwory stylizowane na kołysanki pojawiają się bardzo często. Mam wrażenie, że żeby kołysanka zrobiła furorę i stała się hitem, powinna mieć ponurą melodię, jeszcze bardziej ponury tekst, skupiający się na kwestiach przemijania, dorastania i odchodzenia oraz być śpiewana smutnym głosem, na dźwięk którego nawet twórcy "Batman vs Superman" uznaliby, że to przesada. A jako że tematu smutnych kołysanek w żaden sposób jednym wpisem nie wyczerpałam, oto jest. Kolejny kołysankowy wpis. Tym razem skupiłam się na kołysankach, które wikipedia nazywa "artystycznymi". Kołysankach, które niby kierowane do dzieci, w gruncie rzeczy mówią o lękach dorosłych. I kołysankach, które kierowane są właśnie do dorosłych. 1) "Tylko kołysanka" (sł. Przemysław Gintrowski)

Przemysław Gintrowski napisał tę piosenkę dla swoich dwóch małych córeczek, ale popularność zdobyła, promując film "Tato" z Bogusławm Lindą. Gdy już twórcy wycisnęli z widzów wszystkie łzy, wchodziły napisy z piosenką i... Jak już zasygnalizowałam na facebooku, widzę pewien logiczny związek między premierą filmu "Tato" w 1995 roku a nagłą popularnością subkultury "emo" kilkanaście lat później. Co innego mogłoby wyrosnąć z dzieci, którym rodzice, fani filmu, śpiewali do snu tę przerażająco-hiper-ultra-smutną piosenkę? Która porusza tematy wcale nie dziecięce, takie jak przemijanie i śmierć? Niemniej to nadal jedna z najpiękniejszych "dorosłych" kołysanek. Po prostu klasyk. 2) "Kołysanka dla okruszka" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Seweryn Krajewski)
Za tą kołysanką ciągnie się wyjątkowo smutna legenda, głosząca że Seweryn Krajewski napisał ten utwór po śmierci syna. Nie jest to prawdą, co nie zmienia faktu, że - jeśli popatrzeć na komentarze pod filmami z piosenką - nijak nie przywodzi na myśl szczęśliwego dzieciństwa. Zresztą tak już chyba jest z tymi kołysankami, że niby są o dzieciach, ale tak naprawdę śpiewają je rodzice, którzy często są pełni lęku o to, co przyniesie życie ich małemu synkowi czy córeczce. "Ty śpij, a ja nie będę dzisiaj spał" - mam wrażenie, że całkiem spora grupa rodziców mogłaby się pod tym podpisać.
3) "Śpij, bajki śnij" (Marek Grechuta)

Ogólnie rzecz biorąc, zastanawiam się, co takiego jest w tych "artystycznych" kołysankach, że nawet taki pogodny tekst o domkach z miodem, domu z ogrodem i bajkach, w wersji śpiewanej wypada tak smutno, że zupełnie odechciewa się spać, a chce się raczej płakać. Czy tylko mnie przeszywa jakiś dziwny dreszcz niepokoju, kiedy słyszę tę piosenkę? I oczami wyobraźni widzę ojca nad kołyską dziecka w jakiejś wojennej albo postapokaliptycznej rzeczywistości? Ewentualnie nad szpitalnym łóżkiem?

4) "Synku" (sł. Katarzyna Węgrzyn, wyk. Grażynka Łobaczewska)
Trochę mniej znana kołysanka, co do której za każdym przesłuchaniem trudno mi się zdecydować, czy jest smutna, czy nie. Z jednej strony, podobnie jak u poprzedników, tekst skupia się na rodzicielskich lękach, ale ostatecznie wymowa jest dość optymistyczna - matka śpiewa tu o tym, co zyskuje dzięki posiadaniu dziecka, a nie o tym, co wkrótce utraci.

5) "Dookoła noc się stała" (sł. Agnieszka Osiecka)
Kołysanki nie są tylko dla dzieci. Równie dobrze można je zaśpiewać dorosłym. Kojarzy mi się ta "kołysanka" ze spektaklem "Morfina", w którym śpiewała ją żona Bułhakowa (w tej roli Anna Czartoryska) zmarłemu mężowi. Może dlatego wydaje mi się smutniejsza niż jest w rzeczywistości. Bo w gruncie rzeczy równie dobrze może być wyrazem miłości dla ukochanej osoby.
6) "Dobranoc, panowie" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Maryla Rodowicz)



Na podsumowanie znowu "Morfina", tym razem piosenka rozpoczynająca spektakl (chyba ten wpis mógłby się nazywać "Smutne kołysanki Agnieszki Osieckiej) - i trochę kwintesencja tego, o czym właściwie są kołysanki. W tym magicznym momencie tuż przed snem nagle przestajemy udawać - dzieci, rodzice, żony, mężowie. Na wierzch wychodzi to, co chcielibyśmy ukryć, wszystkie nasze lęki, nasze wspomnienia, miesza się przeszłość z przyszłością. Możemy być sobą.

Inna sprawa, że przy kołysankach, podobnie jak przy kolędach, wykonanie może wiele zmienić - ten sam utwór w wykonaniu Maryli Rodowicz brzmi drapieżnie i zupełnie niekołysankowo, w wersji Anny Czartoryskiej jest niepokojący, smutny, nostalgiczny i pełen tęsknoty.

Sam fakt, że artyści tacy jak Osiecka, Krajewski, Gintrowski sięgają po gatunek taki jak kołysanka, jest intrygujący. Zresztą, niemal każdy artysta, zwłaszcza wykonujący poezję śpiewaną ma na swoim koncie przynajmniej jeden tego typu utwór. Na youtubie odnajdziemy kołysanki, które dla swoich dzieci wykonują Justyna Steczkowska, Kayah, Agnieszka Chylińska, ale i "Kołysankę dla nieznajomej" Perfectu. Może w kołysankach trochę łatwiej przychodzi mówienie o swoich lękach, obawach przed przyszłością, ale i o miłości? Bo ten, komu śpiewamy, za chwilę zaśnie i być może pomyśli, że to wszystko tylko mu się przyśniło?

Oczywiście to tylko parę małych kropelek w oceanie "artystycznych" kołysanek. A jakie są Wasze ulubione kołysanki dla dorosłych?
Śmierć, dziewczyna i chochoły, czyli "Dziecko Piątku" czytane po latach

4/11/2018

Śmierć, dziewczyna i chochoły, czyli "Dziecko Piątku" czytane po latach


Możecie mnie nazwać prawdziwą masochistką, ale po zmęczeniu "Ciotki Zgryzotki", zamiast grubą kreską odgrodzić się od literatury spod znaku Musierowicz, ja zanurkowałam między półki w poszukiwaniu wcześniejszych tomów "Jeżycjady". Tak tylko, żeby sprawdzić, czy w starszych tomach znajdę to wszystko, co raziło mnie w najnowszych. Bo może wszystkie te irytujące szczegóły już tam były, tylko ja byłam inna, bardziej naiwna. Padło na "Dziecko piątku", bo mam wrażenie, że to książka, która we wszelkich dyskusjach o twórczości Musierowicz pojawia się bardzo rzadko, w przeciwieństwie do takiej "Szóstej klepki", "Kwiatu Kalafiora" czy "Noelki". Również przez zagorzałych fanów nie jest zbyt często wspominana. Może dlatego, że dotyka tematów, po które Małgorzata Musierowicz sięga bardzo rzadko: śmierci i przeżywania żałoby, a może dlatego, że obowiązkowy romans jest tu mało romantyczny i raczej nieoczywisty. A może dlatego, że powieść niewiele wnosi do Sagi Rodu Borejków, skupiając się na zupełnie innych postaciach.

Jest rok 1993, właśnie dobiegł końca rok szkolny. 16-letnia Aurelia Jedwabińska, zamiast wrócić do domu ojca i nowej partnerki, którzy zaopiekowali się nią po śmierci matki, wraz z dopiero co poznanym piętnastoletnim Konradem Bitnerem wyrusza w podróż do dawno nie widzianej babci, z którą od czasu rozwodu rodzina nie utrzymywała kontaktu. Świadectwo, które przypadkiem zostawiła w szkole, trafia w ręce starego woźnego, zgorzkniałego, skłonnego do monologów wewnętrznych pełnych narzekań pana Jankowiaka, który tknięty wyrzutami sumienia (przypadkowo rzucony komentarz o matce Aurelii), postanawia zwrócić je dziewczynie. Oczywiście po drodze nie zabraknie i rodziny Borejków, do których właśnie po ślubie sprowadził się mąż Gabrysi, Grzegorz Stryba.
Pamiętam, że kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, strasznie podobała mi się ta nowa, ciemnowłosa Aurelia. Źródło wszystkich obrazków: www..musierowicz.com.pl

To chyba dopiero druga po "Pulpecji" książka w cyklu, w której Autorka nie wprowadza żadnej nowej pierwszoplanowej postaci - Aurelia to oczywiście "Geniusia" z "Opium w Rosole" (chyba mojej ulubionej części "Jeżycjady"), Konrada poznaliśmy w "Brulionie Bebe B.", nawet pan Jankowiak pojawił się już epizodycznie w "Kwiecie kalafiora", no a Borejkowie... wiadomo. Wtedy jednak powrót do znanych bohaterów nie irytował - wręcz przeciwnie, chyba każdy chciał dowiedzieć się, jak potoczyły się losy kilkulatki, która wpraszała się do obcych domów na obiadek. A bohaterowie z automatu stawali się nam bliżsi, bo mogliśmy zobaczyć, co z tych zdolnych dzieciaków wyrosło.

To, co po latach (będzie już jakieś dwadzieścia od pierwszego przeczytania, a kilkanaście od ostatniego!!!!) doceniłam znacznie bardziej niż podczas pierwszego czytania, to kreacja bohaterów. Zdecydowanie Małgorzata Musierowicz ma zmysł pozwalający na uchwycenie w kilku zdaniach charakteru postaci, a wtedy jeszcze potrafiła je konsekwentnie budować. Z pewnością wiele czytelniczek przestanie w tym momencie czytać ten wpis ;) ale muszę przyznać się do jednego - bardzo lubię Konrada Bitnera. O ile w prawdziwym życiu ten "intelektualista i twórca Piękna" pewnie nieludzko by mnie denerwował i uciekłabym od niego jak najdalej, bez względu na to czy pozwoliłby mi hm, potrzymać swoją kukiełkę, czy odsłonić kurtynę w jego jednoosobowym teatrze, o tyle jako bohater literacki jest znacznie ciekawszy niż absztyfikanci z pozostałych tomów. Być może niechcący, być może celowo (zawsze się nad tym zastanawiam) Małgorzata Musierowicz uchwyciła taki szczególny typ nastolatka, który to przeczytał trochę więcej niż inni, przez co jest przekonany o własnej odrębności i wybitności. A zarazem nastolatka prześladowanego przez rówieśników, który z jednej strony wydaje się być ponad to, a z drugiej - w domowym zaciszu trenuje palenie papierosów i popija Guinessa, byle nie zrobić sobie obciachu przed kolegami z nowej szkoły. I jeszcze do tego Konrad jest nastolatkiem z rozbitej rodziny, którego wszelkie działania, choćby miłość do teatru, są jednym wielkim wołaniem o zainteresowanie ze strony matki, znanej aktorki. Która też nie jest przedstawiana jako jakaś straszna wywłoka, tylko raczej kobieta, która przedłożyła bycie aktorką nad bycie matką, ale świat wcale się od tego nie zawalił. Jaka odmiana po tych wszystkich "Ludziach, Którzy Nie Umieją Kochać" z ostatnich tomów. Parę lat później Małgorzata Musierowicz próbowała powtórzyć rys tej postaci w Ignacym Grzegorzu, ale ze znacznie gorszym skutkiem (chociaż tę postać też na swój sposób lubię).
Konrad Bitner jest irytujący, ale jako postać literacka - bardzo ciekawy. 

Również postać Aurelii chwyta za serce, zwłaszcza jeśli pamiętamy ją jeszcze jako Geniusię. I chociaż z pozoru wydawać by się mogło, że w prowadzeniu tej postaci brakuje Autorce nieco konsekwencji, to w gruncie rzeczy to ciągle ta sama dziewczynka - spragniona ciepła, miłości i zainteresowania. Dziewczynka, która znacznie lepiej dogaduje się z obcymi osobami (Konrad, Piotr, Borejkowie) niż z własną rodziną. A jej smutek po śmierci matki (swoją drogą - Ewa Jedwabińska z "Opium w Rosole" to też była świetnie napisana postać) i wewnętrzne rozterki są bardzo ludzkie i prawdziwe.

Na uwagę zasługuje również pan Jankowiak. Dziś stary woźny, którego monologi przepełnia niechęć do świata, narzekanie na to, co jest i zarazem tęsknota za przeszłością, miałby zapewne większe pole do popisu, bo Autorka nie tylko poprzez postaci, ale i w samej narracji pokazuje swoje rozczarowanie współczesnym światem. Tymczasem w "Dziecku Piątku" jego niechęć jest wciąż przełamywana jakimiś drobnymi gestami innych bohaterów - a to Gabrysi, a to jej córek, a to w końcu babci Marty. W książce sympatia Autorki jest wyraźnie po stronie tej ostatniej - energicznej kobiety, która zamiast użalania się nad sobą wybiera działanie. Z kolei niestety najnowsze tomy momentami sprawiają już wrażenie, jakby pisał je pan Jankowiak we własnej osobie.
Jankowiak to taki typowy narzekacz, który z narzekania uczynił sobie tarczę chroniącą przed światem, który w swoich przekonaniach o świecie staczającym się na psy czuje się bezpiecznie - aż tu nagle przekonuje się, że świat ma jednak sens. 
Oczywiście podczas czytania dostrzega się również elementy, które dzisiaj w książkach wyjątkowo irytują. Jeśli przyłożyłoby się do "Dziecka piątku" współczesną miarę, to pewnie u Aurelii możnaby zdiagnozować depresję i zamiast do babci wysłać ją do psychologa. Ale we wczesnych latach dziewięćdziesiątych raczej nikomu się o tym nie śniło, poza tym sam proces "wychodzenia" Aurelii z żałoby nie jest ukazany jako "weź się do roboty zamiast marudzić". Babcia podchodzi do wnuczki zarazem z humorem i pozytywną energią, jak i z wielką delikatnością, rozumiejąc, czego Aurelii potrzeba. Ale nie chodzi mi o tego typu kwestie, raczej o elementy, które były już obecne w twórczości Autorki, a w nowej "Jeżycjadzie" wybuchły ze zdwojoną siłą. Po analizie stwierdzam, że oczywiście, są one obecne, ale w odróżnieniu od takiej "Ciotki Zgryzotki" zawsze są w jakiś sposób kontrapunktowane.

Tym, co zdecydowanie jest znakiem rozpoznawczym Małgorzaty Musierowicz jest ocierające się o karykaturę piętnowanie rozwodników. Widmo Janusza Pyziaka jest oczywiście obecne, ale zanim ten zmaterializował się w "Języku Trolli", w "Dziecku Piątku" mamy Eugeniusza Jedwabińskiego, ojca Aurelii. Zostawił on żonę i związał się z (oczywiście) pustą i nieprzyjemną partnerką, która nie zamierza być dobrą macochą dla bohaterki. Eugeniusz jest też (oczywiście) nieszczęśliwy, a do tego niedojrzały, ucieka od problemów, zamiast je rozwiązywać. Tylko że, chociaż jego postępek jest ze wszech miar godny potępienia, czego dowiadujemy się z ust pani Jedwabińskiej, to - jakie zaskoczenie po tych wszystkich Feblikach - poznajemy również jego punkt widzenia, który w gruncie rzeczy pokazuje go w nieco innym świetle. Autorka nie stawia tu kropki nad "i" i sami możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bohater zasługuje na przebaczenie. Nadmienię tylko, że tego samego zrozumienia nie ma już autorka w stosunku do nowej partnerki ojca, Moniki, która pokazana jest jako kopcąca papierosy lafirynda i stereotypowa zła macocha.
Podczas czytania zastanawiałam się, czy istnieją fanfiki shipujące Konrada z Arturkiem-Gburkiem. Wtedy z "Dziecka piątku" wyszłyby "Tamte dni, tamte noce" ;)
"Dziecko piątku" to też pierwsza książka Małgorzaty Musierowicz, która tak bardzo idealizuje życie z dala od miasta. Niekoniecznie jeszcze na wsi, bo Pobiedziska, gdzie przyjeżdża Aurelia to właściwie małe miasteczko, ale życie toczy się tu wolniej, spokojniej i bliżej natury. Opisy Marty Jedwabińskiej i jej domku tchną "Nad Niemnem", więc dlaczego mimo wszystko czyta się to bez zgrzytania zębami? Może dlatego, że nie mamy tutaj tej prostej opozycji wieś (cisza, natura, dobrzy ludzie, co chodzą do kościoła) kontra miasto (hałas, remonty i korki, postępująca znieczulica i ogólna degrenolada społeczna). A może dlatego, że wszystko to oglądamy oczami Aurelii, która idealizuje to miejsce, a zarazem daje czytelnikowi pewien filtr, przez który możemy spojrzeć na ten skansen.

Obowiązkowy trójkąt miłosny - no a jakże, jest. Tylko że, jak wcześniej wspomniałam, nie jest tu wcale taki oczywisty, co może równie dobrze przeszkadzać czytelnikowi, który oczekuje namiętnych pocałunków, dram i miłości aż po grób. Tymczasem właściwie nie dostajemy tu żadnego zakończenia, żadnej deklaracji, jedynie słowa "Na wszystko przyjdzie czas", co w kontekście ostatnich tomów "Jeżycjady", gdzie bohaterowie po pierwszym spotkaniu zaręczają się albo przedstawiają dziewczynę jako narzeczoną, daje do myślenia. Ba, Aurelia i Kozio nawet się nie całują, a sama Aurelia zdaje się nie traktować Konrada jakoś szczególnie poważnie, momentami wręcz go wyśmiewając. Co akurat nieszczególnie mi się podobało - radzenie osobom słabym psychicznie i niepewnym siebie, żeby wyśmiewali się z osób jeszcze słabszych i bardziej niepewnych siebie, nie jest raczej warte polecenia. Z drugiej strony - Aurelia na umizgi dwóch rówieśników reagująca głupawką i chichotem z pewnością jest bliższa rzeczywistości niż bohaterowie oświadczający się po pierwszej randce.

To, co w znacznie większym stopniu dostrzegłam przy czytaniu teraz niż przed laty, jest obecna w książce polityka. Z jednej strony Małgorzata Musierowicz prezentuje wyraźną niechęć do polityki wszelakiej i pragnienie odcięcia się od niej. Gadające głowy w telewizji, debaty (akcja rozgrywa się tuż przed wyborami parlamentarnymi w 1993 roku, kiedy to - przypomnijmy - wygrało SLD) pokazane są jako męczące tło. Z drugiej strony, polityczne dyskusje niby toczą się gdzieś w tle, ale wybór "Wesela" jako sztuki towarzyszącej bohaterom (Konrad wystawia sztukę na rynku i w domu kultury w Pobiedziskach) i przywołanie konkretnych cytatów z Wyspiańskiego może nie być przypadkowy. Pytanie tylko, czy chodzi o to, że Małgorzata Musierowicz widzi politykę jako chocholi taniec, czy też raczej książka z jej idealizowaniem wsi i prawilną gospodynią jako wzorem do naśladowania stanowi zakamuflowany wyraz poparcia dla Waldemara Pawlaka ;)
Są i Borejkowie. Swoją drogą, wątek Grzegorza Stryby, który usiłuje poradzić sobie z rozpuszczonymi pasierbicami przekupstwem, zakazami czy totalną biernością, teraz wydał mi się jednym z ciekawszych. Tym bardziej, że wiemy, jak potoczyły się losy tych postaci i że właściwie kulminacyjna kłótnia nie była żadnym przełomem. I że zwyciężyła totalna bierność :)
O wiele ciekawsze niż ten niedokończony romans wydaje się zmaganie wewnętrzne Aurelii z zauroczeniem dorosłym przyjacielem, Maćkiem Ogorzałką. Przypadkowy pocałunek sprawił, że bohaterka zerwała wszelkie stosunki zarówno z nim, jak i z dawnymi przyjaciółmi. Ale dopiero czytając książkę po latach, dostrzegłam pewne rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Z jednej strony, ciekawe w postaci Aurelii jest to skrywanie wyrzutów sumienia pod płaszczykiem żałoby i pozwalanie na to, by jej zachowania odbierać jako żal po śmierci matki - bo przecież nie przyzna się do tego, że pocałowała męża najlepszej przyjaciółki. Z drugiej strony, nowego wymiaru nabiera raczej komiczna postać Artura. Oczywiście ten bohater potrzebny jest do wprowadzenia elementu dramy (nie ma jak trójkąt miłosny), ale zarazem jest trochę projekcją Aurelii, która podświadomie szuka w nim Maćka (są nawet fizycznie do siebie podobni). Inna sprawa, że znowu nie dostajemy tu żadnej konfrontacji, żadnego pojednania, mowa jest tylko o rozmowie z Kreską, której nie możemy podsłuchać - ciekawe, jak zareagowałby w rozmowie sam zainteresowany Ogorzałka.

I tylko trochę smutno, że Autorka, która potrafiła w tak przekonujący sposób pokazać różne oblicza żałoby, potem popełniła "McDusię", gdzie rozpacz bohaterów tęskniących za profesorem Dmuchawcem przybrała formę karykatury. Szkoda, że Autorka, która potrafiła stworzyć tak skomplikowaną postać jak Aurelia, w "Ciotce Zgryzotce" uraczyła nas płytką Norą. A może wcale tak nie jest i to jednak mój sentyment do starszych części "Jeżycjady" przysłania widzenie problemu?

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek