4/28/2018

Galaktyczne emocje, czyli "Avengers: Infinity War"



Tak jak już napisałam na facebooku, byłam lekko zdziwiona, gdy przed seansem jako reklamową próbkę dodawaną do biletu dostałam... słoiczek dżemu czekoladowo-truskawkowego. Dział marketingu dżemowej firmy wiedział jednak, co robi. Jak głęboka to była metafora, przekonałam się po seansie. Tuż po filmie miałam bowiem wrażenie, jakby ktoś zgniótł mi serce na miazgę i powoli wyjadał łyżeczką.

W przypadku tego filmu właściwie każda informacja jest spoilerem, więc czytacie na własną odpowiedzialność ;)

Właściwie ciężko mi napisać taką typową recenzję nowych "Avengersów". Po pierwsze, zobaczyliśmy tylko część tej historii (z jednej strony - to miło, że jest na co czekać, z drugiej - dla osób urywających historię w takim momencie, żeby wyrwać kolejny miliard z jeszcze jednego sequela, powinno być specjalne miejsce w piekle). Po drugie, sama jestem zaskoczona: ostatnimi laty słowo "uniwersum" nieco mi zbrzydło i co chwila podkreślałam, że zamiast kolejnych superbohaterskich sequeli czekam na nowe historie. "Czas Ultrona" był mocno taki sobie, "Thor:Ragnarok" i "Black Panther" nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam i z ostatnich filmów jedynie "Spiderman: Homecoming" sprawił, że moje serce zabiło mocniej. Ale im bliżej filmu, tym bardziej chciało mi się wrócić do znanych bohaterów (fakt, że cisnęłam Netliksa, przypominając sobie poprzednie części, zdecydowanie pomógł), a kiedy już seans się zaczął, to niemal od pierwszej sceny zapomniałam o wszystkich narzekaniach i chciałam z nimi być, być, być na dobre i na złe, a śmierć każdego z nich była jak cios prosto w serce.


Przed seansem chyba wszyscy zadawali sobie pytanie, jak wyjdzie twórcom połączenie tylu bohaterów w jednym filmie. To, że bracia Russo to potrafią, pokazali znakomicie w "Civil War", ale tutaj nie dość że trzeba było doprowadzić do spotkania dotychczasowych Avengersów, trzeba było dodać im jeszcze rozgrywanych pozornie w zupełnie innych bajkach Doktora Strange'a i Strażników Galaktyki. I wiecie co? Wyszło to tak zgrabnie, że chylę czoła. Udało się. Wszystko dlatego, że Marvel swoje uniwersum budował niespiesznie przez 10 lat, stopniowo kształtując poszczególne postaci, które poprzez kolejne odsłony swoich przygód dojrzewały, zmieniały się, otwierały. Dzięki temu teraz praktycznie od pierwszych minut filmu wpadamy jak w odwiedziny do starych znajomych - nie potrzeba długiej ekspozycji.* Wiemy też, jak wiele każdy z nich przez te lata stracił i ile musiał poświęcić - dlatego ładunek emocjonalny tego blockbustera po prostu przygniata.

Ale tego efektu nie byłoby bez znakomitych aktorów. Przez lata Marvel zebrał taką rzeszę znakomitych nazwisk, z tak różnych środowisk, aktorów, którzy grali Szekspira, ulubieńców nastolatek, gwiazdy kina niezależnego i zapomnianych idoli. Aktorzy znają te postaci tak, że nie ma w ich grze nic fałszywego, a my, widzowie, bezkrytycznie łykamy fakt, że na ekranie grupa dziwnie ubranych facetów, szop i drzewo, walczy o kolorowe kamyczki.


Kamyczki? Było już coś w tym rodzaju. Twórcy "Infinity War" doskonale odrobili lekcję daną wiele lat temu przez Petera Jacksona we "Władcy Pierścieni". Lekcję, która mówi, ze nawet najbardziej epicka bitwa nie pozostanie widzom w pamięci, jeśli nie będą jej kontrapunktować kameralne sceny, opierające się na relacjach między bohaterami. I tak jest z "Avengersami". Ten film stoi nie wybuchami, walkami na pięści czy epicką bitwą (chociaż zdałam sobie sprawę, jak dawno nie widziałam w kinie dobrej, epickiej bitwy), ale tym, co dzieje się między bohaterami, tym, co wypowiedziane i niewypowiedziane. Sprzyja temu struktura historii (zresztą taka sama jak u Jacksona), czyli rozdzielenie bohaterów na kilka grup, w ramach których będą miały miejsce najrozmaitsze interakcje, a każdy przeżyje własną przygodę. Każde w innym miejscu galaktyki!

Z jednej strony mamy "Thora" i "Strażników Galaktyki". Jestem pod wrażeniem, jak zgrabnie połączone zostały te historie, chociaż pozornie stylistyka Taiki Waititiego, twórcy "Ragnaroka", Jamesa Gunna, twórcy "Strażników" i braci Russo to zupełnie trzy różne bajki. Ta historia daje zresztą taką huśtawkę emocjonalną, łączącą smutek początkowych scen, masę humoru wynikającą z konfrontacji Thor-Peter Quill, patos scen w kuźni, gdy boskość Thora w końcu dochodzi do głosu i kameralne sceny z Rocketem.


Przewspaniała relacja budowana jest też w drugiej grupie, gdzie Iron Man, Spiderman i... Doctor Strange trafiają na statek kosmiczny należący do Thanosa. Z jednej strony mamy zetknięcie dwóch podobnych charakterów (a ileż radości daje fakt, że zarówno Downey Jr, jak i Cumberbatch grali Sherlocka) o rozbujanym ego, a z drugiej relację mentor-uczeń (a może ojciec-syn), czyli Tony Stark i Peter Parker. I tak, scenarzyści grają tu na emocjach, jakby walili w bębny. Fakt, że Tony tuż przed wyruszeniem w drogę mówi Pepper, że chce mieć z nią dziecko (serio??? Przez to cały film byłam przekonana, że zginie za 5 sekund). Fakt, że Peter to ciągle tylko dzieciak, którego cała sytuacja trochę przerasta i który stopniowo przekonuje się, że nie jest w grze komputerowej, tylko gra o prawdziwą stawkę. Fakt, że Strange rozumuje w nieco innych kategoriach niż reszta. I fakt, że Quill, który dołącza do nich nieco później, nagle trafia na kogoś, kto tak jak on lubi popkulturę. Ta grupa ma też najsmutniejszą scenę w całym filmie. Ale o tym później.


Na Ziemi z kolei zostają zbuntowani Avengersi, z Kapitanem Ameryką na czele. Dołącza do nich Hulk/Bruce Banner, a także Vision i Wanda, którym zawdzięczamy kolejne wyjątkowo emocjonalne i znakomicie zagrane sceny. Wkrótce potem akcja przenosi się do Wakandy, gdzie spotykamy starych znajomych z "Black Panther" i gdzie rozegra się wspomniana epicka bitwa. I tak jak kompletnie nie czułam Visiona po dwóch poprzednich filmach, tak tutaj to on najbardziej chwycił mnie za serce. Ale co by nie mówić, wszystkie postaci bledną przy brodzie Kapitana Ameryki, która epickością znacznie przewyższa bitwę. I tak jak podśmiewałam się nieco z zachwytów po zwiastunie, tak teraz zdecydowanie potwierdzam, że Chris z brodą lepszy jest niż Chris bez brody. Tyczy się to wszystkich Chrisów w filmie.

Jest też Thanos. O Thanosie to właściwie możnaby napisać osobny wpis. W swoich recenzjach filmów Marvela zawsze narzekałam na czarnych charakterów, więc w końcu dostałam, co chciałam. O tak, Thanos to dokładnie taki czarny charakter, na jakiego wszyscy zasługujemy. Z jednej strony skomplikowany, z drugiej posługujący się diablo prostą, "sprawiedliwą" logiką. Tak, pamiętam też, że pisałam, jak ciekawie byłoby, gdyby czarny charakter w końcu wygrał. No więc znowu - mam co chciałam. Ostatnie sceny rozdarły mi serce.


Ostatnie sceny i moja reakcja na nie to zresztą coś dziwnego nawet dla mnie samej. Nie cierpię tych wszystkich komiksowych śmierci, które można cofnąć jednym obróceniem kamyczka. Nie lubię, gdy ktoś tanim kosztem gra na moich uczuciach. I w momencie, gdy bohaterowie zaczęli znikać jeden po drugim, poczułam najpierw zawód, że no jak to - przez tyle czasu zdążyłam już uwierzyć, że to nie komiks, że idę na ten film, żeby się z kimś pożegnać. I nagle przyszła scena, w której Peter przytula się do Tony'ego, mówiąc, że nie chce umierać... i moje serce razem z nim pękło w drobny mak. I chociaż wiem, że niektórzy z "martwych" mają już swoje sequele, i chociaż domyślam się, że fakt, że doktor Strange oddał Thanosowi kamień czasu miało swój wcale nie tak bardzo ukryty cel, to chylę czoła przed braćmi Russo - nie dość, że tych wszystkich skrajnie różnych emocji doświadczyłam w ciągu jakichś 30 sekund, to jeszcze zostawili mnie w przekonaniu, że najpewniej w kolejnych "Avengersach" doświadczymy wszystkiego na odwrót i pożegnamy kolejne postaci - tym razem nieodwracalnie. Na kolejną część będę chyba musiała zabrać termos z melisą.

Tak jak wspomniałam na początku i w innych recenzjach, samo słowo "uniwersum" działa mi już na nerwy. Ale "Infinity War" pokazuje, że nie należy lekceważyć znanych piosenek. Że wielkie emocje może we mnie wywołać tylko zupełnie nowy film, który zaskoczy mnie jakimś nowym światem i bohaterami, są dostępne również w świecie MCU, który, jak sądziłam, niewiele ciekawego ma mi już do zaoferowania. Obym nie rozczarowała się za rok, gdy poznam zakończenie historii.

*zastanawiam się, jak odebrałyby film osoby, dla których byłby to dopiero pierwszy kontakt z "Avengersami". Ja też nie zaczynałam przygody z Marvelem od początku i fakt, że w pierwszych "Avengersach" nie miałam pojęcia, kto jest kim, tylko zachęcił mnie do dalszego oglądania i nadrabiania. Ale tutaj do nadrobienia jest już całkiem sporo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek