A na końcu i tak wygra kot, czyli "Kapitan Marvel"

3/14/2019

A na końcu i tak wygra kot, czyli "Kapitan Marvel"


Na najnowszy film z uniwersum MCU czekałam z wytęsknieniem od ostatnich "Avengersów", a dokładniej od momentu, gdy po scenie po napisach połowa kina spytała "Ale o co chodzi?!?" a druga, bardziej obeznana połowa, odpowiedziała jej "Kapitan Marvel!!!". Czekałam trochę jak na gwiazdkę z nieba, która umili oczekiwanie na "EndGame" - co prawda po drodze był "Ant-Man", ale jakoś już zdążyłam o nim zapomnieć, a po drugie - miałam przeczucie, że to właśnie film z Brie Larson sprawi mi większą frajdę - bo zupełnie nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać.

To aż dziwne, że Marvel, który zdecydowanie czuje popkulturalne trendy lepiej niż jakiekolwiek inne wielkie studia, dopiero teraz wypuścił film z kobietą jako główną bohaterką. Ale mylą się ci, którzy spodziewaliby się po "Kapitan Marvel" jakiegoś wielkiego feministycznego manifestu czy przełomu. Nie, zważywszy że po drodze mieliśmy już całkiem sporo filmów z bohaterkami grającymi pierwsze skrzypce (Wonder Woman, różne odsłony Gwiezdnych Wojen, "Piękną i bestię", Mad Maxa i sporo mniejszych filmów i seriali), to na szczęście Marvel nie próbuje wyważać drzwi, które już zostały otwarte. Twórcy nie bardzo mogą też liczyć na punkty od recenzentów za sam fakt, że główną rolę gra kobieta - coś, co kiedyś wydawało się druzgotać producentów i być wielkim halo, powoli staje się naturalną koleją rzeczy. "Kapitan Marvel" nie wpada też w pułapkę "Efektu Smerfetki", czyli oprócz głównej bohaterki mamy jeszcze parę innych mniej i bardziej silnych postaci kobiecych, które świetnie współgrają z protagonistką.





Ogląda się to bardzo dobrze, ale powiedzmy sobie szczerze, fajerwerków nie ma. "Kapitan Marvel" to na poziomie scenariuszowym takie typowe origin story, bez żadnych bardzo zaskakujących twistów czy chwytów, które zrzucą nas z foteli na kolana. Oczywiście pewną innowacją jest, że swój "origin" bohaterka odkrywa sama. poniekąd razem z widzem, ale to nie jest poziom fabuły, do jakiego przyzwyczaiły nas chociażby filmy braci Russo. Nie flirtuje też z innymi gatunkami, jak "Ant Man" z heist movie, nie mamy oryginalnej areny jak w "Czarnej panterze" ani zaskoczeń powodujących opad szczęki, jak w ostatnich Avengersach. Co prawda sporo jest elementów, które budzą uśmiech i nostalgię - przede wszystkim cała otoczka lat dziewięćdziesiątych. Cóż, dorosło właśnie pokolenie, dla którego lata dziewięćdziesiąte to nowe lata osiemdziesiąte, jeśli wiecie co mam na myśli.

Mamy więc w filmie kasety wideo i pagery, BARDZO WOLNO działające komputery, kurtki w stylu grunge, nawiązania do "Top Gun" i innych wytworów kultury tego okresu. Do tego twórcy bardzo sprytnie wykorzystują wszelkie ograniczenia, które dla dzisiejszych nastolatków są prehistorią - brak swobodnego dostępu do internetu, telefony na żetony, papierowe mapy zamiast gps w telefonie. P
ołączone jest to niezwykle zgrabnie a zarazem pokazuje, jak niemal niepostrzeżenie zmienił się świat. Z drugiej strony jednak nie miałam wrażenia przesytu i żerowania na nostalgii, które w ostatnich latach trochę już mi się jednak przejadło. Może dlatego, że lata 90. to jakby nie było, "moje" lata. Podobało mi się, że bohaterka w tym nowym (czy na pewno?) dla siebie świecie nie gubi się niczym Thor w jednej z poprzednich odsłon MCU, nie wywyższa ponad tubylców, tylko myśli, obserwuje i wyciąga wnioski.

Jeśli zaś o scenariuszowych twistach mowa, to mamy tutaj interesującą przemianę czarnego charakteru, granego przez Bena Mendelsohna (czy facet będzie za 10 lat uchodził za klasycznego "złola" lat 2010-2020? możliwe). No dobrze, konkretnie to ta przemiana dokonuje się w oczach widzów, bo wcześniej scenarzyści umiejętnie grają sobie z nami, kreując Talosa na arcywroga bohaterów... by potem pokazać jego zupełnie inną stronę. O ile sam bohater jest ciekawy, to mam do tego zabiegu pewne wątpliwości. Bo gdy Talos zostaje przesunięty do grona "tych dobrych", w jego miejscu zostaje dziura, której nie wypełnia żaden z pozostałych czarnych charakterów. Jude Law jest postacią o której nie wiemy praktycznie nic, Ronan, w którego ponownie wcielił się Lee Pace, ma zbyt mało czasu ekranowego, żeby zacząć nas obchodzić i nie wchodzi w żadne interakcje z pozostałymi postaciami. Brzmi znajomo - wracamy do starych dobrych czasów, gdy najsłabszymi charakterami Marvela byli antagoniści, bo protagoniści zajmowali całe miejsce na ekranie.



Co do wspomnianych protagonistów za to, jak to u Marvela nie można się do niczego przyczepić. Brie Larson wydaje się stworzona do tej roli i czekam z niecierpliwością na jej spotkanie z pozostałymi Avengersami. Odmłodzony Samuel L. Jackson pokazuje swoją komediową stronę, a między obydwojgiem jest taka chemia, że zupełnie nie zauważa się braku wątku miłosnego. Zauważmy, że jest to dość nietypowe nawet w kinie superbohaterskim.

Głównym przesłaniem filmu jest "nic nikomu nie muszę udowadniać", i cała fabuła właśnie wokół tej tezy jest osnuta. Trudno było mi się pozbyć wrażenia, że być może przesłanie to jest adresowane przede wszystkim do konkurencji - Marvel ma już taką pozycję, że może robić wszystko po swojemu, zamiast tworzyć kolejną "Wonder Woman".


No właśnie Wonder Woman. Trudno obu filmów nie porównywać, ale jako widz muszę przyznać, że większe wrażenie zrobiła na mnie bohaterka DC. Brakuje mi w "Kapitan Marvel" sceny na miarę wychodzenia Wonder Woman z okopów, ale scenariuszowo też w wielu miejscach wygrywa film z Gal Gadot.  To, czego mi brakowało najbardziej, to przejęcia się losem bohaterów drugoplanowych - Wonder Woman wygrywa tym, że od początku wiemy, że towarzyszy bohaterki raczej nie czeka happy end. Niemniej jednak to dwa zupełnie różne filmy i bardzo dobrze że jeden nie próbuje naśladować drugiego. Obie bohaterki startują też z diametralnie różnych pułapów, zarówno fabularnych, jak i... marketingowych. Podczas gdy szeroko rozumiana kobiecość Wonder Woman i feministyczny wydźwięk filmu był nieustannie eksponowany (nie mam tutaj na myśli stroju Amazonki), to dla kapitan Marvel nie jest to żadnym atutem czy argumentem. Kapitan Marvel to nie jest "pierwszy film Marvela z kobiecą bohaterką". Twórcy filmu spodziewali się nadmuchanego balona oczekiwań widzów i dali im po prostu kolejny film Marvela. Tylko tyle i aż tyle. I wiecie co? Chwała im za to.




P.S. No dobra, powiedzmy sobie szczerze. Film być może i miał mieć znacznie mocniej feministyczny wydźwięk, ale... po drodze pojawił się kot Goose i skradł cały film. Obejrzyjcie, jeśli nie wierzycie. Chyba już wiemy, kto pokona Thanosa...
Silne postaci kobiece i jak je znaleźć (w serialach)

3/10/2019

Silne postaci kobiece i jak je znaleźć (w serialach)



Jako że w pracy zajmuję się głównie a) czytaniem scenariuszy, b) rozwijaniem scenariuszy, to nie zdradzając szczegółów, mogę powiedzieć jedno - już wkrótce na ekranach polskich kin i w serialach zaroi się od tak zwanych "silnych postaci kobiecych". Tak, polscy producenci uświadomili sobie wreszcie z lekkim opóźnieniem to, co ich europejscy i amerykańscy koledzy, czyli że kobieta na pierwszym planie nie musi być bohaterką tylko i wyłącznie telenoweli i że produkcja z kobietą w roli głównej niekoniecznie przyniesie straty. Co zresztą widać już nawet po filmach i serialach Patryka Vegi ;) Problem w tym, że nikt tak właściwie nie wie do końca, co kryje się pod pojęciem "silna postać kobieca", co powoduje, że ze stereotypu "damy w opałach" wpadamy w całą masę kolejnych.

Clarice Starling, agentka Scully, Czarna Wdowa czy bohaterki "Gwiezdnych Wojen", od księżniczki Lei po Rey i Jyn Erso - chyba nikt nie zaprzeczy, że to silne kobiety. Dla producenta serialu, zwłaszcza kryminalnego, wystarczające jest, gdy dostanie kolejną reinkarnację tego typu postaci, czyli kobiety wykonującej "typowo męskie" zajęcie - policjantki, złodziejki, detektywa, tajnej agentki czy superbohaterki. Pobiega taka po ekranie, skopie tyłki paru mięśniakom, znajdzie groźnego psychopatę-sadystę, na koniec zakocha się w partnerze. No i git. Producent zadowolony, widzowie walą drzwiami i oknami, serwisy streamingowe liczą zera na koncie, a i feministki nie powinny się gniewać, bo w końcu mają czego chciały, czyli babę w spodniach, no nie? A jednak coś jest nie tak...

Jakby się uważniej przyjrzeć, w większości przypadków problem tkwi niekoniecznie w samej postaci - te wszystkie policjantki z seriali kryminalnych są zazwyczaj napisane bardzo dobrze i dobrze się je ogląda na ekranie. Jak dla mnie - i mówię to zarówno jako widz, jak i jako scenarzystka, bo sama się na tym łapię - problem tkwi w świecie, do którego te postaci wrzucamy. Zazwyczaj "silne" bohaterki są zarazem... jedynymi istotnymi kobietami w swoich filmach czy serialach. Często nawet nie ma gdzie przeprowadzić słynnego Testu Bechdel - scenarzysta (lub scenarzystka - ich ta kwestia dotyczy w równym stopniu) jest tak dumny ze swojej super-hiper-ultrazniuansowanej postaci, że zapomina, że kobiety wcale nie stanowią 1/100 społeczeństwa i że warto by je pokazać nie tylko w interakcjach z facetami, lecz także z innymi kobietami. Być może to kwestia obawy, że gdyby dorzucić im siostrę, partnerkę, szefową - w każdym razie kogoś równorzędnego, albo przynajmniej kogoś, z kim mogłyby pogadać - przestałyby być takie wyjątkowe. Oczywiście nieco inaczej wygląda sytuacja, gdy cały hak serialu czy filmu opiera się na "kobiecie w męskim świecie", od "Dr Quinn" po "Agentkę Carter".

Światy, gdzie kobiety odgrywają istotną rolę, nawet jeśli wokół panuje patriarchat, łatwiej wskazać w serialach - to właśnie tam jest po prostu więcej miejsca na niuanse, interesujące relacje, nietypowe backstory itd. Jeśli szukam jakiejś ściągi, jak pisać postaci kobiece, które nie będą nudne i płaskie, a ich życie nie będzie obracać się tylko i wyłącznie wokół szukania mężczyzny / aresztowania mężczyzny / udowadniania jakiemuś mężczyźnie, że jest równie ważna jak on, to zazwyczaj przychodzi mi na myśl któryś z następujących seriali:

1) Gra o Tron, czyli kobiety bez serca

O ile do samej "Pieśni Lodu i Ognia" mam wiele skarg i zażaleń, to uważam bohaterki George'a R.R. Martina za zdecydowanie najsilniejszy element całej sagi. A dzięki serialowi takie postaci jak Katelyn, Arya i Sansa Stark, Brienne z Tarthu, Olenna Tyrell czy Cersei Lannister przeniknęły do powszechnej świadomości. Jeśli spojrzeć na każdą z tych postaci, to każda jest inna - mamy i bezwzględną asasynkę, i rycerza, i królowe, i księżniczki, a w każdej z nich kłębi się cała masa cech i emocji, które razem wzięte tworzą absolutnie realne postaci w nierealnym świecie fantasy. Nieoczekiwanie w pewnym momencie na moją ulubioną bohaterkę wyrosła Sansa, o której raczej nie myślimy w kontekście "Silnej Postaci Kobiecej" - a jednak moim zdaniem to jedna z najciekawszych, najbardziej zniuansowanych kobiet w serialach. Mogłabym o tym długo, ale na szczęście bardzo mądrze i konkretnie napisała o tym Autorka bloga "Gryzipiór". Podobnie zresztą jest z Katelyn Stark i Cersei Lannister, które pokazują, że serialowe matki, dla których macierzyństwo jest nadrzędną wartością (chociaż można się z tym kłócić) nie muszą być nudne.



2)  Once Upon a Time, czyli silne księżniczki

Co prawda od serialu odpadłam pod koniec piątego sezonu, ale nadal będę upierać się przy twierdzeniu, że familijno-disneyowski serial Foxa już kilka lat temu miał jedne z najlepiej napisanych postaci kobiecych w telewizji. Przede wszystkim - zdekonstruował księżniczki Disneya zanim zaczęło to być modne i pokazał, ile odcieni szarości może kryć się w każdej z nich oraz co takiego dzieje się po słowach "i żyli długo i szczęśliwie". Chociaż w serialu opartym na klasycznych baśniach, w dodatku przefiltrowanych przez Disneya, moglibyśmy spodziewać się przede wszystkim tradycyjnych "dam w opałach", nic z tych rzeczy. Nie jest też tak, że każda z nich jest Larą Croft kopiącą męskie tyłki. Śnieżka z jednej strony dowodzi banitami i strzela z łuku, a z drugiej - jest kochającą żoną i matką, i jedno nie wyklucza drugiego.



3) Sense 8, czyli siła różnorodności

Jeśli miałabym wybrać jeden serial, który najlepiej pokazuje kwestie różnorodności i reprezentacji, to bez dwóch zdań byłby to właśnie ten. Tutaj znowu mamy całą galerię bardzo różnych postaci kobiecych, które wchodzą ze sobą w interakcje... tyle że nieco inaczej niż w wyżej wymienionych serialach, bo... dosłownie. Bohaterowie "Sense 8" są zdolni współdzielić swoje emocje i uczucia. Każda z głównych bohaterek jest tu inna - mają inne kolory skóry, orientacje seksualne, inną przeszłość, cele i pragnienia. Do tego dochodzą różnice kulturowe, bo każda z postaci pochodzi z innego kraju. A jednak każda z nich pokazana jest w działaniu, a koniec końców wszyscy bohaterowie potrafią się zjednoczyć. Dzięki temu, że w serialu mamy również męskich empatów, dostajemy jedną z najpiękniejszych serialowych scen ever, czyli tę, w której Lito (Miguel Silvestre) łączy się z uczuciami bohaterki, która akurat ma okres... ;)



4) Brooklyn 99 / Good Place, czyli dziewczyny mogą też być zabawne

Żeby nie było tak dramatycznie, to coś komediowego, a na tworzeniu zabawnych postaci kobiecych scenarzyści łatwo mogą się wykoleić, co widać chociażby po bohaterkach "Teorii wielkiego podrywu". Ze skrajności w skrajność - przy tworzeniu "silnych postaci kobiecych" często zapominamy, że siła postaci płynie również z jej słabości i boimy się, że jeśli dodamy pierwszoplanowym bohaterkom jakieś wady, to widzowie ich nie polubią. Nic bardziej mylnego. Zarówno Eleanor z "The Good Place", serialu, o którym niedawno pisałam, jak i policjantki z "Brooklyn 9-9" to nie są postaci krystalicznie idealne - wręcz przeciwnie, bywają wredne, pyskate i mściwe. A jednak napisane jest to w ten sposób, że nie sposób się z nimi nie zaprzyjaźnić, no i traktowane są przez kolegów jako równorzędne partnerki, co bywa zmorą seriali.



5) Orange is The New Black, czyli kryminalistki z duszą

Powiem tak szczerze i od serca - chociaż deklaruję się jako feministka, to gdyby ktoś oceniał mnie po filmach, których nie lubię, wyszłabym na pryszczatego incela. Jest bowiem wśród nich całkiem sporo takich spod znaku "all-female cast", w tym "Druhny" Paula Feiga (nawiasem mówiąc - nominowane do Oscara za scenariusz, nie wiem, naprawdę nie wiem, gdzie Akademia miała oczy) i "Kobiety" Diane English, jeden z nielicznych filmów na których usnęłam, zaraz obok teoretycznie feministycznej "Córki Mozarta". Dlatego przez długi czas omijałam szerokim łukiem takie filmy jak nowe "Ghostbusters" i "Ocean's 8", tudzież wszystkie damskie wersje "Kac Vegas" (po obejrzeniu przekonałam się, że omijałam je słusznie). Rykoszetem oberwał też serial "Orange is the New Black" - tym razem niesłusznie. Przygody mieszkanek żeńskiego więzienia w Litchfield okazały się moim ulubionym serialem zeszłego roku. Bohaterki to przekrój przez wszystkie grupy społeczne w USA, wszystkie kolory skóry i wszelkie problemy trawiące nie tylko amerykańskie społeczeństwo. A dzięki temu, że każda z nich, jakby nie było, to kryminalistka, siłą rzeczy unikamy wspomnianego wyżej problemu krystalicznie czystych postaci. Zaś relacje między nimi - miłość, nienawiść, przyjaźń, (nie)tolerancja, to nieskończony generator niezbędnych w serialu konfliktów. Jakby zaś tego było mało, to jeden z nielicznych seriali, gdzie istotną rolę odgrywają też bohaterki 50+, dla których zazwyczaj zarezerwowane są role matek, babć i wrednych szefowych.


*Bonus -  Umbrella Academy, czyli siła sióstr

I na koniec moje najnowsze odkrycie. Tutaj co prawda postaci kobiecych nie ma zbyt wiele, ale są bardzo znaczące. Przede wszystkim przez fakt, że bardziej niż na zbliżającej się apokalipsie (serio, w kwestii ratowania świata przed apokalipsą bohaterowie muszą się jeszcze wiele nauczyć) skupia się na relacjach rodzinnych - przede wszystkim między siostrami. A jakby tak się przyjrzeć, to dla wielu scenarzystów siostrzane relacje w filmach, serialach czy książkach po prostu nie istnieją - spróbujcie wymienić dziesięć filmów, które taką relację pokazywały, żeby było trudniej, nie może być na niej "Krainy Lodu" ;) Relacja Allison i Vanyi to cały wachlarz emocji, od zazdrości i nienawiści, poprzez przyjaźń, aż do miłości (a może odwrotnie), zupełnie jak to między siostrami bywa. Jeśli mowa o relacjach z braćmi, robi się jeszcze ciekawiej. Cóż, pewnie gdybyśmy z moją siostrą były obdarzone supermocami, wyglądałoby to podobnie ;) Jest też w serialu bardzo niestereotypowy wątek miłosny sympatycznej pani z cukierni i tajnego agenta, o którego jest zazdrosna jego partnerka - nie chcę zdradzać więcej...



Jeszcze raz chciałabym powtórzyć - nic nie da stworzenie perfekcyjnej, potrójnie zniuansowanej kobiecej bohaterki, jeśli będzie jedyną istotną kobietą w serialu. Oczywiście fajnie jest, gdy tworzymy silne postaci, z którymi małe i nieco starsze dziewczynki będą się identyfikować, ale jeszcze fajniej - gdy w świecie wokół nich pojawia się takich postaci więcej. Nie chodzi o procentowe wyliczanie, ile kto ma czasu ekranowego, bo zaczniemy wchodzić w matematyczno-ideologiczne dywagacje, ale o zrozumienie, że świat kobiet to nie tylko faceci, ale też inne kobiety - matki, siostry, kochanki, córki, przyjaciółki, koleżanki z pracy i ze szkoły, partnerki i szefowe. 
Miłość, wojna, rewolucja, czyli musical "Doktor Żywago"

2/24/2019

Miłość, wojna, rewolucja, czyli musical "Doktor Żywago"


Przy oglądaniu musicali takich jak "Doktor Żywago" nieustannie towarzyszy mi wizja kogoś, kto siedzi sobie, czytając grubą powieść o skomplikowanych losach jednostki na tle wielkich wydarzeń historycznych, po czym stwierdza "no spoko, ale dodałbym tu parę piosenek". Jeśli czytaliście nagrodzone literackim noblem dzieło Borysa Pasternaka, to podejrzewam, że raczej nie kojarzyło wam się z czymś, z czego można byłoby zrobić musical. Niemniej, autor tekstów piosenek, Michael Korie, ma na koncie m.in. musicalową adaptację "Gron gniewu", co kolejny raz potwierdza, że piosenki da się dodać do wszystkiego.

Oglądając musicale na podstawie książek, warto też przynajmniej na chwilę zapomnieć o tekście źródłowym, zwłaszcza jeśli nie jesteście częstymi gośćmi teatrów muzycznych a każdy gwałt na dziele literackim chcielibyście karać chłostą. Chociaż sam spektakl "Doktor Żywago" i tak jest książce dość wierny (no... powiedzmy), to wiadomo - siłą rzeczy musi zawierać liczne skróty i uproszczenia. W powieści nieco inaczej wyglądało pierwsze spotkanie doktora z Larą, bohaterów było jakieś trzydzieści razy więcej i trochę dłużej jechali pociągiem. W musicalu musimy mieć samą esencję.

Źródło: www.oifp.eu

No właśnie, idąc na musical spodziewałam się oczywiście, że tą esencją będzie historia nieszczęśliwej miłości Jurija Andriejewicza Żywagi i pięknej Lary Antipowej, którym na drodze stają  rodziny, różnice klasowe, jedna rewolucja, wojna, druga rewolucja, Armia Czerwona, głód i sto tysięcy innych przeszkód. Niemniej, jeśli spodziewamy się takich "Pilotów" tylko w wersji z rosyjskim zaśpiewem, to nie można się bardziej pomylić. Mam wrażenie, że Jakubowi Szydłowskiemu w Białymstoku udało się to, co nie udało się Wojciechowi Kępczyńskiemu w Warszawie - czyli epicka, emocjonalna produkcja, która nie dość, że mówi o czymś więcej niż tylko historia nieszczęśliwego romansu, to jeszcze nie zapomina, że jest teatrem i w pełni wykorzystuje możliwości sceny, bez konieczności uciekania się do powietrznych bitew na ledowych ekranach.

Sporo będzie pewnie w tej recenzji porównań obu musicali, aczkolwiek można by tu sięgnąć nieco głębiej, bo oba czerpią z tej samej tradycji, czyli musicali Schönberga (chociaż twórca libretta, Michael Weller, to przedstawiciel zupełnie innej szkoły - facet jest scenarzystą musicalu "Hair!"). Schönberg dzięki "Les Miserables" i "Miss Saigon" stworzył taką idealną musicalową sztancę, w której mamy wielką miłość, wielkie wydarzenia historyczne i wielkie widowisko. Ba, nawet ustawienie postaci jest podobne - dwie kobiety, dwóch mężczyzn i jeden cwaniak, który doskonale odnajdzie się w każdych czasach i przy każdej władzy. Analogie znajdziemy również w piosenkach. "Doktor Żywago" nie zrobił jednak furory na Broadwayu - być może czasy wielkich widowisk z historią w tle już się skończyły i teraz w cenie są musicale znacznie nowocześniejsze i bliższe rzeczywistości ("Hamilton", który - jakby nie było - też czerpie z wielkiej historii, to już zupełnie inna jakość).

Źródło: www.oifp.eu

"Epicki" - to słowo zdecydowanie pasuje do musicalu, a nowoczesna scena Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku tę epickość umożliwia. Czego tu nie ma! Kilkupoziomowa scena, zjeżdżające z góry drzewa, piętrowe okopy, karabiny maszynowe, olbrzymi pomnik Lenina i wjeżdżający z ciemności prosto na scenę wielki pociąg. Z wielkiego balu przenosimy się na moskiewski dworzec, z dworca - do okopów i frontowego szpitala, potem z powrotem do Moskwy, a potem za Ural. Przy całej tej monumentalności musical nie zapomina jednak, że cały czas jesteśmy w teatrze - sporo jest rozwiązań czysto "symbolicznych", jak brama zmieniająca się w dom z kominkiem, gra świateł i cieni (scena z latarkami!), czy takie proste zabiegi jak wykorzystanie różnych poziomów sceny jako pokazanie różnych warstw społecznych czy pozycji bohaterów. Na scenie w Białymstoku gra dosłownie każdy pion i poziom i wszystko ma znaczenie. Nie wiem, na ile to wyobraźnia amerykańskich, a na ile polskich twórców, ale bardzo boleśnie widać, jak wiele jeszcze "Piloci", gdzie wszystko jest płaskie i dosłowne, mają do nadrobienia.

Warstwa muzyczna "Doktora Żywago" nie obfituje raczej w wielkie przeboje, które od razu wpadałyby w ucho, co być może pogrzebało jego szanse na Broadwayu. Czy inaczej - brakuje tu piosenki, która mogłaby stać się hitem w oderwaniu od sceny. Bo na scenie zupełnie innego wyrazu nabiera choćby taki tekst jak Dziś (Now). Niby zwykła piosenka miłosna, nie ma mocy takiej jak "Ostatnia noc świata" z "Miss Saigon", ale... W spektaklu ten utwór to list znaleziony przy jednym z żołnierzy z oddziału Żywagi, skierowany do jego ukochanej. Wiedząc, że nadawca nigdy nie spotka się ze swoją dziewczyną, Lara i Jurij Andriejewicz czytają go na głos, wyznając sobie miłość cudzymi słowami. Niby proste, a jak zupełnie zmienia i pogłębia przekaz. W ogóle - piosenek o miłości w tym musicalu o wielkiej namiętności jak na lekarstwo. Oczywiście - cały czas jest ona obecna, czy to we wszystkich utworach "rewolucyjnych", czy to w piosence, gdy bohaterowie przed wyjazdem z Moskwy żegnają się ze swoim domem, wiedząc, że już nigdy do niego nie powrócą. Albo w świetnej i jednej z bardziej popularnych piosenek ze spektaklu, czyli It Comes As No Suprise (nie mam niestety pojęcia, jaki jest polski tytuł, bo jak jakiś dzban nie kupiłam programu ;)), gdzie dochodzi do konfrontacji żony i kochanki pana doktora. Mamy też piosenkę, którą śpiewają kobiety osamotnione przez mężów, którzy poszli na wojnę - o tym, że wcale nie są nieszczęśliwe z tego powodu. I znowu, cholera, poczułam żal - czemu ach czemu w "Pilotach" jeśli już nie śpiewają o miłości, to śpiewają o herbacie?



Rzeczą, która może o 180 stopni zmienić odbiór spektaklu jest obsada, i powiem szczerze, że kiedy zobaczyłam, że tytułową rolę gra niejaki Łukasz Zagrobelny, to jęknęłam głośno. Nie przepadam za takimi popowymi głosami i tutaj akurat zdecydowanie wymieniłabym go na Jana Traczyka z "Pilotów". Niemniej w miarę spektaklu przeszkadzał mi coraz mniej, zdecydowanie rozwinął się aktorsko i głosowo, i można powiedzieć że moja sympatia do niego rosła wprost proporcjonalnie do stopnia rozchełstania jego koszuli ;) Tym bardziej, że Jurij Żywago to nie jest wcale taki bohater, którego trzeba lubić czy kibicować, a stosunek do niego (w powieści, w filmie i wreszcie w musicalu) mam dość ambiwalentny - jakby nie było, facet zdradza żonę tylko dlatego, że ta jest dla niego zbyt zwykła, i goni za jakimś cieniem, który poznał w momencie adrenaliny. A jednak Zagrobelnemu udało się wykrzesać w widzach szczyptę zrozumienia dla bohatera, który znalazł się między młotem a kowadłem, czy raczej - między sierpem a młotem, z jednej strony wielka miłość, z drugiej - wielka historia. Z jednej strony - powinności wobec rodziny, z drugiej - wobec Rosji czy wręcz ludzkości. Bez żadnych fałszywych nut (dosłownie i w przenośni) wypadły też główne role kobiece, zwłaszcza we wspomnianej konfrontacji, gdy obie - żona i kochanka - stają naprzeciw siebie. Niezły jest Tomasz Bacajewski jako Strielnikow, który w książce był dla mnie mocno nieokreślony, a tutaj nagle wyrasta na postać nie mniej tragiczną niż sam Żywago. I jest wreszcie Tomasz Steciuk jako płynący z wiatrem Komarowski - postać wręcz stworzona dla tego aktora. Tu niestety zawiodła mnie jedna jedyna rzecz - pamiętając Steciuka jako Szefa w "Miss Saigon", cały czas czekałam na jakieś wielkie hiperepickie solo Komarowskiego (z tancerkami wyposażonymi w sierpy i młoty, albo czymś w tym rodzaju), które niestety nie nastąpiło ;)

Nad librettem znęcać się nie będę, bo za dużo działo się na scenie, żebym miała skupiać się na rymach częstochowskich, ale o dziwo jakoś nie dopatrzyłam się większych wpadek, a jestem ich gorliwym tropicielem. Fakt że nie znałam też oryginału, więc nie mogłam porównywać obu wersji. Może trochę zgrzytało mi "Litości za grosz" w piosence wykonywanej przez Strielnikowa, ale poza tym żaden z tekstów nie zapadł mi w pamięć (ani negatywnie, ani jakoś super pozytywnie). Niemniej - czy serio mamy w całej Polsce tylko jednego faceta, który tłumaczy libretta do musicali? ;)

Źródło: www.oifp.eu

"Doktor Żywago", chociaż stosunkowo młody (amerykańska premiera miała miejsce w 2006 roku), to jednak taki typowy musical ze starej szkoły, gdy jeszcze na scenach nie rządził "Hamilton", a twórcy nie zaprzątali sobie głowy aktualnymi problemami. W tej chwili jednak - nie tylko z powodu Hamiltona - sporo jest w nim rzeczy boleśnie aktualnych i nic dziwnego, że sięga po niego reżyser z Polski, w dodatku w teatrze tuż przy wschodniej granicy. Nagle te fajne wpadające w ucho rewolucyjne songi stają się ostrzeżeniem przed fanatyzmami i totalitaryzmami, dzieleniem ludzi na lepszych i gorszych oraz przed samą rewolucją, która prędzej czy później zjada własne dzieci. Przede wszystkim jednak ciągle mamy do czynienia z rozrywką na najwyższym poziomie. Jeśli jesteście fanami monumentalnych musicali typu "Les Miserables", to nie ma co się zastanawiać - kupujcie bilet do Białegostoku.

Piekło-niebo, czyli dwa seriale z zaświatami w tle - "The Good Place" i "Lucyfer"

2/21/2019

Piekło-niebo, czyli dwa seriale z zaświatami w tle - "The Good Place" i "Lucyfer"



Wiem, że są osoby, które pochłaniają sezon serialu w ciągu doby, ale ja do nich niestety nie należę. Dlatego kiedy zdarza się serial, którego trzy sezony wciągam nosem w dwa tygodnie, znaczy to, że naprawdę mi się podobało.

Pierwszy odcinek "The Good Place" zaczyna się intrygująco, a kończy tak absurdalnie, że po prostu trzeba sięgnąć po drugi, żeby zobaczyć, w którą stronę pójdzie ta historia i "co oni dalej wymyślą". Mamy więc Amerykankę Eleanor Shellstrop, która właśnie zginęła w nieszczęśliwym wypadku na parkingu supermarketu i poszła do nieba. Wróć. Nie do nieba, tylko do "Dobrego Miejsca". W sumie to dość oczywiste, jak tłumaczy Eleanor jej przewodnik, Architekt Michael - nasza koncepcja nieba i piekła jest dość naciągana, jako że nikt tych dwóch miejsc nie widział (najbliżej był niejaki Doug Forcett w latach 70. XX wieku, ale to inna historia). "Dobre Miejsce" to z jednej strony prawdziwa utopia, gdzie wszędzie sprzedają mrożone jogurty, niejaka Janet spełnia wszystkie twoje zachcianki, a każdy mieszkaniec parowany jest ze swoją "bratnią duszą". Bratnią duszą Eleanor zostaje Chidi, wiecznie spięty i niezdecydowany wykładowca etyki. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że bohaterka zdaje sobie sprawę, że trafiła tam przez pomyłkę - nie jest obrończynią praw człowieka, tylko lumpiarą, pijaczką, kłamczuchą i egoistką, która nigdy w życiu nie spełniła żadnego dobrego uczynku. Co będzie, gdy o wszystkim dowie się pan i władca "Dobrego Miejsca", czyli Michael? Eleanor nie zamierza się o tym przekonywać, więc prosi swoją "bratnią duszę" o pomoc - niech Chidi nauczy ją, jak postępować etycznie i jak być dobrym człowiekiem. Problem w tym, że pozostali mieszkańcy nie ułatwiają im pracy - zwłaszcza zblazowana Tahani Al-Jamil i jej "bratnia dusza" - milczący buddyjski mnich Jianyu...


Nie zamierzam zdradzać ze szczegółami dalszej części, bo zepsułabym zabawę wszystkim tym, którzy jeszcze serialu nie oglądali, a zdecydowanie nie chcę tego robić. Powiem tylko, że nic i nikt nie jest w "Dobrym Miejscu" tym, czym się wydaje. I jeśli już uważacie, że wiecie, jak odcinek się zakończy, to na koniec przychodzi zmiatający wszystko cliffhanger. Oglądanie "The Good Place" to prawdziwa przyjemność - wszystko tam działa jak w zegarku, każda scena ma sens, a gdy sięgniemy pamięcią wstecz, dopiero dostrzeżemy ukryte przez twórców wskazówki. Każdy z bohaterów rozwija się - i to na kilka sposobów, bo w każdym sezonie następuje naprawdę drastyczny zwrot akcji, który zmienia ich sytuację o 180 stopni. Zresztą, bohaterowie są przesympatyczni - nic dziwnego, skoro ich "ojcem" jest Michael Schur, twórca choćby "Brooklyn 9-9".


Zresztą, podobnie jak "Brooklyn 9-9", "The Good Place" to przykład serialu, który z jednej strony sprawia wrażenie szalonego i abstrakcyjnego, z drugiej - jest produkcją o niezwykle uporządkowanej strukturze. Jak to poważni twórcy seriali mówią, serial ma dobrze określoną myśl przewodnią i mechanizm napędzający konflikt, dzięki czemu ani na moment nie traci na atrakcyjności. Nieco absurdalnie i mało atrakcyjnie może zabrzmieć fakt, że mechanizmem tym jest... etyka, ale nie warto się zniechęcać. W każdym odcinku akcję do przodu popycha bowiem jakiś dylemat etyczny, poruszany przez filozofów na przestrzeni wieków... i jego życiowe zastosowanie. Okazuje się bowiem, że teoria to jedno, a praktyka drugie, gdy przychodzi do wcielania tychże zasad w życie - co więcej, niekiedy wykluczają się one wzajemnie. Polecam zwłaszcza odcinek o dylemacie wagonika ;) A ponieważ filozofowie od tysiącleci nie robili nic poza myśleniem i wymyślaniem tychże dylematów, teorii i paradoksów, pomysłów twórcom na pewno nie zabraknie.


Interesujący jest też sposób, w jaki serial portretuje same zaświaty, które w wersji twórców są skrzyżowaniem utopii z korporacją, w krzywym zwierciadle w dodatku. W pewnym momencie i bohaterowie, i widz zaczynają podejrzewać, że z tym "Dobrym Miejscem" jest coś nie tak. I oczywiście będą mieli rację. Ale do tylko otworzy kolejną szufladkę i kolejną... Mam nadzieję, że twórcy nie pogubią się w swoim świecie i kolejny sezon serialu będzie jeszcze ciekawszy od poprzednich. Tak jak niestety pogubili się twórcy innego serialu, czyli "Lucyfera"

Władca ciemności w Mieście Aniołów

Tak się bowiem składa, że chwilę po tym, jak obejrzałam ostatni odcinek "The Good Place", na Netflix wjechał nowy sezon "Lucyfera", serialu, który został moim guilty pleasure po tym, jak w końcu zmęczyło mnie "Once Upon a Time".  Zabawne, bo zarówno "Lucyfer" jak i serial Michaela Schura poruszają te same tematy - etyki, moralności, kary za grzechy, istnienia zaświatów, nieba i piekła oraz tego, na czym właściwie polega bycie dobrym człowiekiem. Robią to jednak w sposób diametralnie różny.


O ile etyka stanowi główne paliwo "The Good Place", o tyle w "Lucyferze" jest jedynie ozdobnikiem. "Lucyfer" to serial napędzany przede wszystkim przez bohatera, i o ile w pierwszej z produkcji można sobie (z trudem) wyobrazić zastąpienie którejś z postaci inną, o tyle tutaj byłoby to absolutnie niemożliwe. Tom Ellis w roli tytułowej dźwiga ten serial niemal w całości na swoich barkach i to dla niego i jego diabelskiej osobowości się cały ten festiwal absurdu ogląda.

Jeśli jeszcze nie oglądaliście, ale zamierzacie oglądać "Lucyfera", bo słyszeliście że to ekranizacja komiksu Neila Gaimana pod tym samym tytułem... to lepiej Was uprzedzę, poza imionami niektórych postaci serial nie ma z Gaimanem nic wspólnego - co jest niestety brzydkim oszukiwaniem widzów i trochę też zmarnowaniem materiału źródłowego. Rozumiem atuty marketingowe, ale jakby nie było "Lucyfer" nie jest znakiem towarowym, więc jeśli miało się prawa do wyobraźni Gaimana, a zrobiło typowy procedural kryminalny, to... coś musiało pójść nie tak. Jeśli jednak zapomni się o Gaimanie i zacznie oglądać "Lucyfera" na świeżo, to można się w tym bohaterze zakochać.


W serialu władca ciemności porzuca piekło i rozpoczyna ziemski żywot w Los Angeles (pun intended). Wskutek splotu okoliczności zostaje... konsultantem policyjnym, towarzysząc w pracy surowej, twardo stąpającej po ziemi detektyw Chloe Decker, która - w separacji z mężem, również policjantem - samotnie wychowuje małą córeczkę. Między Lucyferem i Chloe z chłodnej niechęci stopniowo rodzi się przyjaźń, a następnie może coś więcej? Jak to w typowym serialu guilty pleasure mamy do czynienia z równie typowym will they or won't they. Oprócz tego niemal co odcinek mamy jakieś totalnie abstrakcyjne przestępstwo popełniane zazwyczaj albo wśród absurdalnie bogatych wyższych sfer Miasta Aniołów, albo wśród tych, którzy - pozornie na samym dnie drabiny społecznej - tak naprawdę wprawiają miasto w ruch: dilerów, pracowników klubów, prostytutek i tak dalej.

Trzeba przyznać, że serial jest idealnym odmóżdżaczem na wieczór, gdy jest się zmęczonym po pracy - zagadki nie są zbyt skomplikowane (czy raczej są - ale ich rozwiązania są momentami tak bardzo z d... wzięte, że główkowanie nie jest wskazane), dialogi są zabawne i inteligentne, a główny bohater magnetyzuje diabelskim urokiem.


Problem zaczyna się, gdy włącza się mózg, bo serial jest irytująco niespójny. Tak jak "The Good Place" sprawia wrażenie szwajcarskiego zegarka, tak "Lucyfera" można porównać do szwajcarskiego sera. Oczywiście dziury logiczne w kryminalnej fabule to jedno, ale podczas oglądania cały czas zastanawiałam się, jaki właściwie pomysł mieli twórcy na serial i dlaczego tak strasznie rozłazi się on w szwach.

Na początku mamy klasyczny procedural z oderwanymi od spraw osobistych "sprawami odcinkowymi". W pewnym momencie proporcje między kryminalnym a prywatnym zaburzają się, wszystkie zbrodnie stają się powiązane, by następnie znowu oderwać się od głównych bohaterów. Poszczególne wątki znikają w trakcie sezonu (niektóre nie z winy twórców - np. postać Maze trzeba było ograniczyć ze względu na ciążę aktorki, co sprawiło, że jej wątek w trzecim sezonie jest wyjątkowo rwany), inne rozwiązują się deus ex machina. Trochę jakby twórcy (czy raczej, jak podejrzewam, producenci) po pierwszych odcinkach/sezonie spanikowali, że odbiór jest nie taki jak trzeba, i rozpoczęli przebudowywanie formatu i eksperymentowanie. Co średnio poskutkowało, bo po 3 sezonie został on zdjęty z anteny.


A następnie przejął go Netflix - i powiem szczerze, jestem niesamowicie ciekawa, jak sobie poradzi z tą historią. Czy będzie jak z "Hannibalem", którego trzeci sezon - po dwóch typowo proceduralnych, utopił się  w przeroście formy nad treścią (aczkolwiek wiem, że są fani i że podobno w dalszej części jest lepiej, ja niestety odpadłam przed połową). Może lepszym przykładem byłoby jednak "Sleepy Hollow", które w pewnym momencie doświadczyło podobnej "przebudowy" z procedurala na serialised, co znacznie odświeżyło serial. Mam nadzieję, że w rękach zdolniejszych twórców i mniej wystraszonych producentów "Lucyferowi" się powiedzie.

Biały, czarny czy zielony? - "Green Book" Petera Farelly'ego

2/14/2019

Biały, czarny czy zielony? - "Green Book" Petera Farelly'ego


Takich historii widzieliśmy już naprawdę setki, niektóre zmyślone, inne oparte na faktach. Z wyrazistymi postaciami o różnych jak ogień i woda charakterach, którzy zmuszeni są wyruszyć we wspólną podróż, a ta, jak to filmowa podróż, zmieni ich obu wewnętrznie i koniec końców zostaną przyjaciółmi na śmierć i życie. Takie historie kochają zwykli widzowie i kochają wielkie festiwale, bo to filmy wręcz skrojone pod nagrody - zwłaszcza te aktorskie i scenariuszowe, jako że zazwyczaj opierają się na błyskotliwych dialogach.

Mimo to, a może właśnie dlatego, "Green Book" Petera Farelly'ego nie sprawia wcale wrażenia obliczonego na sukces produktu. Trudno powiedzieć, czyja w tym największa zasługa. Na pewno na wielkie brawa zasługując odtwórcy głównych ról, którzy zagrali z prawdziwą werwą - a poza tym widać, że przede wszystkim dobrze się bawili. A gdyby jakiegoś Oscara przyznawali za najlepszy duet, to Viggo Mortensen i Mahershala Ali z pewnością by na niego zasłużyli. Mortensen wciela się w rolę Tony'ego, drobnego cwaniaczka z typowej włoskiej rodziny z Bronksu lat 60., który łapie się różnych dorywczych prac, by zapewnić utrzymanie żonie i dzieciom. Pewnego dnia los stawia na jego drodze Dona Shirleya, wirtuoza fortepianu, który potrzebuje kierowcy na zbliżającą się trasę koncertową (a właściwie kierowcy, służącego i ochroniarza w jednym, co Tony'emu nie do końca się podoba). Jest jeden problem: Shirley jest czarnoskóry, mamy lata sześćdziesiąte, a trasa koncertowa przebiega przez sam środek głębokiego Południa, gdzie rasistowskie uprzedzenia są wręcz absurdalnie silne.


Viggo Mortensen w filmie to taki typowy "wujek cięta riposta", co to trochę pocwaniaczy, komuś w mordę da, ale kocha swoją żonę i pewnie robi furorę na każdym weselu.

Sam Tony za czarnoskórymi, czy raczej "czarnuchami" również nie przepada - ale jego rasizm jest bardzo powierzchowny: wynika głównie z nieznajomości "Innego" i powtarzanych przez kumpli przesądów. To zupełnie inny rodzaj uprzedzeń niż te tkwiące w głowach konserwatywnych Południowców, w których głowach ciągle pokutują dziewiętnastowieczne przesądy. Dlatego Tony'ego lubimy, a ludzi, których spotyka na swojej drodze - już nie. Farelly zresztą wszystkie absurdy rasizmu obnaża wyjątkowo celnie i punkt po punkcie pokazuje, jak idiotyczne w swoim założeniu są to podziały i jak bardzo nie mają racji bytu w nowoczesnym społeczeństwie. Co oczywiście czyni ten film bardzo aktualnym.


Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy elegancki pianista daje koncert w dworku rodem z "Przeminęło z wiatrem", ale w przerwie nie może skorzystać z toalety, bo ta jest tylko dla białych. Mamy scenę, gdy nie zostaje wpuszczony do restauracji, gdzie przy jednym ze stolików siedzi jego nieokrzesany kierowca. Mamy hotele tylko dla kolorowych i bary tylko dla nich. Wszystko dla obecnego pokolenia, zwłaszcza nie-Amerykanów tak abstrakcyjne, że teoretycznie powinno budzić pukanie w czoło... ale zarazem będące ostrzeżeniem, bo to, co dzisiaj Farelly może spokojnie pokazać nam w tonacji komediowej, jeszcze nie tak dawno temu było na porządku dziennym. A niektóre uprzedzenia zostały do dziś - może nie w tabliczkach na budynkach, ale na pewno w ludzkich głowach. Kto wie, może są widzowie, którzy na "Green Book" westchną "I komu to przeszkadzało?". Co więcej, te uprzedzenia zostały po obu stronach barykady.


Ciekawa jestem, czy ktoś robił ankietę, jak rozkładają się sympatie widzów - takie #teamttony i #teamdon. Bo niby Don reprezentuje etykę, kulturę, prawo i tolerancję, a jednak nie da się ukryć, że Tony jest po prostu "fajniejszy" i "łatwiejszy" do lubienia. 

Na nagrodę za najlepszą rolę na pewno zasłużył też Mahershala Ali, wcielając się w Dona Shirleya. Shirley to postać intrygująca, skomplikowana i niełatwa do zagrania, bo zbudowana z różnych nut i łatwo prosząca się o przegięcie w którąś stronę. To bohater niemal tragiczny - stojący na granicy dwóch światów i w każdym czujący się równie obco. Z jednej strony wyniosły snob o arystokratycznych manierach, który chce zmieniać świat muzyką, ale najlepiej tak, by nie zabrudzić sobie rąk. A z drugiej - nieszczęśliwy samotny człowiek, który swoje problemy bezskutecznie próbuje utopić w kolejnych butelkach Cutty Sark. Zarazem obaj bohaterowie nie są pozbawieni wad - powiem więcej, raczej z żadnego z nich nie powinniśmy brać przykładu. I być może dlatego cała edukacyjna warstwa filmu wchodzi tak bezboleśnie.


Sporo osób porównuje relację Tony'ego i Dona do francuskich "Nietykalnych" i coś w tym jest - w obu filmach mamy snobistycznego konesera sztuki i drobnego złodziejaszka, którzy uczą się od siebie nawzajem, jak lepiej żyć. Ale o ile film duetu Nakache/Toledano opowiadał historię dość uniwersalną (chociaż osadzoną w realiach), o tyle "Green Book" jest jednak bardzo związany z jedną konkretną epoką w historii Stanów Zjednoczonych i ze Stanami Zjednoczonymi w ogóle. Dla osób, które nie orientują się w zawiłościach Północy i Południa i traktują Stany jako jednorodny kraj, film może być prawdziwym zaskoczeniem, a przy okazji pokazuje jak w kalejdoskopie, jak bardzo w zależności od stanu zmieniają się prawa, zakazy, nakazy i poglądy.


Wątek listów, które Tony pisze do żony pod dyktando swojego szefa, jest przeuroczy.

Ale z drugiej strony, chociaż osadzona w konkretnych realiach, historia opowiedziana w "Green Book" wciąż pozostaje uniwersalną opowieścią o przyjaźni ponad podziałami. I to prawda, tak jak wspomniałam na początku, widzieliśmy tych historii już milion. Ale zarazem gdzieś w głębi serc ciągle ich potrzebujemy i nigdy się nie nam nie znudzą. Może film nie zmieni żadnego rasisty i wroga "poprawności politycznej" w tolerancyjnego wyznawcę równości, ale... nie zabroni też mu się dobrze bawić. Wszak wszystkie problemy nekające tamte i obecne społeczeństwa zostały przedstawione na luzie, w komediowym sosie, a morał wchodzi bezboleśnie - nawet tym konserwatywniejszym widzom.
Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym

1/26/2019

Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym


Film, na podstawie którego powstał musical "Kinky Boots" nie doczekał się nigdy premiery w Polsce, chociaż ostatnio pokazywała go bodajże TV Puls. Być może winę za kiepski odbiór ponosi polski tytuł, bo "Kozaczki z pieprzykiem" to coś, przy czym "Wirujący seks" brzmi całkiem sensownie. Dlatego chwała Teatrowi Dramatycznemu za to, że wystawiając musical, zachował oryginalny tytuł, inaczej każdy kupujący bilet w kasie doświadczałby ciarek żenady.



Historia, którą opowiada nam musical, może nam przypominać wiele innych podobnych historii, które widzieliśmy już w przynajmniej kilkunastu filmach pochodzących z Wysp. Mamy więc robotniczą Wielką Brytanię, podupadającą fabrykę, konieczność zdobycia kasy, a do tego nieprzystosowanego bohatera, który swoją barwną osobowością odróżnia się od szarego fabrycznego świata. No i POMYSŁ, na który wpada bohater, POMYSŁ, który zmieni życie całej społeczności i wokół którego kręci się cała akcja. Znamy to z "Goło i wesoło", Billy'ego Elliotta czy "Dziewczyn z kalendarza" (swoją drogą, wszystkie wymienione historie też doczekały się swoich musicalowych wersji). W "Kinky Boots" na POMYSŁ wpada Charlie Price, który właśnie odziedziczył po ojcu fabrykę obuwia tuż przed bankructwem. By ratować zakład i jego pracowników, Charlie postanawia wykorzystać niszę, której jeszcze nikt nie zauważył - rozpoczyna produkcję... butów na obcasach dla mężczyzn, a konkretnie dla drag queens.

Słowem, które jako pierwsze przyszło mi na myśl, gdy zastanawiałam się nad moimi odczuciami względem spektaklu, było "satysfakcja". I nie chodzi tylko o to, że zobaczyłam naprawdę świetny spektakl. Jeśli oglądaliście wspomniane wyżej brytyjskie komedie, to zapewne też na końcu doświadczyliście tego podnoszącego na duchu uczucia, gdy outsiderowi udało się osiągnąć swój cel i przy okazji... zagrać na nosie bezdusznemu systemowi. Którym może być zarówno rząd zamykający kolejne fabryki i skazujący tysiące na bezrobocie, jak i cała maczystowska kultura, która bezlitośnie traktuje wszelkie osoby odstające od normy.


W przypadku "Kinky Boots" tym outsiderem, barwną osobowością, która będzie ratowała przed upadkiem bankrutującą fabrykę obuwia, jest przebojowa, przegięta drag queen Lola, w którą w Teatrze Dramatycznym brawurowo wcielił się Krzysztof Szczepaniak. Po raz pierwszy miałam okazję widzieć go na scenie. No i wow. Szczepaniak to jeden z tych aktorów, którzy jak stanęli w kolejce po talent, to rozbili bank. Facet bosko śpiewa, ale musicalowe zdolności idą u niego w parze z doskonałą grą aktorską. To, jak płynnie przeskakuje od jednej płci do drugiej, od piosenki do monologu, od damskich ciuszków do męskiego garnituru, od śmiechu do łez, jest naprawdę godne podziwu. Jakby się zastanowić, to nawet po tym, jakby nie było, lekkim musicalu, nie dziwię się, że w kolejnym spektaklu Teatru Dramatycznego Szczepaniak wcieli się w rolę Hamleta. I jestem bardzo ciekawa, jak w niej wypadnie.


Z drugiej strony, taka barwna kreacja sprawia, że trochę gorzej zapamiętuje się całą resztę obsady. Ale chociaż wszystkie reflektory skierowane są na Lolę, to zarówno Mateusz Weber, jak i Łukasz Wójcik zasługują na uznanie - stworzyli postacie, których motywacje i marzenia jesteśmy w stanie zrozumieć. No i perfekcyjnie poruszają się w kozaczkach na ultra wysokim obcasie. Widać jednak, że mamy tu przede wszystkim do czynienia z aktorami dramatycznymi, nie musicalowymi. Świetnie wypada cała mówiona warstwa spektaklu i interakcje między postaciami, dialogi są zagrane tak, że śmiejemy się praktycznie od początku do końca, z przerwami na chwilę wzruszenia. Za to w piosenkach bywa już różnie. W ogóle z piosenkami mam kłopot - to chyba pierwszy musical, na którym byłam, gdzie zdecydowanie bardziej zapamiętałam dialogi niż słowa piosenek czy melodie. Trochę jak Wiedźmin w Gdyni - to rewelacyjny spektakl, ale pod względem musicalowym plasuje się jednak w tych średnich rejestrach. Nie znajdziemy tu wpadających w ucho hitów czy głębokich, zapadających w pamięć tekstów. Mimo to warto go zobaczyć - gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie wam z twarzy przez całe przedstawienie.
10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018

1/13/2019

10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018



Pod względem filmowym mój rok 2018 był u mnie nieco inny niż 2017 - trudno powiedzieć, czy zobaczyłam mniej czy więcej filmów, bo nie prowadziłam żadnych statystyk. Za to z całą pewnością odnotowałam zdecydowany skok jakościowy: po pierwsze zobaczyłam większość filmów nominowanych do Oscara, byłam na dwóch festiwalach filmowych, na jednej uroczystej premierze, a do tego zobaczyłam sporo filmów dziwnych, rzadkich i nieoczywistych dzięki udziałowi w wykładach "Film i historia" na UW. Niemniej nie pokuszę się o wskazanie najlepszych filmów 2018 roku - tysiące osób zrobiły to szybciej, lepiej bardziej wnikliwie. Wolę, wzorem zeszłego roku skupić się na tym, co najbardziej zostało mi w pamięci po filmach, które obejrzałam, to jest na pojedynczych scenach. Wybór jest ściśle subiektywny - to sceny, które wywołały we mnie jakieś emocje, co nie jest równoznaczne z ich wielką filmową wartością, ba, nawet nie muszą pochodzić z filmów, które mi się podobały. Za to są to sceny, które mnie rozśmieszyły, zasmuciły, przestraszyły, wzbudziły zachwyt, skłoniły do refleksji albo po których nie miałam pojęcia, jakie emocje właściwie we mnie wywołały, tak dużo ich było (patrz numer 1).

Spoilery. dużo.

10. Bohemian Rhapsody - Freddie mówi, że ma AIDS

Przy recenzji filmu, który podobał mi się raczej średnio, uprzedzałam, że mimo wszystko ta scena się tu znajdzie. Co prawda przy dramatyzmie "Tamtych dni tamtych nocy" przypomina raczej fragment kiczowatej szkolnej akademii, do tego jest zupełnie niezgodna z faktami, ale co ja poradzę, że z całego filmu to właśnie moment, gdy Freddie mówi kolegom, że ma AIDS, a oni starają się udawać, że są twardzi i wcale nie płaczą, zapamiętałam najbardziej. I co ja poradzę, że wzruszają mnie męskie łzy.

Niestety nie znalazłam jeszcze tej sceny w internetach (jedynie fragment nagrywany telefonem w kinie), więc na razie musi wystarczyć trailer.


9. Spiderman: Uniwersum - spotkanie z innymi pająkami

No dobra, ten film zapewne, gdy obejrzę go po raz drugi, stanie się jednym wielkim zbiorem ulubionych scen. Ale ten moment, w którym Miles Morales, Peter Parker i Gwen Stacy spotykają innych... Spider-ludzi w piwniczce u cioci May, to jest ten moment, w którym nagle zabawa staje się jeszcze lepsza i od tej pory czeka się na kolejne sceny jak na Gwiazdkę (nawet jeśli się nie jest wielkim znawcą komiksów Marvela). W ogóle - ten film to kwintesencja komiksowej wyobraźni, która pozwala na bycie kim się tylko chce i przeżywanie tych samych historii kolejny raz, ale trochę inaczej. Między radochą z oglądania poszczególnych scen warto parę razy schylić czoła przed twórcami, bo udało im się w półtorej godziny uchwycić ducha komiksu rozumianego jako sztuka lepiej niż którykolwiek film przed nim.


8. Ant-Man i Osa - scena w szkole

Za chwilę znowu pogrążymy się w zadumie, tragizmie i patosie, więc na rozluźnienie coś slapstickowego. Jedna z dwóch najzabawniejszych scen, jakie zobaczyłam w kinie w tym roku. Chociaż sam "Ant Man i Osa" po najnowszej odsłonie Avengersów był jak plasterek dla dzieci przyklejany na otwarte złamanie, to jednak zdecydowanie warto było go obejrzeć dla TEJ sceny (czy raczej formalnie sekwencji), w której główny bohater usiłuje odzyskać swój superbohaterski kostium ukryty w szkolnym plecaczku córeczki, a jego zapasowy strój... no cóż, nie działa zbyt dobrze.


7. 120 uderzeń serca - krew płynąca Sekwaną

Ten film przeszedł przez polskie ekrany nieco niezauważony, a naprawdę szkoda. Z jednej strony pokazuje sprawy przemilczane, czyli epidemię AIDS we Francji w latach 90., z drugiej - to jest jeden z tych filmów, które obejrzane w odpowiednim wieku robią z ciebie aktywistę i sprawiają, że wychodzisz na ulicę, by wykrzyczeć własne zdanie. Zwłaszcza dwie sceny z filmu zapadły mi w pamięć - pierwszy to wizja umierającego bohatera z krwią płynącą wodami Sekwany, druga - scena nocnej manifestacji, gdy nagle wszyscy aktywiści kładą się na ulicy i leżą, w milczeniu, licząc, że ktoś zwróci na nich uwagę. W kontekście całego filmu, którego inną ważną sceną jest kolorowa, radosna parada Pride w Paryżu, ta przejmująca cisza robi niesamowite wrażenie.

Szukałam klipów po polsku, angielsku i francusku, ale widocznie kiepsko szukałam, więc zostawiam trailer z fragmentem jednej ze wspomnianych scen.



6. Tamte dni, tamte noce - końcówka

Oglądałam ten film w nieoczekiwanie cudownym towarzystwie rozchichotanych nastolatek, które widziały go już co najmniej kilka razy, więc sama, obserwując uczucie rozwijające się na ekranie między Elio i Oliverem czułam się trochę jak podczas oglądania shonen-ai na studiach. Jest w tym filmie taka cudowna lekkość, młodość, wakacyjność, a jeśli weźmie się pod uwagę, że mamy na tapecie romans homoseksualny, brak jest zupełnie tej opresyjności i tragizmu towarzyszących tym motywom we współczesnych filmach. Przez to zupełnie inny tragizm, który spada na bohatera pod koniec sprawia, że mamy do czynienia z jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących scen mijającego roku - tym smutniejszą, że łatwą do przeoczenia, bo rozgrywającą się... na napisach końcowych. Rodzice krzątają się wokół swojego codziennego życia, a widzowie zbierają się do wyjścia, gdy tymczasem bohater przeżywa największą tragedię swojego nastoletniego życia.



5. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - scena w łazience

Ogólnie ten film miał wiele scen, które pewnie za parę lat będą kultowe i scen, które z powodu czy to swojej wizualności, czy perfekcyjnych dialogów będą analizowane na warsztatach dla scenarzystów i reżyserów: wizyta u dentysty, podpalenie posterunku, wszelkie rozmowy Frances McDormand z Woodym Harrelsonem. Mnie z kolei zapadła w pamięć taka z jednej strony dość niepozorna scena, z drugiej - scena, w której nagle wszystkie trybiki wskakują na swoje miejsce. Rzecz jasna, bez kontekstu ta scena zupełnie nie ma sensu - to scena, w której Dixon (Sam Rockwell), chyba najbardziej odrażający bohater, jaki w tym roku pojawił się na ekranach, w końcu w swój własny pokrętny sposób robi coś dobrego. Skatowany przez bandziorów, których zaczepił w barze, wraca do domu, gdzie czeka na niego bezwarunkowo kochająca matka i... co zrobi, pyta widz? Tutaj okazuje się, że cała ta bezsensowna bójka w barze była po to, by przynieść pod paznokciami materiał DNA domniemanego sprawcy. Mój wewnętrzny scenarzysta krzyknął wtedy głośno YES!



4. Ja, Tonya - scena z lustrem

W natłoku Oscarowych recenzji nie zdążyłam zrecenzować tego filmu, a trochę szkoda, bo po dłuższym czasie doceniam go coraz bardziej i trochę żałuję, że w tym właśnie stylu - trochę szalonym, trochę naturalistycznym, trochę mockumentarnym, a przede wszystkim "jakimś" - nie poszło "Bohemian Rhapsody". Skoro niepokorna łyżwiarka Tonya Harding zasłużyła na taką biografię, to Freddie Mercury tym bardziej. A propos, przy oglądaniu tej sceny, będącej wielką metaforą tego, co się dzieje pod makijażami i kostiumami pięknych łyżwiarek figurowych, aż chce się zaśpiewać fragment z "Show must go on": Inside my heart is breaking / My make-up may be faking, but my smile / Still stays on...




3. Narodziny gwiazdy - "Shallow"

Nie będę oryginalna - sam film nie zapisze się może złotymi zgłoskami w annałach kinematografii, a Bradley Cooper trochę za bardzo stara się mówić niskim głosem i z akcentem, ale ta scena koncertu, gdy Ally (Lady Gaga) po raz pierwszy wychodzi na scenę i następują tytułowe "narodziny gwiazdy" przyprawiła mnie o ciary. Niestety, na Youtubie nie ma pełnej wersji, więc musi wystarczyć klip, ale kto oglądał, ten wie. Na dużym ekranie ten film robi zdecydowanie większe wrażenie, więc póki jeszcze możecie - pędźcie do kina.


2. Disaster Artist - Oh, hi Mark

Jak wspomniałam przy okazji recenzji, gdy się pracuje m.in. przy paradokumentach, to "The Room" postrzega się z nieco innej perspektywy. A ta scena to nie film - to życie. I nie przesadzam, autentycznie byłam świadkiem na planie, gdy po tym, jak jeden z odtwórców W KOŃCU prawidłowo wypowiedział kwestię, ludzie skakali do góry z radości. Ta scena jest dla mnie nie mniej kultowa niż kultowy oryginał z Tommym Wisseau.


1. Avengers: Infinity War - ta scena, w której oni znikają

Panie Stark, nie czuję się za dobrze - to zdanie chyba najlepiej podsumowuje odczucia większości widzów, którzy po przedpremierowym pokazie "Infinity War" siedzieli na kinowych fotelach, czekali na scenę po napisach i zastanawiali się, co się tutaj właśnie, panie Stark, wydarzyło. Nawet mnie, niewiernego Tomasza, który twierdził, że "no ale teraz to te filmy Marvela to są już takie sobie, panie tego", wcisnął w fotel.

"Avengersi" jak dla mnie powinni zgarnąć chociaż jedną nagrodę za scenariusz. Film po pierwsze w niezwykle przemyślany sposób odwraca standardową, ograną strukturę "Podróży bohatera" i każe ją odbyć antagoniście, a po drugie - w jasny, świetnie skomponowany sposób łączy stylistyki różnych filmów superbohaterskich, które pojawiły się do tej pory w uniwersum Marvela. A zwieńczeniem tej podróży jest jedno zaciśnięcie pięści i losowe unicestwienie połowy postaci. I niby wiemy, że hej, to tylko komiks, że niektórzy już mają swoje sequele, więc muszą zmartwychwstać w kolejnej cześci, ale i tak moment, w którym Peter Parker przytula się do bezradnego Tony'ego, robi z serca naleśnik.


A jakie sceny Wam zostały w pamięci po roku 2019?
Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku

1/07/2019

Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku



Witajcie w 2019! Poprzedni rok był dla mnie naprawdę męczący, a aktywność na blogu co chwila zamierała, dlatego bardzo się cieszę, że wciąż są osoby, które czytają i komentują :) A tak bardzo chciałabym pisać więceji! Na wszystkich blogach królują teraz podsumowania, u mnie też będzie, ale trochę inne, bo - nie oszukujmy się - w porównaniu z rasowymi blogerami popkulturalnymi to zrobiłam naprawdę niewiele. Zajrzałam zatem w notesik z pomysłami na wpisy i ułożyła się z tego całkiem ciekawa lista rzeczy, o których chciałam Wam opowiedzieć i napisać sążnistego posta, ale z braku czasu (bo praca, bo przeprowadzka, bo wyjazd, bo ogólna niechęć do pisania) jakoś się nie złożyło.

Filmy

Gdybym więc miała trochę więcej pisać o filmach, to pewnie napisałabym, że w tym roku zawiodła mnie "Czarna Pantera" (mimo jej niezaprzeczalnego znaczenia społeczno-socjologicznego) i udowodniałabym swoją tezę, że filmy Marvela już się jednak skończyły, prawda. Dzięki temu, że tego wpisu nie napisałam, miałam nieco mniej do odszczekiwania przy "Avengers: Infinity War". Napisałabym też o jedynym filmie, na którym w tym roku autentycznie płakałam jak bóbr, czyli "Coco" (co prawda nadal mi szkoda, że wygrał z "Twój Vincent", no ale...). Pół maja przymierzałam się też do wnikliwej analizy "120 uderzeń serca", ale zdecydowanie był to jeden z tych filmów, które w tym roku zapamiętałam. Ponieważ zaś jeden z projektów ruszył mi równo z Warszawskim Festiwalem Filmowym, to nie opisałam żadnego z filmów, na jakich byłam, czyli "Bamboo Dogs" (ciemno, gadają i nie wiadomo o co chodzi) i "Wielki mistyczny cyrk" (czyli Dawid Ogrodnik w Brazylii ;)). Za to może jeszcze napiszę coś niecoś o ostatnich filmach, jakie widziałam w roku, czyli "Aquaman" i "Spiderman: Uniwersum" (jakie to było dobre!).



Bardzo chciałam też napisać o tym, jakie emocje towarzyszyły mi podczas tegorocznego konkursu Script Pro, w którym nieoczekiwanie pojawiłam się jako jedna z finalistów, co - zważywszy na to, że dopiero raczkuję w scenariuszowym świecie - mnie zaskoczyło. W każdym razie nagroda, którą dostałam, utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, rzucając stabilną pracę w wydawnictwie na rzecz mrocznych otchłani scenariopisarstwa ;) Do tego już wkrótce w telewizorach będzie można śledzić pisane przeze mnie odcinki jednego z polskich seriali ;) Trzymajcie kciuki.

Seriale

Skoro o serialach mowa, to prawie wcale o nich nie pisałam - zazwyczaj śledziłam starsze produkcje, zazwyczaj z doskoku. Chociaż dla odprężenia obejrzałam ich trochę - zakochałam się w "Brooklyn 99", a "Orange is the New Black" udowodniło mi, że jednak lubię produkcje z przewagą żeńskiej obsady. Zirytował mnie "Dark", przez kompletny brak relacji między postaciami. Nową guilty pleasure na krótki czas stał się "Lucyfer". Nie dobrnęłam też (jeszcze) do końca "Ślepnąc od świateł", "1983" i "Westworld" i to były te trzy seriale, które w tym roku najbardziej mnie znudziły.



Gdy tylko postanowiłam pojechać na wakacje, ominął mnie jeden z największych tegorocznych shitstormów w internetach, czyli słynna Cirigate. No cóż, Ciri ostatecznie jest biała, a ja swoje przemyślenia na ten temat chętnie wykorzystam przy którymś z przyszłych wpisów.

Muzyka

Nie napisałam też nic o koncercie Rolling Stones w Warszawie - a szkoda, bo bawiłam się naprawdę rewelacyjnie, a Mick Jagger, który jest za stary, żeby być sędzią, pokazał, co to znaczy stary dobry rock.

Książki

Zdecydowanie w tym roku na blogu miałam więcej do powiedzenia na temat książek niż filmów, chyba nigdy nie było tu aż tylu wpisów książkowych i okołoksiążkowych, co może nie jest dobre pod względem marketingowym, ale pod tym względem chyba nic nie robię dobrze ;) Do tego ukazały się całe trzy książki, które redagowałam (niekoniecznie w tym roku), wszystkie w tłumaczeniu najlepszego tłumacza, z jakim miałam okazję pracować, czyli Rafała Lisowskiego. Udało mi się napisać o jednej, czyli "Wtyczce", ale polecam też "Rewolwer" tego samego autora. Trzy splatające się ze sobą historie, rozgrywające się wokół zamieszek na tle rasowym w Filadelfii. Wciągający kryminał z bardzo wzruszającym (przynajmniej mnie) zakończeniem. Niestety, jakoś nie zdarzyła mi się w tym roku książka, którą mogłabym określić jako "książkę roku".

Teatr

Teatralnie to raczej mam powody do wstydu - byłam w tym roku na całych dwóch spektaklach... Za to jeden okazał się prawdziwą petardą. Na "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym idźcie w ciemno, bo to naprawdę dobry musical jest, a jako że gra w nim Krzysztof Szczepaniak, to powinniście iść jeszcze bardziej. Co tu jeszcze robicie?

Nie napisałam też ani słowa o musicalu, który poznałam w tym roku jedynie z płyty i klipów w internecie, ale zdecydowanie zawojował moje serce - mowa o "Come from away", który chcę teraz zobaczyć równie mocno jak Hamiltona. Wzruszyłam się, zaledwie słuchając muzyki. A "Me and the sky" to chyba najczęściej słuchana przeze mnie w tym roku piosenka. Piosenka, która jest lepsza niż cały musical "Piloci" razem wzięty ;)



Blogi

Tradycja "karnawałów blogowych", popularna, gdy zaczynałam pisać kilka lat temu, chyba już obumarła, ale w tym roku trafiłam na kilka naprawdę fajnych blogów, do których linkami warto się podzielić:

Pikantna sztuka - abolutnie przeuroczy blog o erotyzmie w malarstwie. Jeśli chcecie bezkarnie pogapić się na cycki dowiedzieć się więcej o sztuce w tym kontekście, to zdecydowanie warto tam zajrzeć. Znajdziecie tam wpisy o najsłynniejszych muzach malarzy, o dawnej obyczajowości - ja polecam zwłaszcza tekst o kobietach Picassa.

Skursywieni - czyli "Dużo hejtu, kręcenia nosem i patologicznych relacji z pewnymi wydawnictwami. Totalnie się Wam spodoba.". Nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z autorką (może dlatego, że też kończyłam polonistykę ;)), to jej wpisy czyta się z prawdziwą przyjemnością i - w odróżnieniu od większości blogów książkowych - nie są wyłącznie recenzjami, a nawet jeśli są, to zachęcają do dyskusji. Można się też z nich dowiedzieć ciekawych rzeczy - o, na przykład czego można nauczyć się dzięki z książkom i jak ważne są banany.

Niekulturalnie.pl - czyli kolejny blog książkowy, na który wpadam nie tylko po recenzje nowości, ale też po ciekawe wpisy okołoksiążkowe. Jako że wieeele lat spędziłam w dziale promocji wydawnictwa, to wpis o niewydarzonych współpracach recenzenckich bardzo przypadł mi do gustu (może dlatego, że nie jest o mnie, hehe)

Rude okulary - jeden z sympatyczniejszych blogów popkulturalnych, na które ostatnio trafiłam. Zdaje się, że przez wpis o nostalgii, ale głowy nie dam :)

Minnie Kryminalistka - kryminalistyka i popkultura, czyli coś w sam raz dla mnie. Widać, że autorka zna te tematy "od środka". Właściwie każdy wpis to źródło wiedzy, a dla scenarzysty prawdziwa kopalnia pomysłów ;) Najsłynniejsi zbrodniarze, techniki kryminalistyczne, a od czasu do czasu recenzje kryminałów z nieco innej perspektywy. Trudno mi polecić jeden wpis, ale może ten o tym Kim jest psychopata?

Oczywiście powyższa lista nie ma na celu mnie zdołować i przypomnieć o zmarnowanym czasie - raczej pokazać, że mimo tego, że na początku 2019 padam na nos, coś tam fajnego przeżyłam (a to, co opisałam i chciałam opisać, to tylko ułamek tego, co się w moim życiu wydarzyło, co widziałam i słyszałam). I jeszcze tylko znaleźć czas i motywację do pisania i już będzie super ;)

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek