Z kamerą wśród fantastycznych zwierząt, czyli "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"


O ile jestem wielką fanką książek o "Harrym Potterze", o tyle filmami z serii zazwyczaj bywałam rozczarowana. Poza fenomenalną moim zdaniem "Czarą ognia", jedyną częścią cyklu, która naprawdę oddała "ducha oryginału" i była pełnowartościowym filmem, a nie tylko odklepanym z rozdziałów książki odcinkiem serialu, zazwyczaj wychodziłam z kina rozczarowana. A niektórych filmów nawet w kinie nie widziałam, bo nie byłam w stanie zdzierżyć koszmarnego moim zdaniem polskiego dubbingu (pod tym względem przeprowadzka do Warszawy była zbawieniem). Obecnie filmy z przyjemnością oglądam na TVNie, ale raczej z sentymentu i starobabciowego "patrz siostra, jaki Daniel Radcliffe był kiedyś słodki".



Dlatego na "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" szłam bez nastawiania się na magię, powrót do młodości i niezapomniane doznania. Jak się okazało, słusznie.

Uwaga! Troszeczkę spoilerów.

Prequel czy sequel?

"Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" traktowane są jako prequel "Harry'ego Pottera", chociaż poza światem, w jakim film został osadzony, niewiele mają z serią wspólnego. Owszem, główny bohater w walizce ma szalik Hufflepuffu, ale nawiązania są zazwyczaj drobne jak mrugnięcie okiem. To zarówno zaleta, jak i wada tego filmu. Zaleta, bo w końcu widzimy inną niż Hogwart część olbrzymiego magicznego świata, bo bohaterowie są dorośli, bo można stworzyć zupełnie nową, wieloczęściową historię.


I wada... dokładnie z tych samych powodów. Po pierwsze, głównym magnesem, który zjednoczył fanów na całym świecie, była wcale nie intryga "Harry kontra Voldemort", tylko własnie Hogwart. O ile każdy z nas ma całe mnóstwo szkolnych wspomnień (nauczyciele, przyjaźnie, wycieczki, prace domowe), o tyle Nowy Jork w dwudziestoleciu międzywojennym nie jest motywem, który jednoczyłby wszystkich ponad podziałami. Problemy bohaterów "Fantastycznych zwierząt" też nie są na tyle uniwersalne, żeby chwytały za serce i dzieci, i dorosłych. A fakt, że mamy przed sobą historię, której końca nie zna jeszcze nikt (chociaż naprawdę wierzę w J.K. Rowling), powoduje, że film dopiero zarysowuje jakiś świat i bohaterów, ale jeszcze nie wiadomo, w którą stronę to wszystko pójdzie.

Mugol w magicznym Nowym Jorku

Nie znaczy to, o nie, że bohaterowie są nijacy czy nieprzemyślani. Wręcz przeciwnie. Newt Scamander w kreacji Eddiego Redmayne'a to przeuroczy przedstawiciel grona bohaterów aspołecznych, odizolowanych, pochłoniętych własną pasją i niezbyt radzących sobie z emocjami, u których współczesny psycholog zdiagnozowałby pewnie łagodną odmianę zespołu Aspergera. Widać, że Redmayne przemyślał sobie każdy gest swojego bohatera, którego lubimy właśnie za jego "niedostosowanie" (aczkolwiek równie często miałam ochotę wysłać go na 48h do Azkabanu za skrajną nieodpowiedzialność). Z kolei serca polskich widzów kradnie Dan Fogler jako Jacob Kowalski, który chce zawojować Amerykę swoimi pączkami, ale przypadkiem w jego ręce dostaje się walizka pełna fantastycznych zwierząt. Kowalski to "nasz człowiek" w magicznym świecie, tłumaczący jego zawiłości nie tylko nowym widzom, lecz także tym, którzy w małym paluszku mają serię o Harrym. Świat amerykańskich czarodziejów rządzi się bowiem nieco innymi prawami niż Hogwart, chociaż jemu również zagraża potężny i groźny miłośnik czarnej magii...


Poza męskimi bohaterami mamy jeszcze dwie siostry - Tinę (Teenie) i Queenie, w które wcielają się Katherine Waterston i Alison Sudol. Pierwsza z nich intryguje podwójnie, wciąga bowiem pana Scamandera i widzów nie tylko w świat magii, lecz także w zagadkę kryminalną (jest aurorem-detektywem). Szkoda, że jest przy tym trochę bezbarwna. Druga z sióstr z kolei obdarzona jest uroczym uśmiechem i uroczą - choć pozorną - nieporadnością. Mam nadzieję, że w kolejnej części dostanie nieco więcej do zagrania poza ciągłym uśmiechaniem się.

Jeśli natomiast mowa o czarnych charakterach, to mamy ich zatrzęsienie. Nie ma tu jeszcze postaci na miarę Snape'a (no wiem, wiem, to nie jest tak do końca czarny charakter, ale...) i Voldemorta, ale kto wie, co przyniosą kolejne części. Szkoda, że najmroczniejsza z postaci - Mary Lou, mugolka do piątej potęgi, amerykańskie wcielenie inkwizycji, która gdyby mogła, rozpaliłaby pod czarodziejami stosy - została tak słabo zarysowana. Nie zawodzi za to Ezra Miller, który - zwłaszcza gdy nie wiemy, po której jest stronie - jest odpowiednio upiorny i niepokojący. Do tego niezłą rolę zaliczył Colin Farrell, który kiedy chce, pokazuje, że potrafi naprawdę dobrze grać. Więcej, ilekroć pojawia się na ekranie, po prostu magnetyzuje. Szkoda, że... no dobrze, pewnie każdy już zna zakończenie, ale nie będę spoilerować aż tak ;)


Podróż bohaterów, ale dokąd?

Problem w tym, że ci ciekawi przecież i intrygujący bohaterowie zostają uwikłani w historię na tak wysokim poziomie abstrakcyjności, że zanim widz powiąże wszystkie plączące się w filmie wątki w jedną całość, zaczynają się napisy końcowe. To, co najciekawsze i zarazem zawarte w tytule, czyli wszystkie "fantastyczne zwierzęta" są katalizatorem całej fabuły, ale potem jedynie pretekstem do pokazania możliwości współczesnej animacji. Są piękne, niektóre przesłodkie, inne groźne, jeszcze inne - tajemnicze, ale co z tego, skoro z ich obecności w filmie właściwie niewiele wynika, a ciężar historii bardzo szybko przesuwa się w kierunku politycznej intrygi. Nic w sumie dziwnego, w końcu fantastyczne zwierzęta to bardziej domena kina familijnego, a twórcy celują od razu w zupełnie inną widownię niż ta, która przyszła na pierwszego "Harry'ego Pottera". Czy raczej: dokładnie w tą samą, ale 15 lat starszą. Ale też widownię, która przez ten czas dorobiła się już własnych dzieci. Twórcy chcą każdemu dać coś miłego, więc obok slapstickowych scen pogoni za świecącym nosorożcem czy niuchaczem mamy sceny mroczne, rodem z horroru. Szkoda tylko, że te dwa klimaty funkcjonują zupełnie obok siebie - fantastyczne zwierzęta można by zastąpić zaginionymi eliksirami i wątek Grindelwalda zmieniłby się tylko nieznacznie.


Niemniej szkoda wielka, że wątek fantastycznych zwierząt został potraktowany w filmie jedynie jako magiczny wabik, a wszelkie rozterki głównego bohatera związane z ich chwytaniem, oswajaniem, ratowaniem i uświadamianiem czarodziejów na ich temat zostały spłycone. Przez to poruszająca scena, gdy Newtowi zostaje odebrana walizka, a on błaga sędziów, by nie krzywdzili zwierząt, nie ma szans w pełni wybrzmieć.

Wątków w filmie mamy zresztą całe zatrzęsienie, w tym takie, co do których nie wiemy, w jakim właściwie celu się pojawiają i czy będą jakoś rozwijane w kolejnych częściach, czy po prostu coś wycięto w montażu. Takim wątkiem jest wątek dwóch braci - senatora i dziennikarza, który zarysowuje ciekawe relacje, by potem nic z nimi nie zrobić. Dziury fabularne pod koniec mnożą się na potęgę - być może ktoś je w przyszłości załata.


Przemagiczny Nowy Jork

Narzekam, ale film ogląda się naprawdę z przyjemnością. Poznawanie realiów magicznego świata wciąga, fantastyczne zwierzęta są odpowiednio fantastyczne, podobnie jak kostiumy bohaterów i bohaterek. Osadzenie akcji w realiach lat dwudziestych daje filmowi potrzebny rozmach i klimat wpisujący się w ogólną modę na dwudziestolecie (której i ja uległam). Ciekawe, czy seria wkroczy w pewnym momencie w mroczne lata trzydzieste i co będzie z "Fantastycznymi zwierzętami" dalej. Bo jak na razie dostaliśmy całkiem sympatyczny film ze znanego uniwersum (uch, jak ja nie znoszę tego słowa), ale na tyle niepoukładany, że może pójść w tysiącu różnych kierunków.

Komentarze

Copyright © Bajkonurek