Nikt nie jest w pełni szczęśliwy, czyli 7 grzechów głównych ostatniego sezonu "Gry o Tron"

5/26/2019

Nikt nie jest w pełni szczęśliwy, czyli 7 grzechów głównych ostatniego sezonu "Gry o Tron"



Przyznam się do czegoś - rzadko kiedy kończę seriale. Jestem bardzo kapryśnym widzem, który łatwo się rozczarowuje, nudzi oraz... po prostu nie ma zbyt wiele czasu, żeby oglądać wszystko, więc musi wybierać. Jest oczywiście parę wyjątków i właśnie dołączyła do nich "Gra o Tron". Nie jestem jedyna - mam wrażenie, że nie ma w tej chwili żadnego innego serialu, o którego finale ludzie dyskutowaliby w szkole, pracy, na wszelkich grupach dyskusyjnych i blogach. A nawet jeśli ktoś nie ogląda, to z dużym prawdopodobieństwem wie, o co chodzi w memach typu "Winter is coming".

This post is dark and full of spoilers.

Nie zgadzam się za to z twierdzeniami, że "Gra o Tron" to ostatni tego typu serial... a przynajmniej mam nadzieję, że tak nie jest. Że jeszcze będziemy się emocjonować czymś na takim poziomie, że ludzie, którzy nie oglądają, będą uważali za stosowne podkreślanie tego na każdym kroku, pytając "czy tylko mnie to ZUPEŁNIE nie interesuje"? Że po każdym odcinku internet będzie zalewała lawina memów. A na słowo "spoiler" nawet najspokojniejsi widzowie będą dostawać zabójczych odruchów.

Nie powiem, że byłam jakąś wielką fanką serialu, a wręcz zdarzało mi się go ostro krytykować. Ale pierwszy sezon zawsze będzie kojarzył mi się z dyskusjami na forum Fantastyka.pl i z konkursem wspaniałego DJ-a Jajko, w którym udało mi się wygrać całą sagę "Pieśni Lodu i Ognia" oraz furę gadżetów (piszę te słowa w koszulce z godłem Lannisterów, która wtedy, w 2011 roku, była jakby luźniejsza ;). W książkach nigdy się nie zakochałam, a przez długi czas wielką przyjemność sprawiało mi wyszukiwanie w nich idiotyzmów i chwalenie scenarzystów za to, jak brutalnie traktują materię stworzoną przez George'a R. R. Martina, robiąc z niej pasjonujący serial.

Oh sweet summer child, gdym wiedziała wtedy, jak to się wszystko skończy...

Wokół sezonu ósmego "Gry o Tron", na który musieliśmy czekać aż 2 lata, narosła cała masa legend, przecieków, spoilerów, teorii wyjaśniających decyzje fabularne z innych sezonów. Twórcy dawkowali nam emocje bardzo powoli, nie zdradzając niemal nic, a napięcie sięgnęło zenitu. Aż w końcu nastał kwiecień!



Pierwsze odcinki tłumaczyliśmy jeszcze koniecznością przypomnienia wydarzeń i bohaterów z ostatnich sezonów. Działo się niewiele, nie ginął nikt znaczący, nie pojawiali się nowi gracze, no ale wiadomo - wszystko zmierzało przecież do wielkiej potyczki z Nocnym Królem, do bitwy która zmieni wszystko. Do bitwy w końcu doszło i... Szczęśliwcy, którzy zobaczyli cokolwiek w tej nieprzeniknionej ciemności pytali, o co właściwie chodzi - gdzie są te wszystkie twisty fabularne, które obiecali nam twórcy, co się stało z tymi wszystkimi przepowiedniami z zeszłych sezonów. No więc cóż, scenarzyści najwyraźniej zapomnieli o nich, tak jak w kolejnym odcinku Daenerys zapomniała o Żelaznej Flocie. Zapomniała też o jakiejś sensownej motywacji do przemiany w Szaloną Królową i spaliła King's Landing w momencie, kiedy w sumie nikogo już to nie obchodziło... za to wywołało burzę w internetach. A potem nastał całkiem nieźle zrobiony finał, który jednak nikogo nie zadowolił.

Co się właściwie stało? Gdzie się podziała dawna "Gra o Tron"? Jakie grzechy popełnili twórcy i dlaczego muszą za nie płacić widzowie?

1) Brak George'a R. R. Martina

Poniekąd można było przewidzieć, że w momencie, gdy fabuła serialu przegoni fabułę książek (ktokolwiek jeszcze wierzy, że jakiś tom się ukaże?), serial straci impet. Przez jakiś czas gonił jeszcze siłą rozpędu, ale w pewnym momencie twórcy zatrzymali się w pół kroku. Zaczęli używać postaci z książek głównie po to, żeby masowo je uśmiercić (patrz - Tyrellowie albo Żmijowe Bękarcice). Nie wprowadzali też żadnych nowych graczy, przez co mniej więcej od 7. sezonu bohaterowie zaczęli kisić się we własnym sosie. Żal też trochę, że nie wykorzystali postaci, które jeszcze w książkach były - jak wątku Lady Stonehart, Quentyna Martella czy Młodego Gryfa, a które mogłyby solidnie w ostatnich sezonach zamieszać. Z drugiej strony... może i lepiej ;)

2) Fanserwis

"Gra o Tron" zawsze była serialem, który szedł pod prąd schematów fabularnych i zaskakiwał widza zwrotami akcji, których wcześniej nie widziano - nie wahał się uśmiercać głównych bohaterów (Ned Stark) i ulubieńców widzów (Oberyn Martell). Wróćmy jeszcze raz do punktu pierwszego - gdy książkowa materia skończyła się, bohaterowie zaczęli ginąć nie w sposób, który wynikał w jakiś sposób z ich działań, tylko wtedy, gdy nakazywał im imperatyw scenarzysty. Co jednak jeszcze gorsze, niektórzy bohaterowie uparcie trwali przy życiu, nawet jeśli wszelkie zasady prawdopodobieństwa wskazywały, że przynajmniej jedno z nich powinno w końcu zginąć. Żyli nie z powodu swoich umiejętności, ale dlatego, że lubili ich widzowie. W bitwie o Winterfell poległy tysiące, ale Brienne, Jaime, Davos, Tyrion, Sam przeżyli mimo, że logika krzyczała NIE. Co prawda zginął Theon - ale zginął w momencie, gdy jego wątek się zamknął, zginął z ręki Nocnego Króla i w bardzo "serialowy" sposób, którego stara Gra o Tron, nie wierząca w odkupienie win, nawet by nie rozważyła. Podczas oglądania bitwy o Winterfell cały czas gdzieś w głowie tliła mi się nadzieja, że może... zginie Daenerys. Że może Tyrion i Sansa popełnią rytualne samobójstwo, ratując się nawzajem przed armią nieumarłych. No ale... nie. Największym zaskoczeniem tej bitwy był brak jakichkolwiek zaskoczeń.



3) Obojętność widza

Znakiem firmowym "Gry o Tron" były zawsze spiski, intrygi i brutalna śmierć (i równie brutalny seks - nawiasem mówiąc, zauważyliście, jak bardzo serial przez lata "zgrzeczniał", a w tym sezonie w ogóle zafundował nam jedynie dwie ledwie zasygnalizowane sceny erotyczne, w dodatku odbywające się ZA ZGODĄ obojga zainteresowanych). Nie była to jednak nigdy śmierć, za pozwoleniem, "z dupy", wszystko zawsze wynikało z takich a nie innych działań bohaterów. Oglądanie "Gry o Tron" to zawsze była prawdziwa huśtawka emocjonalna - z jednej strony Jaime Lannister przechodził duchową przemianę, z drugiej tracił rękę; Lady Olenna ginęła od trucizny, ale wcześniej kazała przekazać Cersei, że "to była ona". Widz albo dostawał satysfakcję z powodu śmierci/klęski znienawidzonej postaci (Joffrey!) albo odczuwał jej dotkliwy brak, gdy uwielbiana postać traciła coś (w tym życie) tuż przed osiągnięciem celu (pojedynek Oberyna z Górą, Arya i Krwawe Gody). Tymczasem cały ósmy sezon pozbawił mnie tej satysfakcji i sprawił, że gdzieś w połowie przestałam drżeć o losy bohaterów. A przecież "Gra o Tron" doskonale umiała kiedyś odzierać widza z poczucia bezpieczeństwa. Owszem, odczuwałam ABSOLUTNY brak satysfakcji, gdy Cersei zamiast z ręki Aryi zginęła pod gruzami, ale... TO NIE O TO CHODZIŁO.

4) Wyrzucenie do kosza łuków przemiany bohaterów

Tutaj to w ogóle nie wiem, jak skomentować. Najpierw dostaliśmy BARDZO źle napisane zaloty Jaime'a i Tormunda do Brienne. Potem twórcy trochę się zrehabilitowali w jednej z nielicznych scen, które mi się podobały - pasowania Brienne na rycerza. Szkoda, że potem sprowadzili cel tej jednej z najciekawszych postaci serii do... utraty dziewictwa z Jaime'em, który następnie, widocznie stwierdziwszy "kurcze, to jednak nie to" zdecydował się wsadzić do kieszeni cały wątek i wrócić do Cersei. Wszelkie przepowiednie, jak ta o śmierci Cersei, też można było sobie o kand d*** potłuc. Podobnie jak wątek ciąży królowej - konia z rzędem temu, kto powie mi, w którym właściwie miesiącu była Cersei. A jeśli tylko kłamała co do ciąży, to... po co, skoro nie miało to w serialu ABSOLUTNIE żadnego znaczenia?



5) Wielkie bitwy, epickie rozpierduchy

Chyba największym błędem scenarzystów (czy raczej producentów) było jednak - po skróceniu sezonu do sześciu odcinków - uznanie, że jeśli zafunduje się widzom aż dwie epickie bitwy w sezonie, to ten w końcu będzie usatysfakcjonowany (nie będzie! -> patrz punkt 3). W obu przypadkach przestrzelili, aż żal. Cały wątek Nocnego Króla, po całym budowaniu grozy tej postaci został sprowadzony do najbardziej banalnego motywu z science-fiction, czyli Obcych jako roju z królową na czele. Zabij królową - masz całą bitwę z głowy. A co z tymi wszystkimi przepowiedniami? A co z "Winter is coming"? A gdzie odpowiedzi na te wszystkie pytania, które pojawiły się po tym, jak Bran dostał się za mur? A, ok. Twórcy zapomnieli.

Z kolei "bitwa" czy raczej rzeź King's Landing wywołała we mnie mieszane uczucia. Tutaj akurat, odwrotnie niż większość internetu, nie upieram się, że Daenerys postąpiła wbrew swojej postaci. Jakby nie było, szaleństwo i chęć naprawiania świata poprzez zabijanie tych, których uzna za złych, przewijało się przez tę postać od samego początku serialu. Niemniej - zostało to podprowadzone w tak żenujący sposób, że rzeczywiście stało się trudne do obrony. Co innego jeden wybuch wściekłości, który byłby uzasadniony - co innego metodyczna rzeź każdej uliczki Królewskiej Przystani.

6) Świat bez magii

Przez cały sezon miałam wrażenie, że twórcy zupełnie stracili kontakt z prozą Martina, jakby nie przeczytali książek przed pisaniem finału. Fakt, że już tytuł serialu "Gra o Tron" zamiast "Pieśni Lodu i Ognia" sugeruje, że ważniejsza będzie tu polityka niż starcie dwóch odwiecznych światów i porządków, ale... Magia w "Pieśni Lodu i Ognia" nie była nigdy siłą, którą można okiełznać. Magia była wysiłkiem, była ofiarą, co rozumieli jeszcze (dość opacznie) we wcześniejszych sezonach, gdy spalona została córka Stannisa. Ale w sezonie 8 magia służyła już tylko do rozpalania ognisk niemal na zawołanie (po majestatycznym spacerku), a smoki pełniły funkcję bomby atomowej. Magiczny Nocny Król i jego Biali Wędrowcy zostali zredukowani do armii zombie, którą, budowaną przez lata, może pokonać jeden cios. Charakterystyczny symbol Wędrowców, który przewijał się przez kilka sezonów, nie został wyjaśniony, bo i po co. Bran jako trójoka wrona... cóż, głównie mówił, że jest trójoką wroną i nic z tego nie wynikło.

Zachodzę też w głowę, po co była budowana przez jeden z wcześniejszych sezonów służba Aryi w Braavos. Fani snuli setki teorii spiskowych - zabije Jaime'ego i z jego twarzą wejdzie do komnat Cersei, zabije Czarnego Robaka, by "pożyczyć" jego twarz i zabić Daenerys... No nie, jedyne co Aryi się przydało, to umiejętności asasyna. "Gra o Tron" zawsze była nietypowym fantasy, gdzie magia funkcjonuje jedynie na obrzeżach świata, ale była ona w ten świat wpisana. Benioff i Weiss odarli ten świat z magii - dosłownie i w przenośni, czego niestety nie mogę im wybaczyć.


7) Pośpiech

Właściwie wszystkie te grzechy można byłoby streścić tym jednym słowem. Bohaterowie rysowani zbyt grubą kreską. Brak magii. Brak oddechu po wielkiej bitwie. Bezsensowne zamykanie wątków.  Niemal zupełne pominięcie bogactwa świata i skupienie się wyłącznie na Winterfell i Królewskiej Przystani. Idiotyczna śmierć Nocnego Króla (chociaż fakt, widowiskowa i bardzo się cieszę, że załatwiła to Arya). Cersei, której rola sprowadziła się do gapienia w okno i picia wina. Jon, który nie pogłaskał Ducha. I tak dalej, i tak dalej. Co prawda trochę trudno oskarżać twórców o pośpiech, zważywszy na to, jak dużo czasu minęło od siódmego sezonu, ale niestety - scenariusz, wart pewnie miliony dolarów, sprawia wrażenie pisanego na kolanie i stwierdzają to nie tylko zwykli widzowie, ale i uznani scenarzyści. Trochę strach pomyśleć, że w ręce obu panów trafią teraz nowe "Gwiezdne Wojny"...

Ale nie jest też tak, że mam same pretensje i ruszam w miasto wylewać żale. Sam fakt, że "Gra o Tron" wywołuje takie emocje i dyskusje, świadczy o jednym: serial trafił do panteonu kultury popularnej. Co więcej - był jedną z tych produkcji, które otworzyły fantasy ścieżkę do mainstreamu. O "Grze o Tron" dyskutują nie tylko nerdy na facebookowych grupach, ale i krytycy filmowi, socjologowie, psychologowie i historycy. Pisze o serialu nie tylko "Nowa Fantastyka" i garstka zapaleńców, ale i "Newsweek", "Polityka" i "The Times". Czy można było zrobić ten ostatni sezon lepiej? Dowiemy się, kiedy... jeśli kiedykolwiek przeczytamy nowe powieści George'a R. R. Martina.
Historia przemocy, czyli "I że cię nie opuszczę"

5/17/2019

Historia przemocy, czyli "I że cię nie opuszczę"


Jakoś tak się składa, że w tym roku nadrabiam zaległości teatralne przynajmniej za kilka lat ubiegłych i nawet nie wszystkie spektakle mam czas zrecenzować (w kolejce czeka już "Once" od Teatru Muzycznego "Roma"). Zdarzyło mi się też zejść w klaustrofobiczne podziemia kamienicy przy Olesińskiej w Warszawie, gdzie na scenie "Przodownik" Teatru Dramatycznego wystawiana jest sztuka Gerarda Watkinsa "I że cię nie opuszczę" w reżyserii Aldony Figury. I wyszłam... z mieszanymi uczuciami.

W spektaklu śledzimy dwie pary: Rachidę i Liama oraz Annie i Pascala. Obserwujemy ich związek od pierwszego przypadkowego spotkania, poprzez pierwsze randki, wspólne mieszkanie... aż do tragicznego końca. Gdzieś pomiędzy słowami rozgrywa się na naszych oczach historia przemocy - najpierw prób podporządkowania sobie partnerki, poprzez psychiczną manipulację aż do fizycznego znęcania. A jako epilog - obserwujemy terapię i próbę wyswobodzenia się kobiet z toksycznej relacji, w jaką się zaangażowały. 

Fot. Tomasz Urbanek, Teatr Dramatyczny

Aktorzy na naszych oczach, na scenie pozbawionej niemal dekoracji, odgrywają niczym w laboratorium pod mikroskopem studium rozwijania się toksycznych, przemocowych związków. Kiedy widzimy pierwsze sygnały? Gdy Pascalowi nie podoba się to, co Annie zamówiła w restauracji? Gdy Liam dziwi się, że Rachida jest muzułmanką albo gdy ona opuszcza dla niego rodzinę? A może już w momencie, gdy się poznają i obaj mężczyźni tak kierują rozmową, by ostatecznie wymusić na bohaterkach kolejne spotkanie? Historie te, chociaż bohaterów różni wiele - pochodzenie, status społeczny i finansowy, kolor skóry i tak dalej - są w gruncie rzeczy do siebie bardzo podobne. Chociaż Pascal to bardziej sprytny manipulator, a Liam agresywny damski bokser problemy rozwiązujący pięścią, to mechanizm przemocy nakręcają bardzo podobnie - uzależnianiem od siebie partnerek, kwestionowaniem ich zdania, zmuszaniem do robienia tego, co sobie zażyczy ich pan i władca.

Aktorsko spektakl stoi na bardzo wysokim poziomie, praktycznie każda z postaci przykuwa naszą uwagę - nie tylko tym, co mówi, ale jak mówi - z gestów, spojrzeń i milczenia jesteśmy w stanie wyczytać znacznie więcej niż z samego tekstu. Zdecydowanie najbardziej spodobała mi się Ania Szymańczyk w roli Rachidy - to bardzo silna bohaterka, która jednak jakimś cudem stopniowo ulega partnerowi i zaczyna tańczyć tak, jak ten jej zagra. Równie dobry jest Marcin Sztabiński, którego Pascal jest początkowo czarującym amantem, a stopniowo zrzuca kolejne maski, by stać się cynicznym manipulatorem.

Wszystko to jest mocne, przerażające i poruszające, ale... no właśnie, mam ze sztuką "I że cię nie opuszczę" bardzo duży problem. Bo świadomość, że powinnam ją docenić - już za samą tematykę i próbę zmierzenia się z tematem tabu - budzi we mnie jakiś niemy bunt. Bo co mam poradzić - odrobinę mnie zirytowała, miałam wrażenie, że zamiast łamać tematy tabu, wyważa otwarte drzwi. Nie dość, że sztuka nie mówi nam o przemocy niczego nowego niż to, czego dowiadujemy się z materiałów interwencyjnych, to jeszcze wmawia nam niektóre kwestie niczym prawdy objawione (może to bardziej wina materiałów prasowych, które czytałam przed spektaklem, niż samej sztuki). Tak, to prawda, trzeba głośno mówić o przemocy wobec kobiet... ale czy na pewno w taki sposób? Szczególnie irytujący jest fakt, gdy dowiadujemy się, że bohaterki same pochodzą z przemocowych środowisk i powielają wzorce, jakich doświadczyły i zaobserwowały w dzieciństwie. Do tego obie pary idą praktycznie w tę samą stronę - czyli od czułych słówek do fizycznej przemocy i bicia. Tymczasem dużo trudniejszy do zrozumienia jest fakt, że przemoc w związku to nie zawsze to, co widać, czyli bicie i gwałt, że czasem ofiary nie chodzą posiniaczone, a za to przez manipulację partnera zniszczeniu ulega ich psychika. Oraz że gdy nie ma jednoznacznego impulsu do odejścia, odejść jest znacznie trudniej.

Fot. Tomasz Urbanek, Teatr Dramatyczny

Być może też moje rozczarowanie wynika z tego, że epilog nie dostarczył mi tego, czego się spodziewałam - w pewnym momencie Autor odbiera głos mężczyznom i oddaje kobietom, obserwujemy ich terapię i wychodzenie z toksycznej relacji. Co z jednej strony jest bardzo symboliczne (to ofiara ma głos, a nie kat), z drugiej - tak jak dowiedziałam się, że Rachida była bita przez ojca i dlatego pozwala się bić Liamowi, tak chętnie dowiedziałabym się, skąd wzięły się te zachowania u męskich bohaterów. Gdzie je zaobserwowali? Kto ich tego nauczył? A może są one wpisane w "męskość" jako taką? Miałam wrażenie, że bez tego studium przemocy jest niepełne, bo mówienie głośno o ofiarach to jedno, a szukanie jej przyczyn gdzie indziej niż w syndromie ofiary u kobiet to równie ważna kwestia. Czy przemocy w związku można zapobiec? Czy można ją wyleczyć w zarodku? Czy była jakakolwiek szansa, by historie obu par potoczyły się inaczej?

Chociaż sztuka obraca się wokół przemocy, nie epatuje ani przemocą, ani tanią sensacją. Mimo to jest w stanie wytrącić widza ze strefy komfortu i zmusić do spojrzenia na zamiatane pod dywan kwestie. Zdecydowanie nie jest to, wbrew zapowiedziom twórcom i niektórym recenzjom, sztuka przełamująca jakieś tabu czy jedyna sztuka na ten temat (ba, sam Teatr Dramatyczny wystawia równolegle "Miłość od ostatniego wejrzenia" Verdany Rudan). Ale chociaż osobiście mam do niej wiele "ale", nie odmawiam jej mocy, zapewne też dla osób, które same przemocy doświadczyły, może być diametralnie innym przeżyciem niż dla takich, które tylko teoretyzują. Tak czy inaczej, warto czasem dać się wytrącić ze strefy komfortu. A teatr nadaje się do tego najlepiej.
Droga to narkotyk, czyli "Samotność Portugalczyka" Izy Klementowskiej

5/15/2019

Droga to narkotyk, czyli "Samotność Portugalczyka" Izy Klementowskiej


Każdy kraj ma swoją turystyczną sztampę. Portugalię też da się sprowadzić do paru słów, które zna każdy turysta: porto, fado, saudade. Ale co, gdy pojawia się pragnienie zrozumienia tego, co do tej pory było niezrozumiałe? (...) Iza Klementowska napisała czuły przewodnik po portugalskiej duszy - głosi blurb na czwartej stronie okładki książki "Samotność Portugalczyka", wydanej przez Wydawnictwo Czarne.

Zawsze, gdy trafia w moje ręce książka albo artykuł próbujący w kilku rozdziałach podsumować "duszę" jakiegoś kraju, podchodzę do nich jak do jeża. Szukam wyjątków od zapisanych tam reguł, w myślach polemizuję, wyszukuję kwestie, z którymi się nie zgadzam. Ale chyba właśnie największym błędem w przypadku zbioru reportaży Izy Klementowskiej jest takie zamykanie ich w szufladce, uznawanie, że to podsumowanie "portugalskiej duszy" i próba dopisania do nich jakiejś klamry. Bo owszem, wszystkie mówią o Portugalii - ale bardziej sprawdzają się jako impresje z wędrówek i spotkań z ludźmi niż próba całościowego oglądu tego jakby nie było pełnego sprzeczności kraju, o którego imperialnej potędze Europa powoli zapomina.

Wymyśliliśmy kompas, żeglowanie, solonego dorsza, karty prepaid do telefonów komórkowych. Jako pierwsi na świecie znieśliśmy karę śmierci. (...) Jesteśmy krajem mającym najwięcej tytułów sportowych w hokeju na rolkach.

Mylący, chociaż bardzo ładny, jest też tytuł: "Samotność Portugalczyka". Bo kiedy zagłębimy się w książkę, to okaże się, że w dużej mierze opowiada ona o Lizbonie, a rozmówcami są głównie jej starsi mieszkańcy. Fakt, z różną przeszłością i przede wszystkim z różnym stosunkiem do Salazara, jednego z tych europejskich dyktatorów, który podzielił historię jakiegoś kraju na "przed i po". Fakt, bohaterowie książki mają też różne pochodzenie - aczkolwiek jeśli mowa o mieszkańcach dawnych kolonii, to przede wszystkim króluje Angola, zaraz potem Brazylia. Ale nadal są to mieszkańcy jednej z europejskich metropolii - tylko jeden z bohaterów większość życia spędził w Alentejo. Na chwilę skoczymy też do sanktuarium w Fatimie. Tymczasem jestem pewna, że gdyby podobne rozmowy Autorka przeprowadziła z mieszkańcami Madery, Azorów czy nawet Porto, historie i polityczne zaangażowanie byłoby zupełnie inne. Brakuje też punktu widzenia ludzi młodych, czy raczej są oni w mniejszości. Poszczególne rozdziały czyta się jak rozmowy ze starszymi panami, przesiadującymi na ławeczkach na Rossio i sączących ginję z kieliszków - "pani, kiedyś to były czasy. Teraz nie ma czasów". A już najbardziej brakuje zdjęć - bo podczas czytania niemal widzi się te czarno-białe twarze "Humans of Lisbon" oraz kręte uliczki Alfamy.

Nie jest to w żadnej mierze zarzut do Autorki - bardziej rozdźwięk między tym, co przeczytałam na czwartej stronie okładki, a tym, co znalazłam wewnątrz książki. Bo samą książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli było się kiedyś w Lizbonie, chodziło tymi samymi uliczkami i jadło w tych samych restauracjach co opisywani bohaterowie. Gdybym dostała ją w swoje ręce w liceum, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z Portugalią i językiem portugalskim, zdecydowanie inaczej patrzyłabym na ten kraj i znacznie więcej bym rozumiała. Przede wszystkim w interesujący, momentami rzeczowy, momentami pełen dygresji i ciekawostek sposób - Autorka przeprowadza nas przez dwa tematy, które zdominowały myślenie Portugalczyków o własnym kraju - czyli kolonialną przeszłość i dyktaturę Salazara. Trudno te tematy zrozumieć Polakom, którzy nigdy nie doświadczyli podobnych ambiwalencji i nie musieli się zastanawiać, jak pogodzić dumę z imperium ze wstydliwymi kwestiami niewolnictwa. Oraz jak w ogóle myśleć o Salazarze, który z jednej strony uniknął zniszczeń kraju podczas drugiej wojny światowej, umiejętnie lawirując między Hitlerem i aliantami, a z drugiej niewątpliwie był "tym złym", który pogrążył kraj w biedzie, krwawo tłumił powstania w koloniach, torturował więźniów politycznych i miał na sumieniu jeszcze więcej ludzkich istnień. Tutaj Autorka pokazuje prawdziwą sieć relacji, w których nie ma jednoznacznego podziału na "tych dobrych" i "tych złych". Poruszającą lekturą są sąsiadujące ze sobą rozdziały o Rewolucji Goździków widzianej z różnych perspektyw (przeciwników i popleczników władzy oraz tych zupełnie neutralnych) i ten o właścicielu ziemskim z Alentejo, który - nigdy nikomu nie wyrządziwszy krzywdy - po upadku Salazara został przez komunistów wypędzony z majątku, w którym spędził całe życie.

Portugalia jest jak azulejos (...) Płytki chronią dom przed wiatrem i deszczem. Ale też przyozdabiają go. Mogą opowiadać dowolną historię, a jeśli masz fantazję, możesz złożyć z nich własny obrazek.

Ale reportaże w książce to mozaika również innych tematów i historii. Wśród bohaterów poszczególnych rozdziałów znajdziemy i "Trzy Marie" - feminizujące autorki "Nowych listów portugalskich", które rzuciły wyzwanie wizji kobiety prezentowanej przez reżim Salazara, zgodnie z którą kobieta powinna siedzieć w domu i rodzić dzieci, a jej seksualność to wyłącznie podległość mężczyźnie. Poznamy historię jednego z trzech (*w momencie gdy ukazała się książka, dzisiaj zdaje się już czterech) portugalskich "Sprawiedliwych wśród narodów świata". Czyli Aristidesa de Sousy Mendesa, konsula w Bordeaux, który podczas drugiej wojny światowej, dzień i noc wydając wizy wbrew zakazowi Salazara, umożliwił wjazd do Portugalii kilkudziesięciu tysiącom imigrantów (głównie pochodzenia żydowskiego). Poznamy też jednego z portugalskich pisarzy, Goncalo M. Tavaresa, autora wydanych w Polsce "Panów z Dzielnicy". Inna sprawa, że Tavares idealnie pasuje pod tezę "klucza do portugalskiej duszy" i lizbońskiego saudade. Zapewne zupełnie inaczej wyglądałaby rozmowa z takim Jose Marią Peixoto, który namiętnie podróżuje po całym świecie, a w przerwach pisze piosenki dla zespołu black metalowego ;)

Myślę, że cechą wyróżniającą Portugalczyków jest to, że staramy się zrozumieć drugiego człowieka. Jesteśmy uważni w stosunku do bliźniego. Obserwujemy się. Dlatego często się przepraszamy (com licenca) i dziękujemy nawet za drobny gest skierowany w naszą stronę (Obrigado/Obrigada). Dlatego wszędzie tak dużo rozmawiamy. Jesteśmy ciekawi człowieka, który znalazł się w tym samym czasie i miejscu, co my.

Dlatego, chociaż rzeczywiście książka wydaje się bardzo spójna, to raczej odradzałabym traktowanie jej jako "klucza do portugalskiej duszy" czy kompendium wiedzy o Portugalii. Na to jest trochę zbyt skrótowa, momentami jedynie prześlizguje się po tematach i czasem, zamiast poszerzyć treść, bawi się formą. Obok wnikliwego reportażu o "Trzech Mariach" znajdziemy krótką impresję o "Kogucie z Barcelos". Za to jako zbiór opowieści o skomplikowanej portugalskiej historii XX wieku, widzianej oczami zarówno tych, którzy ją tworzyli, jak i tych, którzy niejako padli jej ofiarą - może się sprawdzić.

Piętnaście lat temu zdawałam maturę

5/07/2019

Piętnaście lat temu zdawałam maturę


Obraz gmccrea z Pixabay

Czytając "Fluffa" zdałam sobie sprawę, że własną maturę zdawałam dokładnie 15 lat temu. Przez ten czas system edukacji i sama matura zdążyła zmienić się wielokrotnie. Ale mam wrażenie, że są rzeczy, które nie zmieniły się w żadnym stopniu przez te piętnaście lat, jak na przykład obowiązkowy stres przed egzaminem, rady z poradników (kiedyś drukowanych, dzisiaj internetowych), by przed maturą "zrelaksować się, wyluzować i nie myśleć o egzaminie" (buehehehehe, dzięki) i pytania rodziny "jak tam? umiesz wszystko?". Przyznam szczerze, że z moich maturalnych wspomnień zostały mi głównie strzępki - może i lepiej, bo wspominając wystraszoną siebie w niedopasowanym żakieciku wypełnionym ściągami odczuwam gwałtowne uderzenia żenady.


***

Jako ostatni rocznik starego systemu edukacji zaliczyłam maturalny rollercoaster - najpierw nauczyciele dręczyli nas "czytaniem ze zrozumieniem" i uczyli, jak odpowiadać według klucza, a potem do władzy doszło SLD i okazało się, że jednak jestem ostatnim szczęśliwym rocznikiem, który będzie zdawał tzw. "starą maturę". Jako że czytanie ze zrozumieniem z niewiadomych względów znacznie zaniżało moje oceny z polskiego, odetchnęłam z ulgą. Podobnie jak na wieść, że nie muszę zdawać matury z matematyki.



***

"Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że twórców, którzy dają ludziom chwilę radości, powinno się cenić wyżej niż tych, którzy każą im płakać? Swój pogląd uzasadnij, odwołując się do wybranych tekstów literackich i dzieł filmowych." - taki temat wypracowania wybrałam na maturze z polskiego 15 lat temu. Wtedy gorąco uzasadniałam, dlaczego się z tym twierdzeniem zgadzam, dzisiaj pewnie nie byłabym już taka zdecydowana - najbardziej lubię takich twórców, na których dziełach śmieję się i płaczę na zmianę. Ciekawe, jak nauczyciele oceniliby dzisiaj powoływanie się na filmy Marvela ;)


***

Dzień przed maturą oglądałam "Młodych gniewnych", a mama pomagała mi robić ściągi. Dziękuję Mamo!


***

Chodziłam do katolickiej szkoły. Ogólnie jej katolickość nie była jakoś szczególnie inwazyjna, tj. nikt nie chodził w mundurkach, nie uczyli księża (ba - jedyny ksiądz uczący religii pojawiał się dość rzadko, bo był zajęty ważniejszymi sprawami). Msza przed lekcjami nie była obowiązkowa i mało kto w ogóle na nią chodził... Ale przed maturą stawili się wszyscy jak jeden mąż, łącznie z tymi programowo bojkotującymi ;)


***

W trakcie matury z polskiego koleżanka spytała mnie szeptem, o czym był "Mistrz i Małgorzata" i czy pasuje do któregoś z tematów. Hm.





***

Wszyscy radzili, że żeby błysnąć w wypracowaniu, trzeba używać jakichś cytatów. Pustka w głowie, więc zacytowałam jedyną złotą myśl, która jako tako kojarzyła mi się z tematem - cytat z Chamforta, który wychowawczyni wpisała mi do pamiętnika w czwartej klasie podstawówki. Nie miałam pojęcia, kto zacz ten Chamfort, ale cytat pasował. Jak się okazało później, dostałam szóstkę, więc cytowanie masona na maturze w katolickiej szkole jednak popłaca.


***

Pracowicie przygotowywanych ściąg użyłam raz, na maturze z geografii, w toalecie, zagłuszając ich szelest wodą z kibla. Byłam tak podekscytowana ściąganiem na maturze, że kiedy wróciłam do sali, zapomniałam już, co przeczytałam na ściądze. To było coś o wiecznej zmarzlinie. 


***

Za cholerę nie wiem, czemu jako drugi przedmiot na maturze wybrałam geografię, z której nie wiedziałam zupełnie nic. Być może miało to coś z miłością do serialu o Kolumbie i wielkich odkryć geograficznych. Do tego mój system nauki pozostawał wiele do życzenia, mianowicie - co jakiś czas w ciągu roku brałam do ręki książkę, czytałam kilka pierwszych rozdziałów i odkładałam, po czym wracałam do niej za jakiś czas, czytając... te same rozdziały. W efekcie do dziś jestem w stanie wyrecytować warstwy atmosfery, ale nie mam zielonego pojęcia, gdzie się w Polsce wydobywa węgiel brunatny.


***

Przed maturą z geografii śniły mi się warstwy atmosfery.


***

Na maturze ustnej wylosowałam pytanie o warstwy atmosfery. Jestem dzieckiem szczęścia.


***

No dobra, tak naprawdę piętnaście lat po maturze wcale nie pamiętam już, jak po kolei nazywały się warstwy atmosfery. 



***

Jedno z zadań na maturze ustnej z geografii polegało na pracy z atlasem. Atlas, który dostałam, pochodził z lat 80. i wciąż była w nim Czechosłowacja i ZSRR.


***

Sama matura nie stresowała tak bardzo, jak oczekiwanie na wyniki. O ile z polskiego byłam mistrzem lania wody, o tyle geografii nie byłam już taka całkiem pewna - sprawdzałam odpowiedzi w raczkującym jeszcze internecie jakieś trzynaście razy dziennie. Dostałam czwórkę i do tej pory nie wiem, jak mi się to udało. 


***

Mówi się, że matura to nic takiego, egzaminy na studiach to dopiero jazda. Yhy, jasne. Tylko że nikt ci nie wmawia przez 4 lata, że od twojego egzaminu na studiach zależy całe twoje życie, twoimi egzaminami na studiach nie interesuje się cała rodzina i nie dzwoni co chwila, żeby spytać, jak ci poszło, o twoich egzaminach nie prowadzą rozmów eksperci we wszystkich telewizjach śniadaniowych i stacjach informacyjnych. Dlatego absolutnie rozumiem tegorocznych maturzystów, ich stresy i wątpliwości - jedyne co mogę powiedzieć na pociechę, to że matura też się kończy. A to uczucie, gdy jest się Po Maturze, pozwala na zrekompensowanie wszystkich stresów. 

A jakie Wy macie maturalne wspomnienia? 
Maturalny weltschmerz, czyli "Fluff" Natalii Osińskiej

5/02/2019

Maturalny weltschmerz, czyli "Fluff" Natalii Osińskiej



Niewiele czytam literatury dla młodzieży i młodych dorosłych, ale na tle tego, co wpadło mi w ręce w ciągu ostatnich lat, książki Natalii Osińskiej błyszczą jak diamenty. Seria, która wyrosła na polemice z konserwatywną wizją świata prezentowaną przez Małgorzatę Musierowicz, zyskała własny głos i powędrowała w naprawdę ciekawe rejony.

Trochę spoilerów.

Tym razem główną bohaterką jest Matylda, szkolna koleżanka bohaterów poprzednich tomów, czyli Tośka (teraz już Daniela) i Leona. Córka rozwiedzionej pary, maturzystka, twórczyni fanartów, która wciąż poszukuje swojego miejsca - w szkole, wśród rówieśników, w rodzinie i w sieci - w social media i różnego rodzaju fandomach. Przekonana, że jest idealnie przeciętna i czasami trochę zazdrosna o swoich barwnych kolegów i koleżanki z ciekawszymi zainteresowaniami niż jej. To taka bohaterka, z którą bardzo łatwo jest się utożsamić, bo kto z nas nie spędził młodości na nieustannym porównywaniu się z innymi, niech pierwszy rzuci kamień.

Tym, za co najbardziej cenię powieści Osińskiej, jest przede wszystkim ich nieoczywistość. Jeśli spodziewamy się jakiegoś schematu, Osińska z wdziękiem go przełamuje. Poruszając się w tematyce LGBT, Autorka unika szufladkowania swoich bohaterów, pokazywania palcem ich orientacji czy w ogóle robienia z niej głównego problemu powieści. Przywykło się bowiem, by o bohaterach LGBT pisać w kontekście opresji, które spotykają ich ze strony społeczeństwa - dlatego nietypowy coming out Tośka w "Fanfiku" to było coś na tle literatury młodzieżowej nowego i świeżego. Podobnie zresztą jest we "Fluffie", który niby jest o homoseksualnej miłości, a tak naprawdę jest o pierwszej miłości w ogóle - a tak naprawdę to wcale nie jest o miłości. Bo nikt tak naprawdę nie wie, czym jest miłość - za to każdy wie, czym jest matura...

We "Fluffie" sygnałów, że na bohaterów mogą czyhać niebezpieczeństwa, jest nieco więcej niż w poprzednich tomach - głównie w rozdziałach pisanych z perspektywy rodziców, którzy zdają sobie sprawę, że ich pociechy już wkrótce wylecą z gniazd i nie będą już mogli chronić ich przed światem. I to właśnie opuszczanie bezpiecznej strefy, przekraczanie granic - w różnych aspektach - jest głównym tematem "Fluffu". Po pierwsze, bohaterowie zdają maturę - z perspektywy trzydziestolatków egzamin jak egzamin, z perspektywy rówieśników Tośka, Leona i Matyldy - rzeź, masakra i Armageddon w jednym, przekroczenie magicznej granicy. Swoją drogą, cały ten opis matury, chociaż nieco różny od moich doświadczeń (nie wrzucałam swoich przeżyć i memów na Instagrama, bo nie było jeszcze nawet Facebooka), przypomniał mi z pełną siłą mój własny maturalny weltschmerz sprzed (łomatko...) piętnastu lat. Po drugie, mamy ślub Sandry, siostry Leona, a więc kolejny magiczny próg na drodze ku dorosłości. Ale są też inne, mniej widoczne granice, które bohaterowie przekraczają. Tosiek/Daniel w końcu decyduje, że chce być facetem. A Matylda się zakochuje. W dziewczynie.

Wika, wybranka Matyldy, jest cosplayerką, a tak jak w poprzedniej części "Czarny Protest", tak w tej wydarzeniem w tle, wokół którego przez większość czasu toczy się akcja, jest Pyrkon. Autorka tym razem opisuje środowiska fanowsko-fantastyczne z perspektywy Matyldy - dziewczyny, która patrzy na nie trochę z dystansu. Bo chociaż porusza się w nich dość sprawnie, to niekoniecznie musi wiedzieć o nich wszystko. I chwała jej za to, bo fakt, że jakiś bohater książki czy filmu jest obeznany w popkulturze, często znaczy, że jest przynajmniej jakimś Sheldonem Cooperem, który obudzony w środku nocy wyliczy stopnie oficerskie wszystkich bohaterów "Star Treka", bywa na wszystkich konwentach i przeczytał wszystkie komiksy Marvela, zanim było to modne. Tymczasem tak jak w poprzednich książkach fakt, że ktoś należy do kółka historycznego nie oznacza, że nie może zbierać na WOŚP, tak tutaj fakt, że wie się o czym jest "Yuri on Ice" nie oznacza, że widziało się "Strażników Galaktyki". I niby jest to rzecz oczywista, ale niekoniecznie dla wszystkich.

Problemem, na jaki trafia Matylda, nie jest jednak wcale niechęć ze strony społeczeństwa, ale - tak jak w przypadku Leona i Tośka - różnice charakterów. I coś jeszcze. Wika ma bliżej nieokreślone zaburzenia psychiczne (Autorka swoim zwyczajem nie nazywa wprost, czy chodzi o zespół Aspergera czy o chorobę dwubiegunową, czy o coś jeszcze innego), przez co ich związek - czy raczej relacja - to prawdziwy rollercoaster. Wika to również osoba, która swoją bezpieczną strefę opuszcza tylko i wyłącznie w masce (i to dosłownie, w końcu jest cosplayerką), podczas gdy Matylda chciałaby dotrzeć do prawdziwej Wiki. Czy taki związek ma szansę na przetrwanie?

Poprzednie książki, przez fakt osadzenia w Poznaniu, wśród nastolatków i tematykę pierwszych miłości i szkolnych problemów były w oczywisty sposób porównywane z "Jeżycjadą" Małgorzaty Musierowicz. Również we "Fluffie" można doszukać się pewnych analogii. Z jednej strony relacja Matyldy i Wiki przypomina trochę relację Ceśki i Danki z "Szóstej Klepki", czyli ambitnej i trochę stłamszonej przez rodziców uczennicy i tej drugiej, która swoim niedopasowaniem usprawiedliwia swoje lenistwo i wszelkie problemy, na jakie napotyka w życiu, a do tego niczym wampir pochłania energię przyjaciółki. Podobnie jak Ceśka Dankę, Matylda początkowo idealizuje Wikę, która jest tak bardzo różna od niej i ma tak bardzo ciekawą osobowość... Po czym okazuje się, że jednak nie jest tak różowo, a zalety nie przysłaniają jednak paru wad. Mamy też ukochany przez panią MM motyw z ostatnich książek, czyli ślub i wesele - który jednak, jak się domyślamy, we "Fluffie" nie będzie najpiękniejszą chwilą w życiu bohaterki.

Powieść ma swoje wady - jak na "Fluff" przystało, jest słodko i momentami miałam tym razem wrażenie, że trochę jednak za słodko, bo jednak miłość nastolatków to nie tylko trzymanie się za ręce i skryte pocałunki. Z drugiej strony - można to usprawiedliwić konwencją. Trochę też za bardzo stereotypowo traktuje Autorka rodziców Leona - liczyłam, że wesele potoczy się jednak nieco inaczej, tym bardziej że we wcześniejszych powieściach mieliśmy ciekawe przełamania i zaskoczenia przy wątkach postaci takich jak Sandra, ojciec Tośka czy ciotka Idalia. Ale głównym moim zarzutem do powieści jest jednak to, że jest... taka krótka. Urywa się w momencie, gdy naprawdę chciałabym wiedzieć co dalej. Tymczasem znowu trzeba czekać na kolejny tom...


Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli spoilerowa recenzja "Avengers: Koniec Gry"

4/28/2019

Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli spoilerowa recenzja "Avengers: Koniec Gry"



Nie będę oszukiwać, mówiąc, że byłam wierną fangirl uniwersum Marvela od czasów pierwszego "Iron Mana". Wręcz przeciwnie, weszłam w superbohaterskie klimaty dość późno, a potem sporo filmów przyniosło mi zawód. Wszystko poszło w niepamięć w zeszłym roku, kiedy "Avengers: Infinty War" zgniotło moje serce na dżemik, a rok stał się jednym wielkim odliczaniem do premiery kolejnej części.

UWAGA - W TYM TEKŚCIE AŻ ROI SIĘ OD SPOILERÓW. 

Nie będę też oszukiwać, że "Endgame" przyniósł mi te same emocje, co poprzednia część. To było raczej niemożliwe - idąc na "Infinity War" tych emocji się zupełnie nie spodziewałam, podczas gdy teraz, niczym mała dziewczynka, budowałam sobie w głowie kolejne, piętrowe oczekiwania. To nadal są emocje, ale zupełnie inne. Te, które łączą się z końcem jakiejś popkulturalnej przygody - te, które towarzyszą zamykaniu ostatniego tomu "Harry'ego Pottera", pustce po "Powrocie Króla" albo po finale ulubionego serialu. Co jest o tyle paradoksalne, że w gruncie rzeczy "Koniec Gry" nie jest końcem - bardziej przekazaniem władzy. Ale pożegnania z ulubionymi bohaterami są nieuniknione, a łzy poleją się na co bardziej wzruszających scenach.

Jedno jest pewne, i to jest zarówno wada, jak i zaleta filmu - bez znajomości uniwersum nie ma co do filmu podchodzić, bo chociaż ładunek emocjonalny może dotrzeć nawet do osób, które nie oglądały poprzednich filmów Marvela, to jednak sporo scen może być niezrozumiałych, lub nie do końca zrozumiałych. Nikt tu się nie bawi w wyjaśnienie relacji między postaciami, powiem więcej - niektóre sytuacje zostały wyjaśnione tylko i wyłącznie w jakiejś scenie po napisach z wcześniejszych filmu. I o ile wielokrotnie irytowało mnie to w niektórych odsłonach cyklu, to tutaj jest to absolutnie uzasadnione - ten film to jest pieśń miłosna skierowana od twórców do fanów, która przywołując ulubione momenty, będzie poruszać ich serca.

Ponieważ uległam powszechnej spoilerofobii, a każde zdjęcie z filmu zdradza fabułę, wrzucam randomowe zdjęcia z premiery ;) Źródło: IMBD

"Avengers: End Game" to podróż w czasie. Dosłownie - bo bohaterowie, żeby odwrócić to, co stało się w poprzedniej części, muszą nagiąć nieco reguły fizyki kwantowej i wyruszyć w przeszłość. I w przenośni, bo dzięki temu widzowie odbywają tę podróż razem z nimi, przypominając sobie, co wspólnie z nimi przeszli. A każdy z bohaterów przeszedł naprawdę sporo, stracił przyjaciół, rodzinę, bliskich - lub zyskał nowych. Każde zdarzenie z przeszłości jest kamyczkiem, które w jakiś sposób ich ukształtowało - czy to wielka bitwa, czy kameralna rozmowa. Nie wiem, czy jest sens zastanawiania się nad konsekwencjami i logicznymi aspektami tych podróży, bo wszelkie teorie kontinuum czy alternatywnych rzeczywistości są tu nagięte do widzimisię scenarzystów do granic możliwości - ale podczas oglądania tylko jakaś malutka cząstka mózgu woła "coś tu jest nie tak". Liczą się emocje, jakie przeżywamy podczas powrotów, powitań i pożegnań.

W centrum filmu są "starzy" Avengersi, którzy - po tym jak stracili większość przyjaciół i po nieudanej próbie ich odzyskania - muszą jakoś radzić sobie w świecie, z którego zniknęła połowa populacji. Każdy z nich radzi sobie na swój sposób - Kapitan Ameryka szuka jasnych stron i prowadzi grupę wsparcia, Thor upija się na umór i rżnie w Fortnite'a w Nowym Asgardzie, Natasza ucieka w pracę i zachowuje się jak Nick Fury... i tak dalej. Gdy nagle po pięciu latach ze świata kwantów powraca Ant-Man i zaczyna bredzić coś o alternatywnych wymiarach i podróżach w czasie, pojawia się nowa nadzieja.

Ta pierwsza część, w której dzieje się w gruncie rzeczy niewiele, a scenarzyści skupiają się na relacjach między postaciami, może powodować u widza pewną niecierpliwość - w końcu wszyscy czekamy na ostateczną rozprawę - a z drugiej strony tylko oddala to, co nieuniknione. Mnie nie dłużyła się ani trochę. Trzeba przyznać, że każdy ze starej gwardii dostaje tu odpowiednią ilość czasu ekranowego, żeby móc godnie pożegnać się z fanami. A twórcy wręcz mnożą sceny, w których mają szansę dać widzowi po głowie popkulturalnym obuchem. Momenty, w których kapitan Ameryka mówi "Heil Hydra" i ten, w którym łapie młot Thora, zostały w kinie nagrodzone rzęsistymi oklaskami.




Na najbardziej tragiczną postać wyrasta jednak Iron Man - właściwie już od poprzedniej części, w której Pepper powiedziała mu, że jest w ciąży, szykowałam się na pożegnanie z tym bohaterem. I chociaż odchodzi niejako na własnych warunkach, to zostawia wszystko to, co udało mu się zbudować i rozdziera to serce. Zwłaszcza gdy widzimy, jaką przeszedł przemianę: od egoistycznego multimilionera z pierwszych filmów Marvela do herosa, który jest w stanie poświęcić własne z trudem odnalezione szczęście i oddać życie za innych. Oczywiście jego sceny powitania i pożegnania z Peterem Parkerem rozdzierają serce jeszcze bardziej.

Jest jeszcze Thor, w którym łatwo zobaczyć, ekhm, beczkę śmiechu, bo od czasów "Ragnaroka" stał się takim Marvelowskim Goofym. Ale jemu z kolei twórcy fundują najbardziej bolesny powrót do przeszłości, gdy z jednej strony widzi to, co utracił, a z drugiej - godzi się z tym. Tak jak nie byłam fanką Thora po rozbuchanym "Ragnaroku", tak po tym i poprzednim filmie kupuję go całego - naprawdę łatwo się śmiać z jego przemiany w Lebowskiego, ale wystarczy wspomnieć, z jakiego pułapu spadł i śmiech jakoś więźnie w gardle.



Szkoda wielka, że ani Czarna Wdowa, ani Hawkeye nie doczekali się do tej pory własnego filmu - przez to, że zawsze byli tylko tłem dla innych postaci, ich poświęcenie i tragizm nie do końca mają szansę wybrzmieć - nie wiemy, jakie przeszli drogi, w odróżnieniu od pozostałych. Dlatego, chociaż dostają ważne role i jedno z nich ginie, cały czas czegoś mi brakowało.

Scenariuszowo film nie cieszy aż tak bardzo jak "Infinity War", gdzie za sam błyskotliwy pomysł na strukturę (odwrócona "podróż bohatera" i zwycięstwo antagonisty) dałabym twórcom jakiegoś specjalnego Oscara. Rozpoczęcie filmu od klęski i świata po klęsce już się bowiem w filmach superbohaterskich zdarzało, że wystarczy wspomnieć X-Menów. Ale raczej należało się spodziewać, że w tym filmie historia wróci na właściwe tory i otrzymamy bardziej tradycyjną opowieść o walce dobra ze złem. Sama struktura też jest nieco bardziej rwana niż w poprzedniej części, ale trudno się dziwić, skoro opowiadamy już nie tylko w różnych planach przestrzennych, ale też czasowych.


Wcale nie chcę narzekać na ten film, wcale... A jednak muszę wspomnieć, że za to, co scenarzyści, reżyser i reszta ekipy zrobili z postacią Kapitan Marvel, woła o pomstę do nieba. Nie wiem, czy ktoś nie dał komuś do przeczytania scenariusza, czy też komunikacja zawiodła na jakimś innym etapie, ale "Endgame" to krok wstecz w stosunku do tego, co zobaczyliśmy niecałe dwa miesiące wcześniej na jej solowym filmie. Widać, że twórcy nie wiedzieli jeszcze, jaki będzie odbiór bohaterki, więc po prostu użyli jej do łatania dziur fabularnych, starając się, żeby jednak nie miała zbyt dużego wpływu na akcję. Popełniono tu dokładnie te same błędy co przy roli Visiona w "Czasie Ultrona", czyli bohater pojawia się, walczy, po czym znika pod jakimś pretekstem i pojawia się na zasadzie deus ex w momencie, gdy każe mu imperatyw scenariopisarski. Oczywiście trudno by było żądać, żeby Kapitan Marvel sama pokonała Thanosa, ale żal, że aż tak bardzo zmarnowano tę postać.

Jeśli o aktorstwie mowa, to kolejny raz chylę czoła. Gwiazdorski skład, jaki wjechał w tym filmie, może oślepić. Sporo tu powrotów (Robert Redford, Hayley Atwell, cudowna Rene Russo), sporo epizodów (chociaż film trwa ponad 3 godziny, to przy takim natłoku postaci trudno się dziwić, że nie każdy dostał tyle czasu ekranowego, ile trzeba), ale nawet w tym szaleństwie widać jedno - to, jak aktorzy zżyli się ze swoimi postaciami i ze sobą. Wystarczy jeden gest, spojrzenie, jedno słowo, żeby widz zrozumiał co myślą, i co czują. Gdzieś tam zaciera się granica między prawdą a superbohaterską fikcją i wcale nie myślimy o tym, że płaczemy po fikcyjnych postaciach. Do tego twórcy wiedzą już, w jakich sytuacjach pokazać ich nam, żeby wzbudzić w nas emocje. Scena, w której Kapitan Ameryka staje sam naprzeciwko Thanosa sprawiła, że miałam dreszcze.

Pisałam na początku, że oglądaniu filmu towarzyszą te same emocje, co "Powrotowi Króla", ale trudno filmy Jacksona z filmami z MCU porównywać. Filmy Marvela to coś więcej niż filmy na podstawie komiksów - to cały wszechświat, który nagle eksploduje nam na jednej sali kinowej. Jakie będą losy tego uniwersum? I czy za dziesięć lat będziemy tak samo ronić łzy nad Czarną Panterą i - strzelam - Milesem Moralesem, Kamalą Khan, X-menami, którzy być może wkroczą do Uniwersum w nowych wcieleniach? Albo innymi bohaterami filmów i seriali? A może pojawi się nowe uniwersum, które przełamie szykujący się monopol Marvela w popkulturze i rozpali wyobraźnię widzów tak, jak niegdyś "Harry Potter" albo "Gwiezdne Wojny"? Rękawica została rzucona. Mam nadzieję, że "Koniec gry" to dopiero początek jeszcze większej popkulturowej przygody.
Taka ładna rodzina, czyli "Next to Normal"

4/17/2019

Taka ładna rodzina, czyli "Next to Normal"


Ostatnio żartowałam z twórców musicalu "Doktor Żywago", którym przyszło do głowy dopisać piosenki do klasyki literatury rosyjskiej. W takim razie co powiedzieć o twórcach "Next to Normal", którzy pewnego dnia obudzili się z myślą "Hej, zróbmy musical o... chorobie afektywnej dwubiegunowej! To będzie hit!".

I, o dziwo, tak się stało. "Next to Normal" nie tylko zdobył 11 nominacji do nagród Tony (aczkolwiek większość nagród sprzątnął mu sprzed nosa "Billy Elliott"). Zapisał się również w historii jako jeden z dziewięciu musicali, którym udało się otrzymać nagrodę Pulitzera w dziedzinie dramatu (w ciągu ostatnich trzydziestu lat udało się to jeszcze tylko "Rent" i "Hamiltonowi"). Mimo tych zasług, z wymienionych jest też zdecydowanie najmniej znany w Polsce - podczas gdy "Rent" był już czterokrotnie wystawiany w naszym kraju, a "Hamiltona" zna chyba każdy, kto interesuje się musicalem choćby z doskoku. Co wcale nie znaczy, że nagrodę dostał przypadkiem, o nie. "Next to Normal" to musical, który zaskakuje nie tylko dobrą ścieżką dźwiękową, lecz także tym, jak głęboko dotyka bardzo trudnego tematu - życia w rodzinie, w której jedna osoba cierpi na chorobę psychiczną. Tego, jak dotyka ona nie tylko chorego, lecz także jego bliskich.


Aż chce się powiedzieć "jak nie musical". Jakby nie było, musicale w naszym kraju ciągle kojarzą się z wielkimi widowiskami, kostiumami, zbiorowymi epickimi numerami wokalnymi i scenami tanecznymi. Tymczasem "Next to Normal" znacznie mocniej niż z klasyków Andrew Lloyda Webbera i Sondheima czerpie z klasyki dramatu. Niewielką ilością postaci, ascetycznymi dekoracjami, emocjami przypomina taką klasyczną amerykańską sztukę teatralną opartą na relacjach między bohaterami i ich stopniowej ewolucji - z tym, że dialogi i monologi zamiast mówione, są śpiewane. Oczywiście, można spytać "po co". Z jednej strony oczywiście "bo dlaczego nie", ale z drugiej... musical to zdecydowanie większa możliwość oddziaływania na widzów. A jeśli któryś z nich wyjdzie z teatru nie tylko z dobrą muzyką w głowie, ale też z refleksją na temat chorób psychicznych - to mamy podwójne zwycięstwo.

O fabule nie będę się rozpisywać - o ile w teatrze czy operze zjawisko spoilera raczej nie przeszkadza (jakby nie było, przed każdym spektaklem można kupić program, w którym często są streszczane wszystkie wydarzenia ze sztuki), o tyle przy "Next to Normal" im mniej wiecie o fabule, tym lepiej. Jest moment, w którym wszyscy niedomyślni widzowie zrobią jedno wielkie "wow", jest parę zaskakujących zwrotów fabularnych - pokazujących, że życie z taką chorobą to jeden wielki rollercoaster. Tak jak bohaterka przechodzi od manii do depresji, tak i musical przeskakuje z jednej tonacji w drugą - od scen rodem z amerykańskiej komedii dla nastolatków do ponurego dramatu.


Cała obsada daje z siebie wszystko - a to na ich barkach spoczywa cały ciężar spektaklu. Największy zaś - na barkach odtwórczyni głównej roli, czyli Katarzyny Walczak. Aktorka, którą znałam wcześniej z "Tańca Wampirów" gra naprawdę całą sobą, oddając niesamowicie złożoną osobowość swojej bohaterki, zmagającą się nie tylko z chorobą, lecz także z oczekiwaniami rodziny i własną tragiczną przeszłością. Dzielnie sekunduje jej Damian Aleksander, którego baaaaaardzo dawno nie widziałam w teatrze, a który niepostrzeżenie przeskoczył od ról Chrisa w "Miss Saigon" i Danny'ego Zuko do roli pogubionego w życiu, ale dzielnie walczącego o rodzinę ojca nastolatki. To samo zresztą tyczy się Marcina Wortmanna, który z ról młodych naiwnych amantów awansował na poważnego (no... powiedzmy :)) psychologa. Nie da się ukryć - w teatrze musicalowym nastąpiła zmiana warty. Ciary po plecach przechodziły, gdy śpiewał Piotr Janusz jako Gabe. Ale chyba najbardziej podobała mi się musicalowa debiutantka (jeśli się nie mylę) Karolina Gwóźdź w roli Natalie - dziewczyny, która od osoby mającej wszystko pod kontrolą przeskakuje do całkowitego braku hamulców.

Soundtrack z musicalu to jedna z tych ścieżek dźwiękowych, którą trzeba przesłuchać więcej niż raz, żeby w pełni ją docenić. Może nie ma tam jakichś megahitów, ale piosenki w końcu wpadają w ucho. Również libretto autorstwa Jacka Mikołajczyka jest naprawdę niezłe - ciekawe, czy doczekamy się płyty, bo chciałabym posłuchać tych tekstów dokładniej (akustyka sali czasami niestety je zagłuszała). Co prawda trochę niuansów się w nich gubi jak "Superboy and the Invisible Girl" przetłumaczone na "Superbrat jego siostra duch", ale to raczej nieuniknione i niestety wynika z ich nieprzetłumaczalności. Ale jako że nie jestem miłośniczką tego, co w librettach robi Daniel Wyszogrodzki, miło było posłuchać, że są musicale, które dają radę bez rymów częstochowskich.



Cieszę się, że powoli Polska otwiera się na te "mniejsze" musicale: w Romie od paru lat z sukcesem działa Nova Scena, swoje robi też Rampa ("Kobiety na skraju załamania nerwowego"). Miejmy nadzieję, że sukces "Next to Normal" (a jak patrzyłam, to recenzje są zdecydowanie entuzjastyczne) otworzy drogę takim spektaklom jak choćby "Dear Evan Hansen" (bo o "Come From Away", mierzący się z baaaardzo nie-musicalowym tematem, czyli atakiem na WTC, to raczej nie marzę ;)). To świetny przykład dla niedowiarków, że musical to naprawdę szeroki gatunek i nie oznacza tylko roztańczonej rewii, że jest w nim miejsce na mrok i poważne tematy. A piosenki, które nadają im jednak lekkiego odrealnienia, sprawiają, że te tematy są znacznie lepiej przyswajalne.


I niech ci się nie śni, że to kwestia mięśni, czyli "Shazam!"

4/09/2019

I niech ci się nie śni, że to kwestia mięśni, czyli "Shazam!"


Ostatnie filmy DC przyzwyczaiły nas do Mhroku przez duże Mhr, a scenariuszowe dziury w "Legionie samobójców" czy "Batman v Superman" raczej wyczerpały moją cierpliwość do tego uniwersum. Zwiastunem zmian była dopiero "Wonder Woman" - zupełnie nieoczekiwanie okazała się filmem może nie przełomowym, ale angażującym w losy bohaterów, które wcześniej zupełnie mnie nie obchodziły. "Liga sprawiedliwości" jednak wróciła na utarte tory - znowu był Mhrok, scenariuszowe dziury, plus kilka nieporadnych prób wprowadzenia humoru. Co prawda potem był też "Aquaman", który nie był zły i bawiłam się na nim całkiem nieźle, ale 3 miesiące po seansie nie pamiętam już z niego ani jednej sceny.

No i nagle, ledwie miesiąc po premierze "Kapitan Marvel", DC funduje nam swojego "Kapitana Marvela", czyli "Shazama", który jest z jednej strony baaaardzo odległy od tego, do czego przyzwyczaiły nas filmy z mhrocznego uniwersum, a z drugiej - korzysta z tego, co już udało się zbudować i dekonstruuje wszystko w lekki, zabawny sposób. Lekki, zabawny i DC? Czy to się nie wyklucza? A jednak nie, i jeśli straciliście już wiarę w to uniwercośtam, to... no w sumie po Shazamie możecie ją stracić jeszcze bardziej, bo trzeba nastawić się na to, że twórcy nie oszczędzą żadnej superbohaterskiej świętości.

Uwaga - rozliczne spoilery :)



Fabuła "Shazama" (poza oryginalnym komiksem, oczywiście) całymi garściami czerpie z archetypicznych opowieści o Wybrańcu. Tym Wybrańcem jest tu niejaki Billy Batson, niepokorny nastolatek, który właśnie trafił do kolejnej rodziny zastępczej po tym, jak z poprzednich dziewięciu uciekł albo został wyrzucony. Przypadkiem uciekając przed szkolnymi prześladowcami, trafia do innego wymiaru, gdzie tajemniczy mędrzec każe mu... ekhm, położyć dłonie na jego lasce i wypowiedzieć jego imię. A imię to Shazam! BANG!

Do tej pory fabuła rozwijała się raczej grzecznie i standardowo, można wręcz powiedzieć, że lekko się wlokła. Drugi akt filmu całkowicie zmienia ton - tam, gdzie w poprzednim była powaga, tutaj są heheszki, tam gdzie wcześniej był uśmiech, tutaj jest rechot. I o dziwo, ta wolta wypada całkiem naturalnie - no bo hej, czy wam by nie odbiło, gdyby nagle jakiś kolorowy dziadek zrobił z was niepokonanego superbohatera? I co w ogóle powinien robić taki superbohater?



Na całe szczęście Billy/Shazam, jak na superbohatera przystało, ma swojego pomocnika, chłopaka z tej samej rodziny zastępczej, zafascynowanego superbohaterami Freddy'ego. Freddy o mrocznych mścicielach wie wszystko i z absolutną pewnością siebie testuje supermoce swojego kumpla, metodami, których lepiej nie wypróbowywać w domu. Zabawne, że twórcy wręcz pokazują w filmie taką informację - być może prawnicy DC przerazili się po pierwszej kolaudacji. Te sceny dają twórcom pretekst do tego, by trochę pobawić się w "co by było, gdyby..." i zastanowić się, gdyby tak naprawdę, realnie, zwykły nastolatek zmienił się w superbohatera. Dorosłego superbohatera, dodajmy. Bo większość komizmu wypływa wcale nie z tego, że przeciętniak zmienił się w herosa, a raczej z tego, że nasz superheros rozumuje wciąż jak typowy, nabuzowany hormonami nastolatek. Pierwszymi decyzjami Shazama jest więc legalny zakup piwa, wagary, doładowywanie ludziom komórek i... wizyta w klubie go-go. Do tego dodajmy jednak parę kpin z superbohaterskiego etosu - przykładowo, ktoś zastanawiał się kiedyś, jak załatwia się Batman, skoro w swoim body nie ma rozporka? ;)

Problem w tym, że czarnoksiężnik szukał swojego Wybrańca znacznie dłużej... a jednym z tych, którzy się nie sprawdzili, jest niejaki Thaddeus Sivana. Ten całe swoje życie poświęcił temu, by wrócić w to samo miejsce i wygarnąć czarownikowi, co o tym wszystkim myśli. Gdy dowiaduje się, że jest już za późno, zrobi wszystko, żeby pozbyć się Wybrańca. Jest też łysy i oko mu świeci, jak na porządny czarny charakter przystało. 


Ogólnie przez cały film towarzyszyło mi takie poczucie, że już gdzieś to wszystko widziałam - ten klimat, tego bohatera, tego złoczyńcę. Do tego cała stylistyka, łącznie z finałową rozprawą w wesołym miasteczku - cały ten film, chociaż bohaterowie noszą komórki i nagrywają materiały na youtube'a, do złudzenia przypomina produkcje familijne z lat 80., z "Dużym" na czele. Wiecie, te wszystkie historie z cyklu "Walt Disney przedstawia", gdy dzieciak z domu dziecka albo rozwodzącej się rodziny dostaje supermoce/spotyka kosmitę/zostaje Wybrańcem. Niektóre sceny zresztą celowo do tych produkcji nawiązują - i oczywiście jest to wyjątkowo bezczelny chwyt, mający na celu wywołać efekt nostalgii u staruszków na tych filmach wychowanych. Ale działa. 

Nie jest jednak Shazam! wyłącznie śmieszkowaniem - cała fabuła jest zaskakująco dojrzale poprowadzona i dużo bardziej angażująca niż przygody Batmana czy Supermana. Scena, gdy Billy w końcu dowiaduje się o swojej matce jest naprawdę przejmująca i wyjęta jakby z zupełnie innego porządku niż reszta filmu, ale przez to zapadająca w pamięć. Podobnie antagonista - jego motywacje są bardzo przekonujące i możliwe do zrozumienia. Z drugiej strony... czy aby na pewno? Pytanie, co tak naprawdę uczyniło z Sivany superzłoczyńcę - czy fakt, że był niekochanym dzieckiem, czy raczej fakt, że na 5 minut dostał do ręki wspaniałą zabawkę, która po chwili została mu odebrana. Szkoda też, że cały motyw siedmiu grzechów głównych, sił, które opętują dorosłych, ale Billy jest na nie niewrażliwy, nie został do końca wykorzystany, bo miał naprawdę spory potencjał. Niemniej potworki są odpowiednio straszne i dzieci o wrażliwych nerwach mogą mieć potem problemy z zaśnięciem. 


To, co może naprawdę przeszkadzać w "Shazamie" to ciągłe zmiany tonu - ze standardowej opowieści o Wybrańcu film staje się nagle zwariowaną, pełną gagów komedią, która nagle jest przerywana dramatycznymi wątkami, a sceny rodem z filmu familijnego sąsiadują tu z paroma pełnymi naprawdę brutalnej przemocy. Ja taki miszmasz kupuję (zresztą - czy nie to samo mieliśmy w "Deadpoolu"?), ale rozumiem, że nie każdemu musi to pasować. Nie zgodziłabym się też z zarzutami, że DC próbuje tutaj kopiować Marvela - jeśli już, to humor można by porównać bardziej do "Deadpoola" w wersji familijnej niż do "Avengersów", gdzie jest on jednak głównie dodatkiem.

Drugą rzeczą, którą może budzić wątpliwości, jest fakt, że jednak to nadal uniwersum DC i ten sam świat, w którym po ulicach jeżdżą batmobile, Wonder Woman ratuje małe kotki i nigdy nie wiesz, kiedy przed nosem przebiegnie ci Flash. A co za tym idzie, sam fakt bycia superbohaterem nie jest wcale tak magiczny i wyjątkowy, jak by się mogło wydawać. Czyli podobny problem jak z Marvelowskim "Ant-Manem" - jak być wyjątkowym superbohaterem w świecie pełnym wyjątkowych superbohaterów? Twórcy "Shazama" rozwiązują jednak ten problem w zupełnie inny sposób, mianowicie ignorują go. Film staje tu gdzieś w pół kroku - z jednej strony bohaterowie, zamiast kryć się z mocami, wrzucają filmiki na YouTube'a, a Filadelfia jest dumna, że ma własnego superherosa, z drugiej - czy pojawienie się nowego metaczłowieka nie wywołałoby większego zainteresowania?

Jedno jest pewne - bez względu na to, czy aktorzy na ekranie akurat śmieszkują, czy grają na poważnie, widać, że doskonale się przy tym bawią - wszystko jest tu lekkie, niewymuszone, a twórcy nieustannie mrugają okiem do widza. Wyjęcie kijów z... zdecydowanie posłużyło panom z DC. I nie, nie chcę wcale, żeby Superman i Batman podążyłu tym tropem (aczkolwiek znając decyzje tego studia, nie zdziwiłabym się), ale trochę świeżości by się tym ważniakom z Ligi Sprawiedliwości przydało.


Share Week 2019

3/31/2019

Share Week 2019



Jak dotąd wszelkie akcje z blogerskiego świata omijałam, przyglądając się jedynie z daleka. Ale Share Week to akcja naprawdę zacna i pozwalająca na wydobycie z czeluści internetu prawdziwych perełek, o których być może nie słyszeliście. A więc - oto moje typy :)


Połączenie kryminalistyki z popkulturą w lekki, przystępny dla przeciętnego zjadacza kryminałów sposób. Autorka ma nie tylko dużą wiedzę na temat kryminalistyki, ale też doskonale wie, jak ją przekazać.


KULTURALNA MEDUZA

Wśród blogów z recenzjami książek i filmów nie jest łatwo trafić na blog z recenzjami wnikliwymi, nie będącymi jedynie parafrazą opisu wydawcy/dystrybutora. To z tego bloga czerpię większość swojej wiedzy na temat Young/New Adult, a wierzcie mi, nie jest łatwo o tej literaturze pisać wnikliwie i merytorycznie.

GRYZIPIÓR

Autorka pisze rzadko (niestety!) ale jak już coś napisze, to czapki z głów, klękajcie narody. Gryzipiór to mistrzyni docierania do drugiego, trzeciego i czwartego dna filmów, książek i seriali. Liczę na analizy kolejnego sezonu "Gry o Tron" i żarliwe dyskusje w komentarzach.

Zastanawiałam się do ostatniej chwili, bo blogów, które czytam jest naprawdę sporo, tak że wybór trzech był niemal niemożliwy. Ale jeśli chcecie poczytać coś ciekawego, mądrego, rozwijającego kulturalnie, to jest to na pewno dobry wybór :)


Miłość, śmierć, roboty i cycki, czyli animowana antologia od Netfliksa

3/30/2019

Miłość, śmierć, roboty i cycki, czyli animowana antologia od Netfliksa



W zamierzchłych początkach bloga, gdy miałam jeszcze bardzo dużo czasu, zdarzyło mi się popełnić tekst o krótkometrażówkach z robotami w roli głównej - "Milusie maszyny, czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach". Ktoś w Netfliksie najwyraźniej go przeczytał i postanowił zrobić mi prezent, zapraszając do współpracy 18 różnych studiów zajmujących się animacją, które stworzyły antologię krótkometrażowych filmów "Love, Death & Robots".

Za sam pomysł zdecydowanie Netfliksowcy zasługują na piątkę z plusem. Po pierwsze to wyjątkowa szansa, by shorty, które poza tymi nominowanymi do Oscara raczej nie przebijają się do powszechnej świadomości trafiły "pod strzechy". Po drugie - to również szansa dla twórców animacji na zaprezentowanie swoich umiejętności. Każdy z filmów jest zrealizowany inną techniką - od komiksowego 2D, poprzez kreskę w stylu anime, klasyczne 3D rodem z filmów Pixara, filmy przypominające animatiki do gier aż po hiperrealistyczne arcydzieła grafiki komputerowej.

Gorzej jest niestety na poziomie scenariuszowym. O ile każdą z animacji ogląda się spoko (krótki format sprawia, że można je oglądać gdzie się tylko da - do śniadania, w metrze, w kolejce do lekarza), o tyle jako całość "Love, Death & Robots" wypada strasznie płytko. Co może dziwić, biorąc pod uwagę, że inspiracją dla twórców (czy raczej twórcy - autorem większości scenariuszy jest jedna osoba, Philip Gelatt) były opowiadania twórców takich jak Ken Liu, Alastair Reynolds czy John Scalzi. Być może twórcy uznali, że skoro roboty, to główną grupą docelową filmów będą mityczne pryszczate nerdy, które na widok walczących mechów i - przede wszystkim - cycków na ekranie rzucą swoje gry komputerowe, pizzę i płyn antytrądzikowy i dokupią subskrypcję Netfliksa na kolejny miesiąc. Szkoda, bo jednak figura robota w kulturze to trochę coś więcej niż strzelający z bazooki mech i mogą służyć one do czegoś więcej niż seks i walka. Sporo można znaleźć w internecie shortów - wystarczy zajrzeć do wspomnianej notki - którym udało się dotrzeć do jakiegoś drugiego dna i wcale nie straciły przy tym na filmowej atrakcyjności.

Ale po kolei... (uwaga! spoilery!




Pierwszy z filmów, "Sonnie's Edge" wizualnie robi wrażenie i jest naprawdę mocnym uderzeniem, które sprawia, że chce się sprawdzić, co dalej. Ale tak po głębszym zastanowieniu sama historia pozostawia jednak wiele do życzenia, bo jest taką trochę wariacją na temat "jak facet wyobraża sobie feministyczny film" - mianowicie, ma być kobieta, która mści się na facetach za krzywdę (oczywiście krzywdę pokazaną w bardzo wizualny sposób) i lesbijski seks. A potem tenże facet dziwi się, że kobietom coś takiego się nie podoba, te feminazistki to już same nie mają pojęcia, czego chcą. Doceniam dobre chęci i krwawe cycki na ekranie już mnie nie szokują, ale jakoś tego nie kupuję.

Kupuję za to "Three robots", chyba najfajniejszy z filmów z antologii, być może dlatego, że stanowi odprężenie po ciężkim i ponurym pierwszym shorcie. Mimo króciusieńkiej formy udało się przemycić ciekawe, zróżnicowane postaci, zabawne dialogi i koty - swoją drogą, scenarzysta chyba musi lubić koty, bo te pojawiają się w dość... zaskakujących momentach w różnych filmach. Może nie ma tu jakichś głębszych przemyśleń, ale jest to tak zgrabne, tak niewymuszone, że świetnie się ogląda. Film obejrzałam zarówno z angielskim, jak i z polskim dubbingiem - w obu polecam.

"The Witness" - hmmm, sama nie wiem, co o tym filmie powiedzieć, bo trudno mi było się w nim dopatrzeć nie tyle drugiego dna, co nawet tego pierwszego - być może miał być tylko popisem wizualnym i okazją do pokazania kolejnych cycków, by zniechęcone poprzednim shortem nerdy nie wyłączyły komputerów. Jeśli chodzi o animację, to plasuje się w czołówce, jeśli oceniać je pod względem scenariuszowym, to właściwie niewiele jest tu do oceniania, bo przewrotka na koniec staje się oczywista już w połowie.



"Suits" - czyli grupa farmerów w mechach kontra istoty z innego wymiaru. Robot jest tu traktowany czysto utylitarnie, a cała fabuła skupia się jednak na ludziach. Przypomina mi się świetny wykład Krzysztofa Piskorskiego z jednego z konwentów o najdziwniejszych patentach, w tym "pługoarmacie", rewolucyjnym połączeniem pługu z armatą (thank you, Captain Obvious), która miała chronić północnoamerykańskich pionierów przed grupami rabusiów. Tylko no więc właśnie - w  filmie są armaty, ale brakuje pługów. Połączenie amerykańskiego rancza z robotami to temat samograj, ale trochę za mało dostaliśmy normalności, o którą bohaterowie walczą, a trochę za dużo strzelania do ruchomych celów.

"Sucker of Souls" - yyy, ale w sumie gdzie są roboty? Jako nastolatka uwielbiałam takie krwawe anime i kryłam się z ich oglądaniem przed rodzicami, więc i teraz podczas oglądania czułam ten sam dreszczyk emocji. Może nie ma tu zbyt wiele historii, szybko znika ona na rzecz klasycznego monster movie, ale film dostarcza sporo rozrywki. I są koty w roli, która byłaby dość niekonwencjonalna, ale niestety wcześniej była "Kapitan Marvel" ;)

Kolejna humoreska od Johna Scalziego, czyli "When the Yogurt Took Over" to najkrótszy film w całej serii. Sprawdza się bardziej jako krótki przerywnik między mrocznymi opowieściami niż jako samodzielna historia, ale ogląda się bardzo sympatycznie.



"Beyond the Aquila Rift", to z kolei takie klasyczne do bólu science-fiction o facecie budzącym się z hibernacji na statku kosmicznym i o tym, że gdy mamy do czynienia z Nieznanym, lepiej nie ufać swoim zmysłom. Klimatyczne, realistyczne, są ciary (i cycki).

Jak na razie mieliśmy praktycznie same science-fiction rozgrywające się w mniej lub bardziej odległej przyszłości, więc gdy nagle pojawiło się "Good Hunting", rozgrywające się w alternatywnej rzeczywistości dawnych Chin, stylizowane na steampunkowe anime, od razu byłam kupiona. Mity, które muszą dostosować się do nowej rzeczywistości, magia, która jest zabijana przez technikę, a do tego historia dorastania i historia zemsty - właściwie pod względem fabularnym ten film mógłby obdzielić wszystkie poprzednie. Trochę zabrakło mi na koniec jakiegoś twistu, historia rozwija się praktycznie bez żadnych zaskoczeń - i to chyba największy mankament wszystkich odcinków antologii. P.S. Cycki też się pojawią.

W "The Dump" z kolei niby mamy twist, ale jest on tak przewidywalny, że zamiast pytania "co" oraz "jak" zadajemy jedynie pytanie "kiedy go zeżre". Nie ma cycków, ale może i lepiej.



"Shape-Shifters" wychodzi z interesującego punktu wyjścia - mamy wojnę w Afganistanie, Amerykańskich marines i... służące im wilkołaki. Ten film jako jeden z nielicznych sięga nieco głębiej i poza wierzchnią historią o bromansie dwóch wilkołackich żołnierzy, śmierci i zemście, szuka analogii z realnymi problemami. Z jednej strony mamy więc oczywiście wilkołaka jako metaforę mniejszości, z drugiej - hipokryzję armii, która chętnie wykorzystuje do swoich zadań "obcych", ale mimo ich ofiarności wciąż nie traktuje ich jak "swoich". Ale nie obawiajcie się, refleksje bardzo szybko zmieniają się w krwawą jatkę. Nie ma cycków - ba, w ogóle nie ma kobiet! - ale bohaterowie wyjątkowo chętnie chodzą bez ubrania ;)

"Helping Hand" - co by było, gdyby Sandra Bullock w "Grawitacji" postanowiła pomóc sobie ręką? Hehe. Ogólnie wygląda to bardziej jak trailer do gry albo demo jakiegoś studia animacji, mające na celu zaprezentować jego możliwości, niż samodzielna produkcja.

A tu niespodzianka, "Fish Night" to animacja wyprodukowana przez nasze polskie Platige Image. Jak na "Love, Death & Robots" nie ma tu w ogóle miłości ani robotów, a śmierć jest mocno symboliczna. Warto jednak podczas oglądania zrobić parę razy pauzę i zachwycić się stroną wizualną projektu, przypominającą komiksowe kadry. Oniryczny klimat jest jednak trochę zepsuty przez przegadanie - zamiast pozwolić widzowi na własne interpretacje, scenarzysta wykłada wszystko kawę na ławę, tłumacząc całą symbolikę w dialogach. Jako że na tym etapie Netfliks jest już spokojny o stałych widzów, nie ma cycków (aczkolwiek ) - co więcej, nie ma ich już aż do końca antologii!



"Lucky 13" - praktycznie żaden z filmów nie porusza więzi między człowiekiem a robotem, nie licząc tej seksualnej. W "Lucky 13" mamy coś na kształt - film dotyczy relacji młodej pilotki i jej pechowego statku kosmicznego. Bardzo fajny pomysł, ale niestety - poza prezentacją animatorskich możliwości firmy Sony Pictures Imageworks - trochę niewykorzystany.

"Zima Blue" - poza filmem o jogurcie, to chyba najbardziej odjechany z odcinków antologii. Pod względem wizualnym, podobnie jak "Fish Night" przypomina komiks, pod względem scenariuszowym - nie przypomina zupełnie niczego, i to jego największa siła. Jest klimat, jest ciekawy bohater, jest pewna refleksja na temat sztuki nowoczesnej (otwierająca pole do dyskusji), jest nawet mała przewrotka na koniec.

"Blindspot" - no dobra, ten film był tak nijaki, że nie utkwił mi w pamięci w ogóle. Ciągle nie ma cycków, być może dlatego.

Kolejny film, "Ice Age" to jedyny, który łączy animację 3D z aktorami, ale niewiele z tego wynika. Mimo to film ogląda się z ciekawością, dla wyobraźni twórców, którzy w lodówce pewnego przeciętnego małżeństwa rozgrywają w przyspieszeniu całą historię ludzkości.

Przedostatni film też oferuje nieco lżejsze klimaty, a opowiadanie "Alternate histories", na podstawie którego powstał scenariusz, znowu wyszło od Johna Scalziego. Co prawda film dość beztrosko poczyna sobie z kwestiami paradoksów czasowych, ale jako humoreska sprawdza się całkiem nieźle.



"Secret War" przypomina na pierwszy rzut oka, wypisz wymaluj, cinematic trailer do jakiejś gry w rodzaju "Red Dead Redemption". Blisko - bo jak sprawdziłam, studio, które wyprodukowało animację, właśnie w tym się specjalizuje. Na zakończenie antologii mamy więc totalną rozpierduchę, znowu kojarzącą się z grami komputerowymi - tyle że znowu, brakuje czegoś, co sprawiłoby, że widz po obejrzeniu zrobi "wow".

No i właśnie, jako że w swoim życiu całkiem sporo tych animacji obejrzałam, a w całkiem sporej ich ilości były roboty, to podświadomie przy każdym filmie czekałam na to, co jest znakiem rozpoznawczym filmów o robotach - jakiejś przewrotki, jakiejś głębszej refleksji, jakiegoś obrazu nas samych. Mimo bardzo różnorodnej tematyki całość jest jednak bardzo jednostronna - i nie tyle chodzi mi o brak kobiecej perspektywy nawet w odcinkach z kobietami w roli głównej (fakt, że reżyserami całości byli wyłącznie mężczyźni był już szeroko dyskutowany w internetach), o ile o brak jakiejkolwiek innej perspektywy. Przykładowo, chociaż w tytule antologii mamy roboty, to jednak są one traktowane niemal wyłącznie utylitarnie (roboty są głównymi bohaterami jedynie w dwóch filmach, chyba że zaliczyć do nich wilkołaczych marines). Prawie zupełnie pominięta została kwestia człowieczeństwa robotów i relacji człowiek-robot, nie mamy żadnego filmu z nurtu, w którym roboty jeszcze nie stały się ludźmi, ale już przekroczyły granicę dzielącą je od zwierząt. Filmy z robotami w roli głównej mają wszak całą swoją filozofię (z prawami Asimova na czele) - żaden z filmów z antologii nie podejmuje jej ani z nią nie polemizuje.

Film nie wykorzystuje też potencjału, jaki kryje się w pięknym tytule "Love, Death and Robots" - w większości filmów miłość jest sprowadzona jedynie do seksualności, co więcej - praktycznie tylko "Good Hunting" w jakiś sposób rozwija motyw, w którym człowiek zakochuje się w maszynie. Podobnie jest z "Death" - poza "Blindspot" w większości filmów śmierć jest po prostu śmiercią - a gdzie wszystkie refleksje na temat umierania w świecie maszyn, kopiowania wspomnień, przekazywania ich robotom, całym tym "non omnis moriar" nowoczesnego świata? A co z umieraniem robotów? Połączenie tych trzech tematów otwiera setki możliwości - wielka szkoda, że mimo osiemnastu filmów twórcy nie postanowili sięgnąć po więcej.




Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek