Kochanie, zmniejszyłem superbohatera - "Ant-Man"



Bez względu na to, czy filmy Marvela podobają mi się mniej, czy bardziej - jestem pod wrażeniem filmowo-serialowego uniwersum, które udało im się stworzyć w oparciu o to komiksowe. "Ant-man" wprowadza do niego zupełnie nowych bohaterów, nowe problemy, a do tego nowe rozwiązania wizualne i scenariuszowe. Po "Avengersach", na których trochę kręciłam nosem, film o człowieku-mrówce pojawia się w samą porę i jest miłą odmianą. Przede wszystkim, do jego obejrzenia - czy raczej do tego, żeby dobrze się na nim bawić - nie jest konieczna znajomość całego wcześniejszego uniwersum, łącznie z komiksami oraz serialami, tudzież obejrzenie wszystkich scen po napisach po scenach po napisach. Oczywiście nawiązań jest od groma, czy to na poziomie pojawiających się znienacka postaci, czy dialogów, czy elementów scenografii, ale nie skreślają od razu na wstępie wszystkich marvelowskich "Januszy".


Najbardziej jednak cieszy fakt, że Marvel po raz kolejny, po "Zimowym żołnierzu", zdecydował się na kino gatunkowe. Dzięki temu film jest zarówno częścią uniwersum, jak i może być spokojnie rozpatrywany jako osobne dzieło w ramach swojego gatunku. O ile jednak film o Kapitanie Ameryce był rasowym thrillerem, "Ant-Man" jest wzorcowym heist-movie, czyli filmem o wielkim skoku. Mamy wszystkie konieczne elementy - genialnego złodzieja, eksperta w swoim fachu oraz jego ekipę, z której każdy jest specem w innej dziedzinie, a razem tworzą zbiór oryginalnych dziwaków. Do tego mentor, który poprowadzi skok, piękna kobieta i oczywiście - niedostępny cel włamania, wyposażony w maksimum alarmów, ochrony, tajnych kodów i zamków-nie-do-sforsowania. Psychopatyczny Zły, który stanie na drodze bohatera? Hej, też jest.

Paul Rudd jest bardzo miłą mróweczką.
 Do tego heist movie to taki wdzięczny gatunek, który - sam schematyczny i raczej przewidywalny, potrzebujący oparcia w ciekawych bohaterach, bo i tak wiadomo, że w końcu im się uda - świetnie sprawdza się w koktajlach z innymi typami filmów - jak w "Incepcji" Nolana, gdzie współgrał z onirycznym science-fiction czy "Bogach" Łukasza Palkowskiego, gdzie został twórczo połączony z filmem medyczno-biograficznym (co prawda nikt tu niczego fizycznie nie kradł, ale schemat da się zauważyć). Tutaj został ożeniony z kinem superbohaterskim i cóż - to działa. Chociaż film nie wyważa żadnych drzwi i nie wnosi niczego odkrywczego ani do jednego, ani do drugiego gatunku, ogląda się go świetnie i bezstresowo, a poza tym ma początek, środek i koniec.

Trochę tylko szkoda, że w historii znalazło się tyle dziur fabularnych i bardzo widać, że zaszkodziły jej zmiana reżysera i kolejne przeróbki scenariusza (pod filmem podpisała się aż czwórka scenarzystów, co nigdy nie wróży niczego dobrego). Najpoważniejszą wadą filmu jest wątek mentora głównego bohatera - Hanka Pyma (Michael Douglas) i jego córki (Evangeline Lilly). Wątek wyjątkowo durny, od faktu że córka nie wiedzieć czemu mówi do ojca po imieniu, po kwestie ich konfliktu - otóż ojciec nie powiedział jej, w jaki sposób zginęła jej matka, co nie ma kompletnie żadnego uzasadnienia dla fabuły, poza sztucznym piętrzeniem problemów (które zresztą wydarzyły się niejako "poza historią"). Na logikę, gdyby powiedział jej wcześniej, co takiego strasznego by się stało? No chyba że historia ma swoje rozwinięcie w komiksach, których znowu nie czytałam. Sama zaś postać - jedyna znacząca postać żeńska, oprócz córeczki bohatera - sprawia wrażenie napisanej bez konkretnego pomysłu. Jej rola jako szpiega kończy się zaraz na początku filmu, potem jedynie pokazuje bohaterowi krav-magowe sztuczki. No i o ile do zaakceptowania jest sam punkt wyjścia filmu (musimy wykraść cenną rzecz ze środka najlepiej strzeżonego budynku na świecie. Trzeba tylko wynaleźć zmniejszający kombinezon i znaleźć jelenia, który go włoży, po czym po krótkim szkoleniu nauczy się rozmawiać z mrówkami i wkradnie się do budynku razem z nimi. Proste.), o tyle już nie do końca rozumiem sytuację, gdzie Pym ma do dyspozycji własną córkę, zorientowaną w sytuacji lepiej od niego, a zamiast tego woli wyszkolić od zera zwykłego złodziejaszka. Czy raczej rozumiem, że ojciec woli poświęcić obcego człowieka zamiast ukochanej córki, ale dlaczego sama Hope nie pożyczyła sobie w wolnej chwili kombinezonu? Podejrzewam, że wykonałaby całą misję trzy razy szybciej i bez ofiar (tym bardziej, że Darren Cross niczego jeszcze się nie domyślał).

A może to wszystko przez tę fryzurę?
 W pewnym momencie jednak film zapędza się w ślepą uliczkę, zbudowaną przez inne filmy Marvela. Do pewnego momentu bowiem ma on to coś, co powinien mieć każdy film superbohaterski - element cudowności i wyjątkowości protagonisty. Tyle że... jak można mówić o cudowności w świecie, gdzie po niebie lata Falcon na zmianę z Thorem, co chwila gdzieś zakrzywia się czas i przestrzeń, miasta demolują kosmici z innych wymiarów albo sami bohaterowie walczący ze swoimi szalonymi nemesis, po ulicach pomykają X-Meni-których-imion-nie-wolno-wymawiać-bo-licencja, a Tony Stark w swoim laboratorium wymyśla dużo ciekawsze wynalazki niż malutki kombinezonik. Superbohaterowie spowszednieli nam tak, że w scenach gdy twórcy próbują nas przekonać, jak wyjątkowy jest Ant-Man, możemy jedynie wzruszyć ramionami. Nie ma też żadnego odniesienia do tego, jak ten świat widzą zwykli bohaterowie -  ojczym Cassie zachowuje się jak zwykły policjant i nawet do głowy mu nie przyjdzie jakieś bardziej pomysłowe rozwiązanie kwestii ucieczki Langa z więzienia. A jeden z kumpli Scotta jako pierwsze wytłumaczenie podaje czary. Niby to zabawne, ale mam wrażenie, że sami twórcy nie potrafią tego dylematu rozwiązać.

Ale mimo wad Ant-man ma w sobie coś, dzięki czemu po seansie wychodzimy z uśmiechem na twarzy - poza tym że to film o człowieku-mrówce próbującym pokonać łysego psychopatę mordującego owieczki, jest zadziwiająco ciepły i sympatyczny, momentami wręcz disneyowski. Córeczka bohatera jest niewiarygodnie słodka, sam bohater ma twarz znaną z komedii romantycznych, ekipa włamywaczy to przemiłe, dowcipne chłopaki, które nie przeklinają i zapewne przeprowadzą przez jezdnię każdą staruszkę. Nawet policjant-ojczym, względem którego początkowo czujemy niechęć, okazuje się być dobrą duszą. A mrówki dają się przytulać i głaskać, zaś jedna ma na imię Antoni.

Ant-Man na Antonim.

Antman nie zrobi rewolucji w świecie Marvela ani nie będzie moim ulubionym filmem, ale też i oczekiwania względem niego miałam zupełnie inne niż przed "Avengersami". Dlatego ze zdumieniem stwierdzam, że film o człowieku-mrówce oglądało mi się całkiem sympatycznie. I może nawet wybiorę się na drugą cześć, jeśli tylko taka powstanie. O ile tylko do tej pory przejdzie mi to irytujące wrażenie, że coś małego po mnie chodzi...

Komentarze

Copyright © Bajkonurek