Kto z nas jest bardziej człowiekiem, czyli "Kształt wody"

2/27/2018

Kto z nas jest bardziej człowiekiem, czyli "Kształt wody"


Pierwsze sceny "Kształtu wody" Guillermo del Toro mimowolnie skojarzyły mi się z "Amelią". Scenografia, kostiumy, zdjęcia, do tego jeszcze malarz jako bohater - miałam wrażenie, że akcja filmu rozgrywa się w Paryżu. A jednak nie. Mamy Stany Zjednoczone, środek zimnej wojny. Główna bohaterka, Elisa, nie mówi od urodzenia i pracuje jako sprzątaczka w ośrodku naukowym. Pewnego dnia wojsko przywozi do niego tajemniczy "obiekt"...

Wokół historii w "Kształcie wody" zebrało się sporo kontrowersji, w tym oskarżenia o plagiat. Kilka lat temu obejrzałam krótkometrażowy "The Space Between Us", który przypomina film del Toro w zadziwiający sposób, a oba filmy z kolei mają jeszcze inny wspólny mianownik - sztukę "Let Me Hear Your Whisper". Wszyscy odżegnują się od wzajemnych inspiracji (reżyser twierdzi, że sztuki nie czytał, filmu nie zna, twórcy shorta uważają, że jest zupełnie inny niż film - sorry, ale nie), ale jeśli rzeczywiście jest to zbieg okoliczności, to naprawdę zaskakujący. Trudno mi jednak rzucać wyroki, bo nawet jeśli ktoś tu jest kłamczuszkiem i się nie przyznaje, to przy skomplikowanych losach obu filmów ciężko jest stwierdzić, kto tu kim się inspirował.


Inna sprawa, że tak naprawdę historię opowiedzianą w "Kształcie wody" widzieliśmy, słyszeliśmy i czytaliśmy już setki razy - w filmach, książkach, bajkach dla dzieci i paranormalach dla dorosłych. Kto wie, gdyby nie zmysłowy wątek miłosny, być może film trafiłby na tę samą półkę co "E.T." albo "Stranger Things". Ratowanie magicznej/niezwykłej postaci z rąk złych naukowców - każdy będzie w stanie wymienić przynajmniej kilka tytułów. Tyle że Guillermo del Toro do pewnych tropów, obecnych w filmach od dawna, dodał swoją własną wrażliwość, przez co schematy nabrały świeżości, postaci z papierowych stały się osobowościami z krwi i kości, a historia - chociaż prosta i dość przewidywalna - wciąga do samego końca i do tego momentami bardzo wzrusza.

Duża w tym zasługa aktorów, którzy znakomicie wcielili się w swoje role. Wszyscy bohaterowie filmu to osoby w jakimś stopniu wykluczone - outsiderzy, których społeczeństwo ledwo zauważa. Zarazem jednak odnajdują siebie nawzajem - i nie mówię tu tylko o wątku miłosnym. Film wzrusza nie tylko dlatego, że oglądamy miłość przezwyciężającą wszystkie podziały. Film w subtelny, czuły sposób portretuje również przyjaźń - niby wszyscy są tu w jakiś sposób samotni, tęsknią do czegoś, cierpią - a zarazem nikt tu nie jest sam.


Del Toro od samego początku bierze tę historię w pewien baśniowy nawias - a zarazem cały ten realizm magiczny dekonstruuje w brutalny sposób. Czasy nie sprzyjają dobrym ludziom - pod powłoczką "American dream" (personifikacją tej mieszczańskiej hipokryzji jest bohater grany przez Michaela Shannona) drzemią demony rasizmu, przemoc i nietolerancja oraz zimnowojenne rozgrywki. Obraz ten jest rysowany zaprawdę bardzo grubą kreską - momentami uproszczenia i wyraźny podział na "dobrych" i "złych" mogą irytować. Metafory walą po oczach, od delikatnych scen pełnych czułości przechodzimy do brutalnej przemocy i zdaje się, że nie ma nic pomiędzy - jak w surrealistycznej baśni. A jednak w tym szaleństwie jest metoda, bo chociaż "Kształt wody" to prawdziwy miszmasz wątków i gatunków (oprócz baśni i romansu mamy tu szpiegowski thriller, horror, science-fiction, oprócz wzruszającej historii o miłości mamy ostrą krytykę rasizmu, mocne kino akcji, ale i smutną opowieść o przemijaniu), to jednak przy oglądaniu mamy wrażenie spójnej całości.



Zaraz po filmie byłam trochę zawiedziona. Zadziałał chyba trochę schemat z zeszłego roku, gdy "La La Land" był opiewany jako film wszechczasów, a po obejrzeniu okazało się, że to po prostu bardzo dobry musical. I tak też jest z filmem del Toro. Jako baśń - "Kształt wody" sprawdza się doskonale. Jako faworyt do Oscarów jednak w moim prywatnym rankingu przegrywa z innymi kandydatami, schematyzmem historii, brakiem zaskoczenia. To samo widzieliśmy już w innych filmach -  czego z drugiej strony del Toro nie ukrywa, jego film to wielki hołd złożony staremu kinu, do tego z masą nawiązań do innych, starszych i nowszych dzieł (od Jeuneta poczynając).

Ale gdy czytam komentarze towarzyszące filmowi, uderzające (w pierwszym momencie napisałam "zabawne", ale w gruncie rzeczy zdecydowanie nie jest to zabawne) wydaje mi się, jak wielu ludzi wpada dokładnie w tę samą pułapkę, co Strickland grany przez Michaela Shannona. "Zoofilia!" "Seks kobiety z rybą!" - krzyczą zszokowani romansem Elisy z tajemniczą istotą z laboratorium. Zupełnie jak Strickland odmawiają bohaterowi człowieczeństwa, chociaż - to dopiero paradoksalne, nieprawdaż - równocześnie tam, skąd pochodzi, jest on czczony jako istota boska. Kto w takim razie jest bardziej człowiekiem? Gdzie leży ta magiczna granica człowieczeństwa? Film pokazuje, jak łatwo jest przesunąć kogoś poza tę granicę - gdzie można go bezkarnie bić, więzić, zabić. I chociaż wydawałoby się, że zimnowojenne demony lat sześćdziesiątych już dawno są za nami, to odbiór filmu Guillermo del Toro pokazuje, że może właśnie - niestety - trzeba było o nich przypomnieć.
Złota Ameryka, czyli "Złotowidząca. Ucieczka" Rae Carson

2/23/2018

Złota Ameryka, czyli "Złotowidząca. Ucieczka" Rae Carson


W ramach przepraszania się z literaturą young adult sięgnęłam po książkę, która dość długo zalegała na mojej wirtualnej półce. Jakoś nie miałam ochoty na wielotomowe sagi fantasy, a - nie wiedzieć czemu - powieść wydała mi się z opisu właśnie sztampowym fantasy osadzonym w magicznej krainie. Potem przeczytałam jej recenzję na jednym z blogów, która przypomniała mi o niej i zachęciła. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że moje wyobrażenia były całkowicie mylne.

"Złotowidząca" reprezentuje dokładnie ten gatunek fantasy, który lubię najbardziej, czyli fantasy rozgrywające się w realnym świecie, z zaledwie jednym magicznym elementem, który w jakiś sposób wpływa na otaczającą go rzeczywistość. Tu dodatkowo fantasy wyposażone jest w cechy westernu i osadzone w dziewiętnastowiecznej Ameryce czasów gorączki złota.

Główna bohaterka, Leah, byłaby zwykłą dziewczyną, trochę chłopczycą (umie polować i jeździć konno, bardziej trzyma z kolegami niż z koleżankami), gdyby nie jedna magiczna umiejętność: Leah umie wyczuwać złoto. Przydatne - zwłaszcza, że właśnie ogłoszono odkrycie ogromnych złóż złota w Kalifornii. Setki tysięcy śmiałków i ich rodzin ciągną na Zachód, gdzie - jak przekonują specjalne przewodniki - czekają kopalnie i złoty pył w rzekach oraz spełnienie marzeń o bezpiecznej przyszłości. Leah jednak wyrusza do Kalifornii nie z chęci zdobycia bogactwa - ucieka przed mordercą swoich rodziców, który wie o jej niezwykłym darze i pragnie go wykorzystać dla wiadomych celów.

Można powiedzieć, że Leah pcha się w paszczę lwa świadomie - gdzie indziej źli ludzie mieliby jej szukać, niż w Kalifornii wśród poszukiwaczy złota - ale właściwie nie ma innego wyjścia. Sierota, bez środków do życia, jedyną nadzieję pokłada w przyjacielu, który obiecał jej, że będzie na nią czekał w Independence, gdzie zaczyna się szlak wiodący do celu. Tylko w Kalifornii, Leah ma szansę na godne życie. Jest tylko jeden problem - od celu dzielą ją dwa tysiące mil, góry, pustynie i wzburzone fale Missisipi, a ona jest kobietą i ma marne szanse na samotne dotarcie na miejsce.

To, że bohaterka postanowi udawać chłopca, jest oczywiste już od początku i niby takich przebieranek była w literaturze już cała masa - ale mam wrażenie, że Rae Carson udało się z ogranego schematu wycisnąć coś nowego. W momencie, gdy Leah ścina włosy, zakłada kapelusz i spodnie i wsiada na konia, robi się naprawdę interesująco. Oczywiście próżno tutaj szukać przełomowego spojrzenia na kwestie płci czy tożsamości (jak choćby w recenzowanym niedawno przeze mnie "Slashu" Osińskiej) - ale cała maskarada jest bardzo przemyślana i podana bardzo subtelnie, a zarazem z wieloma bystrymi obserwacjami na temat kulturowych uwarunkowań płci.

Nasza bohaterka stopniowo odkrywa, jak wiele jej wolno, gdy tylko owinie piersi bandażem i włoży spodnie. Może tak po prostu chodzić ulicami miasta, polować, jeździć konno na oklep, pluć na ziemię. Po drugie - jako mężczyzna staje się niewidoczna. Nie budzi ciekawskich spojrzeń, nikt nie komplementuje jej figury czy złotych włosów, a przede wszystkim znika z oczu tym, którzy jej szukają. To stopniowe odkrywanie ograniczeń przez dziewczynę, która wcześniej wcale ich nie widziała i o nich nie myślała, jest opisane naprawdę błyskotliwie. Na tyle, że właściwie magiczna umiejętność bohaterki równie dobrze mogłaby zostać pominięta bez szkody dla fabuły. Owszem - staje się impulsem do działania, parę razy pomaga w dalszej wędrówce - ale brzytwa Lema mogłaby ją uciąć bez problemu, pozostawiając realistyczną opowieść o morderczej podróży. Bo i tak znacznie ciekawsze są perypetie Leah w męskim przebraniu i cała przeprawa do Kalifornii.

No właśnie, sam opis wędrówki bohaterów - żmudnej, wyczerpującej, niebezpiecznej - starczyłby na fabułę bez całej tej magicznej otoczki. Przynajmniej dla mnie, bo Amerykanie literatury pionierskiej mają zapewne aż po uszy i ciężko jest powiedzieć coś nowego, ale o tym później. To, co najciekawsze u Rae Carson, to właśnie opis ludzkich zachowań w sytuacjach ekstremalnych. Głód, żywioły, Indianie, dzikie zwierzęta - to tylko niektóre z problemów, przed którymi staną bohaterowie. Wyobraźcie sobie, że dostajecie okres na promie na środku rzeki (gdy dodatkowo musicie udawać mężczyznę) albo że musicie rodzić dziecko na pustyni, gdzie jedynym lekarzem jest student, który nie skończył medycyny, bo wyruszył szukać złota.

Towarzysze Leah w tej wyprawie początkowo wydali mi się dość nudni, ale stopniowo autorka wyposażyła ich w ludzkie cechy i mam nadzieję, że w kolejnych częściach rozwinie je jeszcze bardziej. Najciekawsza wydaje się z nich Pani Joyner, żona jednego z pionierów, która od początku pała do głównej bohaterki nieuzasadnioną niechęcią. To ona przechodzi w trakcie wędrówki największą przemianę i zostaje najbardziej doświadczona przez los. Sporą sympatię budzi też grupa studentów (w tym jeden z krową), którzy z lekkoduchów muszą stać się pionierami i nauczyć się radzić sobie w sytuacjach ekstremalnych. Trochę gubi się w tym wszystkim obowiązkowy czarny charakter, który niby wciąż czai się gdzieś w tle, ale ściga bohaterkę dość niemrawo i większym zagrożeniem są dla niej burze i upały niż jego groźby.

Widać, ze autorka wykonała do książki ogromny research, ale też i miała z czego. Przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia, jak potężna jest literatura stworzona przez pionierów zdobywających Dziki Zachód. Pozostawili oni po sobie całą masę dzienników, listów i pamiętników, z których, jeśli wierzyć źródłom, wydanych zostało drukiem około 800, a olbrzymia ilość pozostaje w zbiorach prywatnych. Spory odsetek tej literatury to dzienniki pisane przez kobiety i to właśnie z ich perspektywy opowiadana jest też "Złotowidząca". To bogactwo źródeł to też mój największy problem z powieścią Rae Carson. Niby wszystko mi się podobało, książkę pochłonęłam w mgnieniu oka, a jednak zamiast po drugi tom mam ochotę sięgnąć po literaturę faktu i dowiedzieć się więcej na temat tamtych prawdziwych wydarzeń. Dawno nie miałam tak, że bardziej od książki zaciekawiła mnie jej bibliografia, ale - chociaż może nie brzmi to zachęcająco - po książkę naprawdę warto sięgnąć. Jeśli macie ochotę na niegłupie young adult bez obowiązkowego romansu, z elementami fantastyki i z fascynującym tłem historycznym w tle, to "Złotowidząca" jak najbardziej się sprawdzi.
Artysta totalny, czyli "The Disaster Artist"

2/21/2018

Artysta totalny, czyli "The Disaster Artist"


Przyznaję, kiedyś próbowałam obejrzeć kultowy "The Room" i odpadłam mniej więcej po trzeciej scenie. Jednak życie moje potoczyło się tak, że w pewnym momencie wylądowałam w redakcji serialu paradokumentalnego... i wierzcie mi, praca przy czymś takim sprawia, że na słynny film Tommy'ego Wiseau spogląda się znacznie łaskawszym okiem. Jeśli zobaczy się większy kawałek niż porozrzucane po sieci memogenne fragmenty, to nagle okazuje się, że jest on... no dobrze, nadal zły i nieporadny, ale w jakimś takim jedynym w swoim rodzaju sensie.

Może bredzę, ale naprawdę trudno opisać słowami, czym właściwie jest "The Room" (może dlatego, że nadal nie obejrzałam go w całości...). Na szczęście drugie życie kultowej produkcji dał James Franco, który - jak na fana "talentu" Wiseau przystało - napisał scenariusz, wyreżyserował, wyprodukował i zagrał główną rolę w filmie "The Disaster Artist". Jeśli jednak ktoś, widząc w obsadzie braci Franco i Setha Rogena, spodziewa się humoru w stylu Judda Apatowa i żartów wirujących wokół genitaliów, to spieszę uspokoić/rozczarować: to nie jest film tego typu. Produkcja opowiadająca o kręceniu najgorszego filmu świata okazuje się zaskakująco mądrze napisana i wyreżyserowana, chociaż aż się prosiło, żeby pokazać ją "na grubo".


To, co najbardziej podobało mi się w filmie, to sympatia, z jaką Franco traktuje swoich bohaterów, wszystkich bez wyjątku. To postaci, które bardzo łatwo jest wyśmiać - Greg jest kompletnym aktorskim beztalenciem, Tommy jest nadekspresyjny, ekscentryczny i powiedzmy sobie szczerze, produkcji filmowej nie powinien dotykać nawet kijem. Sam Franco gra Tommy'ego Wiseau brawurowo i na najwyższych nutach, naśladując każdą jego dziwaczną manierę, akcent i gesty, budując postać totalnego oszołoma przekonanego o własnym wielkim talencie i o tym, że inni nie mają racji. A jednak tak umiejętnie rozkłada akcenty i buduje zrozumienie dla bohaterów, że w scenie premiery filmu, gdy widownia bezlitośnie obśmiewa kiepskie dialogi i nieporadność produkcji, wcale tak bardzo nie chce nam się śmiać. Widać, że celem twórców nie było sparodiowanie Wiseau - raczej starali się zrozumieć jego i jego fenomen. 


James Franco odrobił lekcję na celujący, oczywiste jest, że obejrzał film Wiseau wzdłuż i wszerz - co widać choćby w napisach końcowych, gdzie sceny z "The Room" pokazane są równolegle z inscenizacjami z "The Disaster Artist". Świetnie oddane zostały w filmie liczne niuanse, śmiesznostki i scenariuszowe zagwozdki "The Room" oraz absurdy towarzyszące jego powstawaniu i otaczająca go dziwaczna, momentami wcale nie zabawna atmosfera. Obserwujemy przeciągające się zdjęcia, konflikty na planie, humory Tommy'ego, który z jednej strony wydaje się zadufanym w siebie, egoistycznym gnojkiem - a z drugiej nieporadnym, pełnym kompleksów chłopakiem, który świat wokół siebie postrzega trochę jak dziecko. Dziecko, które dostało do ręki kamerę i pięć milionów dolarów.


"The Disaster Artist" można czytać dwojako - z jednej strony jako typowo amerykańską historię o spełnianiu marzeń bez względu na wszystko. Z drugiej - jako rozrachunek z tym samym amerykańskim mitem, który dla wielu podobnych do Tommy'ego i Grega okazał się przekleństwem. Tak jak zeszłoroczny "La La Land" pokazywał, jak marzycieli niszczą kolejne kompromisy, tak film Franco pokazuje, że czasem nasze marzenia spełniają się nieco inaczej niż byśmy tego chcieli. A także... że może czasem to ta druga strona, który tłamsi nasze ambicje i mówi, że się nie nadajemy, ma rację. Co wcale nie znaczy, że powinniśmy odpuścić... a może znaczy? W odróżnieniu od bohaterów "La La Land" Tommy Wiseau nie poszedł na żadne kompromisy, na co - no cóż - pozwoliły mu posiadane nie wiadomo skąd pieniądze. Pytanie, czy odniósł zwycięstwo? Niby nakręcił film, o którym marzył i dokładnie taki, o jakim marzył - bo w końcu nie ograniczali go reżyserzy, producenci czy budżet. Z drugiej strony - film, który nakręcił, został okrzyknięty najgorszym filmem świata, a on sam nie osiągnął ani artystycznego, ani finansowego sukcesu. Czy było warto? Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
Prawda nas wyzwoli, czyli "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

2/19/2018

Prawda nas wyzwoli, czyli "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"


Klik! Uwielbiam ten dźwięk w mojej głowie, gdy podczas oglądania filmu nagle wszystko trafia na właściwe miejsce, wszystkie informacje się zazębiają, pozornie bezsensowne działania postaci nabierają sensu. Zazwyczaj takiego uczucia doświadczam podczas oglądania dobrych kryminałów. Tyle że "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to nie jest właściwie kryminał. Chociaż mamy ofiarę, podejrzanych, detektywa i śledztwo, nic nie toczy się tu zgodnie z jakimikolwiek schematami czy oczekiwaniami widza, a prawda, którą bohaterowie odkryją na zakończenie wcale nie będzie odpowiedzią na pytanie "kto zabił".

Bliżej prawdy byłoby nazwanie filmu Martina McDonagha antykryminałem - zamiast żmudnego procesu dochodzenia do prawdy mnożą się jedynie kolejne pytania, a bohaterowie zamiast szukać przestępcy - odnajdują siebie samych i siebie nawzajem, niekoniecznie doświadczając przy tym odkupienia win. Gdy już wydaje nam się, że pewne role zostały przez scenariusz rozdzielone - matka cierpiąca po stracie córki, znudzony życiem szeryf, młody cwaniak z agencji reklamowej, tępy agresywny policjant - scenarzysta potrząsa nimi jak w kalejdoskopie i okazuje się, że nic z tych rzeczy, w każdej z tych postaci tkwi jeszcze drugie dno. I trzecie. I może nawet czwarte.


Powiem szczerze - nie dziwię się, że "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" zgarniają wszelkie laury w sezonie nagród. Nie dziwię się, że scenariusz jest nominowany do wszystkiego, do czego można go nominować. W odróżnieniu od takiej choćby "Gry o wszystko" Sorkina zupełnie nie czułam tu tej gry z widzem, sztuczek, które mają na celu przywiązać nas do bohaterów. Wszystko jest naturalne, momentami tak absurdalne, że "tylko życie mogło coś takiego wymyślić". Nie sprawia wrażenia wymyślonego w sterylnym gabinecie pod mikroskopem, nie sprawia wrażenia zaplanowanego na wywołanie konkretnych emocji.

Nie dziwię się też, że nominacje do wszystkiego zgarniają Frances McDormand, Woody Harrelson i Sam Rockwell. Ta trójka w filmie po prostu aktorsko wymiata, tworząc postaci głębokie, skomplikowane, wymagające zrozumienia od widza, po prostu prawdziwe. Ich działania nie zawsze są logiczne, ich motywacje rzadko kiedy szlachetne, momentami budzą odrazę. Ale jedno jest pewne - aktorzy tchnęli życie w te dziwne, pokręcone postaci i sprawili, że widz mimo wszystko im kibicuje. Brawa należą się tu zwłaszcza Samowi Rockwellowi, który wcielił się w dość odrażającą postać Jasona Dixona. Jego bohater to tępy półgłówek, który sprawy rozwiązuje pięścią, mieszka z matką i nie jest nawet w stanie zrozumieć, czy został zwolniony czy zawieszony. A jednak w pewnym momencie następuje fabularna wolta, która powoduje, że widz zaczyna - nawet nie tyle lubić - co współczuć tej postaci.


Dziwię się za to, że nominacji nie dostał reżyser filmu, Martin McDonagh. Bez sprawnej ręki reżysera nie udałoby się wyczarować tego dusznego klimatu małego, amerykańskiego miasteczka. Nie jest to może jakieś wiekopomne osiągnięcie - wszak każdy kinoman wie, że na amerykańskiej prowincji, gdzieś między pustymi polami, ponurymi motelami i nigdy nie odnawianym biurem szeryfa mieszka ZŁO - ale trzeba naprawdę talentu, żeby wykrzesać z tego ogranego motywu coś nowego. Coś, co nie będzie tylko powieleniem "Fargo" i reszty, ale przemówi własnym głosem. I o wiele więcej - bo właściwie historia opowiadana w filmie jest bardzo amerykańska, a równocześnie na tyle uniwersalna, że mogłaby się rozegrać gdziekolwiek.

"Trzy billboardy..." to też jeden z tych filmów, w których każdy może odnaleźć coś innego. Dla jednych będzie to czarna komedia, przy której fajnie się pośmiać, dla innych moralitet o tym, czym są właściwie dobro i zło, dla niektórych opowieść o zemście, dla jeszcze innych - o rodzinie albo o samotności. A może o problemach Ameryki i całego nowoczesnego świata. I jeszcze o ludziach z różnych powodów wykluczonych. Dla mnie film McDonagha to przede wszystkim historia o poczuciu winy - każdy z bohaterów zmaga się z tym uczuciem na swój sposób, jedni radzą sobie gniewem i agresją, drudzy - rezygnacją. I chociaż mogłoby się wydawać, że oto mamy opowieść, gdzie odważna matka stanie naprzeciwko całemu światu i wygra, odnajdując mordercę swojej córki i lecząc swoje wyrzuty sumienia - to film nie będzie miał jednoznacznego morału, o ile w ogóle można mówić w jego przypadku o jakimkolwiek morale. A że najbardziej na świecie nie cierpię zbędnych morałów, to film McDonagha zdecydowanie zdobył moje wymagające serce. A że to dopiero początek mojego oscarowego oglądania, to wyczuwam dobry filmowy rok.
Z dala od szufladek, czyli "Slash" Natalii Osińskiej

2/03/2018

Z dala od szufladek, czyli "Slash" Natalii Osińskiej


"Zostawiliśmy ich w nieco bajkowym momencie happy endu, który jednak nie może trwać wiecznie." - pisałam w 2016 roku w recenzji "Fanfiku" Natalii Osińskiej, licząc na to, że kiedyś dowiem się, co będzie dalej z bohaterami. No więc doczekałam się. W książce "Slash" poznajemy dalsze losy Leona i Tośka, chyba najbardziej nietypowej pary, jaka w ostatnich latach pojawiła się w polskiej literaturze młodzieżowej.

I wiecie co? Moją pierwszą myślą po przeczytaniu było to, że mam wielką nadzieję, że "Slash" trafi kiedyś na listę lektur szkolnych, choćby tych nadprogramowych. Oczywiście konieczność obowiązkowego przeczytania może zabić przyjemność z lektury, ale mimo to podskórnie wierzę, że jeśli gdzieś na progu dorosłego życia trafi się na dobrą książkę o byciu Innym, to niektórym czytelnikom pomoże ona w pogodzeniu się z własną tożsamością, a w przypadku niektórych - ma szansę sprawić, że później, gdy tych Innych zacznie się w życiu spotykać, to pierwszą reakcją nie będzie lęk i niechęć. Oczywiście jedna książka nie zmieni nikomu życia (zazwyczaj), ale będzie jedną z tych cegiełek, z których buduje się własne poglądy i spojrzenie na świat.

To, co podobało mi się w poprzedniej książce Osińskiej, to sposób, w jaki Autorka traktuje wszelkie stereotypy i unika szufladkowania bohaterów. Również "Slash" najpierw rozwija się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, by w najmniej oczekiwanym momencie zmylić tropy i podążyć w zupełnie innym kierunku. Nic tu nie jest jasne, nic tu nie jest oczywiste. Autorka świadomie pisze książkę o tematyce LGBT, w której chyba ani razu nie padają słowa "gej", "lesbijka", "transpłciowość" czy nawet "feminizm". I nie jest to wcale ucieczka od spojrzenia prawdzie w oczy. Osińska jeszcze dojrzalej niż w "Fanfiku" udowadnia, że te pojęcia są jedynie etykietkami, które być może pozwalają na przyporządkowanie człowieka do jakiejś bezpiecznej szufladki, ale nie pozwalają go tak naprawdę poznać czy ocenić. Już sam tytuł "Slash" może osobom obeznanym w kwestii fanfiction sugerować, że powieść będzie traktować o miłości męsko-męskiej. Tymczasem w problemy poruszane przez Osińską sięgają dużo szerzej, a i ta miłość jest mocno nieoczywista i w problemach Tośka i Leona mają szansę odnaleźć siebie również te nastolatki, które nie mają problemów z tożsamością płciową.

Tym razem Autorka oddaje głos Leonowi, postaci jeszcze bardziej nieokreślonej i skomplikowanej niż Tosiek, którego poznaliśmy w "Fanfiku". Tak jak "Fanfik" był powieścią o radzeniu sobie ze swoją innością czy innością bliskiej nam osoby, budowaniu własnej tożsamości, tak "Slash" to przede wszystkim powieść o niedopasowaniu i zarazem potrzebie przynależności do grupy. Warto zaznaczyć, że Natalia Osińska nie tworzy bohaterów jednoznacznie dobrych - zachowania Leona i Tośka (w moim przypadku - zwłaszcza Tośka) mogą ostro wkurzać. Leon jest przeciwieństwem Tośka, który swoje miejsce zaznacza dość agresywnie, swoją świeżo odnalezioną tożsamość podkreślając głośno i wyraźnie. Leon nie lubi się wychylać, błyszczeć, rządzić innymi, czy to w szkole, czy w związku. To inni starają się go na siłę wyciągać ze strefy komfortu, zmieniać, naprawiać, dopasowywać. Jest w nim bunt (aż chce się powiedzieć "angst") przeciwko temu, jaki jest, który zarazem nieustannie walczy z potrzebą przynależności i poczucia wspólnoty. Równie duże problemy ma z konserwatywnymi rodzicami i dorosłą siostrą, która chce go zaprosić na huczne wesele, jak i z barwnym Tośkiem, który z wycieczki po Londynie, gdzie zaliczył i spektakl na West Endzie i paradę Pride, wrócił zarówno z nowymi przyjaciółmi, jak i z nowymi, radykalnymi poglądami. W dodatku dziewczyny z jego klasy, które jeszcze w "Fanfiku" sprawiały wrażenie mało ciekawej zbieraniny, nagle angażują się w jakiś - zdaniem Leona skazany na porażkę - protest połączony z ubieraniem się na czarno.

A propos, bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Osińska opisuje to wydarzenie, które dla dziewczyn ze szkoły Tośka i Leona i dla nich samych stanowi niemalże przeżycie pokoleniowe. Właściwie dopiero przy czytaniu tej książki uzmysłowiłam sobie, że w tamten deszczowy dzień razem z setkami tysięcy innych kobiet wzięłam udział w wydarzeniu, o którym... no cóż, będą pisać książki ;) A co za tym idzie, zaczęłam się zastanawiać, jaki będzie odbiór zarówno wydarzenia, jak i książki za kilka czy kilkanaście lat.

Podczas czytania wielokrotnie zwracało moją uwagę, jak dużo cierpliwości i sympatii ma Autorka dla swoich bohaterów. Jak łatwo byłoby zrobić z Tośka czarny charakter, jak łatwo byłoby wyśmiać Wiktora jako konserwatywnego półgłówka, a siostrę Leona urządzającą wesele na 200 osób pokazać jako pustą i zakłamaną. Tymczasem nic z tych rzeczy - każdego z nich Autorka wyposaża w ludzkie cechy, dzięki czemu z powieści nie powstaje agitka, a właściwie na temat każdego z bohaterów można dyskutować bez końca.

Do tego przy "Slashu" nieraz uśmiechną się osoby w różnym stopniu zanurzone w popkulturę. Tak jak u Musierowicz bohaterowie czytywali "Feynmanna wykłady z fizyki", tak Leon słucha Davida Bowie i ogląda "Labirynt", a Tosiek uwielbia Hamiltona, jedzie do Londynu na "Wicked", pisuje fan fiction i nagrywa vloga. Dzięki temu, że bohaterowie poruszają się w dość specyficznej niszy popkultury (nie oszukujmy się, musicale i fanfiki to nie jest główny nurt zainteresowań młodzieży), nie jest to lektura z rodzaju "staruszek wpisał w Google, czym się interesuje młodzież i chce być cool". Widać, że Autorka również siedzi w tej tematyce i nie traktuje "przyklejonej do komórek dzisiejszej młodzieży" z góry, tylko wchodzi z nią w dialog ich własnym językiem. Jedynym właściwie wątkiem, który odstaje od całej książki, jest ten o dopalaczu, przez który Tosiek trafia do szpitala. Ten fragment pachnie trochę tanią sensacją i sprawia wrażenie chęci "odhaczenia" jednego z listy młodzieżowych problemów.

O książkach Osińskiej chętnie mówi się w kontekście nawiązań do Małgorzaty Musierowicz. O ile jednak "Fanfik" bardzo mocno wchodził w polemikę z "Jeżycjadą", o tyle "Slash" (chociaż wciąż podobny do niej poprzez miejsce akcji, młodzieżowych bohaterów czy barwny język) idzie już własną drogą i pokazuje, że z książki na książkę Autorka zdobywa coraz większą sprawność w opisywaniu pokręconego i niejednoznacznego świata nastolatków. Jestem bardzo ciekawa, co Natalia Osińska pokaże w kolejnych powieściach, bo rzeczywiście wyrasta na jedną z ciekawszych przedstawicielek polskiej literatury młodzieżowej.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek