Taka ładna rodzina, czyli "Next to Normal"

4/17/2019

Taka ładna rodzina, czyli "Next to Normal"


Ostatnio żartowałam z twórców musicalu "Doktor Żywago", którym przyszło do głowy dopisać piosenki do klasyki literatury rosyjskiej. W takim razie co powiedzieć o twórcach "Next to Normal", którzy pewnego dnia obudzili się z myślą "Hej, zróbmy musical o... chorobie afektywnej dwubiegunowej! To będzie hit!".

I, o dziwo, tak się stało. "Next to Normal" nie tylko zdobył 11 nominacji do nagród Tony (aczkolwiek większość nagród sprzątnął mu sprzed nosa "Billy Elliott"). Zapisał się również w historii jako jeden z dziewięciu musicali, którym udało się otrzymać nagrodę Pulitzera w dziedzinie dramatu (w ciągu ostatnich trzydziestu lat udało się to jeszcze tylko "Rent" i "Hamiltonowi"). Mimo tych zasług, z wymienionych jest też zdecydowanie najmniej znany w Polsce - podczas gdy "Rent" był już czterokrotnie wystawiany w naszym kraju, a "Hamiltona" zna chyba każdy, kto interesuje się musicalem choćby z doskoku. Co wcale nie znaczy, że nagrodę dostał przypadkiem, o nie. "Next to Normal" to musical, który zaskakuje nie tylko dobrą ścieżką dźwiękową, lecz także tym, jak głęboko dotyka bardzo trudnego tematu - życia w rodzinie, w której jedna osoba cierpi na chorobę psychiczną. Tego, jak dotyka ona nie tylko chorego, lecz także jego bliskich.


Aż chce się powiedzieć "jak nie musical". Jakby nie było, musicale w naszym kraju ciągle kojarzą się z wielkimi widowiskami, kostiumami, zbiorowymi epickimi numerami wokalnymi i scenami tanecznymi. Tymczasem "Next to Normal" znacznie mocniej niż z klasyków Andrew Lloyda Webbera i Sondheima czerpie z klasyki dramatu. Niewielką ilością postaci, ascetycznymi dekoracjami, emocjami przypomina taką klasyczną amerykańską sztukę teatralną opartą na relacjach między bohaterami i ich stopniowej ewolucji - z tym, że dialogi i monologi zamiast mówione, są śpiewane. Oczywiście, można spytać "po co". Z jednej strony oczywiście "bo dlaczego nie", ale z drugiej... musical to zdecydowanie większa możliwość oddziaływania na widzów. A jeśli któryś z nich wyjdzie z teatru nie tylko z dobrą muzyką w głowie, ale też z refleksją na temat chorób psychicznych - to mamy podwójne zwycięstwo.

O fabule nie będę się rozpisywać - o ile w teatrze czy operze zjawisko spoilera raczej nie przeszkadza (jakby nie było, przed każdym spektaklem można kupić program, w którym często są streszczane wszystkie wydarzenia ze sztuki), o tyle przy "Next to Normal" im mniej wiecie o fabule, tym lepiej. Jest moment, w którym wszyscy niedomyślni widzowie zrobią jedno wielkie "wow", jest parę zaskakujących zwrotów fabularnych - pokazujących, że życie z taką chorobą to jeden wielki rollercoaster. Tak jak bohaterka przechodzi od manii do depresji, tak i musical przeskakuje z jednej tonacji w drugą - od scen rodem z amerykańskiej komedii dla nastolatków do ponurego dramatu.


Cała obsada daje z siebie wszystko - a to na ich barkach spoczywa cały ciężar spektaklu. Największy zaś - na barkach odtwórczyni głównej roli, czyli Katarzyny Walczak. Aktorka, którą znałam wcześniej z "Tańca Wampirów" gra naprawdę całą sobą, oddając niesamowicie złożoną osobowość swojej bohaterki, zmagającą się nie tylko z chorobą, lecz także z oczekiwaniami rodziny i własną tragiczną przeszłością. Dzielnie sekunduje jej Damian Aleksander, którego baaaaaardzo dawno nie widziałam w teatrze, a który niepostrzeżenie przeskoczył od ról Chrisa w "Miss Saigon" i Danny'ego Zuko do roli pogubionego w życiu, ale dzielnie walczącego o rodzinę ojca nastolatki. To samo zresztą tyczy się Marcina Wortmanna, który z ról młodych naiwnych amantów awansował na poważnego (no... powiedzmy :)) psychologa. Nie da się ukryć - w teatrze musicalowym nastąpiła zmiana warty. Ciary po plecach przechodziły, gdy śpiewał Piotr Janusz jako Gabe. Ale chyba najbardziej podobała mi się musicalowa debiutantka (jeśli się nie mylę) Karolina Gwóźdź w roli Natalie - dziewczyny, która od osoby mającej wszystko pod kontrolą przeskakuje do całkowitego braku hamulców.

Soundtrack z musicalu to jedna z tych ścieżek dźwiękowych, którą trzeba przesłuchać więcej niż raz, żeby w pełni ją docenić. Może nie ma tam jakichś megahitów, ale piosenki w końcu wpadają w ucho. Również libretto autorstwa Jacka Mikołajczyka jest naprawdę niezłe - ciekawe, czy doczekamy się płyty, bo chciałabym posłuchać tych tekstów dokładniej (akustyka sali czasami niestety je zagłuszała). Co prawda trochę niuansów się w nich gubi jak "Superboy and the Invisible Girl" przetłumaczone na "Superbrat jego siostra duch", ale to raczej nieuniknione i niestety wynika z ich nieprzetłumaczalności. Ale jako że nie jestem miłośniczką tego, co w librettach robi Daniel Wyszogrodzki, miło było posłuchać, że są musicale, które dają radę bez rymów częstochowskich.



Cieszę się, że powoli Polska otwiera się na te "mniejsze" musicale: w Romie od paru lat z sukcesem działa Nova Scena, swoje robi też Rampa ("Kobiety na skraju załamania nerwowego"). Miejmy nadzieję, że sukces "Next to Normal" (a jak patrzyłam, to recenzje są zdecydowanie entuzjastyczne) otworzy drogę takim spektaklom jak choćby "Dear Evan Hansen" (bo o "Come From Away", mierzący się z baaaardzo nie-musicalowym tematem, czyli atakiem na WTC, to raczej nie marzę ;)). To świetny przykład dla niedowiarków, że musical to naprawdę szeroki gatunek i nie oznacza tylko roztańczonej rewii, że jest w nim miejsce na mrok i poważne tematy. A piosenki, które nadają im jednak lekkiego odrealnienia, sprawiają, że te tematy są znacznie lepiej przyswajalne.


I niech ci się nie śni, że to kwestia mięśni, czyli "Shazam!"

4/09/2019

I niech ci się nie śni, że to kwestia mięśni, czyli "Shazam!"


Ostatnie filmy DC przyzwyczaiły nas do Mhroku przez duże Mhr, a scenariuszowe dziury w "Legionie samobójców" czy "Batman v Superman" raczej wyczerpały moją cierpliwość do tego uniwersum. Zwiastunem zmian była dopiero "Wonder Woman" - zupełnie nieoczekiwanie okazała się filmem może nie przełomowym, ale angażującym w losy bohaterów, które wcześniej zupełnie mnie nie obchodziły. "Liga sprawiedliwości" jednak wróciła na utarte tory - znowu był Mhrok, scenariuszowe dziury, plus kilka nieporadnych prób wprowadzenia humoru. Co prawda potem był też "Aquaman", który nie był zły i bawiłam się na nim całkiem nieźle, ale 3 miesiące po seansie nie pamiętam już z niego ani jednej sceny.

No i nagle, ledwie miesiąc po premierze "Kapitan Marvel", DC funduje nam swojego "Kapitana Marvela", czyli "Shazama", który jest z jednej strony baaaardzo odległy od tego, do czego przyzwyczaiły nas filmy z mhrocznego uniwersum, a z drugiej - korzysta z tego, co już udało się zbudować i dekonstruuje wszystko w lekki, zabawny sposób. Lekki, zabawny i DC? Czy to się nie wyklucza? A jednak nie, i jeśli straciliście już wiarę w to uniwercośtam, to... no w sumie po Shazamie możecie ją stracić jeszcze bardziej, bo trzeba nastawić się na to, że twórcy nie oszczędzą żadnej superbohaterskiej świętości.

Uwaga - rozliczne spoilery :)



Fabuła "Shazama" (poza oryginalnym komiksem, oczywiście) całymi garściami czerpie z archetypicznych opowieści o Wybrańcu. Tym Wybrańcem jest tu niejaki Billy Batson, niepokorny nastolatek, który właśnie trafił do kolejnej rodziny zastępczej po tym, jak z poprzednich dziewięciu uciekł albo został wyrzucony. Przypadkiem uciekając przed szkolnymi prześladowcami, trafia do innego wymiaru, gdzie tajemniczy mędrzec każe mu... ekhm, położyć dłonie na jego lasce i wypowiedzieć jego imię. A imię to Shazam! BANG!

Do tej pory fabuła rozwijała się raczej grzecznie i standardowo, można wręcz powiedzieć, że lekko się wlokła. Drugi akt filmu całkowicie zmienia ton - tam, gdzie w poprzednim była powaga, tutaj są heheszki, tam gdzie wcześniej był uśmiech, tutaj jest rechot. I o dziwo, ta wolta wypada całkiem naturalnie - no bo hej, czy wam by nie odbiło, gdyby nagle jakiś kolorowy dziadek zrobił z was niepokonanego superbohatera? I co w ogóle powinien robić taki superbohater?



Na całe szczęście Billy/Shazam, jak na superbohatera przystało, ma swojego pomocnika, chłopaka z tej samej rodziny zastępczej, zafascynowanego superbohaterami Freddy'ego. Freddy o mrocznych mścicielach wie wszystko i z absolutną pewnością siebie testuje supermoce swojego kumpla, metodami, których lepiej nie wypróbowywać w domu. Zabawne, że twórcy wręcz pokazują w filmie taką informację - być może prawnicy DC przerazili się po pierwszej kolaudacji. Te sceny dają twórcom pretekst do tego, by trochę pobawić się w "co by było, gdyby..." i zastanowić się, gdyby tak naprawdę, realnie, zwykły nastolatek zmienił się w superbohatera. Dorosłego superbohatera, dodajmy. Bo większość komizmu wypływa wcale nie z tego, że przeciętniak zmienił się w herosa, a raczej z tego, że nasz superheros rozumuje wciąż jak typowy, nabuzowany hormonami nastolatek. Pierwszymi decyzjami Shazama jest więc legalny zakup piwa, wagary, doładowywanie ludziom komórek i... wizyta w klubie go-go. Do tego dodajmy jednak parę kpin z superbohaterskiego etosu - przykładowo, ktoś zastanawiał się kiedyś, jak załatwia się Batman, skoro w swoim body nie ma rozporka? ;)

Problem w tym, że czarnoksiężnik szukał swojego Wybrańca znacznie dłużej... a jednym z tych, którzy się nie sprawdzili, jest niejaki Thaddeus Sivana. Ten całe swoje życie poświęcił temu, by wrócić w to samo miejsce i wygarnąć czarownikowi, co o tym wszystkim myśli. Gdy dowiaduje się, że jest już za późno, zrobi wszystko, żeby pozbyć się Wybrańca. Jest też łysy i oko mu świeci, jak na porządny czarny charakter przystało. 


Ogólnie przez cały film towarzyszyło mi takie poczucie, że już gdzieś to wszystko widziałam - ten klimat, tego bohatera, tego złoczyńcę. Do tego cała stylistyka, łącznie z finałową rozprawą w wesołym miasteczku - cały ten film, chociaż bohaterowie noszą komórki i nagrywają materiały na youtube'a, do złudzenia przypomina produkcje familijne z lat 80., z "Dużym" na czele. Wiecie, te wszystkie historie z cyklu "Walt Disney przedstawia", gdy dzieciak z domu dziecka albo rozwodzącej się rodziny dostaje supermoce/spotyka kosmitę/zostaje Wybrańcem. Niektóre sceny zresztą celowo do tych produkcji nawiązują - i oczywiście jest to wyjątkowo bezczelny chwyt, mający na celu wywołać efekt nostalgii u staruszków na tych filmach wychowanych. Ale działa. 

Nie jest jednak Shazam! wyłącznie śmieszkowaniem - cała fabuła jest zaskakująco dojrzale poprowadzona i dużo bardziej angażująca niż przygody Batmana czy Supermana. Scena, gdy Billy w końcu dowiaduje się o swojej matce jest naprawdę przejmująca i wyjęta jakby z zupełnie innego porządku niż reszta filmu, ale przez to zapadająca w pamięć. Podobnie antagonista - jego motywacje są bardzo przekonujące i możliwe do zrozumienia. Z drugiej strony... czy aby na pewno? Pytanie, co tak naprawdę uczyniło z Sivany superzłoczyńcę - czy fakt, że był niekochanym dzieckiem, czy raczej fakt, że na 5 minut dostał do ręki wspaniałą zabawkę, która po chwili została mu odebrana. Szkoda też, że cały motyw siedmiu grzechów głównych, sił, które opętują dorosłych, ale Billy jest na nie niewrażliwy, nie został do końca wykorzystany, bo miał naprawdę spory potencjał. Niemniej potworki są odpowiednio straszne i dzieci o wrażliwych nerwach mogą mieć potem problemy z zaśnięciem. 


To, co może naprawdę przeszkadzać w "Shazamie" to ciągłe zmiany tonu - ze standardowej opowieści o Wybrańcu film staje się nagle zwariowaną, pełną gagów komedią, która nagle jest przerywana dramatycznymi wątkami, a sceny rodem z filmu familijnego sąsiadują tu z paroma pełnymi naprawdę brutalnej przemocy. Ja taki miszmasz kupuję (zresztą - czy nie to samo mieliśmy w "Deadpoolu"?), ale rozumiem, że nie każdemu musi to pasować. Nie zgodziłabym się też z zarzutami, że DC próbuje tutaj kopiować Marvela - jeśli już, to humor można by porównać bardziej do "Deadpoola" w wersji familijnej niż do "Avengersów", gdzie jest on jednak głównie dodatkiem.

Drugą rzeczą, którą może budzić wątpliwości, jest fakt, że jednak to nadal uniwersum DC i ten sam świat, w którym po ulicach jeżdżą batmobile, Wonder Woman ratuje małe kotki i nigdy nie wiesz, kiedy przed nosem przebiegnie ci Flash. A co za tym idzie, sam fakt bycia superbohaterem nie jest wcale tak magiczny i wyjątkowy, jak by się mogło wydawać. Czyli podobny problem jak z Marvelowskim "Ant-Manem" - jak być wyjątkowym superbohaterem w świecie pełnym wyjątkowych superbohaterów? Twórcy "Shazama" rozwiązują jednak ten problem w zupełnie inny sposób, mianowicie ignorują go. Film staje tu gdzieś w pół kroku - z jednej strony bohaterowie, zamiast kryć się z mocami, wrzucają filmiki na YouTube'a, a Filadelfia jest dumna, że ma własnego superherosa, z drugiej - czy pojawienie się nowego metaczłowieka nie wywołałoby większego zainteresowania?

Jedno jest pewne - bez względu na to, czy aktorzy na ekranie akurat śmieszkują, czy grają na poważnie, widać, że doskonale się przy tym bawią - wszystko jest tu lekkie, niewymuszone, a twórcy nieustannie mrugają okiem do widza. Wyjęcie kijów z... zdecydowanie posłużyło panom z DC. I nie, nie chcę wcale, żeby Superman i Batman podążyłu tym tropem (aczkolwiek znając decyzje tego studia, nie zdziwiłabym się), ale trochę świeżości by się tym ważniakom z Ligi Sprawiedliwości przydało.


Share Week 2019

3/31/2019

Share Week 2019



Jak dotąd wszelkie akcje z blogerskiego świata omijałam, przyglądając się jedynie z daleka. Ale Share Week to akcja naprawdę zacna i pozwalająca na wydobycie z czeluści internetu prawdziwych perełek, o których być może nie słyszeliście. A więc - oto moje typy :)


Połączenie kryminalistyki z popkulturą w lekki, przystępny dla przeciętnego zjadacza kryminałów sposób. Autorka ma nie tylko dużą wiedzę na temat kryminalistyki, ale też doskonale wie, jak ją przekazać.


KULTURALNA MEDUZA

Wśród blogów z recenzjami książek i filmów nie jest łatwo trafić na blog z recenzjami wnikliwymi, nie będącymi jedynie parafrazą opisu wydawcy/dystrybutora. To z tego bloga czerpię większość swojej wiedzy na temat Young/New Adult, a wierzcie mi, nie jest łatwo o tej literaturze pisać wnikliwie i merytorycznie.

GRYZIPIÓR

Autorka pisze rzadko (niestety!) ale jak już coś napisze, to czapki z głów, klękajcie narody. Gryzipiór to mistrzyni docierania do drugiego, trzeciego i czwartego dna filmów, książek i seriali. Liczę na analizy kolejnego sezonu "Gry o Tron" i żarliwe dyskusje w komentarzach.

Zastanawiałam się do ostatniej chwili, bo blogów, które czytam jest naprawdę sporo, tak że wybór trzech był niemal niemożliwy. Ale jeśli chcecie poczytać coś ciekawego, mądrego, rozwijającego kulturalnie, to jest to na pewno dobry wybór :)


Miłość, śmierć, roboty i cycki, czyli animowana antologia od Netfliksa

3/30/2019

Miłość, śmierć, roboty i cycki, czyli animowana antologia od Netfliksa



W zamierzchłych początkach bloga, gdy miałam jeszcze bardzo dużo czasu, zdarzyło mi się popełnić tekst o krótkometrażówkach z robotami w roli głównej - "Milusie maszyny, czy mordercze androidy, czyli o czym myślę, kiedy mówię o robotach". Ktoś w Netfliksie najwyraźniej go przeczytał i postanowił zrobić mi prezent, zapraszając do współpracy 18 różnych studiów zajmujących się animacją, które stworzyły antologię krótkometrażowych filmów "Love, Death & Robots".

Za sam pomysł zdecydowanie Netfliksowcy zasługują na piątkę z plusem. Po pierwsze to wyjątkowa szansa, by shorty, które poza tymi nominowanymi do Oscara raczej nie przebijają się do powszechnej świadomości trafiły "pod strzechy". Po drugie - to również szansa dla twórców animacji na zaprezentowanie swoich umiejętności. Każdy z filmów jest zrealizowany inną techniką - od komiksowego 2D, poprzez kreskę w stylu anime, klasyczne 3D rodem z filmów Pixara, filmy przypominające animatiki do gier aż po hiperrealistyczne arcydzieła grafiki komputerowej.

Gorzej jest niestety na poziomie scenariuszowym. O ile każdą z animacji ogląda się spoko (krótki format sprawia, że można je oglądać gdzie się tylko da - do śniadania, w metrze, w kolejce do lekarza), o tyle jako całość "Love, Death & Robots" wypada strasznie płytko. Co może dziwić, biorąc pod uwagę, że inspiracją dla twórców (czy raczej twórcy - autorem większości scenariuszy jest jedna osoba, Philip Gelatt) były opowiadania twórców takich jak Ken Liu, Alastair Reynolds czy John Scalzi. Być może twórcy uznali, że skoro roboty, to główną grupą docelową filmów będą mityczne pryszczate nerdy, które na widok walczących mechów i - przede wszystkim - cycków na ekranie rzucą swoje gry komputerowe, pizzę i płyn antytrądzikowy i dokupią subskrypcję Netfliksa na kolejny miesiąc. Szkoda, bo jednak figura robota w kulturze to trochę coś więcej niż strzelający z bazooki mech i mogą służyć one do czegoś więcej niż seks i walka. Sporo można znaleźć w internecie shortów - wystarczy zajrzeć do wspomnianej notki - którym udało się dotrzeć do jakiegoś drugiego dna i wcale nie straciły przy tym na filmowej atrakcyjności.

Ale po kolei... (uwaga! spoilery!




Pierwszy z filmów, "Sonnie's Edge" wizualnie robi wrażenie i jest naprawdę mocnym uderzeniem, które sprawia, że chce się sprawdzić, co dalej. Ale tak po głębszym zastanowieniu sama historia pozostawia jednak wiele do życzenia, bo jest taką trochę wariacją na temat "jak facet wyobraża sobie feministyczny film" - mianowicie, ma być kobieta, która mści się na facetach za krzywdę (oczywiście krzywdę pokazaną w bardzo wizualny sposób) i lesbijski seks. A potem tenże facet dziwi się, że kobietom coś takiego się nie podoba, te feminazistki to już same nie mają pojęcia, czego chcą. Doceniam dobre chęci i krwawe cycki na ekranie już mnie nie szokują, ale jakoś tego nie kupuję.

Kupuję za to "Three robots", chyba najfajniejszy z filmów z antologii, być może dlatego, że stanowi odprężenie po ciężkim i ponurym pierwszym shorcie. Mimo króciusieńkiej formy udało się przemycić ciekawe, zróżnicowane postaci, zabawne dialogi i koty - swoją drogą, scenarzysta chyba musi lubić koty, bo te pojawiają się w dość... zaskakujących momentach w różnych filmach. Może nie ma tu jakichś głębszych przemyśleń, ale jest to tak zgrabne, tak niewymuszone, że świetnie się ogląda. Film obejrzałam zarówno z angielskim, jak i z polskim dubbingiem - w obu polecam.

"The Witness" - hmmm, sama nie wiem, co o tym filmie powiedzieć, bo trudno mi było się w nim dopatrzeć nie tyle drugiego dna, co nawet tego pierwszego - być może miał być tylko popisem wizualnym i okazją do pokazania kolejnych cycków, by zniechęcone poprzednim shortem nerdy nie wyłączyły komputerów. Jeśli chodzi o animację, to plasuje się w czołówce, jeśli oceniać je pod względem scenariuszowym, to właściwie niewiele jest tu do oceniania, bo przewrotka na koniec staje się oczywista już w połowie.



"Suits" - czyli grupa farmerów w mechach kontra istoty z innego wymiaru. Robot jest tu traktowany czysto utylitarnie, a cała fabuła skupia się jednak na ludziach. Przypomina mi się świetny wykład Krzysztofa Piskorskiego z jednego z konwentów o najdziwniejszych patentach, w tym "pługoarmacie", rewolucyjnym połączeniem pługu z armatą (thank you, Captain Obvious), która miała chronić północnoamerykańskich pionierów przed grupami rabusiów. Tylko no więc właśnie - w  filmie są armaty, ale brakuje pługów. Połączenie amerykańskiego rancza z robotami to temat samograj, ale trochę za mało dostaliśmy normalności, o którą bohaterowie walczą, a trochę za dużo strzelania do ruchomych celów.

"Sucker of Souls" - yyy, ale w sumie gdzie są roboty? Jako nastolatka uwielbiałam takie krwawe anime i kryłam się z ich oglądaniem przed rodzicami, więc i teraz podczas oglądania czułam ten sam dreszczyk emocji. Może nie ma tu zbyt wiele historii, szybko znika ona na rzecz klasycznego monster movie, ale film dostarcza sporo rozrywki. I są koty w roli, która byłaby dość niekonwencjonalna, ale niestety wcześniej była "Kapitan Marvel" ;)

Kolejna humoreska od Johna Scalziego, czyli "When the Yogurt Took Over" to najkrótszy film w całej serii. Sprawdza się bardziej jako krótki przerywnik między mrocznymi opowieściami niż jako samodzielna historia, ale ogląda się bardzo sympatycznie.



"Beyond the Aquila Rift", to z kolei takie klasyczne do bólu science-fiction o facecie budzącym się z hibernacji na statku kosmicznym i o tym, że gdy mamy do czynienia z Nieznanym, lepiej nie ufać swoim zmysłom. Klimatyczne, realistyczne, są ciary (i cycki).

Jak na razie mieliśmy praktycznie same science-fiction rozgrywające się w mniej lub bardziej odległej przyszłości, więc gdy nagle pojawiło się "Good Hunting", rozgrywające się w alternatywnej rzeczywistości dawnych Chin, stylizowane na steampunkowe anime, od razu byłam kupiona. Mity, które muszą dostosować się do nowej rzeczywistości, magia, która jest zabijana przez technikę, a do tego historia dorastania i historia zemsty - właściwie pod względem fabularnym ten film mógłby obdzielić wszystkie poprzednie. Trochę zabrakło mi na koniec jakiegoś twistu, historia rozwija się praktycznie bez żadnych zaskoczeń - i to chyba największy mankament wszystkich odcinków antologii. P.S. Cycki też się pojawią.

W "The Dump" z kolei niby mamy twist, ale jest on tak przewidywalny, że zamiast pytania "co" oraz "jak" zadajemy jedynie pytanie "kiedy go zeżre". Nie ma cycków, ale może i lepiej.



"Shape-Shifters" wychodzi z interesującego punktu wyjścia - mamy wojnę w Afganistanie, Amerykańskich marines i... służące im wilkołaki. Ten film jako jeden z nielicznych sięga nieco głębiej i poza wierzchnią historią o bromansie dwóch wilkołackich żołnierzy, śmierci i zemście, szuka analogii z realnymi problemami. Z jednej strony mamy więc oczywiście wilkołaka jako metaforę mniejszości, z drugiej - hipokryzję armii, która chętnie wykorzystuje do swoich zadań "obcych", ale mimo ich ofiarności wciąż nie traktuje ich jak "swoich". Ale nie obawiajcie się, refleksje bardzo szybko zmieniają się w krwawą jatkę. Nie ma cycków - ba, w ogóle nie ma kobiet! - ale bohaterowie wyjątkowo chętnie chodzą bez ubrania ;)

"Helping Hand" - co by było, gdyby Sandra Bullock w "Grawitacji" postanowiła pomóc sobie ręką? Hehe. Ogólnie wygląda to bardziej jak trailer do gry albo demo jakiegoś studia animacji, mające na celu zaprezentować jego możliwości, niż samodzielna produkcja.

A tu niespodzianka, "Fish Night" to animacja wyprodukowana przez nasze polskie Platige Image. Jak na "Love, Death & Robots" nie ma tu w ogóle miłości ani robotów, a śmierć jest mocno symboliczna. Warto jednak podczas oglądania zrobić parę razy pauzę i zachwycić się stroną wizualną projektu, przypominającą komiksowe kadry. Oniryczny klimat jest jednak trochę zepsuty przez przegadanie - zamiast pozwolić widzowi na własne interpretacje, scenarzysta wykłada wszystko kawę na ławę, tłumacząc całą symbolikę w dialogach. Jako że na tym etapie Netfliks jest już spokojny o stałych widzów, nie ma cycków (aczkolwiek ) - co więcej, nie ma ich już aż do końca antologii!



"Lucky 13" - praktycznie żaden z filmów nie porusza więzi między człowiekiem a robotem, nie licząc tej seksualnej. W "Lucky 13" mamy coś na kształt - film dotyczy relacji młodej pilotki i jej pechowego statku kosmicznego. Bardzo fajny pomysł, ale niestety - poza prezentacją animatorskich możliwości firmy Sony Pictures Imageworks - trochę niewykorzystany.

"Zima Blue" - poza filmem o jogurcie, to chyba najbardziej odjechany z odcinków antologii. Pod względem wizualnym, podobnie jak "Fish Night" przypomina komiks, pod względem scenariuszowym - nie przypomina zupełnie niczego, i to jego największa siła. Jest klimat, jest ciekawy bohater, jest pewna refleksja na temat sztuki nowoczesnej (otwierająca pole do dyskusji), jest nawet mała przewrotka na koniec.

"Blindspot" - no dobra, ten film był tak nijaki, że nie utkwił mi w pamięci w ogóle. Ciągle nie ma cycków, być może dlatego.

Kolejny film, "Ice Age" to jedyny, który łączy animację 3D z aktorami, ale niewiele z tego wynika. Mimo to film ogląda się z ciekawością, dla wyobraźni twórców, którzy w lodówce pewnego przeciętnego małżeństwa rozgrywają w przyspieszeniu całą historię ludzkości.

Przedostatni film też oferuje nieco lżejsze klimaty, a opowiadanie "Alternate histories", na podstawie którego powstał scenariusz, znowu wyszło od Johna Scalziego. Co prawda film dość beztrosko poczyna sobie z kwestiami paradoksów czasowych, ale jako humoreska sprawdza się całkiem nieźle.



"Secret War" przypomina na pierwszy rzut oka, wypisz wymaluj, cinematic trailer do jakiejś gry w rodzaju "Red Dead Redemption". Blisko - bo jak sprawdziłam, studio, które wyprodukowało animację, właśnie w tym się specjalizuje. Na zakończenie antologii mamy więc totalną rozpierduchę, znowu kojarzącą się z grami komputerowymi - tyle że znowu, brakuje czegoś, co sprawiłoby, że widz po obejrzeniu zrobi "wow".

No i właśnie, jako że w swoim życiu całkiem sporo tych animacji obejrzałam, a w całkiem sporej ich ilości były roboty, to podświadomie przy każdym filmie czekałam na to, co jest znakiem rozpoznawczym filmów o robotach - jakiejś przewrotki, jakiejś głębszej refleksji, jakiegoś obrazu nas samych. Mimo bardzo różnorodnej tematyki całość jest jednak bardzo jednostronna - i nie tyle chodzi mi o brak kobiecej perspektywy nawet w odcinkach z kobietami w roli głównej (fakt, że reżyserami całości byli wyłącznie mężczyźni był już szeroko dyskutowany w internetach), o ile o brak jakiejkolwiek innej perspektywy. Przykładowo, chociaż w tytule antologii mamy roboty, to jednak są one traktowane niemal wyłącznie utylitarnie (roboty są głównymi bohaterami jedynie w dwóch filmach, chyba że zaliczyć do nich wilkołaczych marines). Prawie zupełnie pominięta została kwestia człowieczeństwa robotów i relacji człowiek-robot, nie mamy żadnego filmu z nurtu, w którym roboty jeszcze nie stały się ludźmi, ale już przekroczyły granicę dzielącą je od zwierząt. Filmy z robotami w roli głównej mają wszak całą swoją filozofię (z prawami Asimova na czele) - żaden z filmów z antologii nie podejmuje jej ani z nią nie polemizuje.

Film nie wykorzystuje też potencjału, jaki kryje się w pięknym tytule "Love, Death and Robots" - w większości filmów miłość jest sprowadzona jedynie do seksualności, co więcej - praktycznie tylko "Good Hunting" w jakiś sposób rozwija motyw, w którym człowiek zakochuje się w maszynie. Podobnie jest z "Death" - poza "Blindspot" w większości filmów śmierć jest po prostu śmiercią - a gdzie wszystkie refleksje na temat umierania w świecie maszyn, kopiowania wspomnień, przekazywania ich robotom, całym tym "non omnis moriar" nowoczesnego świata? A co z umieraniem robotów? Połączenie tych trzech tematów otwiera setki możliwości - wielka szkoda, że mimo osiemnastu filmów twórcy nie postanowili sięgnąć po więcej.




Zbrodnia i emigracja, czyli "Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey"

3/28/2019

Zbrodnia i emigracja, czyli "Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey"


Niedziela, 14 sierpnia 2011. Podczas rodzinnego grilla Damian Rzeszowski, polski imigrant z wyspy Jersey, zabija swoją żonę i dwoje dzieci, teścia, a także przyjaciółkę rodziny i jej córkę, a następnie próbuje zabić siebie. Co takiego wydarzyło się w tej rodzinie i w głowie tego mężczyzny, że - przez sąsiadów uważany za spokojnego i porządnego - chwycił nagle nóż i zamordował sześć osób? Czy działał z zimną krwią? Czy był poczytalny? A może za wszystko odpowiadają głosy w jego głowie? A może miało to związek z polityką Wielkiej Brytanii względem imigrantów? Na te pytania próbowała odpowiadać policja, sędziowie oraz dziennikarze - między innymi Ewa Winnicka i Dionisios Sturis, autorzy książki "Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey", wydanej przez Wydawnictwo Czarne.

Zbrodnia Damiana Rzeszowskiego, chociaż odbiła się w naszym kraju dość szerokim echem, nie stała się jednak wielką sensacją i wydarzeniem medialnym - w mediach przepadła za sprawą masakry na wyspie Utoya, która wydarzyła się zaledwie 3 tygodnie wcześniej. Dlatego niewiele o niej wiemy - a nawet jeśli czytaliśmy doniesienia prasowe, to niekoniecznie zastanawialiśmy się nad motywami przestępcy, jego przeszłością, relacjami z rodziną i znajomymi. Autorzy książki sięgnęli tak głęboko, jak tylko się da - rozmawiali ze świadkami, policjantami, dotarli do nagrań z procesu, które przytaczają w obszernych fragmentach. Oddają głos przyjaciołom i rodzinie zamordowanych. Ten wielogłos z jednej strony układa się w zaskakująco spójną całość, z drugiej - nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, co kierowało mordercą, czytelnik musi poskładać sobie wszystko sam.

Autorzy w bardzo sugestywny sposób odmalowują przed nami społeczność wyspy Jersey - terytorium zależnego Wielkiej Brytanii, o bardzo skomplikowanej przyszłości i licznych związkach z Polską. Polscy imigranci, osiedlający się tam z różnych powodów od XIX wieku, stanowią tam drugą pod względem liczebności mniejszość, zaraz po Portugalczykach. Nie są też jednolitą grupą - obok "zasymilowanej" klasy średniej, sporo tam robotników tymczasowych, którzy niekoniecznie integrują się z pozostałymi mieszkańcami. Autorzy książki wnikają w niuanse wzajemnych relacji między polskimi imigrantami i rodowitymi wyspiarzami, zdrapując wierzchnie warstwy "idealnej, żyjącej w zgodzie społeczności" i pokazując to, co tkwi pod nimi. Zbrodnia Damiana Rzeszowskiego, zbrodnia jednostki, staje się nagle katalizatorem konfliktów między członkami wspólnoty - gdzieś między wierszami widzimy jak przestępstwo popełnione przez członka jakiejś mniejszości rzutuje na całą mniejszość. Z drugiej strony jednak autorzy nie budują tu prostych analogii. Zamiast skupiać się na niechęci wyspiarzy względem imigrantów pokazują, jak niewielka społeczność próbuje radzić sobie po tak przerażającej zbrodni (nie zamordował tu jakiś anonimowy imigrant, ale sąsiad i przyjaciel) i odbudować wzajemne relacje.

Ale historia i hermetyczna, specyficzna wyspiarska społeczność to jedno - drugim wątkiem książki jest również przeszłość samego mordercy zbudowana z okruchów opowieści jego rodziny i znajomych. Dowiadujemy się o jego relacjach z wujkiem - byłym więźniem, o skomplikowanym związku z żoną, o pogłębiającej się depresji i próbie samobójczej, wreszcie - o bezradności imigranta wobec bezdusznego systemu, zwłaszcza w przypadku zaburzeń psychicznych (pół roku czekania na wizytę u psychologa, pół roku - na terapię, a to tylko wtedy, gdy jesteś ubezpieczony). Która z tych kropli przepełniła czarę i sprawiła, że Zakrzewski chwycił za nóż? A może próba doszukiwania się czegoś w przeszłości Zakrzewskiego to próba wybielania mordercy, który - jak chciał udowodnić prokurator - działał z zimną krwią, a całą teorię o chorobie psychicznej i głosach, które słyszał, wymyślił dopiero później, by uniknąć najbardziej surowego wyroku? W pewnym momencie historia zmienia się w dramat sądowy, gdzie obie strony przerzucają się wzajemnymi oskarżeniami i usiłują udowodnić jednoznacznie coś, czego udowodnić się nie da - czy zabójca słyszał głosy, czy nie?

Książkę przeczytałam w niecały dzień, wręcz pochłonęłam - bo chociaż to reportaż, to czyta się go jak przerażającą powieść. Co więcej, książce towarzyszy też nietypowy audiobook -słuchowisko, po który naprawdę warto sięgnąć, nawet jeśli już przeczytało się całość. Tytuł "Głosy", który z jednej strony jest nawiązaniem do linii obrony mordercy, z drugiej - do mozaiki wypowiedzi, które składają się na książkę, nabiera wtedy kolejnego znaczenia.

Siłą książki jest to, że nie stawia ona jednoznacznych tez, nie staje po żadnej stronie i nie ucieka się do łatwych wytłumaczeń - zmusza czytelnika do myślenia, do wypełniania luk w historii, własnych interpretacji i zadawania pytań. Chociaż dopiero się ukazała, jestem pewna, że zgarnie szereg nagród - jak dla mnie, tak właśnie się powinno pisać reportaże. Pewnie wrócę do niej jeszcze niejeden raz.
A jeśli zmartwychwstania nie będzie, czyli "Jesus Christ Superstar" w Teatrze Rampa

3/21/2019

A jeśli zmartwychwstania nie będzie, czyli "Jesus Christ Superstar" w Teatrze Rampa

"Jesus Christ Superstar" to jest taka musicalowa klasyka klasyk. Ale chociaż był grany aż w trzech teatrach w Polsce (to chyba po "Skrzypku na dachu" najczęściej grany w naszym kraju musical), to dopiero w Teatrze Rampa zetknęłam się z nim po raz pierwszy na scenie. Sama byłam zdziwiona, jak wiele piosenek znałam. Spośród nich te najbardziej znane: "Gethsemane" i "I don't know how to love him" doczekały się naprawdę niezliczonej ilości coverów. Słyszałam je w wersjach szkolnych, na przesłuchaniach do przeróżnych talent show, na musicalowych koncertach. Nie będzie przesadą powiedzieć, że prawdziwego faceta poznaje się po tym, jak śpiewa tę charakterystyczną wysoką nutę w "Gethsemane".
Z fabułą samego musicalu, szczerze mówiąc, jest mi tak średnio po drodze. Nie ze względu na przekonania religijne (swoją drogą, ciekawe że musical na Zachodzie postrzegany jako kontrowersyjny, w Polsce, gdy trafił na scenę po raz pierwszy, stał się sposobem na manifestację uczuć religijnych podczas wizyty papieża, był wystawiony podczas obchodów rocznicy Chrztu Polski i ogólnie raczej nie kojarzy się ze spektaklem, przeciwko któremu trzeba organizować krucjaty). Doceniam pomysł na musical o ostatnich dniach życia Jezusa, tyle że jak tak sobie to wszystko analizuję, to... Jezus jest w tym spektaklu strasznie irytujacy. Początek można właściwie streścić słowami "Jezu, powiedz nam, o co ci chodzi! - Eeee, nie powiem bo i tak nie zrozumiecie. - No weź powiedz. - Nie." Znacznie ciekawsza jest tu postać Judasza i jego miotanie się między własną wolną wolą, buntem a przeznaczeniem.
Dlatego też wszystko zależy od tego, jak to będzie zinterpretowane, zaśpiewane i zagrane. O to, że Jakub Wocial zaśpiewa rolę Jezusa bezbłędnie, byłam spokojna, zresztą już słyszałam go w tym repertuarze podczas jednego z koncertów wiele lat temu, a od tamtej pory niesamowicie rozwinął się aktorsko i wokalnie. Odtwórca głównej roli to klasa sama w sobie i bez problemu jest on w stanie oddać całą gamę różnych emocji kłębiących się w postaci Jezusa. Pomijając wyżej wspomnianą niechęć bohatera do wyjaśniania pozostałym czegokolwiek (gdyby sądzić po tym musicalu, dość dziwne, że ta religia przetrwała tak długo ;), jest w tej postaci niezbędny tragizm i niepewność co do tego, czy cały boski plan się powiedzie Oprócz Wociala bardzo dobra jest Natalia Piotrowska, która pokazuje, że czuje się świetnie nie tylko w rolach kobiet drapieżnych i wyzwolonych. Nieoczekiwanie ciarki na plecach wywołuje Andrzej Danieluk jako Piłat. Trochę rozczarowuje za to Daniel Zawadzki jako Herod, znowu obsadzony w roli do siebie nie pasującej, czyli charyzmatycznego cwaniaka. Niestety zawiódł mnie też trochę Jerzy Gmurzyński jako Judasz. Ta rola do zaśpiewania jest chyba jeszcze trudniejsza niż Jezusa, przez co jest zarazem wielką szansą dla wokalistów na pokazanie możliwości głosowych (patrz Janusz Radek, który wcielał się w tę rolę w Chorzowie). Miałam wrażenie, że Gmurzyńskiemu jeszcze trochę zabrakło do czołówki najlepszych Judaszów.
Kolejny raz brawa należą się choreografowi - Santiago Bello nie tylko sprawił, że aktorzy nie pozabijali się wzajemnie na niewielkich rozmiarów scenie, ale i wprowadził do układów tanecznych sporo ciekawych rozwiązań, które przykuwają uwagę widza - pojawia się w nich na przykład... język migowy. Wrażenie robią też kostiumy, które mają w sobie i coś z epoki, i nowoczesność (nie są to białe giezełka jak z innych inscenizacji). W pamięci zostają dekoracje - choćby krzyż z zarysem sylwetki Jezusa, obecny przez cały czas na scenie, przypominający o tym, że koniec tej historii wszyscy przecież znamy... Do tego cała aranżacja przestrzeni scenicznej - aktorzy pojawiają się nie tylko na scenie, ale też na widowni (ciekawym zabiegiem był fakt, że byli oni obecni wśród widzów, jeszcze zanim spektakl się zaczął - początkowo wzięłam osoby w kapturach za manekiny - dobrze że nie postanowiłam dotknąć ;)). Wszystko łączy się w spójną i przemyślaną całość.Najgorzej jest niestety - i dla musicalu nie jest to dobra wiadomość - z nagłośnieniem. "Jesus Christ Superstar" to musical bardzo trudny do zaśpiewania i muzycznie mocno skomplikowany, pełen dysonansów i dźwięków spotykanych raczej na koncertach rockowych niż w teatrze. A w Teatrze Rampa mamy jednak do czynienia z bardzo małą przestrzenią, w której niektóre numery po prostu nie mają szansy wybrzmieć, do tego wskutek kiepskiej akustyki część tekstów bywa niezrozumiała. Ciekawe, że na poprzednich musicalach w Rampie zupełnie mi to nie przeszkadzało - może kwestia miejsca?
"Jesus Christ Superstar" nie jest najlepszym spektaklem, jaki widziałam w Rampie. Ale na pewno sprawdza się jako widowisko, które nie jest tylko zbiorem chwytliwych piosenek - zostawia coś w człowieku i sprawia, że jeszcze tydzień po spektaklu zastanawiam się nad znaczeniem i wymową poszczególnych scen. Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwą klasykę musicalu w nowoczesnym wydaniu to znajdziecie ją na warszawskim Targówku.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek