Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych

4/21/2018

Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych


Co tu dużo mówić, mój blog nie należy do kategorii tych najbardziej poczytnych, mam nadzieję że z powodu promocyjnego lenistwa autorki, a nie nędznej jakości treści. Niemniej jest jeden wpis, który przyciąga od dłuższego czasu jakieś dziwne rzesze czytelników. Jest to mianowicie wpis o smutnych i traumatycznych kołysankach, które mimo swoich mało pogodnych tekstów uparcie są śpiewane dzieciom przez rzesze dorosłych. Pamiętajcie, jeśli chcecie zwiększyć zasięg swojego bloga, koniecznie wśród słów kluczowych ustawcie "smutne kołysanki"... W ogóle z tymi kołysankami jest coś nie tak, wiecie? Teoretycznie mają one usypiać, więc - może się nie znam - powinny być pogodne i radosne, żeby dzieci nie miały koszmarów. No dobrze, czasem i takie spotkamy. Ale rzadko. Zwłaszcza w muzyce popularnej, gdzie utwory stylizowane na kołysanki pojawiają się bardzo często. Mam wrażenie, że żeby kołysanka zrobiła furorę i stała się hitem, powinna mieć ponurą melodię, jeszcze bardziej ponury tekst, skupiający się na kwestiach przemijania, dorastania i odchodzenia oraz być śpiewana smutnym głosem, na dźwięk którego nawet twórcy "Batman vs Superman" uznaliby, że to przesada. A jako że tematu smutnych kołysanek w żaden sposób jednym wpisem nie wyczerpałam, oto jest. Kolejny kołysankowy wpis. Tym razem skupiłam się na kołysankach, które wikipedia nazywa "artystycznymi". Kołysankach, które niby kierowane do dzieci, w gruncie rzeczy mówią o lękach dorosłych. I kołysankach, które kierowane są właśnie do dorosłych. 1) "Tylko kołysanka" (sł. Przemysław Gintrowski)

Przemysław Gintrowski napisał tę piosenkę dla swoich dwóch małych córeczek, ale popularność zdobyła, promując film "Tato" z Bogusławm Lindą. Gdy już twórcy wycisnęli z widzów wszystkie łzy, wchodziły napisy z piosenką i... Jak już zasygnalizowałam na facebooku, widzę pewien logiczny związek między premierą filmu "Tato" w 1995 roku a nagłą popularnością subkultury "emo" kilkanaście lat później. Co innego mogłoby wyrosnąć z dzieci, którym rodzice, fani filmu, śpiewali do snu tę przerażająco-hiper-ultra-smutną piosenkę? Która porusza tematy wcale nie dziecięce, takie jak przemijanie i śmierć? Niemniej to nadal jedna z najpiękniejszych "dorosłych" kołysanek. Po prostu klasyk. 2) "Kołysanka dla okruszka" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Seweryn Krajewski)
Za tą kołysanką ciągnie się wyjątkowo smutna legenda, głosząca że Seweryn Krajewski napisał ten utwór po śmierci syna. Nie jest to prawdą, co nie zmienia faktu, że - jeśli popatrzeć na komentarze pod filmami z piosenką - nijak nie przywodzi na myśl szczęśliwego dzieciństwa. Zresztą tak już chyba jest z tymi kołysankami, że niby są o dzieciach, ale tak naprawdę śpiewają je rodzice, którzy często są pełni lęku o to, co przyniesie życie ich małemu synkowi czy córeczce. "Ty śpij, a ja nie będę dzisiaj spał" - mam wrażenie, że całkiem spora grupa rodziców mogłaby się pod tym podpisać.
3) "Śpij, bajki śnij" (Marek Grechuta)

Ogólnie rzecz biorąc, zastanawiam się, co takiego jest w tych "artystycznych" kołysankach, że nawet taki pogodny tekst o domkach z miodem, domu z ogrodem i bajkach, w wersji śpiewanej wypada tak smutno, że zupełnie odechciewa się spać, a chce się raczej płakać. Czy tylko mnie przeszywa jakiś dziwny dreszcz niepokoju, kiedy słyszę tę piosenkę? I oczami wyobraźni widzę ojca nad kołyską dziecka w jakiejś wojennej albo postapokaliptycznej rzeczywistości? Ewentualnie nad szpitalnym łóżkiem?

4) "Synku" (sł. Katarzyna Węgrzyn, wyk. Grażynka Łobaczewska)
Trochę mniej znana kołysanka, co do której za każdym przesłuchaniem trudno mi się zdecydować, czy jest smutna, czy nie. Z jednej strony, podobnie jak u poprzedników, tekst skupia się na rodzicielskich lękach, ale ostatecznie wymowa jest dość optymistyczna - matka śpiewa tu o tym, co zyskuje dzięki posiadaniu dziecka, a nie o tym, co wkrótce utraci.

5) "Dookoła noc się stała" (sł. Agnieszka Osiecka)
Kołysanki nie są tylko dla dzieci. Równie dobrze można je zaśpiewać dorosłym. Kojarzy mi się ta "kołysanka" ze spektaklem "Morfina", w którym śpiewała ją żona Bułhakowa (w tej roli Anna Czartoryska) zmarłemu mężowi. Może dlatego wydaje mi się smutniejsza niż jest w rzeczywistości. Bo w gruncie rzeczy równie dobrze może być wyrazem miłości dla ukochanej osoby.
6) "Dobranoc, panowie" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Maryla Rodowicz)



Na podsumowanie znowu "Morfina", tym razem piosenka rozpoczynająca spektakl (chyba ten wpis mógłby się nazywać "Smutne kołysanki Agnieszki Osieckiej) - i trochę kwintesencja tego, o czym właściwie są kołysanki. W tym magicznym momencie tuż przed snem nagle przestajemy udawać - dzieci, rodzice, żony, mężowie. Na wierzch wychodzi to, co chcielibyśmy ukryć, wszystkie nasze lęki, nasze wspomnienia, miesza się przeszłość z przyszłością. Możemy być sobą.

Inna sprawa, że przy kołysankach, podobnie jak przy kolędach, wykonanie może wiele zmienić - ten sam utwór w wykonaniu Maryli Rodowicz brzmi drapieżnie i zupełnie niekołysankowo, w wersji Anny Czartoryskiej jest niepokojący, smutny, nostalgiczny i pełen tęsknoty.

Sam fakt, że artyści tacy jak Osiecka, Krajewski, Gintrowski sięgają po gatunek taki jak kołysanka, jest intrygujący. Zresztą, niemal każdy artysta, zwłaszcza wykonujący poezję śpiewaną ma na swoim koncie przynajmniej jeden tego typu utwór. Na youtubie odnajdziemy kołysanki, które dla swoich dzieci wykonują Justyna Steczkowska, Kayah, Agnieszka Chylińska, ale i "Kołysankę dla nieznajomej" Perfectu. Może w kołysankach trochę łatwiej przychodzi mówienie o swoich lękach, obawach przed przyszłością, ale i o miłości? Bo ten, komu śpiewamy, za chwilę zaśnie i być może pomyśli, że to wszystko tylko mu się przyśniło?

Oczywiście to tylko parę małych kropelek w oceanie "artystycznych" kołysanek. A jakie są Wasze ulubione kołysanki dla dorosłych?
Śmierć, dziewczyna i chochoły, czyli "Dziecko Piątku" czytane po latach

4/11/2018

Śmierć, dziewczyna i chochoły, czyli "Dziecko Piątku" czytane po latach


Możecie mnie nazwać prawdziwą masochistką, ale po zmęczeniu "Ciotki Zgryzotki", zamiast grubą kreską odgrodzić się od literatury spod znaku Musierowicz, ja zanurkowałam między półki w poszukiwaniu wcześniejszych tomów "Jeżycjady". Tak tylko, żeby sprawdzić, czy w starszych tomach znajdę to wszystko, co raziło mnie w najnowszych. Bo może wszystkie te irytujące szczegóły już tam były, tylko ja byłam inna, bardziej naiwna. Padło na "Dziecko piątku", bo mam wrażenie, że to książka, która we wszelkich dyskusjach o twórczości Musierowicz pojawia się bardzo rzadko, w przeciwieństwie do takiej "Szóstej klepki", "Kwiatu Kalafiora" czy "Noelki". Również przez zagorzałych fanów nie jest zbyt często wspominana. Może dlatego, że dotyka tematów, po które Małgorzata Musierowicz sięga bardzo rzadko: śmierci i przeżywania żałoby, a może dlatego, że obowiązkowy romans jest tu mało romantyczny i raczej nieoczywisty. A może dlatego, że powieść niewiele wnosi do Sagi Rodu Borejków, skupiając się na zupełnie innych postaciach.

Jest rok 1993, właśnie dobiegł końca rok szkolny. 16-letnia Aurelia Jedwabińska, zamiast wrócić do domu ojca i nowej partnerki, którzy zaopiekowali się nią po śmierci matki, wraz z dopiero co poznanym piętnastoletnim Konradem Bitnerem wyrusza w podróż do dawno nie widzianej babci, z którą od czasu rozwodu rodzina nie utrzymywała kontaktu. Świadectwo, które przypadkiem zostawiła w szkole, trafia w ręce starego woźnego, zgorzkniałego, skłonnego do monologów wewnętrznych pełnych narzekań pana Jankowiaka, który tknięty wyrzutami sumienia (przypadkowo rzucony komentarz o matce Aurelii), postanawia zwrócić je dziewczynie. Oczywiście po drodze nie zabraknie i rodziny Borejków, do których właśnie po ślubie sprowadził się mąż Gabrysi, Grzegorz Stryba.
Pamiętam, że kiedy czytałam książkę po raz pierwszy, strasznie podobała mi się ta nowa, ciemnowłosa Aurelia. Źródło wszystkich obrazków: www..musierowicz.com.pl

To chyba dopiero druga po "Pulpecji" książka w cyklu, w której Autorka nie wprowadza żadnej nowej pierwszoplanowej postaci - Aurelia to oczywiście "Geniusia" z "Opium w Rosole" (chyba mojej ulubionej części "Jeżycjady"), Konrada poznaliśmy w "Brulionie Bebe B.", nawet pan Jankowiak pojawił się już epizodycznie w "Kwiecie kalafiora", no a Borejkowie... wiadomo. Wtedy jednak powrót do znanych bohaterów nie irytował - wręcz przeciwnie, chyba każdy chciał dowiedzieć się, jak potoczyły się losy kilkulatki, która wpraszała się do obcych domów na obiadek. A bohaterowie z automatu stawali się nam bliżsi, bo mogliśmy zobaczyć, co z tych zdolnych dzieciaków wyrosło.

To, co po latach (będzie już jakieś dwadzieścia od pierwszego przeczytania, a kilkanaście od ostatniego!!!!) doceniłam znacznie bardziej niż podczas pierwszego czytania, to kreacja bohaterów. Zdecydowanie Małgorzata Musierowicz ma zmysł pozwalający na uchwycenie w kilku zdaniach charakteru postaci, a wtedy jeszcze potrafiła je konsekwentnie budować. Z pewnością wiele czytelniczek przestanie w tym momencie czytać ten wpis ;) ale muszę przyznać się do jednego - bardzo lubię Konrada Bitnera. O ile w prawdziwym życiu ten "intelektualista i twórca Piękna" pewnie nieludzko by mnie denerwował i uciekłabym od niego jak najdalej, bez względu na to czy pozwoliłby mi hm, potrzymać swoją kukiełkę, czy odsłonić kurtynę w jego jednoosobowym teatrze, o tyle jako bohater literacki jest znacznie ciekawszy niż absztyfikanci z pozostałych tomów. Być może niechcący, być może celowo (zawsze się nad tym zastanawiam) Małgorzata Musierowicz uchwyciła taki szczególny typ nastolatka, który to przeczytał trochę więcej niż inni, przez co jest przekonany o własnej odrębności i wybitności. A zarazem nastolatka prześladowanego przez rówieśników, który z jednej strony wydaje się być ponad to, a z drugiej - w domowym zaciszu trenuje palenie papierosów i popija Guinessa, byle nie zrobić sobie obciachu przed kolegami z nowej szkoły. I jeszcze do tego Konrad jest nastolatkiem z rozbitej rodziny, którego wszelkie działania, choćby miłość do teatru, są jednym wielkim wołaniem o zainteresowanie ze strony matki, znanej aktorki. Która też nie jest przedstawiana jako jakaś straszna wywłoka, tylko raczej kobieta, która przedłożyła bycie aktorką nad bycie matką, ale świat wcale się od tego nie zawalił. Jaka odmiana po tych wszystkich "Ludziach, Którzy Nie Umieją Kochać" z ostatnich tomów. Parę lat później Małgorzata Musierowicz próbowała powtórzyć rys tej postaci w Ignacym Grzegorzu, ale ze znacznie gorszym skutkiem (chociaż tę postać też na swój sposób lubię).
Konrad Bitner jest irytujący, ale jako postać literacka - bardzo ciekawy. 

Również postać Aurelii chwyta za serce, zwłaszcza jeśli pamiętamy ją jeszcze jako Geniusię. I chociaż z pozoru wydawać by się mogło, że w prowadzeniu tej postaci brakuje Autorce nieco konsekwencji, to w gruncie rzeczy to ciągle ta sama dziewczynka - spragniona ciepła, miłości i zainteresowania. Dziewczynka, która znacznie lepiej dogaduje się z obcymi osobami (Konrad, Piotr, Borejkowie) niż z własną rodziną. A jej smutek po śmierci matki (swoją drogą - Ewa Jedwabińska z "Opium w Rosole" to też była świetnie napisana postać) i wewnętrzne rozterki są bardzo ludzkie i prawdziwe.

Na uwagę zasługuje również pan Jankowiak. Dziś stary woźny, którego monologi przepełnia niechęć do świata, narzekanie na to, co jest i zarazem tęsknota za przeszłością, miałby zapewne większe pole do popisu, bo Autorka nie tylko poprzez postaci, ale i w samej narracji pokazuje swoje rozczarowanie współczesnym światem. Tymczasem w "Dziecku Piątku" jego niechęć jest wciąż przełamywana jakimiś drobnymi gestami innych bohaterów - a to Gabrysi, a to jej córek, a to w końcu babci Marty. W książce sympatia Autorki jest wyraźnie po stronie tej ostatniej - energicznej kobiety, która zamiast użalania się nad sobą wybiera działanie. Z kolei niestety najnowsze tomy momentami sprawiają już wrażenie, jakby pisał je pan Jankowiak we własnej osobie.
Jankowiak to taki typowy narzekacz, który z narzekania uczynił sobie tarczę chroniącą przed światem, który w swoich przekonaniach o świecie staczającym się na psy czuje się bezpiecznie - aż tu nagle przekonuje się, że świat ma jednak sens. 
Oczywiście podczas czytania dostrzega się również elementy, które dzisiaj w książkach wyjątkowo irytują. Jeśli przyłożyłoby się do "Dziecka piątku" współczesną miarę, to pewnie u Aurelii możnaby zdiagnozować depresję i zamiast do babci wysłać ją do psychologa. Ale we wczesnych latach dziewięćdziesiątych raczej nikomu się o tym nie śniło, poza tym sam proces "wychodzenia" Aurelii z żałoby nie jest ukazany jako "weź się do roboty zamiast marudzić". Babcia podchodzi do wnuczki zarazem z humorem i pozytywną energią, jak i z wielką delikatnością, rozumiejąc, czego Aurelii potrzeba. Ale nie chodzi mi o tego typu kwestie, raczej o elementy, które były już obecne w twórczości Autorki, a w nowej "Jeżycjadzie" wybuchły ze zdwojoną siłą. Po analizie stwierdzam, że oczywiście, są one obecne, ale w odróżnieniu od takiej "Ciotki Zgryzotki" zawsze są w jakiś sposób kontrapunktowane.

Tym, co zdecydowanie jest znakiem rozpoznawczym Małgorzaty Musierowicz jest ocierające się o karykaturę piętnowanie rozwodników. Widmo Janusza Pyziaka jest oczywiście obecne, ale zanim ten zmaterializował się w "Języku Trolli", w "Dziecku Piątku" mamy Eugeniusza Jedwabińskiego, ojca Aurelii. Zostawił on żonę i związał się z (oczywiście) pustą i nieprzyjemną partnerką, która nie zamierza być dobrą macochą dla bohaterki. Eugeniusz jest też (oczywiście) nieszczęśliwy, a do tego niedojrzały, ucieka od problemów, zamiast je rozwiązywać. Tylko że, chociaż jego postępek jest ze wszech miar godny potępienia, czego dowiadujemy się z ust pani Jedwabińskiej, to - jakie zaskoczenie po tych wszystkich Feblikach - poznajemy również jego punkt widzenia, który w gruncie rzeczy pokazuje go w nieco innym świetle. Autorka nie stawia tu kropki nad "i" i sami możemy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bohater zasługuje na przebaczenie. Nadmienię tylko, że tego samego zrozumienia nie ma już autorka w stosunku do nowej partnerki ojca, Moniki, która pokazana jest jako kopcąca papierosy lafirynda i stereotypowa zła macocha.
Podczas czytania zastanawiałam się, czy istnieją fanfiki shipujące Konrada z Arturkiem-Gburkiem. Wtedy z "Dziecka piątku" wyszłyby "Tamte dni, tamte noce" ;)
"Dziecko piątku" to też pierwsza książka Małgorzaty Musierowicz, która tak bardzo idealizuje życie z dala od miasta. Niekoniecznie jeszcze na wsi, bo Pobiedziska, gdzie przyjeżdża Aurelia to właściwie małe miasteczko, ale życie toczy się tu wolniej, spokojniej i bliżej natury. Opisy Marty Jedwabińskiej i jej domku tchną "Nad Niemnem", więc dlaczego mimo wszystko czyta się to bez zgrzytania zębami? Może dlatego, że nie mamy tutaj tej prostej opozycji wieś (cisza, natura, dobrzy ludzie, co chodzą do kościoła) kontra miasto (hałas, remonty i korki, postępująca znieczulica i ogólna degrenolada społeczna). A może dlatego, że wszystko to oglądamy oczami Aurelii, która idealizuje to miejsce, a zarazem daje czytelnikowi pewien filtr, przez który możemy spojrzeć na ten skansen.

Obowiązkowy trójkąt miłosny - no a jakże, jest. Tylko że, jak wcześniej wspomniałam, nie jest tu wcale taki oczywisty, co może równie dobrze przeszkadzać czytelnikowi, który oczekuje namiętnych pocałunków, dram i miłości aż po grób. Tymczasem właściwie nie dostajemy tu żadnego zakończenia, żadnej deklaracji, jedynie słowa "Na wszystko przyjdzie czas", co w kontekście ostatnich tomów "Jeżycjady", gdzie bohaterowie po pierwszym spotkaniu zaręczają się albo przedstawiają dziewczynę jako narzeczoną, daje do myślenia. Ba, Aurelia i Kozio nawet się nie całują, a sama Aurelia zdaje się nie traktować Konrada jakoś szczególnie poważnie, momentami wręcz go wyśmiewając. Co akurat nieszczególnie mi się podobało - radzenie osobom słabym psychicznie i niepewnym siebie, żeby wyśmiewali się z osób jeszcze słabszych i bardziej niepewnych siebie, nie jest raczej warte polecenia. Z drugiej strony - Aurelia na umizgi dwóch rówieśników reagująca głupawką i chichotem z pewnością jest bliższa rzeczywistości niż bohaterowie oświadczający się po pierwszej randce.

To, co w znacznie większym stopniu dostrzegłam przy czytaniu teraz niż przed laty, jest obecna w książce polityka. Z jednej strony Małgorzata Musierowicz prezentuje wyraźną niechęć do polityki wszelakiej i pragnienie odcięcia się od niej. Gadające głowy w telewizji, debaty (akcja rozgrywa się tuż przed wyborami parlamentarnymi w 1993 roku, kiedy to - przypomnijmy - wygrało SLD) pokazane są jako męczące tło. Z drugiej strony, polityczne dyskusje niby toczą się gdzieś w tle, ale wybór "Wesela" jako sztuki towarzyszącej bohaterom (Konrad wystawia sztukę na rynku i w domu kultury w Pobiedziskach) i przywołanie konkretnych cytatów z Wyspiańskiego może nie być przypadkowy. Pytanie tylko, czy chodzi o to, że Małgorzata Musierowicz widzi politykę jako chocholi taniec, czy też raczej książka z jej idealizowaniem wsi i prawilną gospodynią jako wzorem do naśladowania stanowi zakamuflowany wyraz poparcia dla Waldemara Pawlaka ;)
Są i Borejkowie. Swoją drogą, wątek Grzegorza Stryby, który usiłuje poradzić sobie z rozpuszczonymi pasierbicami przekupstwem, zakazami czy totalną biernością, teraz wydał mi się jednym z ciekawszych. Tym bardziej, że wiemy, jak potoczyły się losy tych postaci i że właściwie kulminacyjna kłótnia nie była żadnym przełomem. I że zwyciężyła totalna bierność :)
O wiele ciekawsze niż ten niedokończony romans wydaje się zmaganie wewnętrzne Aurelii z zauroczeniem dorosłym przyjacielem, Maćkiem Ogorzałką. Przypadkowy pocałunek sprawił, że bohaterka zerwała wszelkie stosunki zarówno z nim, jak i z dawnymi przyjaciółmi. Ale dopiero czytając książkę po latach, dostrzegłam pewne rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Z jednej strony, ciekawe w postaci Aurelii jest to skrywanie wyrzutów sumienia pod płaszczykiem żałoby i pozwalanie na to, by jej zachowania odbierać jako żal po śmierci matki - bo przecież nie przyzna się do tego, że pocałowała męża najlepszej przyjaciółki. Z drugiej strony, nowego wymiaru nabiera raczej komiczna postać Artura. Oczywiście ten bohater potrzebny jest do wprowadzenia elementu dramy (nie ma jak trójkąt miłosny), ale zarazem jest trochę projekcją Aurelii, która podświadomie szuka w nim Maćka (są nawet fizycznie do siebie podobni). Inna sprawa, że znowu nie dostajemy tu żadnej konfrontacji, żadnego pojednania, mowa jest tylko o rozmowie z Kreską, której nie możemy podsłuchać - ciekawe, jak zareagowałby w rozmowie sam zainteresowany Ogorzałka.

I tylko trochę smutno, że Autorka, która potrafiła w tak przekonujący sposób pokazać różne oblicza żałoby, potem popełniła "McDusię", gdzie rozpacz bohaterów tęskniących za profesorem Dmuchawcem przybrała formę karykatury. Szkoda, że Autorka, która potrafiła stworzyć tak skomplikowaną postać jak Aurelia, w "Ciotce Zgryzotce" uraczyła nas płytką Norą. A może wcale tak nie jest i to jednak mój sentyment do starszych części "Jeżycjady" przysłania widzenie problemu?
Zakaz kontynuacji potrzebny od zaraz, czyli książki, których mogłoby nie być

3/28/2018

Zakaz kontynuacji potrzebny od zaraz, czyli książki, których mogłoby nie być


Przypadek (i niezbyt udana próba posprzątania stolika przy łóżku) sprawiły, że ostatnimi czasy doczytywałam książki będące kontynuacjami mniej lub bardziej poczytnych serii. Różni autorzy, różne style, różne gatunki. Książki łączyło jedno: w większości były to kontynuacje nieudane. Jedne pozostawiały po sobie zaledwie lekką irytację, jedne żal za czymś, co kiedyś się uwielbiało, a teraz nie ma się ochoty do tego wracać, jeszcze innymi miałam ochotę cisnąć o ścianę. Właściwie o każdej z nich mogłabym napisać siarczystą recenzję pełną inwektyw, ale ich nagromadzenie sprawiło, że jednak zdecydowałam się napisać zbiorczy tekst, żeby mój blog nie stał się jakimś składowiskiem jęków i narzekań.

Jeden z moich wykładowców na studiach mawiał, że każdy z nas ma listę osób do zlikwidowania na wypadek przypadkowego dojścia do władzy (u niego na czele była Beata Kozidrak, nie pytajcie). Ja z kolei przywróciłabym Indeks Ksiąg Zakazanych. Totalitaryzm, powiecie? Ależ skąd. Po prostu umiejętnie wprowadzona reforma. Gdyby wydawnictwa były tak obwarowane wszelkimi zakazami i nakazami, że bardziej opłacałoby się inwestować w debiutantów i nowe powieści znanych autorów niż w kilometrowe serie, wałkujące te same tematy i bohaterów w nieskończoność i rozmieniające na drobne bohaterów niegdyś ukochanych przez czytelników... czyż świat nie byłby lepszy? Nie, nie mówię, że należałoby w ogóle zakazać pisania kontynuacji. Wystarczyłoby, żeby autorzy przestrzegali paru prostych zasad. Oto kilka pomysłów oraz książki, które mnie do nich zainspirowały. Książki, które powinny przepaść w otchłani zapomnienia.

1) Zakaz kontynuowania serii po śmierci autora

Trzeba przyznać, że taki David Lagercrantz złapał pana Boga za nogi. Autor biografii Zlatana Ibrahimovicia dostał możliwość kontynuowania serii "Millenium" po śmierci prawowitego autora, Stiega Larssona. No dobrze, co prawda również oryginalna trylogia dokończona została i wydana już po śmierci Larssona, ale na tym naprawdę można było poprzestać. "Millenium" było przełomowym momentem w światowej karierze skandynawskiego kryminału i obrosło prawdziwą legendą, więc nic dziwnego, że pokuszono się o kontynuacje, ale... O ile jeszcze "Co nas nie zabije" dawało się czytać, i to z przyjemnością, o tyle "Mężczyzna, który gonił swój cień" jest książką tak przerażająco złą i tak bardzo wypacza to, co robił Larsson, że podczas czytania przewracałam oczami z irytacji. 

O ile cała nieprawdopodobna intryga w "Millenium" jest opisana tak prawdopodobnie, szczegółowo i z dziennikarskim zacięciem i pasją, że łyknęłam ją bez zastrzeżeń, o tyle książki Lagercrantza porażają naiwnością. Autor, jak klasyczny autor sequela z jednej strony postawił sobie bowiem za cel jak najbardziej naśladować styl Larssona (co przynajmniej w tłumaczeniu objawia się głównie w opisywaniu szwedzkich ulic z topograficzną dokładnością i wymienianiu kolejnych gadżetów bohaterów), ale z drugiej - uczepił się cech tego pisarstwa, które wcale nie stanowiły jego kwintesencji. O czym mówię? Przykładowo w "Millenium" pojawia się postać, która nie odczuwa bólu. Jej obecność w fabule i przypadłość jest logicznie uzasadniona, ale stanowi raczej marginalny smaczek i przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Co robi Lagercrantz? Ano myśli sobie "kurcze, też chcę mieć postaci z nietypowymi przypadłościami neurologicznymi". I mamy: autystyczne dziecko, oczywiście sawanta, który nie tylko rysuje z fotograficzną dokładnością, ale też liczy w pamięci liczby pierwsze lepiej niż komputer Salander. A w drugiej książce - bliźniaków lustrzanych z hiperakuzją i ambidekstrią, do tego jeszcze muzycznych geniuszy. Zresztą strasznie żal całej tej bliźniaczej intrygi z "Mężczyzny, który gonił swój cień" - bo to naprawdę fajny pomysł na osobną powieść, bez Blomkvista i Salander. Oni bowiem - i cała reszta postaci z oryginalnej trylogii - po niezłym "Co nas nie zabije" w kolejnym tomie błąkają się bez celu, nie wchodzą ze sobą w niemal żadne interakcje, każde z nich gra w swoją własną grę i tylko od czasu do czasu dzielą się uzyskanymi - nie zawsze wiadomo skąd - informacjami. Za zrobienie z Salander idiotki Lagercrantzowi, poza umieszczeniem dzieła na Indeksie, należałoby się wytatuowanie na brzuchu brudną igłą "nie będę pisać złych kontynuacji dobrych książek".

2) Nakaz przerwania serii po kilku nieudanych tomach

O ile jednak "Millenium" to dopiero tomów pięć i w przypływie dobrego nastroju mogłabym dać autorowi kredyt zaufania, to "Ciotka Zgryzotka" Małgorzaty Musierowicz pokazuje, co może się stać, jeśli nie skończy się w odpowiednim momencie. Książka jest kolejnym objawem staczania się kultowej po równi pochyłej. "Kalamburka", 14 tom "Jeżycjady", miała może i swoje wady, ale była bardzo ładnym podsumowaniem sagi rodu Borejków, sięgającym głęboko w przeszłość i wypełniającym białe plamy. Niestety autorka postanowiła serię kontynuować, czego owocem były smutna i pełna rozgoryczenia światem "McDusia" czy zupełnie niepotrzebne "Feblik" i "Wnuczka do Orzechów". "Ciotka Zgryzotka", 22. część Jeżycjady, nie ma scen jakoś szczególnie kontrowersyjnych typu potrząsanie Magdusią jak szczurem, zresztą - nie wywołuje zupełnie żadnych emocji. Jest po prostu nudna. Wątek głównej (?) bohaterki, Nory, córki Patrycji, który zapowiadał się bardzo sympatycznie (typowa nastolatka, bez artystycznych ciągot i głowy przepełnionej łacińskimi cytatami), został brutalnie okrojony na rzecz kolejnych depesz i maili donoszących o życiu rodziny Borejków. A do tego - kolejny raz - wszystko kręci się tylko i wyłącznie wokół ślubu i posiadania potomstwa, które to trzeba mieć najlepiej już w wieku lat dwudziestu, bo inaczej robi się podejrzanie. 

Mam wrażenie, że Małgorzata Musierowicz po prostu przestała już rozumieć nastolatki, do których kiedyś kierowała swoje książki. Przestała też rozumieć otaczający ją świat, chociaż - co trzeba przyznać - wciąż ma dryg do błyskotliwego jego opisywania. Przykładowo, bardzo ładnie zostały opisane wszelkie ciążowe dylematy Agnieszki, żony (oczywiście) Ignacego Grzegorza. Wszystkie zostaną jednak oddalone wskutek światłych rad kobiet z rodu Borejków (nawiasem mówiąc - czy tylko ja mam wrażenie, że Agnieszka, główna bohaterka poprzedniego tomu, została opisana z przyganą i raczej jest przeznaczona do zlikwidowania w kolejnych tomach?). Epifanii doznaje nawet Nora, której wystarczy chwila z dzieckiem w ramionach, by zapomnieć o wszystkich problemach. Hello! Naprawdę życie i marzenia nastolatków, zwłaszcza współczesnych nie kończą się na ślubach i porodach. A gdzie podziało się życie szkolne, konflikty z nauczycielami, sprzeczki z przyjaciółmi? Gdzie inne schematy życia? Nawet jeśli już czynimy macierzyństwo centrum wszechświata, to dlaczego nie pokazać też innych jego wariantów, takich jak adopcja czy urodzenie dziecka niepełnosprawnego?

Do tego bohaterka "Ciotki Zgryzotki" nie ma właściwie żadnego problemu do rozwiązania, czy nawet żadnej szczególnej wady, którą mogłaby w sobie zmienić w miarę rozwoju akcji, jak bohaterki poprzednich tomów "Jeżycjady" (patrz: "Kłamczucha"). Zupełnie się nie zmienia, niewiele działa, niewiele się o niej dowiadujemy, podobnie jak o jej absztyfikantach, których poznajemy jedynie w przebłyskach. 

Wciąż widać w książce ślady dawnej Małgorzaty Musierowicz (w scenie gdy Grzegorz opowiada o porodzie, w scenie spotkania z babcią Augusta) - i dlatego może lepiej byłoby, gdyby Autorka porzuciła w końcu tych nieszczęsnych Borejków i stworzyła coś zupełnie nowego? Dla takich autorów powinno się ustawowo zarządzać nakaz skierowania na odwyk od serii. Może - wzorem swoich bohaterów - Małgorzata Musierowicz mogłaby napisać sagę rodzinną?  Może dramaty na miarę Kala Amburki? Albo może powinna w swoich powieściach cofnąć się do lat 70.? Cokolwiek, byle nie zmieniać ukochanych książek mojej młodości w tandetną i nudną telenowelę.

3) Zakaz odcinania kuponów 

Tak, pani J.K. Rowling, to o pani niestety. "Harry Potter" został zamknięty w idealny sposób - seria od początku była zaplanowana na 7 tomów i na siódmym się skończyło, pozostawiając fanów wciąż zakochanych w książkach. Idealny wręcz przypadek. Po co zatem była jakaś sztuka teatralna, która magiczną opowieść odarła z całej magii? Która z naszych ukochanych bohaterów zrobiła ludzi, których nigdy w życiu nie chcielibyśmy spotkać? 

No i która nie miała zupełnie żadnej z cech, za które ludzie pokochali sagę o Harrym - choćby przenikliwego opisu szkolnej dżungli. Zresztą, żaliłam się już na "Przeklęte Dziecko" w jednej z recenzji - do przeczytania TUTAJ.

Na tę samą przypadłość zapadł niestety Andrzej Sapkowski, który po zakończeniu cyklu o Wiedźminie (i wielokrotnych zapowiedziach, że to już na pewno ostateczne zakończenie) postanowił dopisać "Sezon burz", książkę, która co prawda pozwala czytelnikom na powrót do ulubionego bohatera, ale jest tak niepotrzebna, że jedyne co w tej chwili z niej pamiętam, to fakt, że była o Wiedźminie.

Czym innym jest tutaj jednak antologia "Szpony i kły", zbiór opowiadań z uniwersum "Wiedźmina", ale pisanych przez fanów. Zdecydowanie nie jestem za zakazem pisania fanfików, a wręcz je gorąco popieram ;) Sprawiają bowiem, że leniwy autor czuje na plecach oddech czającej się konkurencji, co może zdopingować go do pisania lepiej. Przynajmniej w idealnym świecie ;)

4) Zakaz dopisywania pomiędzy tomami

Czasem autor uśmierca bohatera, po czym nagle zdaje sobie sprawę, że jeszcze trochę by o nim popisał. Wydawca dopytuje, nie chce nowych pomysłów, bo ludzie pytają o kolejne tomy... no ale bohater w grobie, co zrobić. Sposoby są dwa - okazuje się, że bohater jednak żyje, a śmierć została sprytnie sfingowana, albo po prostu autor zaczyna wypełniać luki między tomami kolejnymi historiami z przeszłości bohatera. 

Zakaz ten objąłby naprawdę wiele serii, ale mnie akurat w ręce wpadły dwie kontynuacje poczytnych kryminałów: "Planeta Woda" Akunina i "Ludzkie Zoo" Krajewskiego. No dobrze, Fandorina kocham miłością platoniczną i na "Planetę..." rzuciłam się jak Reksio na szynkę, ale... zdecydowanie mogłabym bez tych opowiadań przeżyć. Pomijając kwestię, że trzecie z nich zostało bezczelnie zaspoilerowane na okładce (TAK - WYDAWCA W NOTCE OKŁADKOWEJ ZDRADZA ZAKOŃCZENIE), to książka zdecydowania za bardzo skupia się na Fandorinie jako ninja niż na Fandorinie jako detektywie. No i kobiety... owszem, Akunin do postaci kobiecych drygu nie ma, wszystkie są albo wredne, albo szybko giną, ale w "Planecie wodzie" ta niechęć osiąga jakieś apogeum. Zastanawiam się, czy to ja nie lubię kobiet u Akunina, czy też autor nie cierpi swoich bohaterek. Tytułowe opowiadanie, nawiązujące do Verne'a jest naprawdę cudne i pełne zwrotów akcji, ale czy rzeczywiście trzeba było robić z wyjętej z pensjonarskich powieści niegrzecznej, ale przesympatycznej Belindy aż tak negatywną postać? Podobnie jest w historii drugiej, gdy Fandorin prowadzi śledztwo w żeńskim klasztorze (swoją drogą, aż tak nie lubię kobiet u Akunina, że gdy dowiedziałam się, która z jego dawnych miłości poszła do klasztoru i została zamordowana, poczułam dreszczyk radości). Kobiety są tam opisywane jak - nie przymierzając - potwory i czarownice. I trochę psuje to przyjemność z powrotu do poprzednich tomów, bo znacznie mocniej zaczyna się tę kwestię zauważać.

Ale Akunin to prawdziwy dżentelmen w porównaniu z takim Markiem Krajewskim. Jeśli o mnie chodzi, pisarz mógł poprzestać na "Śmierci w Breslau" i nie wracać już nigdy więcej do niezbyt sympatycznego Mocka. W "Ludzkim Zoo" Mock co prawda jest młodszy i sympatyczniejszy, ale książka cierpi na syndrom, na który cierpi cała masa kontynuacji: czym by tu jeszcze zaskoczyć czytelnika, skoro w poprzednich częściach zajrzeliśmy już tak głęboko we wszystkie patologie i najciemniejsze zakamarki ludzkiego umysłu? Dokąd zabrać bohatera, który w swoim mieście zajrzał już we wszystkie zakamarki? Może to moja niechęć do Mocka, którego jakoś nie jestem w stanie polubić, ale miałam wrażenie, że w najnowszej powieści przeskoczył goryla, tfu, rekina. 

5) Zakaz robienia dwóch tomów z jednego

Uwielbiam, no po prostu uwielbiam "Siewcę wiatru" Kossakowskiej, Daimona Freya i resztę niezbyt świętych aniołów. Zakochana w bohaterach sięgnęłam też po kolejne części: "Zbieracza burz" i nowe "Bramy światłości".

No i tak - gdyby każda z tych części składała się z jednego tomu, to byłoby super. Ale wydawnictwo najwyraźniej chciało zarobić podwójnie, więc cóż... trzeba było dorobić trochę wierszówki. W przypadku obu części miałam dokładnie te same odczucia: po pierwszym tomie, gdzie przyjemność ze spotkania znajomych bohaterów i radość z poznawania nowych przysłaniała wszelkie wady, drugi zaczynał mnie irytować - jakąś jedną trzecią każdego z nich zajmują monologi wewnętrzne bohaterów (czy raczej inwokacje, bo są pisane w drugiej osobie) opisujące, jak bardzo cierpią, jak wszystko ich boli i jakie emocje kotłują się w ich skomplikowanych wnętrzach. Uwielbiałam "Siewcę wiatru" za te wszystkie barokowe opisy, ale w momencie, gdy zaczęły one służyć do powtarzania tego samego, tylko innymi słowami, mówię stanowcze "dość".

Szkoda, bo gdyby skondensować tę nadmuchaną treść, i ze "Zbieracza burz" i z "Bram światłości" wyszłyby pasjonujące, pełne akcji powieści. A tak co chwila przerzucam kartki i sprawdzam, kiedy skończą się fragmenty z funkcją retardacyjną i gdzie właściwie zaczyna się jakaś akcja. Ciągle jestem w trakcie czytania, więc kto wie - może po ostatniej stronie jeszcze zmienię zdanie.

No dobrze, z tym Indeksem mogłam trochę przesadzić. W końcu książkowe serie są nam w jakiś tam sposób potrzebne - pozwalają czytelnikom zanurzyć się w znanym świecie, a autorom dają możliwość nie tylko zarobku, lecz także frajdę z rozwijania pomysłów i bohaterów, do których sami się przywiązali. Ale powiedzcie sami, ile sag mogłoby zakończyć się po trzecim, a nie po trzynastym tomie? Ilu sytuacji z życia bohaterów nie chcielibyśmy poznać, żeby nie stracić o nich dobrego zdania? Ile genialnych książek zostało zniszczonych kiepskimi kontynuacjami? Ilu autorów przewraca się w grobie, bo ich bohaterów przejął ktoś ze znacznie mniejszym talentem? Dlatego, w razie jakichś wyborów na dyktatora świata literackiego, głosujcie na mnie. Obiecuję, że poza wprowadzeniem wyżej wymienionych reform, postaram się zmusić George'a R. R. Martina do ukończenia "Wichrów zimy"... ;)

P.S. A jakie książki Wy umieścilibyście na liście nielubianych kontynuacji?
Ludzie epoki, czyli jaki powinien być bohater w kinie historycznym i inne refleksje wokół "Aferim!"

3/19/2018

Ludzie epoki, czyli jaki powinien być bohater w kinie historycznym i inne refleksje wokół "Aferim!"


Jednym z najczęstszych zarzutów odnośnie filmów historycznych jest ten, że bohaterowie zachowują się zbyt "współcześnie". Mimo kostiumu mówią i myślą tak, jak my, a do swojej epoki przykładają nowoczesne miary. Często uprzedzając te zarzuty, scenarzyści (zwłaszcza filmów biograficznych) na głównych bohaterów wybierają postaci w jakiś sposób wyprzedzające swoje czasy - naukowców, artystów, społeczników, osoby w jakiś sposób wrażliwsze od innych i czułe na krzywdę ludzi wokół. Jeśli w głowach takich bohaterów pojawiają się jakieś negatywne idee reprezentowane w danym okresie - to zazwyczaj po to, by w kolejnej scenie mogli oni zrozumieć swój błąd i zrobić krok na drodze do oświecenia.

Wytłumaczenie tego faktu jest dość proste - kino historyczne służy przede wszystkim do mówienia o teraźniejszości. Bo w gruncie rzeczy dość trudno jest spojrzeć na dawne czasy i dawnych ludzi nie przykładając do nich współczesnych miar. Zazwyczaj celem scenarzysty przy tworzeniu głównego bohatera jest, by widz go polubił, by go zrozumiał. I gdyby nagle ten nasz główny bohater zaczął głosić, że Murzyni pochodzą od małpy, a wycięcie kobiecie macicy sprawi, że minie jej histeria, to podejrzewam, że byłby z tym pewien problem. A potem taki bohater mógłby pójść na targ i kupić sobie niewolnika. Albo na miejski placyk, żeby w tłumie pogapić się na jakąś fajną egzekucję. Nie brzmi to zbyt zachęcająco dla producenta.


Dlatego o ile książek kilka by się znalazło (narrator nie musi zgadzać się z bohaterem), o tyle bardzo trudno jest mi wskazać film, którego główny bohater mógłby rzeczywiście odzwierciedlać poglądy człowieka swojej epoki. W gruncie rzeczy pod tym względem prawdziwsi (i wygodniejsi do sportretowania) są zazwyczaj antagoniści - bo to oni posiadają niewolników, biją kobiety, nie interesują się swoimi dziećmi, nie myją rąk i tak dalej. Dlatego bardzo interesujące - i bardzo niewygodne zarazem - było dla mnie oglądanie "Aferim!" czyli rumuńskiego filmu w reżyserii Radu Jude, który w 2015 roku zdobył na festiwalu w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia (zresztą ex aequo z "Body/Ciało" Szumowskiej). 

"Aferim!", czarno-biały film zrealizowany w konwencji westernu, czy raczej easternu (akcja rozgrywa się na dziewiętnastowiecznej Wołoszczyźnie, krainie wyrywanej sobie wzajemnie przez imperia rosyjskie i osmańskie), ma szczególnych, chociaż dość typowych dla westernu bohaterów. Constandin i Ionita, lokalny konstabl i jego nieopierzony jeszcze życiowo syn, przemierzają bezkresne krajobrazy w służbie prawa, w poszukiwaniu cygańskiego zbiega. W trakcie śledztwa po pierwsze przekonają się, że cała sprawa nie jest tak prosta, jak rysuje im to ich zleceniodawca, po drugie - że i tak nie mają na nic żadnego wpływu i są jedynie pionkami w historii, a po trzecie - spotkają całą galerię postaci, które dość plastycznie wyłuszczą im (i widzowi przy okazji), jak urządzony jest im współczesny świat. Przy czym cała siła tego spokojnego filmu tkwi w tym, że podczas gdy typowym  byłaby niezgoda na taki porządek, bohaterowie "Aferim!" przyjmują go niemal bez zastrzeżeń, jako rzecz naturalną.

Film Radu Jude nazywany był po premierze rumuńską "Idą", ze względu na dość proste skojarzenia - oba obrazy są czarno-białymi opowieściami, pokazującymi, oględnie mówiąc, niewygodne problemy narodowościowo-tożsamościowe. O ile jednak "Ida" dotyczy - wciąż nieprzepracowanej w Polsce, ale jednak dość szeroko dyskutowanej - kwestii antysemityzmu, o tyle film Radu Jude dla wielu widzów spoza Rumunii może być prawdziwym szokiem, bo pokazuje w dość dosadny sposób sytuację ludności romskiej na ziemiach rumuńskich sprzed dwóch stuleci. Sytuację - co pokazały późniejsze recenzje filmu - nieprzepracowaną jeszcze bardziej. Film został - skąd my to znamy - okrzyknięty "antyrumuńskim", bo wyciąga na światło dzienne kwestie, które obecni mieszkańcy kraju, wciąż borykający się z problemem ludności romskiej, najchętniej zamietliby pod dywan. Bo oto nagle, pod niebem Berlina, cała Europa usłyszała, że tuż pod jej nosem w XIX wieku kwitło niewolnictwo, podobne do tego w Ameryce i że istniała cała kasta społeczna pozbawiona podstawowych praw. Że ludzi można było bezkarnie bić, zabijać, kastrować i bezlitośnie wykorzystywać. Że na targu można było sobie kupić Cygana albo Cygankę i zrobić z nimi, co się tylko chce. 


I w taki właśnie świat wchodzą bohaterowie "Aferim!", którzy z jednej strony są przybyszami z zewnątrz, ale z drugiej jak najbardziej stanowią jego część. Bo gdyby chociaż Radu Jude wiodącą postacią uczynił jakiegoś działacza na rzecz zniesienia niewolnictwa. Albo gdyby pod wpływem mądrości Constandina w podatnej główce Ionity zrodziły się jakieś wywrotowe idee. A tu nic z tych rzeczy. Obserwujemy ojca, który sączy w syna najbardziej obrzydliwe - i jak się wydaje najbardziej naturalne dla epoki - idee. Film przerysowuje kolejne postaci do takiego stopnia, że momentami zmienia się wręcz w czarną komedię. Nie ma tu żadnych tematów tabu, a poprawność polityczna nie istnieje (co zapewne mogłoby przysporzyć filmowi sporo fanów, gdyby nie był taki artystyczny). Zwłaszcza w scenie dialogu z księdzem, który wygłasza naszym bohaterom prawdziwą litanię stereotypów i uczy nienawiści do każdego narodu od Atlantyku po Pacyfik. Albo z kobietą pobitą przez męża, gdzie dowiadujemy się, że kobiety bić trzeba dla ich dobra. Albo gdy na targu niewolników młody chłopak sam wystawia się na sprzedaż, bo zupełnie nie widzi dla siebie innego losu. I niby Ionicie coś tam świta, coś tam niemrawo próbuje zmienić, na coś wpłynąć, ale ostatecznie, gdy przychodzi co do czego, odwraca głowę. I zupełnie nas to nie dziwi. Bo tak po prostu było. Muszę przyznać, że - nie mając o filmie żadnego pojęcia - cały czas podświadomie czekałam na ten twist, w którym nagle w którymś z bohaterów obudzi się szlachetność i ruszy z szabelką i pistoletem w obronie uciśnionych. Jak na porządny western przystało.

Owszem, można film traktować jako przerysowaną komedię. Ale uśmiech na twarzy gaśnie nieco, gdy dowiadujemy się, że kwestie bohaterów - w dużej mierze - nie zostały wcale wymyślone przez scenarzystę, ale zaczerpnięte z autentycznych dokumentów z epoki. Jeśli zatem kogoś irytują światli bohaterowie filmów historycznych i w tego typu kinie szuka czegoś w rodzaju prawdy, to postaciami Constandina i Ionity powinien być w pełni usatysfakcjonowany.


"Aferim!" bierze jednak wszystkie te kwestie w pewien nawias. Nie przypadkiem reżyser zdecydował się na czarno-białe kadry i ujęcia, w których bohaterów widzimy przede wszystkim z daleka, w szerokim kadrze, jakbyśmy uprawiali swego rodzaju historyczne podglądactwo. Bo chociaż film prezentuje nam prawdziwego człowieka swojej epoki i mówi jego językiem, to jednak wciąż pozostaje to tylko i wyłącznie filmem, złudzeniem. W jednym z wywiadów Radu Jude mówił "Nie chciałem oszukiwać odbiorcy i wmawiać mu, że to jedyna i absolutna prawda. Nikt nie ma na nią monopolu, zwłaszcza w odniesieniu do historii.". To zdanie powinni sobie powiesić nad łóżkiem wszyscy ci, którzy kinem historycznym chcą zbawiać świat, kreując Jedyną Słuszną Wizję.

Tutaj pojawia się pytanie, które skłoniło mnie do napisania tego wpisu - to jaki w końcu powinien być bohater filmu historycznego? Zwłaszcza gdy o tej historii wiemy coraz więcej i poznaliśmy jej różne oblicza? Czy powinien być bliżej "prawdy czasu" (a przez to często niesympatyczny lub wręcz odrażający dla widza, a na pewno niezrozumiały) czy "prawdy ekranu". Oczywiście nie chciałabym tu jakoś szczególnie idealizować rozwiązania rumuńskiego reżysera, bo film momentami ze względu na nagromadzenie tych wszystkich idei na milimetr taśmy filmowej może męczyć, a czarno-białe zdjęcia z malutkimi postaciami gdzieś w oddali zwiększają dystans tak bardzo, że momentami robi się widzowi po prostu wszystko jedno. No i nieco inaczej kształtuje się bohatera w kinie artystycznym niż w kinie typowo rozrywkowym. 

Wszak pozytywny, postępowy bohater nie musi być od razu naiwny i zakłamany. Może też być swego rodzaju lustrem, w którego tafli odbijają się wszystkie idee epoki (reprezentowane przez antagonistów czy innych, jeszcze nieuświadomionych społecznie bohaterów drugoplanowych). Może być gąbką, która początkowo chłonie je bezkrytycznie, ale potem następuje katharsis i zwrot akcji. Problem pojawia się w kinie biograficznym. No bo co zrobić, gdy nagle okazuje się, że nasz bohater w pozafilmowym życiu był zarazem wielkim artystą, jak i rasistą? Wybielić? Wytłumaczyć? Udawać, że sprawa nie istnieje?


Tyle że może czasem jednak powinniśmy się powstydzić, bo jest jeszcze inne rozwiązanie. Że ktoś taki film jak "Aferim!" potraktuje nieco zbyt współcześnie i będzie się zaśmiewał do łez z dialogów bohaterów, traktując je jak dowcipy, a film jak trochę nudnawą komedię, za to "z paroma dobrymi tekstami". Albo zareaguje z satysfakcją "no, w końcu ktoś się nie przejmuje tą idiotyczną polityczną poprawnością". Absolutnie jestem sobie w stanie wyobrazić taką sytuację, co tylko pokazuje, w jakich dziwnych czasach żyjemy. Gdy ludzie z jednej strony są oburzeni, że film wkłada palec w niezagojoną ranę, ale z drugiej sami przyczyniają się do jej powiększania. Więc pytanie, czy taki "niewspółczesny" bohater jest w ogóle możliwy. Bo może jednak cały czas, nawet nieświadomie, powtarzamy dokładnie te same błędy, co nasi przodkowie. A wstyd za te błędy nie musi zaraz być "antynarodowy".

P.S. Film widziałam w ramach zajęć na Uniwersytecie Otwartym UW, ale przy okazji researchu znalazłam coś bardzo bardzo fajnego - stronę i kanał na Youtubie CINEPUB promującą rumuńskie kino, z angielskimi napisami, kumulującą zwłaszcza sporą ilość szortów, animacji i filmów dokumentalnych. Więc jeśli chcecie pooglądać - poza paroma znanymi nazwiskami - zupełnie nieznane w Polsce kino, to warto tam zajrzeć :)
Uchwycić nieuchwytne, czyli "Tamte dni, tamte noce"

3/09/2018

Uchwycić nieuchwytne, czyli "Tamte dni, tamte noce"


Dziwna rzecz, ale podczas seansu "Tamtych dni, tamtych nocy" w Kinotece miałam wrażenie, że jako jedna z nielicznych na widowni oglądam ten film pierwszy raz. Być może to kwestia tego, że w całej Warszawie na 2-3 tygodnie przed Oscarami można było obejrzeć go tylko tam. Widownia pełna była młodych dziewcząt, które najwyraźniej przyszły prosto ze szkoły albo uczelni i - sądząc po komentarzach rzucanych w trakcie akcji ("aaaaa zaraz będzie scena z brzoskwinią", "a teraz się pocałują") - widziały film już kilka razy i znały go na wyrywki.

Imponujące, zważywszy że scenarzysta filmu, który wywołał żywsze bicie serca u młodej publiczności, James Ivory, ma... 89 lat. Tymczasem młodzież, która na film reaguje tak entuzjastycznie, to tylko jedna strona medalu. Tak naprawdę twórcom jakimś cudem udało się poruszyć wrażliwe struny u widzów w każdym wieku. U tych wspomnianych kilkunastoletnich kinomanów, którym wciąż pierwsza miłość wydaje się tą ostatnią i na całe życie. I u tych starszych widzów, dla których film może być jak piękne wspomnienie z czasów, gdy wszystko działo się po raz pierwszy i... ech, gdy lato było jeszcze wakacjami, a nie urlopem.


A tak naprawdę to trudno mi jakoś ładnie i składnie opisać to niezwykłe, zmysłowe i nieuchwytne doświadczenie, jakim były "Tamte dni, tamte noce". Bo mam wrażenie, że film dla każdego będzie czymś zupełnie innym, każdemu przywiedzie na myśl inne wspomnienia i skojarzenia. Moment, w którym widzisz kogoś po raz pierwszy i w głowie wybucha nastoletnia burza hormonów. Chwile oczekiwania na pierwsze spotkanie i pierwszy raz. Zazdrość, gdy widzisz go z kimś innym. Rozpacz, gdy odchodzi. Każdy z nas przez to przechodził na swój sposób, w większym i mniejszym stopniu, a film gra na delikatnych strunach, opowiadając niby jedną z wielu podobnych, ale prawdziwą i intymną historię. Intymną - bo chociaż nie pokazuje wszystkiego (to jeden z tych filmów, w których zamiast gorącej sceny miłosnej zobaczymy wiatr poruszający firankę - i co więcej, wcale nie przeszkadza to w odbiorze) to jednak wdziera się w psychikę bohatera tak głęboko, że momentami aż miałam wrażenie, że wcale nie powinnam na to patrzeć, że odzieram kogoś z jego prywatności.

Spora w tym zasługa aktorów, w tym absolutnie rewelacyjnego Timotheego Chalameta, który przypomina te wszystkie dawne gwiazdy kina, kiedy jeszcze były młode, piękne i pełne pasji. Zresztą, Armie Hammer (do którego, przyznaję, początkowo nie mogłam się przyzwyczaić) też wygląda jak grecki bóg z posągów, których poszukuje na wykopaliskach ojciec bohatera. Spora w tym również zasługa wspomnianego scenariusza, który w doskonały sposób zachowuje równowagę pomiędzy nastoletnią pretensjonalnością a świeżością w pokazywaniu pierwszego uczucia. Bo główny bohater, Elio, jest - jakby tak się zastanowić na chłodno - pretensjonalnym młodzieńcem z rozintelektualizowanej rodziny, któremu do kołyski czytano dzieła klasyków i który sądzi, że zjadł wszystkie rozumy, a o życiu wie normalnie wszystko*. Który obraża się, strzela fochy... i nagle trafia go miłość jedna na milion.


Fakt, że to miłość homoseksualna, zmienia oczywiście nieco optykę wszystkiego, ale... nie aż tak bardzo, jak by się mogło wydawać. Przyzwyczailiśmy się do pokazywania związków homoseksualnych na tle opresyjnego społeczeństwa, które zakazuje, nakazuje, krytykuje, potępia, szydzi. Tymczasem tutaj... nie dzieje się nic z tych rzeczy. Więcej, główny bohater może liczyć na wsparcie i zrozumienie ze strony rodziców. Polityka czy religia, chociaż pojawiają się w tle, schodzą na drugi plan. Liczy się tylko lato, pierwsze pocałunki i wspólne noce nad rzeką.

Sposób, w jaki film pokazuje codzienność, te wszystkie drobne gesty, które budują bohaterów, te sceny, w których niby nic się nie dzieje, a jednak pod powierzchnią buzują uczucia - to moim zdaniem kino najwyższej próby. W porównaniu z innymi oscarowymi kandydatami może przegrywać na różnych polach - nie ma tu jakichś drapieżnych dialogów, wyrazistych ról aktorskich (chociaż całym sercem byłam za Oscarem dla Chalameta, to jednak bliżej mu do nagród na europejskich festiwalach niż Oscarów), monumentalnej muzyki. To taki film, który albo trafi prosto w serce, albo znudzi się po kilku scenach. U mnie trafiło. A jak z Wami?

*Wypisz wymaluj, Ignacy Grzegorz z "Jeżycjady". Na szczęście twórcy nie poszli w tę stronę ;)
Krótko o Oscarach 2018

3/05/2018

Krótko o Oscarach 2018



No i po Oscarach. Początkowo kręciłam nosem na najważniejszą nagrodę dla "Kształtu wody" (jednak "Trzy billboardy" zrobiły na mnie zdecydowanie większe wrażenie) ale z drugiej strony - w końcu stało się to, na co od dawna czekałam, czyli triumfowała fantastyka! Cieszy mnie Oscar za najlepszy film dla kina gatunkowego, które jeśli było nagradzane, to raczej zawsze plątało się gdzieś smętnie w kategoriach technicznych. Oczywiście nie jest też tak, że zawsze było absolutnie pomijane, o czym teraz trąbią fantaści - ktokolwiek tak mówi, zapomina o nominacjach za najlepszy film dla "Nowego początku", "Incepcji" czy "Mad Maxa" i paru innych filmów fantasy i science-fiction, który były nominowane na przestrzeni ostatnich paru lat. Fakt, że aż tak wiele to ich nie było. No i nie jest też tak, że Guillermo del Toro nakręcił film czysto gatunkowy - to nie fantasy ani nie science-fiction, to raczej miszmasz wszystkich gatunków fantastyki z realizmem magicznym na czele. Niemniej - Oscar w pewien sposób cieszy.

Zresztą kino gatunkowe było reprezentowane w tym roku dość szeroko i nie tylko przez "Kształt wody" - w końcu nagrodę za scenariusz oryginalny dostał Jordan Peele za horror "Uciekaj", a nominowana była też komedia romantyczna "I tak cię kocham". W drugiej kategorii scenariuszowej z kolei wśród nominowanych mieliśmy takiego choćby "Logana" (a nominacje dla adaptacji komiksów trafiają się baaaaardzo rzadko), ale ostatecznie nagrodę zgarnęły "Tamte dni, tamte noce". Sama nie wiem, czy słusznie, ale film mnie absolutnie zaczarował, recenzja już się pisze. Chociaż ja, tak przyznam w sekrecie, chętnie wręczyłabym nagrodę scenarzystom "The Disaster Artist". Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, jak oceniać scenariusze adaptowane i gdzie w tej kategorii umieszczać tekst będący podstawą adaptacji.



O ile bardzo zasłużony Oscar za reżyserię powędrował do Guillermo del Toro (w każdej scenie widać tu rękę reżysera i jego szczególną wizję) o tyle równie mocno zasłużył na niego Nolan, który z "Dunkierki" zrobił tak nietypowy film wojenny, jak tylko to możliwe. Szkoda, że nagrodą nie mogli się podzielić ;)

Nic bym za to nie zmieniła w kategoriach aktorskich. Ponieważ diCaprio w końcu dostał swoją statuetkę, przyszedł czas na innego wiecznie pokrzywdzonego przez Akademię. No ale dobra, przyznam to - zamiast Oldmana, którego nie widziałam, nagrodę dałabym Chalametowi. Nie wiem, czy bardziej przez fakt, że nie widziałam filmu z Oldmanem, czy przez to, że całym swym sercem nie znoszę Churchilla, choćby grał go tak utalentowany aktor. Być może w tym tygodniu, gdy zobaczę "Czas mroku", zmienię zdanie. Za to kreacje aktorskie w "Trzech billboardach" były naprawdę bezbłędne i chociaż trochę żal mi Sally Hawkins, która tylko głosem i gestem stworzyła swoją kreację w "Kształcie wody", to... no cóż. Byli lepsi.


Trochę mi smutno, że nagrody nie dostał "Twój Vincent", a zamiast tego kolejną statuetkę zgarnął Pixar. Mimo ogromu pracy włożonej w film może Akademię zniechęcił tu scenariusz o nietypowej strukturze, którą nie każdy kupuje. Oczywiście, jeśli nie brać pod uwagę różnicy w pieniążkach przeznaczonych na promocję ;)

Co do kategorii technicznych uwag właściwie brak, bo "Blade Runner 2049" to film tak piękny wizualnie, że żadne tegoroczne science-fiction pod względem kreatywności nie mogło się z nim równać. Podobnie w stu procentach rozumiem, dlaczego "Dunkierka" zdobyła Oscara w kategoriach dźwiękowych. To film, w którym dźwięki i cisza grają na równi z aktorami. Z drugiej strony, film miał bardzo mocną konkurencję w postaci "Baby drivera", o którym można powiedzieć dokładnie to samo, chociaż robi to w zupełnie inny sposób.




Uwierzycie, że w tym roku nie usłyszałam przed Oscarami ani jednej filmowej piosenki poza "Mystery of love"? W ogóle kategoria "Najlepsza piosenka" bardzo straciła ostatnio na znaczeniu i z sentymentem można wspominać te czasy, gdy piosenki były tak silnie kojarzone z filmami i promowały je na równi z trailerami (że wspomnieć choćby "My heart will go on"). Niemniej zwyciężyła piosenka... no, taka sobie. Ale jestem ostatnia, której to oceniać (po moim uchu w dzieciństwie przebiegło stado słoni).

Ogólnie mam wrażenie, że te Oscary obrodziły bardzo dobrymi filmami. W odróżnieniu od zeszłego roku, gdzie niemal żaden z kandydatów nie wzbudził moich większych emocji (o ile je widziałam - w tym roku do polskich kin trafiły WSZYSTKIE nominowane filmy, i to przed Oscarami!), o tyle tutaj właściwie każdy z nominowanych filmów zasłużył w moich oczach na przynajmniej parę nagród. Może słuszna nieobecność Harveya Weinsteina podniosła nieco poziom i zróżnicowanie wśród nominowanych ;)

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek