Każdemu będzie dane to, w co wierzy, czyli "Bramy światłości" (tomy 1-3)

12/05/2018

Każdemu będzie dane to, w co wierzy, czyli "Bramy światłości" (tomy 1-3)


Naprawdę rzadko zdarza mi się taka sytuacja, że jakaś książka w niemal stu procentach trafia w mój gust i nastrój danej chwili. Książka, którą nawet po latach wspominam z sentymentem, bo chociaż nie jest klasykiem literatury, to dostarczyła mi tyle radochy, że zawsze będę ciepło o niej myśleć. Tak było z "Siewcą Wiatru" Mai Lidii Kossakowskiej, książką, która - przypadkiem znaleziona w bibliotece - przywróciła mi wiarę w polskie fantasy. Co prawda w recenzjach krytycy wytykali autorce nadmiar patosu, kiepskie postaci kobiece oraz powierzchowność w opisywaniu świata, ale ja z "Mnie Tam Się Podobało" na sztandarze byłam gotowa paść i własną piersią bronić Daimona, Gabriela, Lucyfera i reszty bohaterów przed recenzentami (chociaż akurat co do postaci kobiecych to bym się zgodziła, niestety).

Spoilerów prawie nie ma, no chyba że ktoś w ogóle nie chce znać fabuły.

Potem przyszedł "Zbieracz Burz", który byłby naprawdę niezłą powieścią, gdyby wydawca czy Autorka nie zdecydowali o podziale jej na dwa tomy. Bohaterowie, których polubiłam, stali się nagle użalającymi się nad sobą marudami, akcja, żeby jakoś wypełnić te dwa tomy, wlokła się jak flaki z olejem przez ciągłe wtręty opisujące bogate życie wewnętrzne każdego z osobna, a fajne momenty można było policzyć na palcach jednej ręki.

W "Bramach Światłości" wszystko zapowiada się wyśmienicie: do Gabriela zgłasza się naukowczyni Sereda, która gdzieś na skraju Stref Poza Czasem odnajduje emanację Światłości. Nie ma pojęcia, że Światłość dawno opuściła Królestwo, ale dla archaniołów jest to wiadomość na wagę złota. Gabriel finansuje więc wyprawę do niebezpiecznych i słabo zbadanych Stref Poza Czasem, a z ekspedycją wysyła jedynego anioła, który jest w stanie doświadczyć, czy mamy do czynienia z prawdziwą Światłością czy Antykreatorem. Tym aniołem jest - oczywiście - Daimon Frey. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że na wieść o Światłości do wyprawy dołącza również Lucyfer, chcąc osobiście skonfrontować się z Panem. Gdy w ślad za nim rusza Asmodeusz, chcąc go powstrzymać, tron w Głębi zostaje pusty. Co grozi zamieszkami i brutalną walką o władzę wśród upadłych aniołów.

Sam koncept brzmi naprawdę dobrze, a wizja Stref Poza Czasem pozwala autorce na popuszczenie wszelkich wodzy wyobraźni i światotworzenia. Pomysł, by Strefy uczynić ojczyznę wszelkich większych i mniejszych bóstw, w które kiedyś wierzyli ludzie, jest po prostu samograjem. A rozmach, z jakim Kossakowska buduje świat, jest naprawdę godny podziwu. I nawet gdy w pewnym momencie odhaczanie kolejnych cywilizacji na zasadzie miniquestów staje się nużące, to gdzieś tam - słabiej lub mocniej - cały czas kiełkuje w głowie ciekawość, co też Autorka jeszcze wymyśli.

Ciekawie zapowiada się też akcja w Głębi, gdzie Tron - aby uniknąć zamieszek - przejmuje podszywający się pod Lucyfera Razjel. Wątek jego przyjaźni z widmokotkiem Neferem jest chyba najfajniejszym z pobocznych wątków, wygląda też na to, że podobał się również samej Autorce - do tego stopnia, że dostaje srogich rozmiarów epilog. Trochę gorzej jest z pozostałymi Głębianami. Co prawda Lucyfer w drugim tomie dostaje w końcu jakieś zadania, ale już Asmodeusz niestety jest cieniem dawnego siebie, a jakiekolwiek działanie podejmuje dopiero pod koniec trzeciego tomu (zdecydowanie wolałam tę postać w "Zbieraczu Burz"). Wątek ambitnego szpiega Aspaniasza, który współpracuje z wywiadem Królestwa zaczyna się interesująco, by rozwlec się niemiłosiernie, za to kończy trzymającą w napięciu akcją rekompensującą nieskończoną nudę z drugiego tomu.

No więc właśnie, to chyba w ilości tomów leży pies pogrzebany. O ile tom pierwszy jest dość nierówną rozbiegówką, a tom trzeci gna z akcją na złamanie karku i łączy wątki w satysfakcjonujący sposób, o tyle tom drugi zmęczył mnie niemiłosiernie. Jest on od pewnego momentu właściwie jednym wielkim nudnym pobocznym questem, który nie ma żadnego większego wpływu na główną akcję, poza tym że zbliża Daimona z Lucyferem. Być może cały wątek Sinay ma na celu również pokazanie niesprawiedliwości panującej w świecie zapomnianych bóstw, ale jest raczej chybiony przez to, że kto jak kto, ale akurat Daimon i Lucyfer są tego najbardziej z bohaterów świadomi - przez to nie mają szansy na wiarygodną przemianę.

Kiepsko, jak to u Kossakowskiej wypadają też postaci kobiece, czy raczej postać kobieca. Między Seredą a Daimonem nie ma nawet jednej czwartej tej chemii, którą mamy między Razjelem a duszkiem egipskiego kotka. Brutalnie podsumowując, Sereda w książce głównie drze ryja na wszystkich dookoła, a jej relacja z Daimonem sprowadza się głównie do wewnętrznych przemyśleń i rzucania się na szyję. Wątek ten nie jest też praktycznie w żaden sposób rozwiązany, podobnie zresztą jak wątki innych postaci kobiecych opisywanych w serii (no chyba że nie czytałam jakichś opowiadań). Chyba lepiej, żeby w książce w ogóle zostały same bromanse, niż na siłę tworzyć relacje damsko-męskie.

Niestety, "Bramy Światłości" powielają wszystkie grzechy "Zbieracza Burz" - chociaż nie są pozbawione zalet. Wskutek podziału na trzy tomy, gdzie drugi jest praktycznie zupełnie niepotrzebny, całe napięcie szlag trafia i chociaż trzeci tom rekompensuje nieco tę irytację, to jednak znużenie zostaje. W pierwszych dwóch tomach dostajemy opowieść wlokącą się w ślimaczym tempie, przerywaną co chwila monologami wewnętrznymi, czy raczej inwokacjami, bo pisanymi w drugiej osobie - nieco zbyt długimi rozdziałami opisującymi, co aktualnie czują bohaterowie, w możliwie barokowy sposób. Jest to fajne za pierwszym razem i przy pierwszym kontakcie z serią, gdy widzimy wszystkie wnętrzności bohaterów jak na dłoni i te wszystkie nadludzkie emocje im towarzyszące. Ale za trzecim razem staje się to nużące, a za piętnastym, niestety komiczne.

Całe szczęście, że świat w którym poruszają się bohaterowie, z tomu na tom staje się coraz ciekawszy (mnie podobała się szczególnie Kraina Złotego Wieku) i to jest zdecydowanie wielka zaleta tej serii. Niemniej jednak to kolejna powieść, która pada ofiarą braku umiaru Autora - czasem mam wrażenie, że spora część pisarzy fantasy powinna sobie nad biurkiem powiesić zdanie, że czasem mniej znaczy więcej.

Nie śpię, bo szukam Kredensa, czyli "Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda"

11/23/2018

Nie śpię, bo szukam Kredensa, czyli "Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda"



Pisząc recenzję filmu "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" miałam nadzieję, że wszystkie moje zastrzeżenia wynikają z tego, że historia od samego początku była rozplanowana na kilka filmów (kiedyś jeszcze miały to być filmy trzy) i niektóre pozornie niepotrzebne wątki pojawiają się po to, by twórcy mogli rozwinąć je w kolejnej odsłonie przygód Newta Scamandera, jednego z najsympatyczniejszych bohaterów, jakich ostatnio zrodziło kino.

Ehe. A guzik. UWAGA SPOILERY.

Niestety, po obejrzeniu "Zbrodni Grinderwalda" jestem nie tylko koszmarnie zniechęcona do całej idei "Wizarding World" i rozwijania świata Harry'ego Pottera, ale też kompletnie straciłam nadzieję, że twórcy wiedzą, jak cała przygoda ma się zakończyć. 

Ale po kolei: Grindelwald, którego nasi bohaterowie w poprzedniej części szczęśliwie zamknęli w magicznym więzieniu, ucieka z konwoju i rozpoczyna zbieranie zwolenników. W ślad za nim ruszają: znani nam z poprzedniej części Newt Scamander, którego do tej misji namaszcza nie kto inny, jak młody i piękny i z brodą Albus Dumbledore, aurorka Tina, w której Newt jest zakochany, i parę innych postaci, w tym przedstawiciele Ministerstwa Magii: brat Newta, Tezeusz i jego dawna miłość, Leta Lestrange (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Grindelwaldowi zależy jednak przede wszystkim na znanym z poprzedniej części Kredensie, znaczy Credensie*, który po tym, jak ukrywał się w cyrku, ucieka ze swoją wybranką Nagini (zbieżność imion nieprzypadkowa), żeby odnaleźć prawdę o swoim pochodzeniu.

I w sumie... tyle. Bo jakby tak na to spojrzeć krytycznym okiem, to cały film jest jedną wielką ekspozycją kolejnych wątków, krótkich sekwencji wprowadzających nowego bohatera, po to tylko, żeby nie pokazywać go już więcej. Mamy sympatyczną asystentkę Newta, która najwyraźniej ma ochotę na jakiś wątek romantyczny, skoro namawia go do zdjęcia koszulki przed kąpielą w basenie z kelpie? Wątek kończy się na dwóch scenach. Mamy badassa w kapeluszu z Ministerstwa Magii, wysłanego by zabić Credence'a, a który w rzeczywistości współpracuje z Grindelwaldem? Pojawia się, robi groźne miny, po czym znika i już go nie widzimy. Mamy garstkę najbliższych współpracowników Grindelwalda, którzy przybierają groźne pozy i wymachują różdżkami, ale ich imiona musimy przeczytać dopiero w napisach końcowych i niczego się o nich nie dowiadujemy, a gdy jeden z nich ginie, nie czujemy absolutnie nic.

Z bohaterami, których znamy z poprzednich części, wcale nie jest lepiej. Wątki Newta, Tiny, Queenie i Jacoba są tak poszatkowane, że kompletnie nie rozumiemy ich motywacji. Tylko umiejętności aktorskie Redmayne'a, Foglera i reszty ratują te postaci od utonięcia w chaosie. Przykładowo, cała motywacja Queenie, by przejść na stronę Grindelwalda, rozegrana jest w trzech scenach, z których na dobrą sprawę wcale nie wynika jej późniejsza decyzja - bo fakt, że Grindelwald pozwoli na małżeństwa z mugolami, to chyba jednak trochę za mało. Motyw partnera Tiny i rzekomych zaręczyn Newta z dawną ukochaną, która tak naprawdę wychodzi za jego brata, też jest mocno naciągany i sprawia wrażenie sztucznie wepchniętego tylko po to, żeby rozdzielić bohaterów. O skomplikowanych relacjach Newta z bratem słyszymy wiele, a widzimy coś zupełnie innego.


Cały zaś motyw z poszukiwaniem tajemnicy pochodzenia Credence'a można sobie o kant różdżki potłuc, bo tak nieprawdopodobnej intrygi to ja chyba jeszcze w kinie nie widziałam.  Aż dziwne, że wyszła ona spod ręki Rowling, której wielopoziomowe śledztwa i efekty zaskoczenia, czy to w "Harrym Potterze", czy cyklu o Cormoranie Strike'u zawsze wychodziły doskonale. Tym bardziej, że całe dochodzenie do prawdy wyjaśnia się w jednej scenie, gdzie wszyscy sobie wszystko opowiadają. Dopisane na koniec zaskoczenie jest mocno nieprzekonujące i pewnie okaże się jedynie intrygą Grindelwalda, ale nawet jeśli tak, to... po co?

Co wyszło? No cóż, może to będzie niepopularna opinia, ale moim zdaniem Johnny Depp w roli Grindelwalda. Może na moją ocenę wpłynął fakt, że ostatnio widziałam go nawalonego rumem w ostatniej części "Piratów z Karaibów", ale jakby nie było, stanął na wysokości zadania. Przykro tylko, że wszelkie kontrowersje okołofilmowe trochę przyćmiewają radość z tego, że mój niegdyś ulubiony aktor znowu przypomniał sobie, jak się gra. Zresztą aktorsko film stoi na bardzo wysokiem poziomie, szkoda tylko że zamiast rozwijać ciekawe postaci, twórcy dosypali cały wór nowych, których za dużo byłoby nawet na wielosezonowy serial. Świetny jest Eddie Redmayne, uroczy Dan Fogler, Jude Law jako młody Dumbledore emanuje autorytetem niepokornego nauczyciela. Swoje robią również aktorzy wcielający się w postaci Tezeusza i Lety, którzy pewnie wkrótce zaludnią setki fanfików. Sekwencja w Hogwarcie pozwala na przypomnienie sobie, co najfajniejszego było w "Harrym Potterze", a zarazem zmianę perspektywy - scena, w której dawni uczniowie spacerują po szkolnych salach chwyciła mnie za serce.



No i piękne są tytułowe fantastyczne zwierzęta. Szkoda tylko, że sprawiają wrażenie wepchniętych na doczepkę, a ich wpływ na akcję jest mocno naciągany. Widać, że twórcy mieli wielki dylemat - jak z historii, która w pierwszej wersji miała opowiadać o lekko społecznie nieprzystosowanym badaczu magicznej fauny, zrobić epicką pięcioczęściową rozpierduchę zahaczającą o wszystkie aktualne społeczne problemy. W drugiej części zdecydowanie scenariusz idzie w kierunku ogólnoświatowej intrygi, przez co mamy w filmie właściwie dwie różne bajki, i jakimś cudem chociaż w jednej są pluszowe stworki, a w drugiej czaszki, trupy i zakamuflowany rasizm, każda z nich okazuje się za trudna dla dzieci i zbyt infantylna dla dorosłych, a urocze niuchacze średnio komponują się ze zbrodniami Grindelwalda. Skok na kasę? Niby tak byłoby najłatwiej, ale chyba problem leży jednak w samej J.K. Rowling, tudzież reżyserze, który tego chaosu nie potrafi poskładać.

J. K. Rowling to świetna pisarka i tego będę bronić. I gdyby "Fantastyczne zwierzęta" były powieścią, to pewnie czytałabym ją w zachwycie. Byłoby wtedy odpowiednio dużo miejsca na każdą z postaci i wykrzesanie w czytelniku sympatii do nich, a wszystkie wątki powskakiwałyby na swoje miejsca. Niestety, pisanie scenariuszy rządzi się swoimi prawami i granie na ilość rzadko kiedy się sprawdza. Wątków wprowadzonych od początku naliczyłam w pewnym momencie 15 (fakt, że niektóre splatają się i rozplatają), co daje nie tylko sumę większą niż w ostatnich "Avengersach", ale zbliża się do "Gry o Tron".  Wszystkie te sceny, które tak zgrzytają w filmie, na kartach książki miałyby szansę zagrać bez fałszywych nut. Pół biedy jeszcze, gdyby wszystkie postaci były tak mocno umocowane w historii, że widać byłoby, że ich obecność jest celowa i powrócą w kolejnej części. Niestety mam w tej chwili wrażenie podobne do tego, jakie towarzyszyło mi przy "Ostatnim Jedi" - że twórcy nie mają zielonego pojęcia, w jaki sposób zakończą swoją historię i jak na razie stawiają kolejne piętra tortu licząc, że po drodze przyjdzie im pomysł na to, jak go udekorować.

*pardon - jestem ostatnią osobą, która powinna śmiać się z imion i nazwisk, ale ilekroć padało zdanie "gdzie jest Kredens", miałam ochotę chichotać
Studencki thriller, czyli "Wtyczka" Duane'a Swierczynskiego

11/03/2018

Studencki thriller, czyli "Wtyczka" Duane'a Swierczynskiego


Sarie Holland jest wzorową studentką, a wręcz Wzorową Studentką: nie pije, nie pali, nie przepada za imprezami, większość czasu spędza w bibliotece, przygotowując się do zajęć, można powiedzieć - typowy kujon. Na domówce u znajomych z roku, tuż przed Świętem Dziękczynienia, nie bawi się więc najlepiej. Gdy starszy kolega, w którym trochę się podkochuje, prosi ją o przysługę i podwiezienie w jedno miejsce, nie waha się jakoś szczególnie długo. 

Tak zaczyna się zwariowana przygoda, zakończona romantycznym pocałunkiem w deszczu... Stop. Nic z tych rzeczy. 

Tak się bowiem składa, że autorem "Wtyczki" jest Duane Swierczynski, autor, w którego CV widnieją m.in. scenariusze do komiksów o Deadpoolu. Trudno się spodziewać, że ktoś taki napisze typową powieść dla nastolatek. Jeśli więc spodziewacie się romantycznych uniesień, komedii pomyłek, gdy dwie cheerleaderki zamienią się torebkami, romansu z przystojnym zawodnikiem drużyny futbolowej i zorientowania się na koniec, że prawdziwą miłością jest smutny nerd z ostatniej ławki, to możecie się lekko rozczarować. Zamiast tego będą narkotyki, strzelaniny, seryjny zabójca, mafijne porachunki i wędrówki ponurymi ulicami Filadelfii. Zachęceni? 

Oto nasz przystojniak okazuje się dilerem, a miejsce, z którego rzekomo chciał odebrać książkę - narkotykową metą. W dodatku metą obserwowaną przez policjanta ze specjalnej jednostki antynarkotykowej. Który przyuważa Sarie, gdy ta szuka miejsca do zaparkowania i łamie przepisy ruchu drogowego. Zatrzymuje ją więc i - szczęśliwym trafem - znajduje u niej kurtkę dilera, razem z odebraną z mety zawartością. Zamiast wsypać kolegę, Sarie udaje się go ostrzec i umożliwić ucieczkę, za to sama zostaje aresztowana i zmuszona do bycia policyjną informatorką...

No dobrze, przyznam szczerze, motywacja bohaterki jest najsłabszym punktem tej książki. Podczas lektury kilkukrotnie zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie Sarie - zamiast po prostu wydać gościa, którego właściwie nie zna - brnie dalej w całą sprawę, ciągle ratując mu tyłek i ryzykując życie. Zrozumiałabym, gdyby była między nimi jakakolwiek więź, ale oni się przecież praktycznie w ogóle nie znają. Również uczucie, jakie Sarie żywi do D., co sama przyznaje, jest zaledwie zauroczeniem. Obawiam się, że ja w tej sytuacji nie miałabym żadnych skrupułów. No ale ja nie jestem zakochaną nastolatką.

Jeśli jednak przełkniemy jakoś te kwestie, to trzeba przyznać, że im dalej, tym lepiej. Sarie, początkowo przerażona i zastraszona, w pewnym momencie zaczyna działać. Próbując ratować kolegę, chce wystawić policjantowi innych dilerów, co pociągnie za sobą liczne konsekwencje, bo w narkotykowym światku Filadelfii nikt nie jest anonimowy. Nie będę zdradzać rozwoju wydarzeń, bo nagły zwrot akcji goni tu nagły zwrot akcji, a kolejnych pomysłów Sarie (zazwyczaj najbardziej niebezpiecznych z możliwych) nie sposób przewidzieć. Sama intryga, która początkowo wydaje się tylko i wyłącznie zabawą w kotka i myszkę z dilerem z akademika, też stopniowo staje się coraz bardziej piętrowa. A fakt, że Sarie dodatkowo musi radzić sobie z typowo studenckimi problemami typu kolokwium czy praca roczna, sprawia, że stawka, jakby nie było, rośnie jeszcze bardziej.

Tym, co z pewnością jest siłą tej książki, to wyjątkowo żywy, młodzieżowy język. Polski tłumacz, Rafał Lisowski (przetłumaczył m.in. słynną "Kolej podziemną"), z którym miałam okazję współpracować*, zrobił naprawdę niesamowitą robotę, przekładając na nasz język kilka rodzajów narracji użytych w książce. "Wtyczka" to prawdziwy wielogłos - pamiętnik Sarie pisany w drugiej osobie, adresowany do zmarłej matki, narracje trzecioosobowe z perspektywy policjanta - Bena Wildeya, ojca i brata Sarie, a także kilku innych osób. Mamy tam też raporty, SMSy, rozmowy na czatach i komunikatorach, notatki, prawdziwy miszmasz, który jednak połączony jest w spójną opowieść bez zbędnych cegiełek - każdy z rozdziałów popycha akcję do przodu i pogłębia bohaterów. Zwłaszcza fragmenty z pamiętnika Sarie czyta się świetnie - tłumacz oddał ironiczny, cięty język nastolatki, pełen neologizmów, skrótów, momentami chropowaty, momentami wulgarny, nie zawsze poprawny (co było z kolei wyzwaniem dla redaktora ;)) - zdecydowanie nie jest to powieść dla grzecznych dziewczynek, bo poza rozdziałami z perspektywy gangsterów, samej Sarie doprowadzonej do ostateczności też zdarza się barwnie rzucić mięsem. I chociaż w wieku Sarie byłam jeszcze większym kujonem niż ona (tyle że bez zatargów z narkotykowymi kartelami), to te wszystkie pikantno-soczyste frazy pełne świeżo wymyślonych przekleństw czytało mi się z prawdziwą przyjemnością. Zarazem nie ma tu idiotycznego podlizywania się czytelnikowi i używania zwrotów jednego sezonu w rodzaju "ale urwał". 

Bardzo ciekawa jest też w książce relacja Sarie z jej opiekunem - policjantem Benem Wildeyem z jednostki antynarkotykowej. Wildey to twardy filadelfijski glina o skomplikowanej przyszłości, bez reszty pochłonięty swoją misją, przez co długi czas nie zauważa, że złapał nie tego ptaszka co trzeba. Z jednej strony sprytny i planujący kilka kroków naprzód, z drugiej... nie zauważa, że studentka ciągle wodzi go za nos. Między nim i Sarie rodzi się najpierw relacja niemalże ojcowska (ojciec Sarie jest pochłonięty własnymi problemami po śmierci żony i dziewczyna praktycznie nie ma co na niego liczyć), a potem coś w rodzaju bardzo trudnej przyjaźni. 

Jest jeszcze jedna rzecz, dla której warto książkę przeczytać - to obraz Filadelfii, ukochanego miasta Swierczynskiego, które opisuje we wszystkich swoich książkach. Przemierzymy "Miasto Braterskiej Miłości" wzdłuż i wszerz, od ekskluzywnego klubu na szczycie wieżowca aż do magazynów, gdzie gangsterzy ćwiartują zwłoki konkurencji. Niemal wszystkie opisywane miejsca, chociaż czasami wydają się nieprawdopodobne (kino przerobione na księgarnię, gdzie spotykają się Sarie i Wildey) istnieją naprawdę - można sprawdzić na Google Maps.

"Wtyczka" to powieść dla dosyć nieokreślonej grupy docelowej - nastoletnia bohaterka zakłada nastoletnie problemy, więc spora część czytelników może się srodze zawieść, dostając thriller. Ale jeśli macie już dość schematycznych powieści dla nastolatków spod znaku Johna Greena albo kryminałów pisanych na jedno kopyto, to warto poeksperymentować z "Wtyczką". 

*Tak się składa, że redaktorem tej książki byłam ja we własnej osobie, więc wiecie... co złego to też ja. 
Jak zostać Freddiem, czyli "Bohemian Rhapsody"

10/28/2018

Jak zostać Freddiem, czyli "Bohemian Rhapsody"



Film biograficzny nie musi być filmem liniowym, pokazującym życie swojego bohatera od narodzin do śmierci. Jest w nim miejsce na eksperymenty, mieszanie planów czasowych i rodzajów narracji, opowiadanie z różnych punktów widzenia. Jeśli więc spodziewacie się, że "Bohemian Rhapsody", film opowiadający historię życia Freddiego Mercury'ego, jednej z najbarwniejszych postaci światowego rocka, który w swoich piosenkach, teledyskach i życiu prywatnym przekraczał wszystkie możliwe granice, będzie grzeczną czytanką...

No cóż, niestety dobrze się spodziewacie.

UWAGA MOŻLIWE SPOILERY!

Jest w "Bohemian Rhapsody" taka niezamierzenie zabawna scena, gdy podczas szalonej imprezy w domu Freddiego Mercury'ego główny bohater namawia swoich kolegów z zespołu do dalszej zabawy, a oni usprawiedliwiają się, że nie, bo muszą wracać, bo żony czekają, bo dom, bo dzieci... Ta scena jak w soczewce pokazuje wszystkie problemy tego filmu, który mógł być szaloną, kolorową biografią jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej postaci sceny muzycznej XX wieku... ale w pewnym momencie twórcy stwierdzili, że jednak ten tego, chyba nie, bo co żony i dzieci powiedzą.


Film "Bohemian Rhapsody" rodził się w tak wielkich bólach, że w pewnym momencie jego powstanie stało pod znakiem zapytania. Największą uwagę skupiała oczywiście kwestia głównej roli. Freddiego Mercury'ego miał grać Sacha Baron Cohen, ale zrezygnował wskutek rozbieżności zdań z producentami, a konkretnie członkami zespołu Queen, Brianem Mayem i Rogerem Taylorem (ostatnio Roger Taylor stwierdził w wywiadzie, że Cohen "nie brał Freddiego wystarczająco poważnie"). Przez jakiś czas kandydatem do roli wokalisty był Ben Whishaw, ale ostatecznie główną rolę zagrał znany z Mr. Robot Rami Malek. Podobnie było ze scenariuszem, który wciąż i wciąż nie odpowiadał Mayowi i Taylorowi - a bez nich i ich muzyki film nie miałby prawa bytu. Film zmieniał więc scenarzystów, producenci nie radzili sobie z oczekiwaniami muzyków, reżyser wyleciał z planu pod koniec zdjęć, co raczej nie napawało fanów optymizmem. Czy słusznie? Jako zagorzała fanka Queen poleciałam się przekonać jeszcze przed polską premierą, zanim zarzucą mnie pozytywne i negatywne recenzje.

Jeśli oglądacie musicale i filmy muzyczne, to znacie pewien występujący w nich schemat. Mamy outsidera (najlepiej z jakiejś mniejszości, albo chociaż skonfliktowanego z rodzicami) obdarzonego wielkim talentem. Outsider zbiera zespół i osiąga sukces, który jednak uderza mu do głowy, więc postanawia występować solo. Co jednak nie wypala, więc bohater uświadamia sobie, że to w zespole tkwi jego siła, ponownie łączą więc siły i dają wielki finałowy występ. Można myśleć, że twórcy filmu o Queen nie pójdą tym schematem, bo prawdziwa historia zespołu nie we wszystkich punktach się weń wpisuje... A jednak. "Bohemian Rhapsody" okazuje się taką sztampową, schematyczną historią o drodze muzyka od występów w podrzędnych barach do występu na Live Aid. Wszelkie kontrowersje, jak homoseksualizm Freddiego Mercury'ego czy kwestia AIDS, pokazane są ogólnikowo, grzecznie i ogólnie film przypomina szkolną akademię ku czci. Co prawda, z ponadczasową muzyką, która sprawia, że noga w kinowym fotelu mimowolnie podskakuje przy We will rock you, a ręce składają się do klaskania w Radio Ga Ga.


Problem w tym, że - jak wspomniałam - prawdziwa historia Queen nie do końca szła tym schematem. Weźmy choćby kwestię solowych płyt Freddiego, które w filmie traktowane są jak policzek wymierzony zespołowi. No okej, tyle że zanim Freddie Mercury w 1985 roku wydał swój pierwszy solowy album, Mr Bad Guy, cztery lata wcześniej ukazał się... solowy album Rogera Taylora, Fun in space, a w 1983 roku swój solowy projekt nagrał Brian May.

Jest też w filmie scena, która wyjątkowo mnie poruszyła - scena, w której Freddie wyznaje przyjaciołom z zespołu, że jest chory na AIDS. Nic mnie tak nie wzrusza jak męskie łzy, więc zapewne w rankingu ulubionych scen z filmów w 2018 roku ta scena znajdzie się dość wysoko. I nie przeszkadza mi, że scena rozgrywa się przed koncertem Live Aid, gdy Mercury (według znanych mi źródeł) nie wiedział jeszcze, że jest chory. Przeszkadza mi jednak w tym filmie i w tej scenie coś zupełnie innego. Bardziej ogarnięci w historii zespołu fani wyliczą zapewne wiele takich potknięć, które nie wynikają przecież z niedbałości scenarzysty (hej, każde słowo przetrząsnęli wszak dokładnie członkowie zespołu), a czegoś, co jest moim zdaniem najgłębszym problemem tego filmu. Mianowicie, odniosłam wrażenie, że film jest próbą udowodnienia, że to wcale nie Freddie Mercury był Queen, że jego siła tkwiła w zespole, a bez niego byłby nikim. I byłabym się z tym w stanie zgodzić, a przynajmniej rozważyć, gdyby nie było mi to ładowane do głowy tak nachalnie, jak w scenach, gdy reżyser pokazuje, że to Brian May stworzył We Will Rock You, albo że to John Deacon (swoją drogą najbardziej enigmatyczna postać tego filmu, co akurat jest najbardziej zgodne ze stanem faktycznym ;) stworzył riff do Another One Bites The Dust.


Nie zrozumcie mnie źle - jestem całym sercem za przekłamywaniem historii dla celów fabularnych, ba, sama przekłamuję ją radośnie, pisząc scenariusze. (Oczywiście, żeby dobrze przekłamywać historię, trzeba ją najpierw znać, jednak tutaj nie to jest problemem). Być może też gdybym nie znała biografii Freddiego Mercury'ego (a i tak nie znam jej na wyrywki, podczas konkursu na zlocie fanów Queen poległam na 90% pytań), moje zdanie byłoby inne. Mówię jednak stanowcze NIE, gdy te zmiany nie służą wyłącznie dramaturgii, a stają się czymś w rodzaju propagandy, hagiografii czy prób wybielenia się członków zespołu w momencie, gdy wokalista - jedyna osoba, która wie, jak było naprawdę - nie jest w stanie się bronić. Jak we wspomnianej na początku scenie - ehe, jasne, bo uwierzę, że wszyscy grzecznie wracali do domu przed dobranocką, a tylko TEN STRASZNY FREDDIE wolał pić alkohol w towarzystwie dziwadeł i zadawać się z byle kim, fuj, niedobry.

Tym, co w filmie najbardziej mnie jednak rozczarowało, nie jest sama historia, bo nie jest niczym nowym, że chronicznie nie cierpię biografii pokazujących kilkunastoletni okres w historii życia bohatera i odhaczających kolejne wydarzenia z historii (założenie zespołu - Mary Austin - płyta - Bohemian Rhapsody - romans z Paulem Prenterem - kolejne płyty i koncerty - choroba - Live Aid). Boli mnie fakt, że mając do dyspozycji tak barwną postać, jaką był Freddie Mercury, zdecydowano się na tak bezbarwny film. Tak przegięty wokalista aż prosi się o przegięcia w dialogach, inną pracę kamery, efekty specjalne, szybszy montaż - ciekawa jestem, jak wyglądałby ten film pod ręką Danny'ego Boyle'a, Baza Luhrmana albo chociaż Davida Finchera, który był wszak jednym z kandydatów. Za mało w tym filmie charakterystycznego dla Queen kiczu (no, może poza autentycznymi kostiumami), kontrowersji, chaosu i przede wszystkim emocji. Spokojnie można by go pokazać na Hallmarku w prime timie, bo nawet wątki homoseksualne czy szalone imprezy Freddiego są pokazane w wyjątkowo grzeczny sposób.


Ale niby smęcę, a tak naprawdę to zobaczyłabym chętnie ten film jeszcze raz najlepiej w IMAXie. Bo scenariusz w żaden sposób nie przeszkadza tu w odbiorze muzyki, która wywołuje ciary bez względu na to, czy słuchamy operowych wstawek z Bohemian Rhapsody, poruszającego Who wants to live forever czy energetycznego Killer Queen.  Co prawda jestem kompletnym muzycznym beztalenciem nie odróżniającym nawet tych najważniejszych kompozytorów i zespołów, ale nawet takie słoniowe ucho jest w stanie stwierdzić jedno: Muzyka Queen to jest coś naprawdę wielkiego, trudnego do uchwycenia (próbowaliście kiedykolwiek analizować tekst Bohemian Rhapsody?) i bez względu na poziom scenariusza broni się na ekranie i w głośnikach.

Co jeszcze się broni - ano, nie sposób odmówić uroku głównym bohaterom. Rami Malek tchnął życie w postać Freddiego do tego stopnia, że nie przeszkadzał mi nawet zupełny brak fizycznego podobieństwa. Jest w nim niesamowita energia, a zarazem pewna nieśmiałość, rozedrganie i rys szaleństwa charakterystyczny dla wielkich artystów. Za to Gwilym Lee w roli Briana Maya wygląda totalnie jak klon gitarzysty i przez to absolutnie hipnotyzuje, bo człowiek cały czas zastanawia się, czy to przypadkiem nie genialne dzieło grafiki komputerowej. Sporo czaru wnoszą też do swoich ról Ben Hardy jako niepokorny Roger Taylor i Joseph Mazello (ej, wiecie, że to ten dzieciak z Jurassic Park?). jako skrajnie małomówny John Deacon. Co prawda scenariusz nie wymagał od nich zbyt wiele do zagrania, podobnie jak od Lucy Boynton wcielającej się w postać Mary Austin, ale widać, że robią co mogą, by uczynić swoich bohaterów jak najbardziej ludzkimi.


Szkoda, naprawdę wielka szkoda, że zamiast zapadającej w pamięć szalonej biografii szalonego artysty powstał film niemalże familijny. Ale może i dobrze - ciśnienie na nakręcenie "biografii oficjalnej pokazującej życie Freddiego od narodzin do śmierci" spadło i zazdrośnie strzegący swojej muzyki członkowie Queen może odważą się na dopuszczenie do swoich skarbów bardziej pojechanych artystów. Bo jest jeszcze całkiem sporo wycinków życia Freddiego Mercury'ego, które zasługują na własny film, sporo ujęć i postaci, przez pryzmat których można to życie pokazać. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Póki co ostrzę sobie zęby na film "Bubbles", który swego czasu znalazł się na pierwszym miejscu słynnej hollywoodzkiej Czarnej Listy. Film opowiada historię Michaela Jacksona widzianą oczami... jego ulubionego szympansa. Będzie to animacja poklatkowa, produkuje Netflix, a reżyserem będzie Taika Waititi. Jak widać, są tacy, co się nie boją zadzierać z legendą.
Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"

10/13/2018

Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"



Przyznam szczerze - Beatlesi zawsze byli dla mnie zespołem absolutnie obojętnym. Zapewne dlatego, że nikt w dzieciństwie mi ich nie podsunął i nie powiedział że są ważni, tak jak chociażby podsunięto mi Queen. Za to nieoczekiwanie, gdy w Teatrze Rampa obejrzałam spektakl "Twist and Shout", nagle okazało się, że znam niemal wszystkie piosenki, chociaż nigdy w życiu nie włączyłam sobie żadnej świadomie. I nie ma w tym nic dziwnego, bo The Beatles, tak jak Madonnę, Michaela Jacksona czy Marylę Rodowicz przyswajało się przez osmozę. Ktokolwiek wpadł na pomysł tego przedstawienia, wiedział co robi, bo na naszej planecie nie ma chyba ani jednej osoby, która nigdy w życiu nie słyszałaby chociaż jednej piosenki.

"Twist and Shout" to, podobnie jak poprzednie tego typu przedsięwzięcie "Rampy", czyli "Rapsodia z demonem", tak zwany jukebox musical, czyli musical wykorzystujący piosenki popularnego zespołu lub zespołów. Fabuła jest tu raczej tylko pretekstem do kolejnych numerów muzyczno-tanecznych. W dużym uproszczeniu w jukebox musicalach fabuła układana jest "do piosenek", a nie piosenki do fabuły.



I to naprawdę intrygujące, bo "Twist and shout" nie jest jedynym musicalem z piosenkami The Beatles. Piosenki zespołu zostały wykorzystane oczywiście w filmach, w których zagrali sami Beatlesi (Help!, czy Hard Day's Night), w filmach i spektaklach o Beatlesach (Beatlemania), stanowiły też tło dla zupełnie innych historii (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band czy Across The Universe). Z kolei kilka lat temu miałam okazję zobaczyć musical Lato miłości wystawiany przez szkolną grupę z lokalnego domu kultury, gdzie piosenki The Beatles, Queen i m.in. Nirvany (!) były ilustracją opowieści o dorastaniu i buncie. Ciekawe, jak wiele jeszcze historii można ułożyć do tych samych piosenek.

W "Twist and Shout" punktem wyjścia jest kamienica, do której wprowadza się projektant mody, szukający inspiracji do nowej kolekcji i przy okazji szukający odpoczynku od zgiełku wielkiego świata. Odpoczynku raczej nie znajdzie - cała kamienica jest tu terenem regularnej wojny między lokatorami: wszechwładnym dozorcą, przewodniczącą wspólnoty mieszkańców, przebrzmiałą tancerką, zbzikowaną hipiską i początkującym politykiem - idealistą. W pewnym momencie bohaterowie, podjudzeni przez szemranego ciecia, zaczynają dążyć do jednego celu - pozbycia się najstarszego z lokatorów, zwariowanego Sierżanta Peppera. Stary weteran ponoć jest właścicielem wielkiej fortuny, która rozwiązałaby problemy i spełniła marzenia każdego z bohaterów. Pepper jednak, chociaż słabo kontaktuje, nie zamierza wcale umierać, ale kolejne próby zgładzenia go (m.in. uduszenie przez striptizerkę, porażenie prącem w wannie, czy... wysłanie go na turniej taneczny), nie powodzą się. Jedyną osobą, której nie podoba się plan sąsiadów, jest Stella, córka wspomnianej wcześniej tancerki. Oczywiście przy okazji Stella zakocha się w głównym bohaterze, potem się rozstaną, a potem znowu zejdą, jak to w takich historiach bywa.



Nie sposób nie porównywać "Twist and Shout" z "Rapsodią z demonem", chociaż klimaty obu przedstawień są diametralnie różne. Rzuca się jednak w oczy, że fabuła nowego musicalu "Rampy" jest nieco bardziej pretekstowa niż spektaklu z muzyką Queen. Nawet biorąc pod uwagę lekką psychodeliczność i odjechanie całości, niektóre luki fabularne nieco przeszkadzają (zgubiłam się w wątku Stelli i jej konfliktu z matką, mamy też np. sytuację, gdy na koniec pierwszego aktu dozorca grozi, że zastrzeli Stellę w przypadku niepowodzenia lokatorów i... absolutnie nic za tym nie idzie). Ale oczywiście można uznać, że się czepiam, bo przecież i tak każdy czeka tylko na piosenki.

Trzeba przyznać, że obsada poradziła sobie z nowymi aranżacjami starych hitów... koncertowo. Oczywiście dla niektórych widzów problem może stanowić fakt, że piosenki są śpiewane w oryginale. Z jednej strony, osobom nieznającym angielskiego może to przeszkadzać w odbiorze całości (teoretycznie wszystko wiemy z dialogów, ale piosenki są ich ważnym uzupełnieniem). Z drugiej, od razu na wstępie wytrącamy krytykom z ręki najważniejszy argument, czyli kiepskie tłumaczenie tekstów, główną bolączkę polskich musicali... A muzyka i tak broni się sama. Z obsady najbardziej chyba wyróżnić należy Sebastiana Machalskiego w roli aspirującego polityka Ryszarda - jego "Help!" naprawdę przyprawiało o ciary. Błyszczy również Natalia Piotrowska w roli Stelli, i chociaż w kolejnym już spektaklu przypadła jej rola love interest głównego bohatera, to tym razem dostała znacznie więcej kawałków, w których mogła się popisać talentem aktorskim i wokalnym (chociażby Eleanor Rigby). Najmniej przypadł mi chyba do gustu Daniel Zawadzki jako dozorca Edek - aktorowi zabrakło trochę charyzmy, żeby wykreować postać groźnego bossa. 



Zadziwiająca jest za to rola Jakuba Wociala jako Peppera. To, że Wocial ma talent komediowy, było wiadomo już od momentu, w którym słowami "No hej" wyrywał Kubę Molędę w "Tańcu wampirów", ale tutaj mógł zabłysnąć w pełni. Co prawda kosztem piosenek i swojego głosu, ale zdecydowanie zrobił furorę wśród publiczności. Idąc dalej tropem "Tańca wampirów", jego bohater to taki trochę profesor Abronsius - kompletnie nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje i przypadkiem tylko unikający kolejnych prób sprzątnięcia go, ale ostatecznie osiągający swój cel. Zresztą, zdaje się że sam Jakub Wocial grał profesora Abronsiusa w niemieckich "Wampirach", więc zdobył niezbędne kwalifikacje do roli trzepniętego staruszka. Dość slapstikowy humor scen z Pepperem przecinany jest kilkoma sentymentalnymi momentami i spokojniejszymi numerami (Hey Jude), ale ani razu nie robi się jakoś szczególnie łzawo. Chociaż, jakby pomyśleć, mimo pogodnej wymowy, musical tak naprawdę opowiada o ludziach przejmująco samotnych, którzy ukojenia tej samotności szukają w miłości, narkotykach, polityce, czy... przewodniczeniu wspólnotą mieszkaniową. Równie dobrze można go też odczytać jako spektakl o walce o władzę, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a wroga... nikt tak naprawdę nie chce pokonać, bo wtedy zniknąłby łączący wszystkich cel. Oczywiście można też pominąć filozofowanie i drugie dno, a zamiast tego skupić się na muzyce Beatlesów ;)




Między piosenkami warto też zwrócić uwagę na kostiumy autorstwa Doroty Sabak - czarno-białe stylizacje z pierwszego aktu i rozbuchane kolorystycznie stroje z aktu drugiego spokojnie mogłyby być pokazane na "prawdziwym" pokazie mody i zrobić furorę. Trochę tu lat 60., a trochę... komedii dell'arte. Do tego idealnie dopełniają nastroje panujące w obu częściach spektaklu - od marazmu w kamienicy, poprzez smakowanie wolności na plaży po tętniącą emocjami atmosferę konkursu tanecznego.

Trudno uwierzyć, że na malutkiej scenie Teatru "Rampa" kolejny raz zmieściło się tyle spektakularnych numerów tanecznych i epickich wykonań nowych aranżacji znanych utworów, które znowu złożyły się na musical z prawdziwego zdarzenia. Może nie czułam na plecach takich ciar jak przy "Rapsodii z demonem", ale z całą pewnością miło spędziłam czas. Jeśli nie macie planów na jesienne wieczory, to na pewno warto zobaczyć, czy w "Rampie" zostały jeszcze jakieś bilety.
O północy w Barcelonie, czyli "Labirynt duchów"

9/23/2018

O północy w Barcelonie, czyli "Labirynt duchów"



Do przeczytania tej książki zbierałam się jeszcze dłużej niż do napisania kolejnego wpisu. Dziwne, bo jakieś 14 lat temu, po przeczytaniu "Cienia wiatru" Carlosa Ruiza Zafona tuż na początku studiów, dałabym się pokroić za kolejny tom. Tamte kilkanaście lat wcześniej książka o Danielu Sempere poszukującym tajemniczego Juliana Caraxa w zaułkach magicznej Barcelony lat 50. trafiła prosto w moje serce. I przy okazji w serca milionów czytelników na całym świecie.

Pamiętam taką scenę z zajęć na wydziale polonistyki: profesor podczas wykładu zauważa studentkę drugiego roku czytającą coś pod ławką. Zauważa tytuł "Cień wiatru" i lekko drwiącym tonem każe dziewczynie przeczytać fragment, żeby cała sala mogła się przekonać, jaką to lekturą jest zajęta. Studentka czyta kawałek, zapada cisza, profesor pyta "No i co, dobra to literatura, czy nie"? Wszyscy milczą, ktoś tam z tyłu nieśmiało mówi "chyba tak", a profesor, lekko zmieszany, bo pewnie spodziewał się Grocholi, mówi "No wiecie państwo, właściwie to nie wiem. Wracajmy do wykładu".

Oczywiście jeśli spodziewacie się puenty "To ja byłam tą studentką", to niestety muszę Was rozczarować, bo akurat wtedy czytałam pod ławką Pratchetta. Ale faktem jest, że po przeczytaniu którejś z kolei książki Zafona sama mam problem ze stwierdzeniem, czy to dobra literatura, czy nie. Czy autor przekroczył tę cienką granicę, która dzieli wielką powieść od egzaltowanej szmiry. Po "Więźniu nieba" przychylałam się raczej do tego drugiego, tak nierówna, nudnawa i kiczowata była ta książka. Również młodzieżowa trylogia Zafona nie przypadła mi do gustu, a sam autor trafił w mojej głowie do szufladki z tymi twórcami, którzy całe życie piszą jedną i tę samą książkę, bo tego oczekują od nich czytelnicy i wydawcy. Za to podczas "Labiryntu duchów" co i rusz zmieniałam zdanie: czy właśnie czytam kolejną kultową powieść, czy rozwlekły i kiczowaty kryminał?

I chyba nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, bo wszystko zależy, którą stronę osobowości dopuścicie do czytania: jeśli trzeźwego analityka, to będziecie wzdychać nad nieprzemyślanymi fragmentami, urywanymi wątkami, dziwaczną strukturą i kwiecistymi dialogami (o ile w "Cieniu wiatru" rozwlekłe monologi były głównie domeną Fermina, o tyle "Labirynt duchów" jest wręcz zaludniony postaciami o barokowym sposobie wysławiania się, którzy strzelają długimi przymiotnikami jak z karabinu). Ale powieści Zafona nie są dla analityków. Powieści Zafona są dla osób, dla których czytanie jest formą religii. Dla tych. którzy przyjemność odnajdują w celebrowaniu każdej strony, którzy podkreślają na czerwono kolejne metafory opisujące czytanie, książki, literaturę i cały przemysł księgarsko-wydawniczy jawiący się jako najwyższa forma sztuki. Cała seria "Cmentarz zapomnianych książek" to jeden wielki hołd złożony literaturze - przy czym, co trzeba oddać autorowi i co najbardziej mi się podoba - nie jest to tylko i wyłącznie celebracja tak zwanej literatury wysokiej. Książkami, które bohaterów serii popychają do działania, są kryminały, horrory i literatura dla dzieci - to one stają się dla nich "książkami zbójeckimi", książkami, które zmieniają życie. Co, podejrzewam, dla wielu osób będzie bardzo bliskie - bo raczej nikt nie postanowił zmienić swojego życia po przeczytaniu "Czarodziejskiej góry", za to wielu dziesięciolatków zapragnęło być podróżnikami po przeczytaniu książek Szklarskiego albo Verne'a.

Ale fakt, nieco inaczej odbierałam te klimaty kilkanaście lat temu, gdy zaczynałam studia na polonistyce - dzisiaj taką celebrację literatury i postrzeganie jej jako sztuki tylko dla wybranych coraz częściej postrzegam jako irytującą. Trochę za dużo narobiło się ostatnio facebookowych grup i blogów, na których nowa fala intelektualistów wrzuca memy pokazujące wyższość czytających nad nieczytającą patologią, czytających literaturę wysoką nad czytającymi "50 twarzy Greya", miłośników reportażu nad miłośnikami fantastyki... Dla takich osób Zafon i jego cytaty są jak Anthony de Mello dla blogerów lifestyle'owych: pomagają w robieniu sobie dobrze słowem pisanym i pokazywaniu, jacy to my nie jesteśmy super, bo czytamy. Ale mam wrażenie, że jednak nie do końca o to autorowi chodziło - w końcu wrogowie jego bohaterów, przedstawiciele najczarniejszych stron reżimu Franco... również czytają, a niektórzy nawet piszą. A zarówno talent pisarski, jak i miłość do literatury mogą być tak darem, jak przekleństwem.

Jeśli chodzi o fabułę, to z jednej strony mamy typowy kryminał: agentka policji politycznej, Alicja Gris i detektyw Vargas zostają wyznaczeni do dyskretnego śledztwa - w podejrzanych okolicznościach zaginął minister Mauricio Valls, który poza niewątpliwymi zasługami na polu kultury, ma również mroczną przeszłość: przez wiele lat pełnił funkcję dyrektora więzienia Montjuic, w którym zdrowie, zmysły i życie straciło wielu więźniów politycznych, w tym "pisarze przeklęci", znani nam z poprzednich części cyklu. Ich poplątane losy to po pierwsze jeden z wątków śledztwa, po drugie - autor stopniowo odpowiada na pytania, które pozostały czytelnikom po poprzednich książkach. Nie powinno to jednak psuć przyjemności z lektury osobom, które pozostałych tomów nie czytały - ja dopiero w połowie zorientowałam się, że Sebastian Salgado to tytułowy "Więzień nieba" z poprzedniej części, która tak mnie rozczarowała, że wyparłam ją z pamięci. Trzecim filarem powieści są losy znanej czytelnikom cyklu rodziny Sempere i Fermina - które w naturalny sposób splatają się z pozostałymi wątkami. Powieść, jak sam autor wielokrotnie podkreśla, jest więc swego rodzaju labiryntem wątków, postaci i ich historii, które stopniowo odkrywają się przed nami.

Podczas czytania miałam jednak wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo (powieść ma 896 stron!!!). Czy na pewno konieczne było stawianie kropek nad "i" i zapełnianie białych plam przy każdej, dosłownie każdej postaci, jaka pojawiła się w poprzednich tomach? Weźmy takiego Juliana Caraxa, znanego nam z "Cienia wiatru". Autor zapewnia, że książki można czytać w dowolnej kolejności i ja sama napisałam to akapit wcześniej, jednak z drugiej strony wprowadzenie Caraxa w "Labiryncie duchów" to gigantyczny spoiler do pierwszego tomu, który odbiera mu nieco magii. Nie polubiłam też na tyle Davida Martina, by interesowało mnie, co robił w niemal każdej wolnej chwili między wyjściem z więzienia a śmiercią. A Sebastiana Salgado, jak już wspomniałam, zapomniałam całkowicie i jego losy były mi zupełnie obojętne. Obawiałam się, że rodzina Sempere też stanie się rodziną Borejków, na szczęście ich losy i tajemnice zostały wplecione w fabułę naprawdę sprawnie i w dodatku satysfakcjonująco. Ale tak naprawdę jedyną z tych szkatułek poświęconych bohaterom z wcześniejszych książek, którą otworzyłam z przyjemnością, był rozdział o przygodach Fermina podczas bombardowania Barcelony - opisanego niczym scena ze strasznej baśni.

Samo śledztwo miłośnikom kryminałów o żelaznych regułach niekoniecznie przypadnie do gustu - karty odkrywają się często bez udziału naszych bohaterów, niektóre wątki giną na pewien czas - ale też i nie śledztwo jest tu najważniejsze. Zawsze ciekawi mnie za to, jak autorzy wykorzystują schemat kryminału, by przy jego pomocy opowiedzieć zupełnie inną historię - w "Labiryncie duchów" też nie chodzi tylko o to, żeby znaleźć porwanego ministra (ba, facet nie jest postacią, której ktokolwiek chciał by szukać). Zafon skupia się raczej na pokazaniu niszczącej mocy literatury - z jednej strony książki (pisane i czytane) są tu źródłem szaleństwa, z drugiej pojawia się wątek literatury przeklętej - tej w służbie reżimu i tej przeciwko reżimowi, wszak akcja powieści rozgrywa się w mrocznych czasach panowania Franco. Jeśli sięgniemy po dowolną hiszpańską książkę napisaną współcześnie - jest więcej niż pewne, że odnajdziemy w niej echa wojny domowej albo dyktatury. Z cyklu "Cmentarz zapomnianych książek" wyłania się raczej nieciekawy, obraz tamtych czasów, dlatego też lekko dziwią mnie osoby, które zapewniają, jak bardzo chciałyby żyć w Barcelonie opisywanej przez Zafona.

Co jednak łatwo wytłumaczyć, bo tym, co zdecydowanie udało się wykreować autorowi, jest niesamowity wręcz klimat. Zafon, chociaż nie do końca mieści się w ramach realizmu magicznego, tworzy na stronach swoich książek prawdziwie magiczne obrazy. Barcelona w "Cieniu wiatru" czy "Labiryncie duchów" to miasto pełne tajemnic, zagadek, ślepych uliczek i zakątków, w które zapuszczają się tylko wtajemniczeni. Autor pławi się w opisach ulic, ogrodów, kamienic, willi, pomników, cmentarzy, kawiarni i restauracji - że aż w pewnym momencie człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zobaczyć te cuda na własne oczy. To, że nad tym wszystkim unosi się cień śmierci, szaleństwa i przemocy (chociaż w "Labiryncie duchów" brak złola na miarę inspektora Fumero), paradoksalnie tylko dodaje uroku.

Dlatego też trudno mi jednoznacznie ocenić "Labirynt duchów". Dla wszystkich miłośników twórczości autora zapewne będzie to godne zwieńczenie cyklu o Cmentarzu Zapomnianych Książek. Ja jednak, chociaż "Cień wiatru" czytałam trzy razy (w tym raz w Barcelonie - takie tam marzenie z czasów studenckich), miałam momentami wrażenie przesytu. Paradoksalnie mniej słów wcale by tej powieści nie zaszkodziło - tym bardziej, że autor trylogią młodzieżową udowodnił, że umie pisać krótko i zwięźle. Ciekawa jestem za to jego kolejnych powieści. Carlos Ruiz Zafon od pewnego czasu sprawiał wrażenie, że jest jednym ze swoich bohaterów, przez lata piszących jedną książkę... od której w końcu może się uwolnić.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek