Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika

5/31/2018

Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika


Idąc na Warszawskie Targi Książki miałam mocne postanowienie, by kupować tylko to, co będzie mi potrzebne, na ten przykład do pracy. Postanowienie rypło już przy drugim odwiedzonym stoisku, gdy wypatrzyłam calutką serię książek Borysa Akunina, których jeszcze nie czytałam. Ostatecznie wróciłam z targów z dwiema torbami pełnymi papieru. I to tuż przed przeprowadzką, podczas której rzekę papieru z moich półek będę musiała zmieścić w rozsądnej ilości pudełek. Ech... Swoją drogą, zaczęłam się zastanawiać, skąd właściwie ten bałagan na mojej półce i jak to się stało, że w pewnym momencie utonęłam w książkach? Otóż i moja książkowa biografia:

Pierwsze książki

Kiedyś wszystko było prostsze. Czytało się to, co dostawało się od rodziny. A że rodzina wiedziała, że mała Asia lubi czytać, to kupowała na kilogramy książeczki dla dzieci (głównie te Disneya) i nieśmiertelną klasykę oraz - później - powieści Siesickiej i Musierowicz. Oprócz tego były komiksy o Kaczorze Donaldzie, Myszce Miki, Asteriksie, rzadziej Thorgalu i Spidermanie (te ostatnie podczytywałam u kuzynki). W pewnym momencie rodzice uznali, że komiksy nie są odpowiednią lekturą dla małej dziewczynki (czy raczej - zerknęli do portfela) i kazali wybrać tylko jedną ulubioną serię, którą będą mi regularnie kupować. Wybrałam Asteriksa i na dłuuuuuugi czas rozstałam się z innymi komiksami.

Potem nagle okazało się, że w moim rodzinnym mieście jest księgarnia. Co prawda były w niej głównie podręczniki, ale poza tym okładkami kusiły również inne, wcześniej nieznane tytuły. Wyprawa tam to było wielkie święto, bo była dość daleko, no i trzeba było wybrać tylko jeden tytuł . Nie martwiło mnie to jakoś szczególnie, bo nieco bliżej znajdowała się biblioteka, którą odwiedzałam bardzo regularnie... Wybór był jednak mizerny, sporo serii zawsze brakowało, a do wymarzonego dostępu do biblioteki dla dorosłych, który dostawało się w wieku bodajże 15 lat, musiałam czekać jeszcze całe wieki.
W liceum odkryłam Artura Pereza-Reverte i zainspirowana Lucasem Corso zdawałam na bibliotekoznawstwo. Prawie się udało, wylądowałam na polonistyce. Nie pracuję że starodrukami, ale nadal uwielbiam je oglądać w muzeach. Taki fetysz. Na półce widać też "Flight od Green Parrots", książkę o dość ciekawej historii, ale to temat na inny wpis ;)

Witaj w klubie

Wtedy pojawił się ON. Katalog "Świata Książki". Pełen tytułów, kolorowych okładek, gatunków, których nie znałam. Zasadą jego działania było mniej więcej - raz na trzy miesiące (a może na miesiąc - ktoś przypomni?) musisz kupić przynajmniej jedną książkę, po dwóch latach dostajesz srebrną, a po pięciu - złotą kartę uprawniającą do zniżek. Brzmi bosko, jakoś w mojej rodzinie nigdy nie było problemu z zakupem książki w wyznaczonym terminie (problem był raczej z jej wyborem), aczkolwiek z tego co wiem, istniała też ciemna strona tego dziecka wydawniczego kapitalizmu. Mianowicie, jeśli chciałeś się wypisać z klubu książki, było to wyjątkowo trudne, obwarowane cyrografami i ciągnęło się miesiącami, w których musiałeś wciąż te książki kupować. Niemniej dla mnie, małej dziewczynki z małej miejscowości, było to prawdziwe okno na świat i jedyne źródło książkowych nowości, które nie docierały ani do księgarni, ani do biblioteki.

Potem poszłam do liceum i a) dobrałam się w końcu do biblioteki dla dorosłych, b) w większym mieście było znacznie więcej lepiej wyposażonych księgarni (bodajże trzy!). Pamiętam, że pierwszą książką, jaką kupiłam sobie za własne kieszonkowe był "Władca pierścieni", którego udało mi się przeczytać tuż przed premierą filmu. Poza tym starałam się wówczas gonić kolegów, którzy literacko mnie wyprzedzali i kupować wyłącznie "mądre książki". Do tego stopnia, że wstydziłam się poprosić rodziców o książkę z serii "Gwiezdne wojny", bo jeszcze uznaliby, że czytam jakieś głupoty. Inna sprawa, że w moim mniemaniu "mądre książki" oznaczały wówczas chociażby megapopularnego Paulo Coelho.

Że oto nas przyjęto do szkoły poetów

Nadal jednak moja biblioteczka była wypełniona głównie klasyką i fantastyką ze "Świata książki". Sytuacja zmieniła się nieco, gdy w końcu skończyłam liceum i wyjechałam na studia do Warszawy. Na studiach pochłaniałam książki w jakichś nieprawdopodobnych ilościach, a karty biblioteczne aż furczały. Równocześnie jednak po raz pierwszy w życiu miałam do wydania trochę naprawdę własnych pieniędzy, a zarazem odkryłam antykwariaty i składy taniej książki. Tak się zaczęła moja zguba, bo z każdej takiej wyprawy wracałam obładowana książkami, które "na pewno będą mi potrzebne, w końcu studiuję polonistykę!".
W razie gdyby kiedyś zabrakło mi pomysłu na to, co przeczytać, czeka 1001 propozycji ;) Po lewej widoczne słowniki kupowane kompulsywnie podczas pracy redakcyjnej. A po prawej skarb - biografia Andrzeja Wajdy z autografem.

Czytanie za pisanie

Na polonistyce, wbrew obiegowej opinii, nie pisało się zbyt wiele, nikt też nie uczył nas, jak pisać. Dlatego moją pasję przelewania słów na papier musiałam ukierunkować gdzieś indziej. Padło na współpracę z czasopismem studenckim, początkowo darmową, ale przynoszącą absolutnie satysfakcjonujące mnie profity, czyli książki, filmy na DVD i płyty z muzyką pozyskane od patronów. Gdy w pewnym momencie zaproponowali mi współpracę płatną, poczułam się niemal zawiedziona ;)

W tym samym czasie po raz pierwszy odważyłam się opublikować swoje opowiadania na stronie Nowej Fantastyki, gdzie nie dość, że zostałam pochwalona przez samego Naczelnego (wtedy był nim jeszcze Jakub Winiarski), to jeszcze zdobyłam "brązowe piórko", za które... tak, tak, dostałam książkę. Parę takich fantów udało mi się jeszcze pozyskać, ale za moje najwspanialsze "Nowofantastyczne" trofeum uważam wszystkie tomy "Gry o Tron" wygrane w najgenialniejszym konkursie w dziejach świata, zorganizowanym przez niejakiego DJ-a Jajko. W skrócie - konkurs trwał kilka tygodni, co tydzień pojawiało się nowe inteligentne zadanie, które trzeba było rozwiązać, kombinując na potęgę. Co prawda sama "Gra o Tron" od pewnego momentu przestała mi smakować, ale konkurs do tej pory wspominam z rozrzewnieniem. Kto pamięta, ile problemów uczestnikom sprawiła "nazwa pewnego jeziora", ten wie.
Niektórym narzeczony przynosi kwiaty. Mój dowiedział się kiedyś, że nie czytałam Wiedźmina.

Mała handlarka prozą

Na trzecim roku zaczęłam staż w wydawnictwie - z jednej strony był to ten przełomowy moment, gdy zrozumiałam, że chcę pracować wśród książek, z drugiej - do tej pory nie doczekałam się wypłaty, bo wydawnictwo wkrótce potem zbankrutowało, zapewne przeze mnie, bo jako akwizytorowi podręczników dla przedszkoli szło mi gorzej niż źle. Na szczęście wycyganiłam też kilka książek na pamiątkę. Zaraz potem zaczęłam redagować pierwsze książki - poradniki, które również do tej pory trzymam na półce, na pamiątkę (chociaż nie zamierzam hodować kóz ani gołębi, sądzić fasoli ani zmieniać swojego życia w 7 prostych krokach). No i co najważniejsze, równolegle po raz pierwszy jako hostessa uczestniczyłam w Targach Książki - jeszcze w Pałacu Kultury - i nagle odkryłam, że istnieje możliwość połączenia miłości do książek z żyłką marketingową - książek nie trzeba tylko pisać i redagować, można je również sprzedawać i promować! Do tej pory Targi Książki sprawiają mi wielką przyjemność, a z każdych (warszawskich, krakowskich, historycznych, fantastycznych) wychodzę z torbą papieru.

Potem trafiłam do działu promocji wydawnictwa i muszę obalić jeden z pokutujących mitów - wbrew pozorom osoby pracujące w wydawnictwie nie dostają za darmo wszystkich książek świata. A często tak się ludziom wydaje. Inna sprawa, że gratisów dostaje się mimo wszystko sporo - wszak co może dać wydawnictwo w prezencie na święta, jeśli nie pakę książek?

Zbawienie książkoholika ;)

A potem to już tak jakoś poszło...

Łudziłam się do tej pory, sądząc, że nad nabywanymi kompulsywnie książkami mam jakąś kontrolę. Straciłam ją, gdy zamieszkałam z Narzeczonym i okazało się, że ktoś może mieć książek jeszcze więcej ode mnie. A na dokładkę - całą masę komiksów i wszystkie od początku numery "Nowej Fantastyki". Tak więc zostałam zdetronizowana jako książkowy nerd i dobrze mi z tym, bo to oznacza, że ciągle jeszcze nie kupuję tych książek ZA DUŻO. Chyba. Okaże się przy zbliżającej się nieuchronnie przeprowadzce...
W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"

5/27/2018

W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"


Gdy kryminały dosłownie wylewają się z półek w księgarniach, wydaje się że bardzo trudno jest wymyślić coś, co będzie "nowe", "świeże" i spowoduje u czytelnika efekt "wow". Mam jednak wrażenie, że serii Bena H. Wintersa "Ostatni policjant" jest do tego bardzo blisko.

Lekkie spoilery, ale trudno bez nich ;)

"Opuszczone miasto", drugi tom trylogii, można spokojnie czytać bez znajomości pierwszego, główna historia jest bowiem zamkniętą opowieścią i na koniec poznamy rozwiązanie kryminalnej zagadki. Oczywiście warto jednak sięgnąć po poprzedni tom - z jednej strony mamy rozpisany na całą trylogię poboczny wątek sensacyjny, z drugiej - ciekawe jest obserwowanie od początku oczami bohatera, jak bardzo zmienia się świat wokół niego. Świat, w którym toczy się akcja, to bowiem największy "hak" opowieści - to rzeczywistość tuż przed apokalipsą. Za 77 dni w Ziemię uderzy bowiem wielka asteroida i - z dużym prawdopodobieństwem - zniszczy na niej wszelkie życie.

I ten jeden element w postaci zbliżającego się gościa z kosmosu wywraca do góry nogami wszelkie schematy znane nam z powieści kryminalnej. Bo jak szukać zaginionej osoby, gdy wszelkie policyjne bazy niemal już nie istnieją, resztki policji mają na głowie inne sprawy niż pilnować akt, a do tego nikt nie liczy osób, które rzucają wszystko i wyruszają w drogę - spełniać marzenia, popełnić samobójstwo albo spędzić z kochankiem ostatnie dni przed końcem świata.

Czy jednak zaginiony Brett Cavatone, mąż dawnej przyjaciółki głównego bohatera, jest którąś z tych osób? Początkowo sprawa wydaje się banalnie prosta, ale - jak można się spodziewać, szybko okaże się, że wszystko ma tu drugie i trzecie dno, a w obliczu zbliżającej się do ziemi asteroidy nie można być pewnym już absolutnie niczego, a już najmniej ludzkich zachowań. Choćby chodziło o najbliższą osobę. "Opuszczone miasto" to książka o poszukiwaniu człowieka - nie tylko dosłownie, ale i w przenośni: czy wśród popadającej w szaleństwo ludzkości jest jeszcze miejsce na człowieczeństwo? I co ono właściwie oznacza? Jakie postępowanie w obliczu nadchodzącego kataklizmu jest słuszne?

Poprzednia część znakomicie pokazywała rozpadający się świat zewnętrzny - walącą się w gruzy administrację z policją na czele (nasz bohater, zwykły krawężnik, zostaje przecież detektywem, bo większa część wydziału kryminalnego uciekła albo popełniła samobójstwo), bankrutujące firmy, pustoszejące sklepy. Z kolei "Opuszczone miasto" skupia się na pokazywaniu rozpadających się więzi międzyludzkich. Czy tuż przed końcem świata mają jakąkolwiek rację bytu małżeństwo, przyjaźń, rodzina? Jak wierzyć w człowieka, gdy po ulicach błąkają się porzucone przez rodziców dzieci, powoli szerzy się anarchia (bardzo ciekawy jest opis quasi-militarnej "republiki" utworzonej przez studentów na kampusie uniwersytetu), a wieloletnie związki rozpadają się z dnia na dzień?

W tym całym chaosie tkwi niczym rycerz na białym koniu nasz główny bohater, Henry Palace (i jego wierny piesek Houdini - dopiero okładka uświadomiła mi, że bichon frise zdecydowanie nie jest rottweilerem, którego sobie nie wiedzieć czemu wyobrażałam przez cały czas). Chociaż Palace formalnie nie jest już policjantem - jego wydział po prostu przestał być potrzebny, chociaż świat wokół niego pęka i wali się w gruzy, chociaż stopniowo traci wszystko, co było dla niego ważne, przy życiu wciąż trzyma go zadanie, którego się podjął. Rozwiązywanie zagadki tajemniczego zaginięcia, podobnie jak szukanie mordercy w "Ostatnim policjancie", nie jest tu wyłącznie kolejnym kryminalnym śledztwem. Nadaje sens życiu bohatera, nie pozwala popaść w szaleństwo, pozwala udawać, że świat wciąż jeszcze rządzi się żelaznymi regułami, opisanymi w jego ulubionym podręczniku kryminalistyki. W innych warunkach taka postać byłaby pewnie nieznośnie doskonała - ale w tych realiach trzymamy kciuki, żeby bohater nie poddał się i nie zboczył z raz ustalonej ścieżki. Henry Palace nie jest doskonały - jest zwyczajnym facetem, który w odróżnieniu od reszty pogrążającej się w chaosie ludzkości zamierza do końca zachowywać się normalnie i wykonywać swoją pracę tak dobrze, jak się da.

"Opuszczone miasto" nie jest książką pozbawioną wad - zdecydowanie zbyt często bohater ratowany jest "w ostatniej chwili" na zasadzie starego dobrego deus ex machina. Ciekawa rzecz - pardon my spoiler - że ratują go zawsze kobiety ;) Niemniej jeśli komuś nie przypadło do gustu spokojne tempo "Ostatniego policjanta", to "Opuszczone miasto" nie powinno go zawieść - akcja w pewnym momencie zaczyna gnać na łeb na szyję, a miejsce opartego na dedukcji i obserwacji kryminału zastępuje dynamiczna sensacja.

No właśnie, obok kryminalnego śledztwa, tak jak w poprzedniej książce, mamy też wątek sensacyjny, z siostrą głównego bohatera w roli głównej. Autor rzuca nieco światła na tajemniczą działalność grupy, do której należy Nico i ich prawdziwy cel. W związku z tym wątkiem pojawia się też pytanie - a co jeśli asteroida wcale nie uderzy w Ziemię, albo jeśli nie wszyscy zginą? Czy po tym wszystkim, co się stało - a w trakcie swoich poszukiwań bohaterowie dotkną różnych mrocznych aspektów powoli rozpadającego się świata - uda się jeszcze cokolwiek odbudować, czy też potencjalna apokalipsa sprawi, że w ludziach puszczą wszelkie hamulce? Zakończenie książki zostawia nam co do tego otwartą furtkę - wciąż nie wiemy, co się wydarzy, gdy Maja zbliży się do Ziemi i czy będzie jeszcze jakieś "później". Tym bardziej z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"

5/23/2018

Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"


Nowy film o Deadpoolu, chociaż nadal ze stajni Marvela, nie przypomina raczej ostatnich "Avengersów", którzy przejechali jak walec po uczuciach fanów. "Deadpool 2" to niczym (naprawdę niczym) nieskrępowana rozrywka, w dodatku znacznie wychodząca poza ramy dość - nie oszukujmy się - ugrzecznionego kina superbohaterskiego. Jest trochę jak chwila gry w GTA na konsoli - możesz spokojnie porozwalać parę policyjnych wozów, pójść do burdelu i okraść bank, a następnie spokojnie pójść do pracy.

Tym razem udało mi się chyba bez spoilerów, serio. 

Po pierwszym filmie i kilku trailerach widz wie już, czego się mniej więcej spodziewać - w powietrzu będą latały w slow-motion komiksowe flaki i bluzgi, bohater będzie co chwila rzucał nawiązaniami do szeroko rozumianej popkultury i zwracał się bezpośrednio do widza. Będą mniej znani X-meni, będzie to w zabawny sposób wytłumaczone, i ogólnie sensem nie trzeba będzie się przejmować, bo liczy się tylko rozwałka i kolejne gagi. Oczywiście dostałam to wszystko, ale razem z jednym zaskoczeniem - historia opowiadana w filmie, chociaż zbudowana głównie ze schematów i nawiązań była jedną z bardziej interesujących "superbohaterskich" historii, jaką ostatnio dostaliśmy.


Przy okazji "Star Treka" narzekałam dość mocno na to, że twórcy wielkich franczyz ze wszystkich stajni tak bardzo starają się uczynić swoich bohaterów "fajnymi" i lubianymi przez widza, że kompletnie zapominają o tym, że liczy się również historia, którą ci bohaterowie będą przeżywać. Tymczasem w "Deadpoolu", po początkowo dość chaotycznym początku dostajemy naprawdę interesującą opowieść, co do której trudno w stu procentach przewidzieć zakończenie - bo chociaż żarty fruwają w powietrzu szybciej niż wystrzeliwane przez postaci pociski, to stawka, o którą toczy się gra jest tu na właściwym miejscu i wiemy, że ktoś będzie musiał coś poświęcić, żeby wygrać, a ktoś może stracić wszystko. Czyli mamy coś, o czym scenarzyści wyjątkowo często zapominają, bo na co nam bohater z pogłębioną psychiką, gdy film nie będzie nas bawił.


Oczywiście nie tylko historię, ale i wspomnianych bohaterów bardzo dobrze się ogląda, chociaż zdecydowanie Wade Wilson nie jest protagonistą, którego można stawiać za przykład dzieciom. Mimo to wszyscy są tu bardziej lub mniej cool, a na pierwszy plan, zaraz za Deadpoolem, wybija się Domino, która naprawę wkroczyła z przytupem do superbohaterskiego świata. Zazie Beetz w roli obdarzonej wyjątkowym fartem superbohaterki kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Podobnie zresztą jest z wyjątkowo charyzmatycznym Joshem Brolinem (vel Thanosem) w roli Cable'a. I chociaż jego motywacje są bardzo proste i "komiksowe", to całą postać udało się tak skomplikować, by uczynić ją nieprzewidywalną i by na końcu mogła nas - przynajmniej odrobinę - zaskoczyć.

Oczywiście jeśli chodzi o humor, to po pierwszym filmie mniej więcej wiemy, czego się spodziewać - nikt tu nie przejmuje się subtelnością, żarty są odpowiednio grube i często na granicy dobrego smaku, a te najzabawniejsze dotyczą oczywiście warstwy "meta", czyli nawiązań do innych komiksowych czy filmowych postaci z różnych uniwersów. To wszystko sprawia też, rzecz jasna, że osoba, która nie siedzi w tych klimatach, większości żartów nie zrozumie - dlatego raczej nie zalecam "Deadpoola" jako pierwszego kontaktu z superbohaterami, X-Menami czy Marvelem, to tak jakby czytanie fantastyki zaczynać od Terry'ego Pratchetta.


Czy Deadpool ma wady? Ano ma, przede wszystkim dość poszatkowany i chaotyczny początek, za dużą ilość nowych postaci, przez co tylko kilku udaje się "wybrzmieć" (nie mówię tu o "drużynie" Deadpoola, której sekwencja jest przezabawną grą z całą stylistyką heist movies). Nie jest to również film dla każdego, nadwrażliwe osoby powinny zwrócić uwagę, że dostał kategorię "R". Do tego wyparowuje z głowy jeszcze na napisach końcowych (nawiasem mówiąc - sceny napisowe są wręcz cudowne). Ale jeśli idąc na film, nastawiasz się głównie na bezrefleksyjną rozrywkę, to dostaniesz dokładnie to, co chcesz, i to z nawiązką. Ja bawiłam się świetnie i dla utrwalenia wszystkich tekstów bohatera chętnie zobaczę film jeszcze raz.
Galaktyczne emocje, czyli "Avengers: Infinity War"

4/28/2018

Galaktyczne emocje, czyli "Avengers: Infinity War"



Tak jak już napisałam na facebooku, byłam lekko zdziwiona, gdy przed seansem jako reklamową próbkę dodawaną do biletu dostałam... słoiczek dżemu czekoladowo-truskawkowego. Dział marketingu dżemowej firmy wiedział jednak, co robi. Jak głęboka to była metafora, przekonałam się po seansie. Tuż po filmie miałam bowiem wrażenie, jakby ktoś zgniótł mi serce na miazgę i powoli wyjadał łyżeczką.

W przypadku tego filmu właściwie każda informacja jest spoilerem, więc czytacie na własną odpowiedzialność ;)

Właściwie ciężko mi napisać taką typową recenzję nowych "Avengersów". Po pierwsze, zobaczyliśmy tylko część tej historii (z jednej strony - to miło, że jest na co czekać, z drugiej - dla osób urywających historię w takim momencie, żeby wyrwać kolejny miliard z jeszcze jednego sequela, powinno być specjalne miejsce w piekle). Po drugie, sama jestem zaskoczona: ostatnimi laty słowo "uniwersum" nieco mi zbrzydło i co chwila podkreślałam, że zamiast kolejnych superbohaterskich sequeli czekam na nowe historie. "Czas Ultrona" był mocno taki sobie, "Thor:Ragnarok" i "Black Panther" nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam i z ostatnich filmów jedynie "Spiderman: Homecoming" sprawił, że moje serce zabiło mocniej. Ale im bliżej filmu, tym bardziej chciało mi się wrócić do znanych bohaterów (fakt, że cisnęłam Netliksa, przypominając sobie poprzednie części, zdecydowanie pomógł), a kiedy już seans się zaczął, to niemal od pierwszej sceny zapomniałam o wszystkich narzekaniach i chciałam z nimi być, być, być na dobre i na złe, a śmierć każdego z nich była jak cios prosto w serce.


Przed seansem chyba wszyscy zadawali sobie pytanie, jak wyjdzie twórcom połączenie tylu bohaterów w jednym filmie. To, że bracia Russo to potrafią, pokazali znakomicie w "Civil War", ale tutaj nie dość że trzeba było doprowadzić do spotkania dotychczasowych Avengersów, trzeba było dodać im jeszcze rozgrywanych pozornie w zupełnie innych bajkach Doktora Strange'a i Strażników Galaktyki. I wiecie co? Wyszło to tak zgrabnie, że chylę czoła. Udało się. Wszystko dlatego, że Marvel swoje uniwersum budował niespiesznie przez 10 lat, stopniowo kształtując poszczególne postaci, które poprzez kolejne odsłony swoich przygód dojrzewały, zmieniały się, otwierały. Dzięki temu teraz praktycznie od pierwszych minut filmu wpadamy jak w odwiedziny do starych znajomych - nie potrzeba długiej ekspozycji.* Wiemy też, jak wiele każdy z nich przez te lata stracił i ile musiał poświęcić - dlatego ładunek emocjonalny tego blockbustera po prostu przygniata.

Ale tego efektu nie byłoby bez znakomitych aktorów. Przez lata Marvel zebrał taką rzeszę znakomitych nazwisk, z tak różnych środowisk, aktorów, którzy grali Szekspira, ulubieńców nastolatek, gwiazdy kina niezależnego i zapomnianych idoli. Aktorzy znają te postaci tak, że nie ma w ich grze nic fałszywego, a my, widzowie, bezkrytycznie łykamy fakt, że na ekranie grupa dziwnie ubranych facetów, szop i drzewo, walczy o kolorowe kamyczki.


Kamyczki? Było już coś w tym rodzaju. Twórcy "Infinity War" doskonale odrobili lekcję daną wiele lat temu przez Petera Jacksona we "Władcy Pierścieni". Lekcję, która mówi, ze nawet najbardziej epicka bitwa nie pozostanie widzom w pamięci, jeśli nie będą jej kontrapunktować kameralne sceny, opierające się na relacjach między bohaterami. I tak jest z "Avengersami". Ten film stoi nie wybuchami, walkami na pięści czy epicką bitwą (chociaż zdałam sobie sprawę, jak dawno nie widziałam w kinie dobrej, epickiej bitwy), ale tym, co dzieje się między bohaterami, tym, co wypowiedziane i niewypowiedziane. Sprzyja temu struktura historii (zresztą taka sama jak u Jacksona), czyli rozdzielenie bohaterów na kilka grup, w ramach których będą miały miejsce najrozmaitsze interakcje, a każdy przeżyje własną przygodę. Każde w innym miejscu galaktyki!

Z jednej strony mamy "Thora" i "Strażników Galaktyki". Jestem pod wrażeniem, jak zgrabnie połączone zostały te historie, chociaż pozornie stylistyka Taiki Waititiego, twórcy "Ragnaroka", Jamesa Gunna, twórcy "Strażników" i braci Russo to zupełnie trzy różne bajki. Ta historia daje zresztą taką huśtawkę emocjonalną, łączącą smutek początkowych scen, masę humoru wynikającą z konfrontacji Thor-Peter Quill, patos scen w kuźni, gdy boskość Thora w końcu dochodzi do głosu i kameralne sceny z Rocketem.


Przewspaniała relacja budowana jest też w drugiej grupie, gdzie Iron Man, Spiderman i... Doctor Strange trafiają na statek kosmiczny należący do Thanosa. Z jednej strony mamy zetknięcie dwóch podobnych charakterów (a ileż radości daje fakt, że zarówno Downey Jr, jak i Cumberbatch grali Sherlocka) o rozbujanym ego, a z drugiej relację mentor-uczeń (a może ojciec-syn), czyli Tony Stark i Peter Parker. I tak, scenarzyści grają tu na emocjach, jakby walili w bębny. Fakt, że Tony tuż przed wyruszeniem w drogę mówi Pepper, że chce mieć z nią dziecko (serio??? Przez to cały film byłam przekonana, że zginie za 5 sekund). Fakt, że Peter to ciągle tylko dzieciak, którego cała sytuacja trochę przerasta i który stopniowo przekonuje się, że nie jest w grze komputerowej, tylko gra o prawdziwą stawkę. Fakt, że Strange rozumuje w nieco innych kategoriach niż reszta. I fakt, że Quill, który dołącza do nich nieco później, nagle trafia na kogoś, kto tak jak on lubi popkulturę. Ta grupa ma też najsmutniejszą scenę w całym filmie. Ale o tym później.


Na Ziemi z kolei zostają zbuntowani Avengersi, z Kapitanem Ameryką na czele. Dołącza do nich Hulk/Bruce Banner, a także Vision i Wanda, którym zawdzięczamy kolejne wyjątkowo emocjonalne i znakomicie zagrane sceny. Wkrótce potem akcja przenosi się do Wakandy, gdzie spotykamy starych znajomych z "Black Panther" i gdzie rozegra się wspomniana epicka bitwa. I tak jak kompletnie nie czułam Visiona po dwóch poprzednich filmach, tak tutaj to on najbardziej chwycił mnie za serce. Ale co by nie mówić, wszystkie postaci bledną przy brodzie Kapitana Ameryki, która epickością znacznie przewyższa bitwę. I tak jak podśmiewałam się nieco z zachwytów po zwiastunie, tak teraz zdecydowanie potwierdzam, że Chris z brodą lepszy jest niż Chris bez brody. Tyczy się to wszystkich Chrisów w filmie.

Jest też Thanos. O Thanosie to właściwie możnaby napisać osobny wpis. W swoich recenzjach filmów Marvela zawsze narzekałam na czarnych charakterów, więc w końcu dostałam, co chciałam. O tak, Thanos to dokładnie taki czarny charakter, na jakiego wszyscy zasługujemy. Z jednej strony skomplikowany, z drugiej posługujący się diablo prostą, "sprawiedliwą" logiką. Tak, pamiętam też, że pisałam, jak ciekawie byłoby, gdyby czarny charakter w końcu wygrał. No więc znowu - mam co chciałam. Ostatnie sceny rozdarły mi serce.


Ostatnie sceny i moja reakcja na nie to zresztą coś dziwnego nawet dla mnie samej. Nie cierpię tych wszystkich komiksowych śmierci, które można cofnąć jednym obróceniem kamyczka. Nie lubię, gdy ktoś tanim kosztem gra na moich uczuciach. I w momencie, gdy bohaterowie zaczęli znikać jeden po drugim, poczułam najpierw zawód, że no jak to - przez tyle czasu zdążyłam już uwierzyć, że to nie komiks, że idę na ten film, żeby się z kimś pożegnać. I nagle przyszła scena, w której Peter przytula się do Tony'ego, mówiąc, że nie chce umierać... i moje serce razem z nim pękło w drobny mak. I chociaż wiem, że niektórzy z "martwych" mają już swoje sequele, i chociaż domyślam się, że fakt, że doktor Strange oddał Thanosowi kamień czasu miało swój wcale nie tak bardzo ukryty cel, to chylę czoła przed braćmi Russo - nie dość, że tych wszystkich skrajnie różnych emocji doświadczyłam w ciągu jakichś 30 sekund, to jeszcze zostawili mnie w przekonaniu, że najpewniej w kolejnych "Avengersach" doświadczymy wszystkiego na odwrót i pożegnamy kolejne postaci - tym razem nieodwracalnie. Na kolejną część będę chyba musiała zabrać termos z melisą.

Tak jak wspomniałam na początku i w innych recenzjach, samo słowo "uniwersum" działa mi już na nerwy. Ale "Infinity War" pokazuje, że nie należy lekceważyć znanych piosenek. Że wielkie emocje może we mnie wywołać tylko zupełnie nowy film, który zaskoczy mnie jakimś nowym światem i bohaterami, są dostępne również w świecie MCU, który, jak sądziłam, niewiele ciekawego ma mi już do zaoferowania. Obym nie rozczarowała się za rok, gdy poznam zakończenie historii.

*zastanawiam się, jak odebrałyby film osoby, dla których byłby to dopiero pierwszy kontakt z "Avengersami". Ja też nie zaczynałam przygody z Marvelem od początku i fakt, że w pierwszych "Avengersach" nie miałam pojęcia, kto jest kim, tylko zachęcił mnie do dalszego oglądania i nadrabiania. Ale tutaj do nadrobienia jest już całkiem sporo.
Uniwersum me widzę ogromne, czyli 10 moich ulubionych scen z filmów Marvela

4/25/2018

Uniwersum me widzę ogromne, czyli 10 moich ulubionych scen z filmów Marvela


Tak przyznam szczerze, ostatnio zdarzało mi się kręcić nosem na filmy spod znaku Marvela, które w pewnym momencie zaczęły składać się głównie z easter eggów oraz nawiązań do innych filmów, komiksów czy seriali. Ale teraz, kiedy siedzę w domu i przed premierą "Avengers: Infinity War" oglądam jeden po drugim kolejne filmy z MCU (jak przystało na poważną, dorosłą kobietę), zaczynam je coraz mocniej doceniać. W końcu nikomu wcześniej nie udało się stworzyć tak wielkiego uniwersum bohaterów, które w dodatku nie rozpływa się w braku sensu. Sama formuła MCU, gdzie nie mamy do czynienia z typowymi sequelami, tylko raczej z elementami układanki, raz na zawsze zmieniła kino.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że niektóre z tych filmów mają już ładnych parę lat, co przyprawia mnie o nostalgię w stylu "o, a na tym filmie byłam na randce" albo "tu po raz pierwszy zachwyciłam się klatą Kapitana Ameryki  doskonale napisaną postacią", ewentualnie "ten film oglądałam po pierwszym dniu w nowej pracy". Filmy Marvela, chociaż do pewnego momentu wciągałam je kompletnie nie po kolei, nie kojarząc postaci, wątków i nawiązań, dały mi tyle drobnych radości, że aż muszę się nimi podzielić. Nie będzie to ranking ulubionych filmów, ale krótka wyliczanka najulubieńszych scen, bo takie mogę odnaleźć nawet w tych filmach, które nie przypadły mi do gustu. A więc, lecimy!

Uwaga spoilery. Same spoilery.

Iron Man - "I am Iron Man"


Moje pierwsze zetknięcie z filmami Marvela. Nieuważne, w telewizji, pamiętam że film trochę mnie znudził i jakoś nieszczególnie byłam w stanie polubić głównego bohatera. Komiksów o Iron Manie nie czytałam, filmów animowanych nie oglądałam, jego problemy były mi raczej obce. Aż do ostatniej sceny, która to całkowicie zmieniła moje pojmowanie superbohaterskich filmów. Bo w większości filmów, które oglądałam, superbohaterstwo było jednak ukrywane przed światem w jakiejś Bat-Jaskini (swoją drogą, fakt, że żaden z mieszkańców Gotham nie ogarnął, że tylko jednego faceta w mieście stać na posiadanie supergadżetów i miejsca na ich przechowywanie, zawsze wydawał mi się dziwny). A wszelkie supermoce były uważane za coś wstydliwego, co powinno się ukrywać przed ukochaną. I w "Iron Manie" wszystko wydawało się iść zgodnie ze schematami superbohaterstwa (poza tą ukochaną), aż tu nagle Robert Downey Jr. wychodzi na konferencję prasową i zamiast czytać z kartki, przyznaje się do bycia Iron Manem. Ja, Marvelowy Janusz, byłam totalnie pod wrażeniem.

Strażnicy Galaktyki - "We are Groot"




Pierwsi "Strażnicy" to była absolutnie nowa jakość w powoli kostniejącym świecie Marvela. Nowi bohaterowie, nowa historia, nowi wrogowie, a wszystko podlane sosem z hitów z lat 80., to wszystko wystarczyło, żeby film otrzymał Znak Jakości Bajkonurka (nie ma czegoś takiego, ale może warto wprowadzić? ;)). Ale kto by przypuszczał, że najbardziej emocjonalną sceną w całym filmie będzie scena, w której drzewo żegna się z szopem praczem? Może za pierwszym razem ta scena mnie nie ruszyła, ale po latach poddaję się i przyznaję - tak, jest prawdziwie kultowa. I pokazuje, że nawet najdziwniejszą rzecz można napisać bez popadania w śmieszność czy zbędną ckliwość.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz - Steve vs. Bucky


No dobra, powiedzcie, która ze scen z tego filmu nie jest fajna? Początek, gdy Kapitan "trenuje" z przyszłym Falconem, scena w windzie, gdy rozprawia się z tłumem przeciwników (obok "Pięćdziesięciu twarzy Greya" i "Misji Kleopatra" jest to już zapewne jedna z klasycznych scen filmowych rozgrywających się w windach ;)), cała sekwencja ucieczki przed Hydrą, wizyta w muzeum jako ekspozycja. Ale i tak wszystkie bledną wobec tych, w których pojawia się Bucky. Czy to scena, w której Steve rozpoznaje dawnego przyjaciela (i cały ciężar tej sceny, łomatko, gdy jesteś tak samotny jak Kapitan Ameryka i nagle spotykasz kogoś, kto może czuć to samo i z kim można o tym pogadać, to nic dziwnego, że nagle wszystko wokół ciebie spowalnia, tym bardziej że jest to przyjaciel, o którym byłeś przekonany że dawno nie żyje), czy ostatnia walka, gdzie Steve decyduje się poddać, by nie musieć walczyć z najlepszym przyjacielem. Ajaj, jak to na mnie działa. Zresztą cała relacja Steve-Bucky jest wyjątkowo fanfikogenna.

Thor - "Another!"




Thor idzie do restauracji, a pozostali bohaterowie za wszelką cenę próbują sprawić, żeby zachowywał się poprawnie. Wiem, że film nie cieszy się wielką sympatią fanów, ale dla mnie to pierwszy film, od którego świadomie zaczęłam śledzić MCU. I kocham go miłością bezgraniczną, i nic na to nie poradzę, że chichoczę na nim jak głupia.

Doktor Strange - "Dormammu, I've come to bargain"



"Doktor Strange" nie wzbudził we mnie jakichś wielkich emocji jako całość, ale wiele poszczególnych scen, ze względu na swoją widowiskowość czy pomysłowość zapadło mi w pamięć (podobnie jak makijaż-decoupage Madsa Mikkelsena). Sceny walki (ach, jakież tam są sceny walki!), kameralna scena śmierci Przedwiecznej, czy wreszcie scena, gdy Doktor Strange zostaje uwięziony w pętli czasu i próbuje się z niej wyrwać i przy okazji ocalić świat. Jest tu i widowiskowość (ktoś od kolor korekcji odwalił kawał roboty), jest majestat, a w końcu... humor i absurd, czyli to, co w filmach MCU lubimy najbardziej. 

Strażnicy Galaktyki 2 - Pogrzeb Yondu




Ta scena w pigułce pokazuje, dlaczego Marvel wyprzedza DC o sto tysięcy lat świetlnych w przywiązywaniu widza do postaci. Wszystkie sceny z Yondu w filmie budują nam tego (anty)bohatera i jego trudną więź z widzem, przez co gdy ginie, poczułam autentyczny żal. A pogrzeb, na którym zjawiają się jego dawni towarzysze i symbolicznie odpuszczają mu grzechy, po prostu rozdziera serce. Zresztą, o ile pierwsi "Strażnicy" bardziej mnie rozśmieszyli niż wzruszyli, o tyle tutaj siąkałam nosem regularnie, tak jak kazali mi scenarzyści.

Avengers - Bitwa o Manhattan



No dobra, formalnie rzecz biorąc, to nie scena, to niemal półgodzinna sekwencja. I te pół godziny z bohaterami, których kiepsko kojarzyłam z pojedynczych komiksów, jakie w dzieciństwie wpadły mi w ręce, wystarczyły, żebym została z nimi na zawsze. "Avengersi" byli moim drugim po "Iron Manie" filmem Marvela, czyli miałam trochę do nadrobienia (chociaż patrząc z aktualnej perspektywy, jeszcze stosunkowo niewiele), a po obejrzeniu filmu wiedziałam już, że muszę zacząć nadrabiać, teraz, natychmiast, bo coś mi w życiu umknęło.

No i tak jak nigdy nie byłam miłośniczką radosnej rozwałki, tak cała sekwencja bitwy to jest jedna wielka, cudowna, radująca oczy fana popkultury jazda bez trzymanki. Sens gubi się momentami wśród wybuchów i dowcipnych odzywek Starka, ale kto by o to dbał. Każdy z bohaterów działa tu z jednej strony sam - demonstrując swoje bardziej i mniej super moce, a z drugiej wszyscy grają do jednej bramki. Ratują ludzi (w ogóle u Marvela myślenie o cywilach jest jakoś bardziej podkreślane niż w przygodach Batmana i Supermana) i siebie nawzajem. W międzyczasie dostajemy celne one-linery, akrobacje, Kapitan Ameryka i Hawkeye napinają muskuły, Hulk miażdży, Loki próbuje coś tam działać, ale Hulk go miażdży, a kiedy wydaje się, że już szala zwycięstwa przechyla się na stronę naszych, dowiadujemy się o zbliżającej się bombie atomowej... No jeśli to nie jest fajne, to ja nie wiem, co fajne jest.

Avengers: Czas Ultrona - Podnoszenie młota


O ile sam film przypadł mi do gustu chyba najmniej ze wszystkich filmów Marvela, o tyle ta scena jest tak cudowna, przeurocza i tak wiele mówiąca o każdym z Avengersów, że warto oprawić ją w ramki. Wszystko w niej gra - a najbardziej mina Thora, gdy Kapitanowi prawie, prawie udaje się poruszyć młot. Do tego to chyba ostatnia scena, w której widzimy przyjaciół w absolutnej zgodzie i pewności, że tak już będzie zawsze.

Spiderman: Homecoming - Scena w samochodzie


O tej scenie pisałam już w kontekście najlepszych scen filmowych 2017 roku i swoje zdanie podtrzymuję. Pomijając fakt, że sam film stał się nieoczekiwanie jednym z moich najulubieńszych z MCU a Tom Holland sprawił, że przestałam bojkotować Spidermana, to ta scena to jest scenariuszowe mistrzostwo w tworzeniu napięcia, nagłych zwrotach akcji i niedopowiedzeniach - a wszystko tylko w niezobowiązującym dialogu ojca rozmawiającego z chłopakiem córki w drodze na szkolny bal. Ojca, który odkrywa, że chłopak córki jest jego śmiertelnym wrogiem.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów - Kapitan vs. Iron Man



Ojej, jak ta scena rozdziera me tylko z pozoru nieczułe serce. Po pierwsze, jest w niej Bucky. Po drugie, jest w niej walka z jednej strony o życie przyjaciela, po drugie - o racje kompletnie nie do pogodzenia, po trzecie - tutaj bardzo boleśnie widzimy, jak drogi i cele niegdysiejszych kumpli rozchodzą się - być może na zawsze. No i to bezradne "So was I" Iron Mana, w którym widzimy, że tego, co się stało, nie da się już naprawić.

No dobra, równie dobrze mogłabym przywołać jeszcze kolejnych 10 scen, ujęć czy sekwencji, które lubię, które mnie wzruszyły, rozśmieszyły czy spowodowały efekt "wow". "Śmierć" Lokiego w Thorze 2, moment, w którym Fury rzuca Kapitanowi Ameryce karty znalezione przy zabitym Coulsonie w "Avengersach", Ant-Man zaprzyjaźniający się z Antonim czy jeszcze więcej scen z Bucky'm ;) I chociaż czekając na "Avengers: Infinity War" nie czuję dokładnie tych samych emocji, które czułam, czekając na "Powrót Króla" albo ostatnią część Harry'ego Pottera (tym bardziej że co by tam się nie wydarzyło, to jeszcze nie koniec), to jednak pisanie tego wpisu sprawiło mi straszną radochę i uświadomiło, że co by się nie działo, związałam się z tymi bohaterami na dobre i na złe i pewnie nieraz jeszcze do nich powrócę. No to teraz... czas do kina. 
Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych

4/21/2018

Sny dzieci, lęki rodziców, czyli smutne kołysanki dla dorosłych


Co tu dużo mówić, mój blog nie należy do kategorii tych najbardziej poczytnych, mam nadzieję że z powodu promocyjnego lenistwa autorki, a nie nędznej jakości treści. Niemniej jest jeden wpis, który przyciąga od dłuższego czasu jakieś dziwne rzesze czytelników. Jest to mianowicie wpis o smutnych i traumatycznych kołysankach, które mimo swoich mało pogodnych tekstów uparcie są śpiewane dzieciom przez rzesze dorosłych. Pamiętajcie, jeśli chcecie zwiększyć zasięg swojego bloga, koniecznie wśród słów kluczowych ustawcie "smutne kołysanki"... W ogóle z tymi kołysankami jest coś nie tak, wiecie? Teoretycznie mają one usypiać, więc - może się nie znam - powinny być pogodne i radosne, żeby dzieci nie miały koszmarów. No dobrze, czasem i takie spotkamy. Ale rzadko. Zwłaszcza w muzyce popularnej, gdzie utwory stylizowane na kołysanki pojawiają się bardzo często. Mam wrażenie, że żeby kołysanka zrobiła furorę i stała się hitem, powinna mieć ponurą melodię, jeszcze bardziej ponury tekst, skupiający się na kwestiach przemijania, dorastania i odchodzenia oraz być śpiewana smutnym głosem, na dźwięk którego nawet twórcy "Batman vs Superman" uznaliby, że to przesada. A jako że tematu smutnych kołysanek w żaden sposób jednym wpisem nie wyczerpałam, oto jest. Kolejny kołysankowy wpis. Tym razem skupiłam się na kołysankach, które wikipedia nazywa "artystycznymi". Kołysankach, które niby kierowane do dzieci, w gruncie rzeczy mówią o lękach dorosłych. I kołysankach, które kierowane są właśnie do dorosłych. 1) "Tylko kołysanka" (sł. Przemysław Gintrowski)

Przemysław Gintrowski napisał tę piosenkę dla swoich dwóch małych córeczek, ale popularność zdobyła, promując film "Tato" z Bogusławm Lindą. Gdy już twórcy wycisnęli z widzów wszystkie łzy, wchodziły napisy z piosenką i... Jak już zasygnalizowałam na facebooku, widzę pewien logiczny związek między premierą filmu "Tato" w 1995 roku a nagłą popularnością subkultury "emo" kilkanaście lat później. Co innego mogłoby wyrosnąć z dzieci, którym rodzice, fani filmu, śpiewali do snu tę przerażająco-hiper-ultra-smutną piosenkę? Która porusza tematy wcale nie dziecięce, takie jak przemijanie i śmierć? Niemniej to nadal jedna z najpiękniejszych "dorosłych" kołysanek. Po prostu klasyk. 2) "Kołysanka dla okruszka" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Seweryn Krajewski)
Za tą kołysanką ciągnie się wyjątkowo smutna legenda, głosząca że Seweryn Krajewski napisał ten utwór po śmierci syna. Nie jest to prawdą, co nie zmienia faktu, że - jeśli popatrzeć na komentarze pod filmami z piosenką - nijak nie przywodzi na myśl szczęśliwego dzieciństwa. Zresztą tak już chyba jest z tymi kołysankami, że niby są o dzieciach, ale tak naprawdę śpiewają je rodzice, którzy często są pełni lęku o to, co przyniesie życie ich małemu synkowi czy córeczce. "Ty śpij, a ja nie będę dzisiaj spał" - mam wrażenie, że całkiem spora grupa rodziców mogłaby się pod tym podpisać.
3) "Śpij, bajki śnij" (Marek Grechuta)

Ogólnie rzecz biorąc, zastanawiam się, co takiego jest w tych "artystycznych" kołysankach, że nawet taki pogodny tekst o domkach z miodem, domu z ogrodem i bajkach, w wersji śpiewanej wypada tak smutno, że zupełnie odechciewa się spać, a chce się raczej płakać. Czy tylko mnie przeszywa jakiś dziwny dreszcz niepokoju, kiedy słyszę tę piosenkę? I oczami wyobraźni widzę ojca nad kołyską dziecka w jakiejś wojennej albo postapokaliptycznej rzeczywistości? Ewentualnie nad szpitalnym łóżkiem?

4) "Synku" (sł. Katarzyna Węgrzyn, wyk. Grażynka Łobaczewska)
Trochę mniej znana kołysanka, co do której za każdym przesłuchaniem trudno mi się zdecydować, czy jest smutna, czy nie. Z jednej strony, podobnie jak u poprzedników, tekst skupia się na rodzicielskich lękach, ale ostatecznie wymowa jest dość optymistyczna - matka śpiewa tu o tym, co zyskuje dzięki posiadaniu dziecka, a nie o tym, co wkrótce utraci.

5) "Dookoła noc się stała" (sł. Agnieszka Osiecka)
Kołysanki nie są tylko dla dzieci. Równie dobrze można je zaśpiewać dorosłym. Kojarzy mi się ta "kołysanka" ze spektaklem "Morfina", w którym śpiewała ją żona Bułhakowa (w tej roli Anna Czartoryska) zmarłemu mężowi. Może dlatego wydaje mi się smutniejsza niż jest w rzeczywistości. Bo w gruncie rzeczy równie dobrze może być wyrazem miłości dla ukochanej osoby.
6) "Dobranoc, panowie" (sł. Agnieszka Osiecka, wyk. Maryla Rodowicz)



Na podsumowanie znowu "Morfina", tym razem piosenka rozpoczynająca spektakl (chyba ten wpis mógłby się nazywać "Smutne kołysanki Agnieszki Osieckiej) - i trochę kwintesencja tego, o czym właściwie są kołysanki. W tym magicznym momencie tuż przed snem nagle przestajemy udawać - dzieci, rodzice, żony, mężowie. Na wierzch wychodzi to, co chcielibyśmy ukryć, wszystkie nasze lęki, nasze wspomnienia, miesza się przeszłość z przyszłością. Możemy być sobą.

Inna sprawa, że przy kołysankach, podobnie jak przy kolędach, wykonanie może wiele zmienić - ten sam utwór w wykonaniu Maryli Rodowicz brzmi drapieżnie i zupełnie niekołysankowo, w wersji Anny Czartoryskiej jest niepokojący, smutny, nostalgiczny i pełen tęsknoty.

Sam fakt, że artyści tacy jak Osiecka, Krajewski, Gintrowski sięgają po gatunek taki jak kołysanka, jest intrygujący. Zresztą, niemal każdy artysta, zwłaszcza wykonujący poezję śpiewaną ma na swoim koncie przynajmniej jeden tego typu utwór. Na youtubie odnajdziemy kołysanki, które dla swoich dzieci wykonują Justyna Steczkowska, Kayah, Agnieszka Chylińska, ale i "Kołysankę dla nieznajomej" Perfectu. Może w kołysankach trochę łatwiej przychodzi mówienie o swoich lękach, obawach przed przyszłością, ale i o miłości? Bo ten, komu śpiewamy, za chwilę zaśnie i być może pomyśli, że to wszystko tylko mu się przyśniło?

Oczywiście to tylko parę małych kropelek w oceanie "artystycznych" kołysanek. A jakie są Wasze ulubione kołysanki dla dorosłych?

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek