Wszystkie jesteśmy księżniczkami, czyli "Księżniczka Sara" w Teatrze Rampa

11/27/2017

Wszystkie jesteśmy księżniczkami, czyli "Księżniczka Sara" w Teatrze Rampa



"Mała księżniczka" obok takich powieści jak "Ania z Zielonego Wzgórza" czy "Tajemniczy ogród" to jedna z tych książek, które czytane w dzieciństwie, wywierają wpływ na "dziewczyńskie" postrzeganie świata. Z jednej strony wprowadzają małą czytelniczkę w świat zasad, konwenansów, etykietek jakimi ma się kierować "porządna panienka", a z drugiej - uczą, że te zasady są wybitnie niesprawiedliwe i niezgoda oraz bunt przeciwko nim nie są niczym złym. Można powiedzieć - książka zbójecka!

Szybki internetowy research wykazuje, że powieść Francess Hodgson Burnett "Mała księżniczka", została przeniesiona na scenę przynajmniej dwadzieścia kilka razy, w tym samych musicali naliczyłam dwanaście (!). W Polsce na podstawie książki powstały dwa musicale - jeden był wystawiany w teatrze Capitol, drugi można obejrzeć w warszawskiej "Rampie" w wykonaniu aktorów z teatru "Tintilo". Autorką scenariusza jest Teresa Kurpias-Grabowska, a muzykę napisali Anna i Natalia Bajak oraz Marcin Kuczewski.


"Księżniczka Sara" to pierwsza propozycja dla dzieci, jaką miałam okazję zobaczyć w "Rampie" (przyjaciółka zachwala "Awanturę o Basię" w wykonaniu tej samej grupy, więc chyba czas obczaić bilety), a zarazem kolejny spektakl obejrzany w tym teatrze, który sprawił, że od trzech tygodni nie przestaję nucić pod nosem musicalowych piosenek. Powiem tak: jeśli macie pod ręką młodsze siostry i córki i chcecie je zarazić musicalową pasją - to nie wahajcie się ani chwili. "Księżniczka Sara" to naprawdę dobry musical familijny, na podstawie książki, która od stu lat wywołuje żywsze bicie serca u małych dziewczynek. 

No dobrze, a co ciekawego mogą znaleźć w "Księżniczce Sarze" starsze dziewczynki (i chłopcy)?  Jeśli przypadkiem na musical wybierze się jakaś ortodoksyjna fanka powieści, może się poczuć dość zdezorientowana - twórcy poczynili dość istotne zmiany w fabule, z których nie wszystkie - według mnie - są uzasadnione. Zmiany nie są tylko i wyłącznie fantazją autorki scenariusza - historia opowiedziana w musicalu poza powieścią czerpie pełnymi garściami z filmów na jej podstawie (z 1939 i 1995 roku) i to tam należałoby szukać tak daleko idących zmian jak wątek wojenny czy próba aresztowania Sary.

Na pewno na plus musicalu można zaliczyć dodanie backstory pannie Minchin, która jest zdecydowanie jedną z najstraszniejszych antagonistek dziecięcych lektur (a w moim przypadku legendę podsycił też serial anime z lat 90., po których śniła mi się po nocach). Panna Minchin to archetyp złej nauczycielki - manipulatorki, nienawidzącej dzieci, podlizującej się rodzicom, dręczącej pracowników i uczniów, której Dolores Umbridge z serii o Harrym Potterze mogłaby buty czyścić. To taka postać, która budzi lęk pomieszany ze wstrętem i fascynacją - sposób, w jaki jest w stanie systemem nagród i kar poszczuć dzieci przeciwko sobie, zasługuje przynajmniej na pracę magisterską. Łatwo też na scenie taką postać przerysować, zwłaszcza w spektaklu dla dzieci - dlatego bardzo ciekawy jest pomysł, by zamiast robić z niej wcielenie zła, dodać jej trochę głębi - w musicalu niechęć Minchin do Sary nie wynika tylko z głupoty i mściwości, ale też z relacji kobiety z własnym ojcem i zazdrości o młodszą siostrę, która była przez niego "bardziej kochana". Cała ta przeszłość bardzo pasuje do tej postaci i pozwala tę okrutną kobietę może nie polubić, ale przynajmniej zrozumieć.


Ciekawym zabiegiem jest też dodanie do musicalu wstawek rodem z filmów bollywoodzkich. Gdy o tym czytamy, mogą wydawać się dziwne, ale świetnie wpisują się w ten musical - wszak Sara dzieciństwo spędziła w Indiach, więc pomysł, by opowiadała przyjaciółkom hinduskie bajki jest jak najbardziej uzasadniony. A do tego pozwala na wprowadzenie do musicalu o pensji dla grzecznych panienek paru epickich scen z akrobacjami, bajecznymi kostiumami i egzotyczną muzyką.

Pewne wątpliwości miałam co do wątku romansowego Amelii - jeśli właśnie gorączkowo wertujecie powieść, próbując sobie przypomnieć, gdzie tam był romans - no cóż, nie było ;) Były za to w filmach na podstawie powieści, i zapewne stamtąd twórcy musicalu mogli czerpać inspiracje. Niestety w musicalu romans jest dość mocno naciągany, ckliwe piosenki nie bardzo pasują do reszty, a sama postawa narzeczonego, który oburzony zachowaniem Minchin wobec Sary... ucieka, śpiewając pełną oburzenia piosenkę, zamiast - no nie wiem, zareagować, sprzeciwić się - trochę mnie zirytowała. Ja w każdym razie w tym konflikcie przyznałam rację pannie Minchin, która uważa, że Tommy to nie jest chłopak dla jej młodszej siostry. Swoją drogą - w dobie retellingów chętnie obejrzałabym musical o Sarze widziany oczami panny Minchin i przedstawiający jej racje ;)


Ale wcale nie jest to najmniej trafiona fabularnie zmiana - tą najbardziej wątpliwą jest wątek ojca Sary, który tutaj został napisany zupełnie na nowo w stosunku do powieści (i znowu podobnie jak w wersji filmowej, chociaż nigdzie w opisie spektaklu twórcy nie przyznają się do tej inspiracji). Z jednej strony absolutnie przyznaję rację autorce scenariusza - ja też czułam się nieco zawiedziona po przeczytaniu książki i wolałabym, żeby zamiast pana Carrisforda Sara odnalazła swojego prawdziwego ojca. Dramatyzmu i emocji całej sytuacji dodaje fakt, że ojciec zamiast do Indii i kopalni diamentów wyjeżdża na wojnę. Tutaj zagwozdka - na jaką wojnę? Z piosenek i dialogów pasowałaby pierwsza wojna światowa (chociaż powieść powstała sporo przed nią), ale o ile pamiętam, Anglicy nie walczyli w niej z Francuzami, a to pośrednio sugerują twórcy. W filmie była to jedna z wojen burskich, ale ta już zupełnie nie pasuje do historii. No ale OK, uznajmy, że akcja dzieje się "wszędzie i nigdzie w Londynie" u schyłku epoki wiktoriańskiej. Problemem jest, że wyrzucenie z opowieści Carmichaelów i pana Carrisforda powoduje, że pojawienie się Ram Dassa i wątek tajemniczego przyjaciela Sary jest przypadkowy i kompletnie niezrozumiały. Całość psuje też zakończenie, w którym Sara odnajduje ojca, ten jest ranny, ale w pewnym momencie odżywa... i z wózka inwalidzkiego zrywa się i w podskokach pędzi przez całą scenę do ukochanej córeczki. Co jest nie tyle wzruszające, ile niezamierzenie komiczne. 

Ale nie jestem w stanie gniewać się na twórców, że nie przenieśli książki na scenę w stosunku 1:1, bo większość zmian fabularnych rekompensuje naprawdę dobra muzyczna warstwa spektaklu. O ile w przypadku "Pilotów" wyszłam ze spektaklu jak tabula rasa, o tyle po "Księżniczce Sarze" piosenki nucę do dziś. W zasadzie musical kupił mnie już pierwszą, rozdzierającą serce piosenką będącą pożegnaniem Sary i jej ojca, ale potem jest już tylko coraz lepiej. Zarówno numery zbiorowe wykonywane przez dziecięcą obsadę (tu zdecydowanie na czoło wysuwa się przewspaniała Olimpia Delgado-Górecka jako Lawinia), piosenki śpiewane przez mieszkańców Londynu ("Koniec wojny" i "Czego ta mała tak szuka"), jak i bardziej kameralne piosenki śpiewane przez Sarę zaskakują melodyjnością i - co dość nietypowe w polskich teatrach ;) - dobrymi tekstami. Uwaga - chwalę libretto! Zwłaszcza wspomniany wcześniej "Koniec wojny" to taki numer, którego bardzo zabrakło mi w "Pilotach" - piosenka, która w prostych słowach mówi o tym, co wojna robi z ludźmi (tymi na froncie i tymi czekającymi na ich powrót) i o nadziei na to, że po jej zakończeniu nadejdzie lepszy czas. Zwany, hehe, dwudziestoleciem międzywojennym ;). Trochę tu typowego Broadwayowskiego musicalu, trochę jazzu, trochę bollywood - słowem, każdy może tu znaleźć coś, co lubi najbardziej.


Aktorsko musical również stoi na wysokim poziomie. I dziecięca, i dorosła obsada zasługuje na uznanie. Z tej pierwszej największe wrażenie zrobiła na mnie (co prawda już nie taka "dziecięca", bo siedemnastoletnia) Olimpia Delgado-Górecka, która jako Lawinia popisuje się nie tylko wrednym charakterem, ale i głosem o oszałamiającej skali. Również Marta Rytter-Kaczor jaka panna Minchin przyciąga uwagę w każdym momencie, w którym pojawia się na scenie. Bardzo dobrze wypada jako jej przeciwieństwo również Małgorzata Majerska, czyli Amelia. Wszystkie te aktorki, obdarzone bardzo silnymi głosami trochę przygniatają niestety odtwórczynię głównej roli - ale zapewne to się zmieni, bo trafiłam na debiut dziecięcej aktorki, która pewnie w kolejnych spektaklach nabierze więcej charyzmy. Za to w grającej głównej roli Łucji Muter bardzo podobało mi się za to jak drobnymi gestami, spojrzeniami, zmianami tonu głosu oddała to, jak coraz trudniej jest Sarze wytrwać w byciu dumną "małą księżniczką" w czarnej sukience posługaczki. Łatwo też byłoby pokazać Sarę jako małą Mary Sue, która jest dla wszystkich dobra, miła i uczynna - otóż nie, Sara potrafi też się wkurzyć, kopnąć Lawinię i dopiec pannie Minchin. A z drugiej strony - popada w coraz większą rozpacz, chociaż przed sobą i innymi wciąż udaje, że jest ponad to.

"Mała księżniczka" zawsze była dla mnie opowieścią "o dziewczynach dla dziewczyn":. I nawet jeśli musical wprowadza paru mocno epizodycznych mężczyzn, to i tak nie mają żadnego znaczenia. Szkoła dla panien staje się tu mikroświatem, w którym widzimy prawa rządzące społeczeństwem - z jednej strony wyraźny podział klasowy, z drugiej - pieniądz jako trampolina do klasy wyższej. "Mała księżniczka" portretuje też mistrzowsko wszystkie dziewczyńskie zależności i piekło, jakie kobiety potrafią zgotować kobietom - chyba każda z nas na swojej szkolnej drodze spotkała nie tylko pannę Minchin, ale i Lawinię, Jesse, Ermengardę albo Rózię, miała przykrości ze strony "wrednych dziewczyn" albo wyrzekła magiczne słowa "czy chcesz być moją najlepszą przyjaciółką?". Musical w poszczególnych piosenkach pogłębia te postaci, ciekawa jest zwłaszcza relacja Lawinia-panna Minchin. Dziewczynka doskonale rozumie metody, jakimi posługuje się Minchin, zarządzając pensją i chociaż pozornie się od niej dystansuje i wyśmiewa, to jednak największą nagrodą jest dla niej uznanie surowej pani dyrektor. Swoją drogą, wszystkie panienki z "Małej księżniczki" zasługują na osobny wpis, który skupiałby się bardziej na powieści, kto wie, może kiedyś... ;)

Przede wszystkim jednak "Księżniczka Sara" spełnia podstawowe wymagania, jakie stawiam musicalowi - wywołuje emocje u widza. Nawet ja miałam podczas pierwszej i ostatniej piosenki oczy na mokrym miejscu, a co dopiero moje siedmioletnie sąsiadki, które spektakl oglądały niemal na stojąco, z wybałuszonymi oczami, przerażonymi na widok panny Minchin i niesprawiedliwości, jakie spotykały główną bohaterkę. To są te magiczne teatralne momenty, które zapadają w pamięć nawet bardziej niż sam spektakl. No i do tego wszystkiego naszła mnie ochota, żeby przeczytać "Małą księżniczkę" kolejny raz.
To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"

10/30/2017

To tylko koniec świata, czyli "Ostatni policjant"


Jeśli oprócz czytania zajmujecie się również pisaniem, to znacie ten jęk zazdrości, który dobywa się z waszych gardeł, gdy traficie na książkę z pomysłem tak prostym, a tak dobrym, że jedyne o czym jesteście w stanie pomyśleć, to "Dlaczego sama na to nie wpadłam". Ja tak miałam właśnie z "Ostatnim policjantem", kryminałem Bena H. Wintersa.

Na warsztatach literackich albo scenariuszowych przyszli twórcy uczą się, że podstawą pomysłu jest tak zwany "hak", czyli coś, co stanowi o jego oryginalności, odróżnia go od pozostałych dzieł tego gatunku. Hakiem może być nietypowy bohater, ciekawe miejsce akcji, zakręcony twist fabularny albo interesujący dylemat moralny, który bohater musi rozwiązać. "Ostatni policjant" byłby więc jednym z wielu kryminałów, w którym detektyw prowadzi śledztwo w sprawie sfingowanego samobójstwa. Ale jest jeden szkopuł - do Ziemi zbliża się Maja, wielka asteroida, która za pół roku zmiecie z jej powierzchni wszelkie życie. A to wywraca wszelkie znane nam kryminalne schematy do góry nogami.

"Ostatni policjant" może budzić pewne skojarzenia z "Melancholią" Larsa von Triera. I tu, i tam, mamy do czynienia ze zbliżającą się apokalipsą widzianą niejako "przez dziurkę od klucza" - oczami przeciętnych ludzi, którzy mogą jedynie czekać na zagładę, nie mając żadnego wpływu na losy świata. I tu, i tam, nadciągająca zagłada jest też pretekstem do opowiedzenia czegoś więcej o człowieku. Gdzieś tam być może rozgrywają się sceny znane nam z filmów katastroficznych: toczą się gorączkowe dyskusje na szczytach władzy, prezydenci decydują o ewakuacji miast i użyciu broni atomowej, sekty popełniają zbiorowe samobójstwa. Tymczasem bohaterowie "Ostatniego policjanta" muszą podejmować nieco bardziej prozaiczne decyzje - co zrobić na obiad, skoro w sklepach zaczyna brakować zaopatrzenia, jak dojechać z miejsca na miejsce, skoro rząd wstrzymał dostawy benzyny, no i czy w ogóle jest jakikolwiek sens iść do pracy, skoro już niedługo i tak wszyscy zginą?

Detektyw Henry Palace jest przeciętnym policjantem z niewielkiej miejscowości, który nagle z krawężnika awansował do wydziału kryminalnego. Niekoniecznie za wybitne zasługi - brakuje ludzi, bo wszyscy rzucają pracę i wyjeżdżają albo popełniają samobójstwa. Henry Palace zdecydował, że on do pracy będzie chodził, chociaż czasem i jego dopadają momenty zwątpienia, a patrząc na ludzi wokół siebie, zastanawia się, kto z nich dotrwa do kolizji Mai z ziemią, a kto wcześniej odbierze sobie życie. Henry jest zdecydowanym przeciwieństwem typowego bohatera kryminału - to nie zapijaczony, cyniczny stróż prawa, zamknięty w swojej samotni. To raczej świat wokół niego taki się staje, podczas gdy on twardo trwa na swoim stanowisku. Henry Palace to bardziej nadgorliwy kadecik, świeżo po awansie. Pełen energii, oczytany w podręcznikach kryminalistyki, wierzący w swoją misję. Dopiero walczy o swoją pozycję, dopiero stoi u progu wielkiej kariery, na którą szansa - cóż - niejako spadła mu z nieba. Tym bardziej mu współczujemy, gdy ktoś chwali go słowami "kiedyś będzie z ciebie wspaniały detektyw". Bo wiemy, że tego "kiedyś" nie będzie.

No właśnie, wystarczył jeden fantastyczny element w zwyczajnej rzeczywistości miejskiego kryminału, żeby całkowicie zmienić odbiór powieści. I chociaż całość jest absolutnie standardowym dziełem swojego gatunku - z trupem, podejrzanymi, śledztwem, przesłuchaniami, mylnymi tropami i twistem fabularnym na koniec - to koniec świata w tle sprytnie przesuwa pewne akcenty. I nie chodzi tu wyłącznie o wizję świata tuż przed zagładą, bo tutaj Winters oszczędnie dawkuje szczegóły. Ludzkość dopiero znalazła się na zakręcie, część instytucji wciąż funkcjonuje normalnie, dzieci wciąż bawią się na placach zabaw, a w sklepach nadal można zrobić jakieś zakupy (chociaż o konserwach trzeba zapomnieć). Apokalipsa jest już w głowach ludzi, ale nie widać jej jeszcze na każdym kroku, chociaż zaczyna szerzyć się bezprawie, a samobójców nikt już nawet nie liczy. Za to takie, a nie inne przedstawienie sprawy powoduje, że przy czytaniu zadajemy sobie zupełnie inne pytania, niż przy standardowym kryminale. Na pierwszym miejscu wcale nie jest "kto zabił", a raczej "dlaczego zabił". Po co mordować i w drobiazgowy sposób fingować samobójstwo, skoro za sześć miesięcy wszystko i tak przestanie mieć znaczenie? Do tego czytelnik znacznie bardziej angażuje się w samą sprawę, bo nie chodzi tu już jedynie o zwykłe "samobójstwo czy morderstwo". Dla naszego bohatera potwierdzenie, że ma rację, to jedyna rzecz, która trzyma go w pionie. To już nie jest kwestia kariery detektywistycznej czy awansu - chodzi raczej o nadanie sensu własnym działaniom. I nadanie swego rodzaju sensu śmierci Petera Zella - zamordowany żył samotnie, nikt po nim nie płacze, ani rodzina, ani znajomi. Gdyby nie nasz detektyw, nikt nawet nie zwróciłby uwagi na kolejnego samobójcę. Gdy wszyscy wokół przekonują go, że powinien odpuścić, on drąży, sprawdza, tropi, przesłuchuje... żeby zdążyć znaleźć mordercę jeszcze przed końcem świata. A czytelnik trzyma za niego kciuki, równocześnie zadając sobie kolejne pytanie - co on sam zrobiłby na jego miejscu.

Książka jest pierwszą częścią trylogii, więc chociaż uda nam się poznać rozwiązanie zagadki śmierci Petera Zella, jeszcze nie wszystko na końcu będzie jasne. W tle historii kryminalnej mamy drugi wątek, sensacyjny, związany z siostrą naszego detektywa. Nico to zbuntowana dwudziestolatka, która prosi detektywa Palace'a o pomoc w odnalezieniu jej męża. Szybko okazuje się, że sprawa ma drugie dno, a jest w nią zaangażowane wojsko, które po ogłoszeniu informacji o asteroidzie dostało od rządu ogromne uprawnienia i najwyraźniej "coś szykuje". Co skrywają wojskowi i jaka jest w tym wszystkim rola Nico? Na rozwiązanie trzeba będzie poczekać do kolejnych tomów.

Akcja powieści prowadzona jest niespiesznie, a sama historia - chociaż z asteroidą w tle - jest bardzo kameralna, momentami bardziej obyczajowa niż kryminalna. Nie ma tu spektakularnych pościgów i fabularnych fajerwerków. Świat przed apokalipsą i kolejne etapy śledztwa poznajemy z punktu widzenia naszego bohatera, który zamiast biegać za przestępcami z gnatem w ręku, woli przyczaić się i obserwować - chociaż kiedy trzeba, potrafi też sięgnąć po broń. I zdecydowanie bardziej odpowiada mi takie prowadzenie fabuły - najmniej przypadła mi do gustu końcówka, która sprawia wrażenie, jakby ktoś kazał autorowi na siłę podbić napięcie. Ale jako całość "Ostatni policjant" świetnie sprawdza się jako kryminał nie tylko na wieczór - bo ze względu na oryginalne ujęcie tematu i przekroczenie ram gatunku zostaje w głowie na nieco dłużej.

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"

10/15/2017

Miękkie lądowanie, czyli o musicalu "Piloci"



Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Wojciech Kępczyński ma na deskach Teatru Muzycznego "Roma" wystawić musical osadzony w czasach bitwy o Anglię, z jednej strony się ucieszyłam, ale z drugiej - od razu nabrałam wątpliwości i obaw, jak taki musical miałby wyglądać. Po pierwsze, niezwykle ciężko jest zrobić musical o drugiej wojnie światowej, unikając ciężaru martyrologii, który każdy urodzony w tym kraju dźwiga ze sobą czy tego chce, czy nie. Z drugiej strony, w ostatnich latach, pracując w wydawnictwie przy książkach historycznych, mogłam zaobserwować pewną irytującą tendencję. Mianowicie, robienie z drugiej wojny światowej (zwłaszcza z powstania warszawskiego) radosnej rewii, podczas której uśmiechnięte dziewczyny i odważne chłopaki z pieśnią patriotyczną na ustach idą umierać za ojczyznę, by kilkadziesiąt lat później ich wizerunki ozdobiły dresy i poduszki. Ale patrząc na to z jeszcze innej strony - jeśli robić jakiś pozytywno-patriotyczny musical o wojnie, to historie polskich pilotów jak najbardziej się do tego nadają.

Podejrzewam, że reżyser spektaklu zdawał sobie z tego sprawę, dodatkowo też zdawał sobie sprawę jak trudno w czasie, gdy polityka historyczna jest jednym z tematów numer jeden, zrobić musical, który spodoba się wszystkim. Który zadowoli i tych z prawa, i tych z lewa, który nie będzie ani zbyt kontrowersyjny, ani zbyt brutalny. Na który będą mogły pójść całe rodziny. I tak właśnie, jako musical dla wszystkich, widzę "Pilotów" Wojciecha Kępczyńskiego. Co jest zarówno jego zaletą, jak i wadą. 

Historia opowiedziana w spektaklu jest prosta i bardzo "musicalowa". Nina, aktorka rewiowa i Jan, młody pilot, tuż po zaręczynach zostają rozdzieleni przez wybuch wojny. On opuszcza kraj i trafia do Anglii, gdzie uczy się języka i zirytowany niechęcią ze strony Brytyjczyków, czeka na swoją szansę na wzięcie udziału w walkach. Ona zostaje w Polsce i, współpracując z ruchem oporu, musi w dobrej intencji robić złe rzeczy. Na domiar złego na drodze narzeczonych staje niejaki Prezes (hmmm a mówił reżyser że musical nie jest polityczny ;)), właściciel rewii, w której tańczy Nina. Prezes to śliski gość, który potrafi odnaleźć się w każdych warunkach i ustawić się zawsze równo z wiatrem, a dobro czyni tylko wtedy, gdy mu się to opłaca. Podczas gdy Nina zmuszona jest do nawiązania romansu z pilotem Luftwaffe, Jan poznaje uroczą Angielkę Alice, dzięki której może zapomnieć o wojnie (i pozostawionej w kraju narzeczonej).

Brzmi trochę znajomo, czyż nie? No właśnie, bardzo dużo w "Pilotach" nawiązań do "Miss Saigon", musicalu, który wywindował "Romę" Wojciecha Kępczyńskiego na pierwsze miejsce wśród teatrów muzycznych w Polsce. Widać to zarówno w fabule (rozbicie historii na sekwencje w dwóch różnych krajach), postaciach (zwłaszcza Prezes i jego rewia to oczywiste nawiązanie do Szefa i Dreamlandu, niekochana żona Alice to kropka w kropkę Ellen) czy piosenkach. Ale to nie jedyna inspiracja Kępczyńskiego, bo w "Pilotach" można doszukać się zarówno nawiązań do innych musicali, starszych ("Grease", "Dźwięki muzyki") czy współczesnych ("Hamilton", a przynajmniej tak mi się wydaje, bo w jednej z piosenek aktorzy próbują rapować), jak i do swingujących piosenek z lat 30. i 40. 

Mamy więc w spektaklu prawdziwy miszmasz gatunkowy, ale całość i tak wypada bardzo spójnie. "Piloci" w warstwie muzycznej i piosenkowej to taki solidny, rzetelny musical w starym stylu (nawet mimo rapu), z obowiązkową nieszczęśliwą miłością w roli głównej, broadwayowskimi sekwencjami rewiowymi i tanecznymi, rozcapierzonymi palcami, popisami solowymi, duetami i scenami zbiorowymi w odpowiednich miejscach. Aktorsko również jest bardzo dobrze. W roli Jana miałam okazję zobaczyć Jana Traczyka, do którego zapałałam wielką sympatią po "Notre Dame de Paris", gdzie grał Gringoire'a. Partneruje mu naprawdę dobra Zofia Nowakowska, którą widzowie Romy mogą znać z roli Sophie w "Mamma Mia". A jeśli dodać do tego choćby znanych ze Studia Accantus Sylwię Banasik i Marcina Franca w rolach drugoplanowych, to robi się jeszcze lepiej. Zawiódł mnie nieco Janusz Kruciński jako Prezes. Kruciński jest świetnym aktorem, ma osobowość i robił, co mógł, ale niestety zabrakło mu piosenek, którymi mógłby pokazać swoje umiejętności.

No i właśnie, niby wszystko jest OK, a jednak w "Pilotach" w wielu momentach coś mi nie grało. Niby wszystko jest na swoim miejscu, a jednak musical, mimo że nastawiony na wywołanie wzruszenia i silnych emocji, nieszczególnie mnie poruszył. I to nie dlatego, że patriotyczne uniesienia są mi obce, albo że mam serce z kamienia. "Piloci" zapowiadają się na wspaniałe, epickie widowisko, na końcu którego wszyscy będą płakać rzewnymi łzami, po czym nagle zatrzymują się w pół kroku. Duży udział ma w tym wspomniana "grzeczność" musicalu, ale to nie jest główna przyczyna. Jest jedna rzecz, która kompletnie mi w "Pilotach" nie podeszła.

I to moje największe zastrzeżenie do musicalu Kępczyńskiego. Ogromną część musicalu zajmują wizualizacje, wyświetlane na wielkich ledowych ekranach, pokazujące bitwy powietrzne, spadające bomby, rozrywane kadłuby samolotów i tak dalej. Trochę jak w "Dunkierce", tylko na scenie. Problem w tym, że gdybym chciała sobie pójść na film, to poszłabym do kina, a nie do teatru. Owszem, wizualizacje pokazują umiejętności graficzne artystów z Platige Image i robią ogromne wrażenie (takich rzeczy w polskim teatrze chyba jeszcze nie było), ale stwarzają niepotrzebny dystans między widzem a spektaklem. Ten dystans pojawił się już właściwie na samym początku. Spektakl zaczyna się, gdy widzimy... chłopca grającego na ekranie w grę komputerową, do której następnie "wchodzi", przenosząc się do czasów drugiej wojny światowej i właściwego musicalu. To chwyt rodem nie z teatru, a z akademii szkolnej, i nie służy zupełnie niczemu, poza pokazaniem, że "platidże" umieją robić fajne animacje. W dodatku nie ma żadnego domknięcia na koniec spektaklu, które uzasadniłoby ten chwyt (przykładowo, pokazując, że "to nie gra, tylko życie"). Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym dwa tygodnie wcześniej nie była na "Wiedźminie" w Gdyni. Tam dekoracje były proste i umowne, a wizualizacje nadawały im kolejnych znaczeń, a na pewno nie zastępowały akcji spektaklu. Tymczasem tutaj mamy film zamiast teatru i ten chwyt zupełnie mnie nie przekonał, podobnie jak nie poruszyły mnie śmierci kolejnych bohaterów, którzy ginęli na wizualizacjach, zamiast na scenie. Animowane bitwy mają spełniać tę samą funkcję co helikopter w "Miss Saigon" albo żyrandol z "Upiora w Operze", ale to jednak nie to samo... Może dlatego tak podobało mi się, gdy na scenie w jednej z piosenek w końcu pojawił się "prawdziwy" samolot.

Zastrzeżenia mam też (to chyba już tradycja) do libretta. Po raz pierwszy od dawna autorem tegoż nie jest Daniel Wyszogrodzki, tylko sam Wojciech Kępczyński we współpracy z Michałem Wojnarowskim, tłumaczem i tekściarzem, autorem między innymi tłumaczeń piosenek do filmów Disneya ("Zaplątani", "Kraina lodu"). Niestety, przyznam szczerze, że o ile parę piosenek wpada w ucho swoją melodyjnością, o tyle żadna nie zachwyca, a teksty są nawet jak na musical mocno kiczowate ("niesiesz mnie nad ziemią, obłoki się rumienią"), a niektóre - dość niezręczne. Ale zanim zacznę pisać o tekstach, muszę chyba obejrzeć musical jeszcze raz albo przesłuchać płytę, bo nie chciałabym wydać sądów o czymś, czego mogłam nie dość dokładnie usłyszeć. 


W musicalu, gdzie nie ma miejsca na rozwijanie postaci w dialogach, to piosenka musi pokazać ich głębię czy dylematy. Tymczasem w "Pilotach", choćby porównując ze wspomnianą wyżej "Miss Saigon", takich poruszających piosenek, zawierających jakieś głębsze refleksje na temat wojny czy moralnych wyborów zabrakło. Zabrakło czegoś na miarę "Bui-Doi" czy "Z marzenia mego film". Cały czas czekałam też na jakieś "American Dream" w wykonaniu Prezesa/Janusza Krucińskiego, no i niestety się nie doczekałam. Piosenka otwierająca musical jest bardzo letnia, a finałowej nie ma w ogóle. Pozytywnie odebrałam za to wspomnianą wyżej rapowaną piosenkę "Pan Hurricane", która po konferencji prasowej była nieco wyśmiewana - fakt, że scena (hip-hop, taniec, dekoracje) jest z zupełnie innego porządku i człowiek czuje się, jakby słuchał "Greased Lightning", tylko o samolocie, ale gdyby takich odważniejszych numerów było więcej, to pewnie byłabym zachwycona.

Pisałam na początku o dwóch sposobach pokazywania wojny w (przede wszystkim polskiej) popkulturze. Kępczyński starał się chyba znaleźć złoty środek. W scenach z Niną mamy pokazany koszmar okupacji (ale bez szczególnych okrucieństw - spektakl spokojnie mogą obejrzeć dzieci), angielskie przygody męskiej części obsady to taka wizja wojny rodem z amerykańskich filmów, gdzie "nasi dzielni chłopcy w swych latających maszynach" dają popalić Szwabom, w przerwach uwodząc panie z fryzurami w stylu vintage. I tylko czasem któryś z nich musi zginąć. Wydaje mi się, że taka huśtawka emocjonalna to akurat dość trafny wybór, zwłaszcza że dzięki baaaaaardzo licznym zmianom scenerii mamy pokazaną całą masę aspektów wojny - od łapanek po rewie dla Niemców w okupowanej Warszawie, od bitew powietrznych po fajfokloki u lordów w Wielkiej Brytanii. Przydałoby się tylko dopisać do tego odpowiednio chwytające za serce piosenki. A może to tylko moje serce nie dało się pochwycić?

Kolorowy patriotyzm i entuzjazm młodych pilotów kontrastuje nieco z tym, co dzieje się po wojnie, gdy okazuje się, że Zachód jednak niekoniecznie naszych docenił, a i w Polsce czeka na nich tylko więzienie i tortury (oczywiście w wykonaniu Prezesa, który z każdą władzą umie żyć dobrze). Ta powojenna część musicalu jest też najbardziej uproszczona i poprowadzona tak szybko i na zasadzie deus ex machina, że kiedy zapadła kurtyna, zostałam z uniesioną brwią i pytaniem "aaaale jak to?". 

Jestem zdania, że musical trzeba zobaczyć więcej niż raz i chętnie wybiorę się na "Pilotów" po raz kolejny. Czasami inna obsada, czasami osłuchanie się z piosenkami może spowodować, że zmieni się zdanie o sto osiemdziesiąt stopni albo zobaczy wady i zalety, których wcześniej się nie widziało. Pierwszy spektakl pozostawił mnie z bardzo mieszanymi uczuciami. Trochę szkoda, że w treści, warstwie muzycznej, piosenkach musical jest tak dosłowny, letni i zachowawczy, bo uśmiechnięci polscy piloci (odważni, przystojni, w mundurach) mogliby być dobrym towarem eksportowym. Tak czy siak, warto się do "Romy" wybrać. Musicale są zaraźliwe!
Ludzie i inne potwory, czyli o musicalu "Wiedźmin"

9/30/2017

Ludzie i inne potwory, czyli o musicalu "Wiedźmin"


Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że Wojciech Kościelniak zamierza wystawić na deskach teatru w Gdyni musical na podstawie opowiadań o Wiedźminie, uznałam to za kiepski żart. Co prawda w moim prywatnym panteonie twórców musicalowych ten reżyser znajduje się bardzo wysoko - w końcu to on, spełniając mokre sny polonistów, kazał Wokulskiemu w "Lalce" stepować, wymachując cylindrem - ale "Wiedźmin"? Nie, to nie mogło się udać.

Obawiałam się bardzo, że śpiewający wiedźmak będzie żałosny, żenujący czy po prostu śmieszny. Zresztą w wielu komentarzach przed premierą powtarzały się głosy typu "ciekawe, czy będzie aż tak źle, jak myślę". Zapewne reżyser zdawał sobie sprawę ze wszystkich obaw fanów, dlatego też pierwszą piosenkę pozwolił Geraltowi zaśpiewać dopiero pod koniec pierwszego aktu. Do tego czasu widzowie mogą oswoić się z nietypową konwencją i we własnym tempie wejść w świat przedstawienia. We własnym tempie, bo nie dla wszystkich będzie to łatwe - twórcy musieli liczyć się z tym, że na musical przyjdą zarówno fanatycy sagi Sapkowskiego, miłośnicy gry, miłośnicy musicali ale niekoniecznie znający powieść... i tak dalej. Każdy widz startuje tu z innego progu i ma inne oczekiwania - ośmielę się stwierdzić, że dużo bardziej wygórowane niż w przypadku "Mamma Mia" czy "Upiora w operze".

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni

No właśnie, przez cały pierwszy akt zastanawiałam się, dla której z tych grup bardziej przeznaczony jest musical i wydaje mi się, że jednak dla tych pierwszych. Pozostali muszą nieco się wysilić, żeby wypełnić luki czasowe między poszczególnymi scenami czy zrozumieć, kim są bohaterowie i jakie są ich wzajemne relacje. Z drugiej strony, przyzwyczajona do kina zapominam, że teatr wybacza znacznie więcej, a skróty i umowność są w teatralność wpisane. Wszak to teatralną tradycją jest drukowanie programów, tłumaczących o co chodzi w przedstawieniu ;)

Wojciech Kościelniak w swoich musicalach trzyma się pewnej konwencji i "Wiedźmin" też jest tym charakterystycznym stylem naznaczony. Jeśli widzieliście wcześniejsze musicale tego reżysera, to mniej więcej wiecie, czego się spodziewać. To nie warszawski teatr "Roma" z kolorami, rozbuchaną formą i reklamą sponsora przed spektaklem. U Kościelniaka dekoracje i kostiumy są czysto umowne, proste, a w "Wiedźminie" wyobraźni pomagają dodatkowo wizualizacje. Nie znaczy to jednak że jest biednie, wręcz przeciwnie - pomysłowość twórców momentami robi spore wrażenie, a proste rusztowania na zmianę stają się krużgankami pałacu, konarami drzew Brokilonu czy... kieratem, w który bezlitosna Yennefer zaprzęga biednego Geralta.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Jeśli chodzi o fabułę spektaklu, to jak to przy adaptacjach książek jest ona dość pretekstowa i lekko poszatkowana. Pewne obawy mógł budzić fakt, że reżyser spektaklu wziął się za tę samą materię, co wiele lat temu Jacek Bromski, który swoim "dziełem" pogrzebał polskie filmowe fantasy na długie lata. Kościelniak zdecydował się na prosty zabieg, który bardzo ułatwia połączenie opowiadań w jedną całość - poszczególne sceny to wspomnienia majaczącego Geralta. Historii pomaga również wprowadzenie narratora, którym jest oczywiście bard Jaskier, najlepszy przyjaciel Wiedźmina. Taki narrator, który swoje opowieści często koloryzuje i hiperbolizuje, uzasadnia baśniowość, teatralność i umowność całości. A dodatkowo osobom, które opowiadań nie znają, pozwala połapać się w historii i postaciach. Magia teatru pozwala z kolei na wyczarowanie zarówno kameralnych, jak i epickich scen.

Jeśli o postaciach mowa, to jak wszyscy zapewne widzowie, najbardziej ciekawa byłam odtwórcy roli Geralta. Gdy dowiedziałam się, że w obsadzie trafiłam na Modesta Rucińskiego, dość trudno mi było go sobie wyobrazić - w końcu ostatni raz widziałam go w teatrze jakąś dekadę temu, gdy w roli Herberta w "Tańcu wampirów" łapał za tyłek Kubę Molędę. Na scenie w Gdyni również pojawił się w blond peruce, ale na szczęście bardzo szybko udowodnił, że jest odpowiednim facetem na odpowiednim miejscu. Jego niski, lekko nonszalancki głos to idealny głos Geralta - do tego spokojnie mógłby podmienić Żebrowskiego w filmie albo Rozenka w grze i nikt by nie zauważył. W piosenkach śpiewa trochę wyżej, przez co zdecydowanie wolałam, kiedy mówił. Niemniej jednak byłam usatysfakcjonowana - Wiedźmin z musicalu to Wiedźmin, jakiego znamy z opowiadań. Zawsze rozdarty między mniejszym a większym złem, dręczony wątpliwościami, mocujący się z własnymi słabościami i przeznaczeniem.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Niestety, w parze z Wiedźminem zawsze musi iść Yennefer. Przyznam szczerze, że po przeczytaniu książek zdecydowanie nie byłam jej fanką, równie irytująca była w grze, a w musicalu... no cóż, może irytacja to właśnie uczucie, które Yennefer ma wywołać. Interpretacja tej postaci w wersji Katarzyny Wojasińskiej nie przypadła mi do gustu. Jej czarodziejka to przede wszystkim wkurzający babsztyl, który nie bardzo wie, czego chce. I chociaż może miała wyjść z tego silna kobieta, co to pomaga innym kobietom i nie dba o to, co o niej myślą, niekoniecznie się to udało. Również tragiczny rys tej postaci - czyli marzenie o dziecku - pojawia się zbyt późno, bym mogła ją chociaż trochę polubić. Szkoda wielka, że wątek Yennefer nie ma też praktycznie żadnego rozwiązania, a aż się prosi, żeby przyspieszyć nieco akcję i pokazać ją w relacji z Ciri.

W ogóle w "Wiedźminie", ale jakby się zastanowić, w pozostałych musicalach Kościelniaka również, to kobiety są motorem akcji, to one sterują głównym bohaterem. Widać to już w rozwiązaniu przestrzeni scenicznej - Geralt nie opuszcza nigdy poziomu sceny, podczas gdy Yennefer, Calanthe, Pavetta czy Eithne - zazwyczaj śpiewają lub mówią do niego z góry. Co niekoniecznie znaczy że mamy tu musical o silnych kobietach - wszystkie wyżej wymienione z jednej strony wydają się mieć nieograniczoną władzę, z drugiej - w obliczu zagrożenia są bezsilne.
Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Niedosyt czuję również, jeśli chodzi o Jaskra. Najbardziej podobało mi się to, że twórcy obsadzili w tej roli młodego chłopaka, bo wizja filmowego Jaskra-Zamachowskiego prześladuje mnie po dziś dzień. Jaskier to zarówno narrator, jak i comic relief, błazen, który może powiedzieć wszystko i zostanie mu to wybaczone. Dlatego szkoda trochę, że w drugim akcie ten bohater niemal nam znika i nie ma właściwie żadnego zamknięcia jego wątku, podobnie zresztą jak Yennefer.

Ale jest jedna postać, bez której ten musical miałby zdecydowanie niższą ocenę - to Ciri. Odtwórczyni tej roli, Pola Król, skradła mi serce od swojej pierwszej kwestii. Jej Ciri była łobuzerska, trochę wkurzająca, rozgadana i bezpośrednia, ale i niewinna, bezbronna, jakby pojawiła się z zupełnie innej bajki w świecie potworów i straszniejszych od potworów ludzi. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona była główną bohaterką musicalu. No właśnie - a gdyby tak historię Wiedźmina opowiedzieć z perspektywy Ciri? Skoro mieliśmy Wicked, to może i musical "Cirilla" cieszyłby się popularnością? ;)

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Mam też pewną zagwostkę, jeśli chodzi o jedną z postaci, a mianowicie - Płotkę. Zastanawiam się, kto i na jakiej podstawie wymyślił, że fajnie będzie jeśli w musicalu pojawi się kobieta z batem udająca konia. Czy miała to być zabawna rola bez głosu, coś na kształt Kukola w "Tańcu wampirów", ukłon w stronę młodszej widowni, niemy świadek zdarzeń w rodzaju anioła z "Chłopów", czy jeszcze coś innego? W każdym razie nie wyszło ani śmiesznie, ani logicznie, a do tego ciężko jest zrozumieć jej rolę w niektórych scenach (w jednej z nich wskakuje Geraltowi na plecy - dlaczego ja się pytam). Ale może to ja czegoś nie kojarzę, a postać ma jakiś głębszy sens.

Jeśli chodzi o piosenki, to trudno jest wskazać jakiś hit, jakiś wyróżniający się utwór czy wykonanie - - zapamiętałam przede wszystkim "Dziki Gon" w wykonaniu Modesta Rucińskiego i piosenki Ciri. Na uwagę zasługują natomiast sekwencje taneczne - akrobaci dają z siebie naprawdę wszystko i momentami człowiek nie wie, gdzie patrzeć, bo w każdym miejscu sceny dzieje się coś ciekawego. Kostiumy, tak jak i cały musical, są lekko odrealnione i umowne - zdjęcia zdecydowanie nie oddają tego, co dzieje się na scenie, zwłaszcza w sekwencji rozgrywającej się w Brokilonie, gdy teatr zaludniają najdziwniejsze stwory.

Fot. Przemysław Burda / Teatr Muzyczny w Gdyni
Tak jak i w książkach Sapkowskiego, w sposobie opowiadania, muzyce, piosenkach, kostiumach czy dekoracjach "Wiedźmin" waha się między baśnią a groteską, bajką dla dzieci a opowieścią "tylko dla dorosłych". Nie jest to łatwa konwencja i osoby, które nie miały nigdy z Sapkowskim do czynienia, mogą poczuć się zagubione. Zresztą, ja sama czytałam Wiedźmina stosunkowo niedawno (pewnie o wiele za późno, by się zachwycić) i nie wszystkie nawiązania czy postaci były dla mnie jasne. Ale tak czy inaczej, moim zdaniem Wojciech Kościelniak i pozostali twórcy wyszli zwycięsko z próby zmierzenia się z tą materią. Jeszcze kilka miesięcy temu, kupując bilet, nastawiałam się na podśmiechujki ze stepującego Geralta - tymczasem obejrzałam przemyślany, interesujący musical z niezłą warstwą muzyczną i tylko paroma zgrzytami. Coraz ciekawsza jestem, za jaki materiał reżyser z zespołem wezmą się następnym razem. Mierzył się już z Prusem, Reymontem, Gombrowiczem, Tyrmandem, Sapkowskim - trzeba przyznać, że poprzeczka jest zawieszona teraz naprawdę wysoko.
Nie wszyscy mogą umrzeć, czyli refleksje po sezonie "Gry o Tron"

9/09/2017

Nie wszyscy mogą umrzeć, czyli refleksje po sezonie "Gry o Tron"



Blog ponownie zamarł na wakacje, ale (o ile ktokolwiek tu jeszcze zagląda) nie obawiajcie się, w końcu odżyje ;) Zwłaszcza musicalowo, bo jeszcze przed wakacjami profilaktycznie zakupiłam bilety zarówno na gdyńskiego "Wiedźmina", jak i na "Pilotów" w Romie. A do tego już niebawem moje dawne wydawnictwo wyda bardzo fajną książkę, o której mam nadzieję co nieco napisać ;)

Ciszej nad tą skrzynią umarlaka,czyli "Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara"

6/03/2017

Ciszej nad tą skrzynią umarlaka,czyli "Piraci z Karaibów. Zemsta Salazara"


Aż wierzyć się nie chce, że serii "Piraci z Karaibów" stuknie już niedługo piętnaście lat. Dla mojego nastoletniego serca "Klątwa czarnej Perły" z 2003 roku była prawdziwym objawieniem. Wielbiłam wtedy Orlando Blooma po "Władcy Pierścieni" i oglądałam namiętnie wszystkie filmy z Johnnym Deppem, Keira Knightley była piękna i silna, a do tego wszyscy tłukli się na szpady, skacząc po masztach i linach... no czego chcieć więcej. Dlatego z wielkim trudem przychodzi mi myśl, że części piątej, czyli "Zemsty Salazara" mogłoby w ogóle nie być.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek