Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"

10/13/2018

Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"



Przyznam szczerze - Beatlesi zawsze byli dla mnie zespołem absolutnie obojętnym. Zapewne dlatego, że nikt w dzieciństwie mi ich nie podsunął i nie powiedział że są ważni, tak jak chociażby podsunięto mi Queen. Za to nieoczekiwanie, gdy w Teatrze Rampa obejrzałam spektakl "Twist and Shout", nagle okazało się, że znam niemal wszystkie piosenki, chociaż nigdy w życiu nie włączyłam sobie żadnej świadomie. I nie ma w tym nic dziwnego, bo The Beatles, tak jak Madonnę, Michaela Jacksona czy Marylę Rodowicz przyswajało się przez osmozę. Ktokolwiek wpadł na pomysł tego przedstawienia, wiedział co robi, bo na naszej planecie nie ma chyba ani jednej osoby, która nigdy w życiu nie słyszałaby chociaż jednej piosenki.

"Twist and Shout" to, podobnie jak poprzednie tego typu przedsięwzięcie "Rampy", czyli "Rapsodia z demonem", tak zwany jukebox musical, czyli musical wykorzystujący piosenki popularnego zespołu lub zespołów. Fabuła jest tu raczej tylko pretekstem do kolejnych numerów muzyczno-tanecznych. W dużym uproszczeniu w jukebox musicalach fabuła układana jest "do piosenek", a nie piosenki do fabuły.



I to naprawdę intrygujące, bo "Twist and shout" nie jest jedynym musicalem z piosenkami The Beatles. Piosenki zespołu zostały wykorzystane oczywiście w filmach, w których zagrali sami Beatlesi (Help!, czy Hard Day's Night), w filmach i spektaklach o Beatlesach (Beatlemania), stanowiły też tło dla zupełnie innych historii (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band czy Across The Universe). Z kolei kilka lat temu miałam okazję zobaczyć musical Lato miłości wystawiany przez szkolną grupę z lokalnego domu kultury, gdzie piosenki The Beatles, Queen i m.in. Nirvany (!) były ilustracją opowieści o dorastaniu i buncie. Ciekawe, jak wiele jeszcze historii można ułożyć do tych samych piosenek.

W "Twist and Shout" punktem wyjścia jest kamienica, do której wprowadza się projektant mody, szukający inspiracji do nowej kolekcji i przy okazji szukający odpoczynku od zgiełku wielkiego świata. Odpoczynku raczej nie znajdzie - cała kamienica jest tu terenem regularnej wojny między lokatorami: wszechwładnym dozorcą, przewodniczącą wspólnoty mieszkańców, przebrzmiałą tancerką, zbzikowaną hipiską i początkującym politykiem - idealistą. W pewnym momencie bohaterowie, podjudzeni przez szemranego ciecia, zaczynają dążyć do jednego celu - pozbycia się najstarszego z lokatorów, zwariowanego Sierżanta Peppera. Stary weteran ponoć jest właścicielem wielkiej fortuny, która rozwiązałaby problemy i spełniła marzenia każdego z bohaterów. Pepper jednak, chociaż słabo kontaktuje, nie zamierza wcale umierać, ale kolejne próby zgładzenia go (m.in. uduszenie przez striptizerkę, porażenie prącem w wannie, czy... wysłanie go na turniej taneczny), nie powodzą się. Jedyną osobą, której nie podoba się plan sąsiadów, jest Stella, córka wspomnianej wcześniej tancerki. Oczywiście przy okazji Stella zakocha się w głównym bohaterze, potem się rozstaną, a potem znowu zejdą, jak to w takich historiach bywa.



Nie sposób nie porównywać "Twist and Shout" z "Rapsodią z demonem", chociaż klimaty obu przedstawień są diametralnie różne. Rzuca się jednak w oczy, że fabuła nowego musicalu "Rampy" jest nieco bardziej pretekstowa niż spektaklu z muzyką Queen. Nawet biorąc pod uwagę lekką psychodeliczność i odjechanie całości, niektóre luki fabularne nieco przeszkadzają (zgubiłam się w wątku Stelli i jej konfliktu z matką, mamy też np. sytuację, gdy na koniec pierwszego aktu dozorca grozi, że zastrzeli Stellę w przypadku niepowodzenia lokatorów i... absolutnie nic za tym nie idzie). Ale oczywiście można uznać, że się czepiam, bo przecież i tak każdy czeka tylko na piosenki.

Trzeba przyznać, że obsada poradziła sobie z nowymi aranżacjami starych hitów... koncertowo. Oczywiście dla niektórych widzów problem może stanowić fakt, że piosenki są śpiewane w oryginale. Z jednej strony, osobom nieznającym angielskiego może to przeszkadzać w odbiorze całości (teoretycznie wszystko wiemy z dialogów, ale piosenki są ich ważnym uzupełnieniem). Z drugiej, od razu na wstępie wytrącamy krytykom z ręki najważniejszy argument, czyli kiepskie tłumaczenie tekstów, główną bolączkę polskich musicali... A muzyka i tak broni się sama. Z obsady najbardziej chyba wyróżnić należy Sebastiana Machalskiego w roli aspirującego polityka Ryszarda - jego "Help!" naprawdę przyprawiało o ciary. Błyszczy również Natalia Piotrowska w roli Stelli, i chociaż w kolejnym już spektaklu przypadła jej rola love interest głównego bohatera, to tym razem dostała znacznie więcej kawałków, w których mogła się popisać talentem aktorskim i wokalnym (chociażby Eleanor Rigby). Najmniej przypadł mi chyba do gustu Daniel Zawadzki jako dozorca Edek - aktorowi zabrakło trochę charyzmy, żeby wykreować postać groźnego bossa. 



Zadziwiająca jest za to rola Jakuba Wociala jako Peppera. To, że Wocial ma talent komediowy, było wiadomo już od momentu, w którym słowami "No hej" wyrywał Kubę Molędę w "Tańcu wampirów", ale tutaj mógł zabłysnąć w pełni. Co prawda kosztem piosenek i swojego głosu, ale zdecydowanie zrobił furorę wśród publiczności. Idąc dalej tropem "Tańca wampirów", jego bohater to taki trochę profesor Abronsius - kompletnie nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje i przypadkiem tylko unikający kolejnych prób sprzątnięcia go, ale ostatecznie osiągający swój cel. Zresztą, zdaje się że sam Jakub Wocial grał profesora Abronsiusa w niemieckich "Wampirach", więc zdobył niezbędne kwalifikacje do roli trzepniętego staruszka. Dość slapstikowy humor scen z Pepperem przecinany jest kilkoma sentymentalnymi momentami i spokojniejszymi numerami (Hey Jude), ale ani razu nie robi się jakoś szczególnie łzawo. Chociaż, jakby pomyśleć, mimo pogodnej wymowy, musical tak naprawdę opowiada o ludziach przejmująco samotnych, którzy ukojenia tej samotności szukają w miłości, narkotykach, polityce, czy... przewodniczeniu wspólnotą mieszkaniową. Równie dobrze można go też odczytać jako spektakl o walce o władzę, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a wroga... nikt tak naprawdę nie chce pokonać, bo wtedy zniknąłby łączący wszystkich cel. Oczywiście można też pominąć filozofowanie i drugie dno, a zamiast tego skupić się na muzyce Beatlesów ;)




Między piosenkami warto też zwrócić uwagę na kostiumy autorstwa Doroty Sabak - czarno-białe stylizacje z pierwszego aktu i rozbuchane kolorystycznie stroje z aktu drugiego spokojnie mogłyby być pokazane na "prawdziwym" pokazie mody i zrobić furorę. Trochę tu lat 60., a trochę... komedii dell'arte. Do tego idealnie dopełniają nastroje panujące w obu częściach spektaklu - od marazmu w kamienicy, poprzez smakowanie wolności na plaży po tętniącą emocjami atmosferę konkursu tanecznego.

Trudno uwierzyć, że na malutkiej scenie Teatru "Rampa" kolejny raz zmieściło się tyle spektakularnych numerów tanecznych i epickich wykonań nowych aranżacji znanych utworów, które znowu złożyły się na musical z prawdziwego zdarzenia. Może nie czułam na plecach takich ciar jak przy "Rapsodii z demonem", ale z całą pewnością miło spędziłam czas. Jeśli nie macie planów na jesienne wieczory, to na pewno warto zobaczyć, czy w "Rampie" zostały jeszcze jakieś bilety.
O północy w Barcelonie, czyli "Labirynt duchów"

9/23/2018

O północy w Barcelonie, czyli "Labirynt duchów"



Do przeczytania tej książki zbierałam się jeszcze dłużej niż do napisania kolejnego wpisu. Dziwne, bo jakieś 14 lat temu, po przeczytaniu "Cienia wiatru" Carlosa Ruiza Zafona tuż na początku studiów, dałabym się pokroić za kolejny tom. Tamte kilkanaście lat wcześniej książka o Danielu Sempere poszukującym tajemniczego Juliana Caraxa w zaułkach magicznej Barcelony lat 50. trafiła prosto w moje serce. I przy okazji w serca milionów czytelników na całym świecie.

Pamiętam taką scenę z zajęć na wydziale polonistyki: profesor podczas wykładu zauważa studentkę drugiego roku czytającą coś pod ławką. Zauważa tytuł "Cień wiatru" i lekko drwiącym tonem każe dziewczynie przeczytać fragment, żeby cała sala mogła się przekonać, jaką to lekturą jest zajęta. Studentka czyta kawałek, zapada cisza, profesor pyta "No i co, dobra to literatura, czy nie"? Wszyscy milczą, ktoś tam z tyłu nieśmiało mówi "chyba tak", a profesor, lekko zmieszany, bo pewnie spodziewał się Grocholi, mówi "No wiecie państwo, właściwie to nie wiem. Wracajmy do wykładu".

Oczywiście jeśli spodziewacie się puenty "To ja byłam tą studentką", to niestety muszę Was rozczarować, bo akurat wtedy czytałam pod ławką Pratchetta. Ale faktem jest, że po przeczytaniu którejś z kolei książki Zafona sama mam problem ze stwierdzeniem, czy to dobra literatura, czy nie. Czy autor przekroczył tę cienką granicę, która dzieli wielką powieść od egzaltowanej szmiry. Po "Więźniu nieba" przychylałam się raczej do tego drugiego, tak nierówna, nudnawa i kiczowata była ta książka. Również młodzieżowa trylogia Zafona nie przypadła mi do gustu, a sam autor trafił w mojej głowie do szufladki z tymi twórcami, którzy całe życie piszą jedną i tę samą książkę, bo tego oczekują od nich czytelnicy i wydawcy. Za to podczas "Labiryntu duchów" co i rusz zmieniałam zdanie: czy właśnie czytam kolejną kultową powieść, czy rozwlekły i kiczowaty kryminał?

I chyba nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, bo wszystko zależy, którą stronę osobowości dopuścicie do czytania: jeśli trzeźwego analityka, to będziecie wzdychać nad nieprzemyślanymi fragmentami, urywanymi wątkami, dziwaczną strukturą i kwiecistymi dialogami (o ile w "Cieniu wiatru" rozwlekłe monologi były głównie domeną Fermina, o tyle "Labirynt duchów" jest wręcz zaludniony postaciami o barokowym sposobie wysławiania się, którzy strzelają długimi przymiotnikami jak z karabinu). Ale powieści Zafona nie są dla analityków. Powieści Zafona są dla osób, dla których czytanie jest formą religii. Dla tych. którzy przyjemność odnajdują w celebrowaniu każdej strony, którzy podkreślają na czerwono kolejne metafory opisujące czytanie, książki, literaturę i cały przemysł księgarsko-wydawniczy jawiący się jako najwyższa forma sztuki. Cała seria "Cmentarz zapomnianych książek" to jeden wielki hołd złożony literaturze - przy czym, co trzeba oddać autorowi i co najbardziej mi się podoba - nie jest to tylko i wyłącznie celebracja tak zwanej literatury wysokiej. Książkami, które bohaterów serii popychają do działania, są kryminały, horrory i literatura dla dzieci - to one stają się dla nich "książkami zbójeckimi", książkami, które zmieniają życie. Co, podejrzewam, dla wielu osób będzie bardzo bliskie - bo raczej nikt nie postanowił zmienić swojego życia po przeczytaniu "Czarodziejskiej góry", za to wielu dziesięciolatków zapragnęło być podróżnikami po przeczytaniu książek Szklarskiego albo Verne'a.

Ale fakt, nieco inaczej odbierałam te klimaty kilkanaście lat temu, gdy zaczynałam studia na polonistyce - dzisiaj taką celebrację literatury i postrzeganie jej jako sztuki tylko dla wybranych coraz częściej postrzegam jako irytującą. Trochę za dużo narobiło się ostatnio facebookowych grup i blogów, na których nowa fala intelektualistów wrzuca memy pokazujące wyższość czytających nad nieczytającą patologią, czytających literaturę wysoką nad czytającymi "50 twarzy Greya", miłośników reportażu nad miłośnikami fantastyki... Dla takich osób Zafon i jego cytaty są jak Anthony de Mello dla blogerów lifestyle'owych: pomagają w robieniu sobie dobrze słowem pisanym i pokazywaniu, jacy to my nie jesteśmy super, bo czytamy. Ale mam wrażenie, że jednak nie do końca o to autorowi chodziło - w końcu wrogowie jego bohaterów, przedstawiciele najczarniejszych stron reżimu Franco... również czytają, a niektórzy nawet piszą. A zarówno talent pisarski, jak i miłość do literatury mogą być tak darem, jak przekleństwem.

Jeśli chodzi o fabułę, to z jednej strony mamy typowy kryminał: agentka policji politycznej, Alicja Gris i detektyw Vargas zostają wyznaczeni do dyskretnego śledztwa - w podejrzanych okolicznościach zaginął minister Mauricio Valls, który poza niewątpliwymi zasługami na polu kultury, ma również mroczną przeszłość: przez wiele lat pełnił funkcję dyrektora więzienia Montjuic, w którym zdrowie, zmysły i życie straciło wielu więźniów politycznych, w tym "pisarze przeklęci", znani nam z poprzednich części cyklu. Ich poplątane losy to po pierwsze jeden z wątków śledztwa, po drugie - autor stopniowo odpowiada na pytania, które pozostały czytelnikom po poprzednich książkach. Nie powinno to jednak psuć przyjemności z lektury osobom, które pozostałych tomów nie czytały - ja dopiero w połowie zorientowałam się, że Sebastian Salgado to tytułowy "Więzień nieba" z poprzedniej części, która tak mnie rozczarowała, że wyparłam ją z pamięci. Trzecim filarem powieści są losy znanej czytelnikom cyklu rodziny Sempere i Fermina - które w naturalny sposób splatają się z pozostałymi wątkami. Powieść, jak sam autor wielokrotnie podkreśla, jest więc swego rodzaju labiryntem wątków, postaci i ich historii, które stopniowo odkrywają się przed nami.

Podczas czytania miałam jednak wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo (powieść ma 896 stron!!!). Czy na pewno konieczne było stawianie kropek nad "i" i zapełnianie białych plam przy każdej, dosłownie każdej postaci, jaka pojawiła się w poprzednich tomach? Weźmy takiego Juliana Caraxa, znanego nam z "Cienia wiatru". Autor zapewnia, że książki można czytać w dowolnej kolejności i ja sama napisałam to akapit wcześniej, jednak z drugiej strony wprowadzenie Caraxa w "Labiryncie duchów" to gigantyczny spoiler do pierwszego tomu, który odbiera mu nieco magii. Nie polubiłam też na tyle Davida Martina, by interesowało mnie, co robił w niemal każdej wolnej chwili między wyjściem z więzienia a śmiercią. A Sebastiana Salgado, jak już wspomniałam, zapomniałam całkowicie i jego losy były mi zupełnie obojętne. Obawiałam się, że rodzina Sempere też stanie się rodziną Borejków, na szczęście ich losy i tajemnice zostały wplecione w fabułę naprawdę sprawnie i w dodatku satysfakcjonująco. Ale tak naprawdę jedyną z tych szkatułek poświęconych bohaterom z wcześniejszych książek, którą otworzyłam z przyjemnością, był rozdział o przygodach Fermina podczas bombardowania Barcelony - opisanego niczym scena ze strasznej baśni.

Samo śledztwo miłośnikom kryminałów o żelaznych regułach niekoniecznie przypadnie do gustu - karty odkrywają się często bez udziału naszych bohaterów, niektóre wątki giną na pewien czas - ale też i nie śledztwo jest tu najważniejsze. Zawsze ciekawi mnie za to, jak autorzy wykorzystują schemat kryminału, by przy jego pomocy opowiedzieć zupełnie inną historię - w "Labiryncie duchów" też nie chodzi tylko o to, żeby znaleźć porwanego ministra (ba, facet nie jest postacią, której ktokolwiek chciał by szukać). Zafon skupia się raczej na pokazaniu niszczącej mocy literatury - z jednej strony książki (pisane i czytane) są tu źródłem szaleństwa, z drugiej pojawia się wątek literatury przeklętej - tej w służbie reżimu i tej przeciwko reżimowi, wszak akcja powieści rozgrywa się w mrocznych czasach panowania Franco. Jeśli sięgniemy po dowolną hiszpańską książkę napisaną współcześnie - jest więcej niż pewne, że odnajdziemy w niej echa wojny domowej albo dyktatury. Z cyklu "Cmentarz zapomnianych książek" wyłania się raczej nieciekawy, obraz tamtych czasów, dlatego też lekko dziwią mnie osoby, które zapewniają, jak bardzo chciałyby żyć w Barcelonie opisywanej przez Zafona.

Co jednak łatwo wytłumaczyć, bo tym, co zdecydowanie udało się wykreować autorowi, jest niesamowity wręcz klimat. Zafon, chociaż nie do końca mieści się w ramach realizmu magicznego, tworzy na stronach swoich książek prawdziwie magiczne obrazy. Barcelona w "Cieniu wiatru" czy "Labiryncie duchów" to miasto pełne tajemnic, zagadek, ślepych uliczek i zakątków, w które zapuszczają się tylko wtajemniczeni. Autor pławi się w opisach ulic, ogrodów, kamienic, willi, pomników, cmentarzy, kawiarni i restauracji - że aż w pewnym momencie człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zobaczyć te cuda na własne oczy. To, że nad tym wszystkim unosi się cień śmierci, szaleństwa i przemocy (chociaż w "Labiryncie duchów" brak złola na miarę inspektora Fumero), paradoksalnie tylko dodaje uroku.

Dlatego też trudno mi jednoznacznie ocenić "Labirynt duchów". Dla wszystkich miłośników twórczości autora zapewne będzie to godne zwieńczenie cyklu o Cmentarzu Zapomnianych Książek. Ja jednak, chociaż "Cień wiatru" czytałam trzy razy (w tym raz w Barcelonie - takie tam marzenie z czasów studenckich), miałam momentami wrażenie przesytu. Paradoksalnie mniej słów wcale by tej powieści nie zaszkodziło - tym bardziej, że autor trylogią młodzieżową udowodnił, że umie pisać krótko i zwięźle. Ciekawa jestem za to jego kolejnych powieści. Carlos Ruiz Zafon od pewnego czasu sprawiał wrażenie, że jest jednym ze swoich bohaterów, przez lata piszących jedną książkę... od której w końcu może się uwolnić.

Emocji nie stwierdzono, czyli "Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie"

7/14/2018

Emocji nie stwierdzono, czyli "Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie"


Bardzo długo zbierałam się do tego wpisu i nagle napisanie czegokolwiek stało się bardzo trudne - większa część fabuły nowego filmu spod szyldu "Gwiezdne Wojny - historie", czyli "Hana Solo" po prostu wyparowała mi z głowy. Kto by przypuszczał, że człowieka można zmęczyć "Gwiezdnymi Wojnami"? Otóż można. Dzięki, panowie spece od Disneya. Dzięki wam czekanie na Epizod IX zupełnie nie sprawia mi już radości.

Nie żeby "Han Solo" był złym filmem. A skąd, western w kosmosie zawsze będzie cieszył oczy, szkoda tylko trochę, że skoro już wybiera się jako stylistykę western właśnie, to zamiast skorzystać z któregoś z licznych schematów, który ta oferuje, twórcy po raz kolejny ogrywają heist movie. Oczywiście, ja uwielbiam heist movies. Zbieranie ekipy, misje niemożliwe, umiejętne rozgrywanie złoli o ambicjach zniszczenia wszechświata. Tyle że to już było i w "Łotrze Jeden" i w "Ostatnim Jedi". Naprawdę nie da się inaczej?


To również nie to, że Alden Ehrenreich nie nadaje się do roli. Nadaje się znakomicie i właściwie jego jedyną wadą jest to, że nie jest Harrissonem Fordem. Poza tym ma urok i wdzięk, które pozwalają mu wcielić się w cynicznego cwaniaka o nieco zbyt miękkim sercu, do którego będą wzdychać tabuny kobiet. Również jego ekipa to zbieranina barwnych, interesujących typów, a za każdym z nich stoi jakaś ciekawa historia. Woody Harrelson i Thandie Newton oraz - przede wszystkim - Donald Glover w roli Lando - stają na wysokości zadania.

Kompletnie nie umiem za to ugryźć wątku L3, robota rewolucjonistki o feministycznych poglądach. Początkowo jej sekwencja wydała mi się strzałem w dziesiątkę, zresztą wcześniej coś podobnego dał nam Taika Waititi w "Ragnaroku" w postaci Korga, który zdecydowanie zdobył serca fanów. Stopniowo jednak miałam coraz bardziej mieszane uczucia - czy L3 to bardziej Hermiona walcząca o prawa skrzatów w "Harrym Potterze", czy raczej lekka kpina z tych wszystkich ruchów walczących o prawa osób, których ta walka - rzekomo - zupełnie nie obchodzi? Dyskretny prztyczek w kierunku osób określanych pogardliwie jako Social Justice Warriors? Tym bardziej że scena, w której Lando pędzi, by uratować L3, to już była dla mnie parodia parodii. Aczkolwiek w recenzjach przeważają raczej głosy pozytywne, więc sama zastanawiam się, skąd u mnie takie odczucia.


Oczywiście w filmie mamy też, jak się domyślacie, festiwal nawiązań do oryginalnej trylogii "Gwiezdnych Wojen". Dowiemy się, jak Han poznał Chewbaccę, jak zdobył "Sokoła Millenium", jaka była jego pierwsza miłość. Teoretycznie fani - w tym ja, która Hana Solo pokochałam niegdyś od pierwszego wejrzenia - powinni być zachwyceni. No to gdzie ten zachwyt? Oczywiście, z jednej strony fajnie, że dowiemy się więcej o ulubionym bohaterze. Z drugiej... rodzi się pytanie, po co.

Bo wiecie, co mnie straszliwie wkurza w "Hanie Solo"? Że gdyby zdjąć z niego te wszystkie gwiezdnowojenne akcesoria i zostawić bohaterów i fabułę, to pewnie byłabym absolutnie zachwycona tym bezpretensjonalnym westernem w kosmosie. Ale jak na "Gwiezdne wojny" to dla mnie za mało. Po "Łotrze Jeden" nie byłam jeszcze przekonana, ale teraz mam już wrażenie, że cała seria spin-offów zabije dla mnie całą magię dalszej części sagi. Że ulubieni bohaterowie rozmyją się w serii preqeli i że wcale nie muszę wiedzieć, czy Chewbacca ma rodzinę. Wiem też, że jest całkiem spora rzesza widzów, którzy myślą wręcz przeciwnie. Kto wie, na rozmydlające się Uniwersum Marvela też narzekałam, dopóki nie zobaczyłam "Infinity War". Mam wielką nadzieję, że jeszcze będę odszczekiwać te słowa. Jak na razie - dzięki, nie mam ochoty na kolejny seans.

P.S. Recenzję pisałam jakiś miesiąc temu, ale wskutek różnych osobisto-zawodowych perturbacji nie miałam czasu jej dokończyć. Czas pokazał, że Han Solo poniósł jednak kinową porażkę, i to mimo naprawdę dużej ilości pozytywnych recenzji. Cóż, spece od Disneya mają teraz naprawdę twardy orzech do zgryzienia.
Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika

5/31/2018

Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika


Idąc na Warszawskie Targi Książki miałam mocne postanowienie, by kupować tylko to, co będzie mi potrzebne, na ten przykład do pracy. Postanowienie rypło już przy drugim odwiedzonym stoisku, gdy wypatrzyłam calutką serię książek Borysa Akunina, których jeszcze nie czytałam. Ostatecznie wróciłam z targów z dwiema torbami pełnymi papieru. I to tuż przed przeprowadzką, podczas której rzekę papieru z moich półek będę musiała zmieścić w rozsądnej ilości pudełek. Ech... Swoją drogą, zaczęłam się zastanawiać, skąd właściwie ten bałagan na mojej półce i jak to się stało, że w pewnym momencie utonęłam w książkach? Otóż i moja książkowa biografia:

Pierwsze książki

Kiedyś wszystko było prostsze. Czytało się to, co dostawało się od rodziny. A że rodzina wiedziała, że mała Asia lubi czytać, to kupowała na kilogramy książeczki dla dzieci (głównie te Disneya) i nieśmiertelną klasykę oraz - później - powieści Siesickiej i Musierowicz. Oprócz tego były komiksy o Kaczorze Donaldzie, Myszce Miki, Asteriksie, rzadziej Thorgalu i Spidermanie (te ostatnie podczytywałam u kuzynki). W pewnym momencie rodzice uznali, że komiksy nie są odpowiednią lekturą dla małej dziewczynki (czy raczej - zerknęli do portfela) i kazali wybrać tylko jedną ulubioną serię, którą będą mi regularnie kupować. Wybrałam Asteriksa i na dłuuuuuugi czas rozstałam się z innymi komiksami.

Potem nagle okazało się, że w moim rodzinnym mieście jest księgarnia. Co prawda były w niej głównie podręczniki, ale poza tym okładkami kusiły również inne, wcześniej nieznane tytuły. Wyprawa tam to było wielkie święto, bo była dość daleko, no i trzeba było wybrać tylko jeden tytuł . Nie martwiło mnie to jakoś szczególnie, bo nieco bliżej znajdowała się biblioteka, którą odwiedzałam bardzo regularnie... Wybór był jednak mizerny, sporo serii zawsze brakowało, a do wymarzonego dostępu do biblioteki dla dorosłych, który dostawało się w wieku bodajże 15 lat, musiałam czekać jeszcze całe wieki.
W liceum odkryłam Artura Pereza-Reverte i zainspirowana Lucasem Corso zdawałam na bibliotekoznawstwo. Prawie się udało, wylądowałam na polonistyce. Nie pracuję że starodrukami, ale nadal uwielbiam je oglądać w muzeach. Taki fetysz. Na półce widać też "Flight od Green Parrots", książkę o dość ciekawej historii, ale to temat na inny wpis ;)

Witaj w klubie

Wtedy pojawił się ON. Katalog "Świata Książki". Pełen tytułów, kolorowych okładek, gatunków, których nie znałam. Zasadą jego działania było mniej więcej - raz na trzy miesiące (a może na miesiąc - ktoś przypomni?) musisz kupić przynajmniej jedną książkę, po dwóch latach dostajesz srebrną, a po pięciu - złotą kartę uprawniającą do zniżek. Brzmi bosko, jakoś w mojej rodzinie nigdy nie było problemu z zakupem książki w wyznaczonym terminie (problem był raczej z jej wyborem), aczkolwiek z tego co wiem, istniała też ciemna strona tego dziecka wydawniczego kapitalizmu. Mianowicie, jeśli chciałeś się wypisać z klubu książki, było to wyjątkowo trudne, obwarowane cyrografami i ciągnęło się miesiącami, w których musiałeś wciąż te książki kupować. Niemniej dla mnie, małej dziewczynki z małej miejscowości, było to prawdziwe okno na świat i jedyne źródło książkowych nowości, które nie docierały ani do księgarni, ani do biblioteki.

Potem poszłam do liceum i a) dobrałam się w końcu do biblioteki dla dorosłych, b) w większym mieście było znacznie więcej lepiej wyposażonych księgarni (bodajże trzy!). Pamiętam, że pierwszą książką, jaką kupiłam sobie za własne kieszonkowe był "Władca pierścieni", którego udało mi się przeczytać tuż przed premierą filmu. Poza tym starałam się wówczas gonić kolegów, którzy literacko mnie wyprzedzali i kupować wyłącznie "mądre książki". Do tego stopnia, że wstydziłam się poprosić rodziców o książkę z serii "Gwiezdne wojny", bo jeszcze uznaliby, że czytam jakieś głupoty. Inna sprawa, że w moim mniemaniu "mądre książki" oznaczały wówczas chociażby megapopularnego Paulo Coelho.

Że oto nas przyjęto do szkoły poetów

Nadal jednak moja biblioteczka była wypełniona głównie klasyką i fantastyką ze "Świata książki". Sytuacja zmieniła się nieco, gdy w końcu skończyłam liceum i wyjechałam na studia do Warszawy. Na studiach pochłaniałam książki w jakichś nieprawdopodobnych ilościach, a karty biblioteczne aż furczały. Równocześnie jednak po raz pierwszy w życiu miałam do wydania trochę naprawdę własnych pieniędzy, a zarazem odkryłam antykwariaty i składy taniej książki. Tak się zaczęła moja zguba, bo z każdej takiej wyprawy wracałam obładowana książkami, które "na pewno będą mi potrzebne, w końcu studiuję polonistykę!".
W razie gdyby kiedyś zabrakło mi pomysłu na to, co przeczytać, czeka 1001 propozycji ;) Po lewej widoczne słowniki kupowane kompulsywnie podczas pracy redakcyjnej. A po prawej skarb - biografia Andrzeja Wajdy z autografem.

Czytanie za pisanie

Na polonistyce, wbrew obiegowej opinii, nie pisało się zbyt wiele, nikt też nie uczył nas, jak pisać. Dlatego moją pasję przelewania słów na papier musiałam ukierunkować gdzieś indziej. Padło na współpracę z czasopismem studenckim, początkowo darmową, ale przynoszącą absolutnie satysfakcjonujące mnie profity, czyli książki, filmy na DVD i płyty z muzyką pozyskane od patronów. Gdy w pewnym momencie zaproponowali mi współpracę płatną, poczułam się niemal zawiedziona ;)

W tym samym czasie po raz pierwszy odważyłam się opublikować swoje opowiadania na stronie Nowej Fantastyki, gdzie nie dość, że zostałam pochwalona przez samego Naczelnego (wtedy był nim jeszcze Jakub Winiarski), to jeszcze zdobyłam "brązowe piórko", za które... tak, tak, dostałam książkę. Parę takich fantów udało mi się jeszcze pozyskać, ale za moje najwspanialsze "Nowofantastyczne" trofeum uważam wszystkie tomy "Gry o Tron" wygrane w najgenialniejszym konkursie w dziejach świata, zorganizowanym przez niejakiego DJ-a Jajko. W skrócie - konkurs trwał kilka tygodni, co tydzień pojawiało się nowe inteligentne zadanie, które trzeba było rozwiązać, kombinując na potęgę. Co prawda sama "Gra o Tron" od pewnego momentu przestała mi smakować, ale konkurs do tej pory wspominam z rozrzewnieniem. Kto pamięta, ile problemów uczestnikom sprawiła "nazwa pewnego jeziora", ten wie.
Niektórym narzeczony przynosi kwiaty. Mój dowiedział się kiedyś, że nie czytałam Wiedźmina.

Mała handlarka prozą

Na trzecim roku zaczęłam staż w wydawnictwie - z jednej strony był to ten przełomowy moment, gdy zrozumiałam, że chcę pracować wśród książek, z drugiej - do tej pory nie doczekałam się wypłaty, bo wydawnictwo wkrótce potem zbankrutowało, zapewne przeze mnie, bo jako akwizytorowi podręczników dla przedszkoli szło mi gorzej niż źle. Na szczęście wycyganiłam też kilka książek na pamiątkę. Zaraz potem zaczęłam redagować pierwsze książki - poradniki, które również do tej pory trzymam na półce, na pamiątkę (chociaż nie zamierzam hodować kóz ani gołębi, sądzić fasoli ani zmieniać swojego życia w 7 prostych krokach). No i co najważniejsze, równolegle po raz pierwszy jako hostessa uczestniczyłam w Targach Książki - jeszcze w Pałacu Kultury - i nagle odkryłam, że istnieje możliwość połączenia miłości do książek z żyłką marketingową - książek nie trzeba tylko pisać i redagować, można je również sprzedawać i promować! Do tej pory Targi Książki sprawiają mi wielką przyjemność, a z każdych (warszawskich, krakowskich, historycznych, fantastycznych) wychodzę z torbą papieru.

Potem trafiłam do działu promocji wydawnictwa i muszę obalić jeden z pokutujących mitów - wbrew pozorom osoby pracujące w wydawnictwie nie dostają za darmo wszystkich książek świata. A często tak się ludziom wydaje. Inna sprawa, że gratisów dostaje się mimo wszystko sporo - wszak co może dać wydawnictwo w prezencie na święta, jeśli nie pakę książek?

Zbawienie książkoholika ;)

A potem to już tak jakoś poszło...

Łudziłam się do tej pory, sądząc, że nad nabywanymi kompulsywnie książkami mam jakąś kontrolę. Straciłam ją, gdy zamieszkałam z Narzeczonym i okazało się, że ktoś może mieć książek jeszcze więcej ode mnie. A na dokładkę - całą masę komiksów i wszystkie od początku numery "Nowej Fantastyki". Tak więc zostałam zdetronizowana jako książkowy nerd i dobrze mi z tym, bo to oznacza, że ciągle jeszcze nie kupuję tych książek ZA DUŻO. Chyba. Okaże się przy zbliżającej się nieuchronnie przeprowadzce...
W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"

5/27/2018

W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"


Gdy kryminały dosłownie wylewają się z półek w księgarniach, wydaje się że bardzo trudno jest wymyślić coś, co będzie "nowe", "świeże" i spowoduje u czytelnika efekt "wow". Mam jednak wrażenie, że serii Bena H. Wintersa "Ostatni policjant" jest do tego bardzo blisko.

Lekkie spoilery, ale trudno bez nich ;)

"Opuszczone miasto", drugi tom trylogii, można spokojnie czytać bez znajomości pierwszego, główna historia jest bowiem zamkniętą opowieścią i na koniec poznamy rozwiązanie kryminalnej zagadki. Oczywiście warto jednak sięgnąć po poprzedni tom - z jednej strony mamy rozpisany na całą trylogię poboczny wątek sensacyjny, z drugiej - ciekawe jest obserwowanie od początku oczami bohatera, jak bardzo zmienia się świat wokół niego. Świat, w którym toczy się akcja, to bowiem największy "hak" opowieści - to rzeczywistość tuż przed apokalipsą. Za 77 dni w Ziemię uderzy bowiem wielka asteroida i - z dużym prawdopodobieństwem - zniszczy na niej wszelkie życie.

I ten jeden element w postaci zbliżającego się gościa z kosmosu wywraca do góry nogami wszelkie schematy znane nam z powieści kryminalnej. Bo jak szukać zaginionej osoby, gdy wszelkie policyjne bazy niemal już nie istnieją, resztki policji mają na głowie inne sprawy niż pilnować akt, a do tego nikt nie liczy osób, które rzucają wszystko i wyruszają w drogę - spełniać marzenia, popełnić samobójstwo albo spędzić z kochankiem ostatnie dni przed końcem świata.

Czy jednak zaginiony Brett Cavatone, mąż dawnej przyjaciółki głównego bohatera, jest którąś z tych osób? Początkowo sprawa wydaje się banalnie prosta, ale - jak można się spodziewać, szybko okaże się, że wszystko ma tu drugie i trzecie dno, a w obliczu zbliżającej się do ziemi asteroidy nie można być pewnym już absolutnie niczego, a już najmniej ludzkich zachowań. Choćby chodziło o najbliższą osobę. "Opuszczone miasto" to książka o poszukiwaniu człowieka - nie tylko dosłownie, ale i w przenośni: czy wśród popadającej w szaleństwo ludzkości jest jeszcze miejsce na człowieczeństwo? I co ono właściwie oznacza? Jakie postępowanie w obliczu nadchodzącego kataklizmu jest słuszne?

Poprzednia część znakomicie pokazywała rozpadający się świat zewnętrzny - walącą się w gruzy administrację z policją na czele (nasz bohater, zwykły krawężnik, zostaje przecież detektywem, bo większa część wydziału kryminalnego uciekła albo popełniła samobójstwo), bankrutujące firmy, pustoszejące sklepy. Z kolei "Opuszczone miasto" skupia się na pokazywaniu rozpadających się więzi międzyludzkich. Czy tuż przed końcem świata mają jakąkolwiek rację bytu małżeństwo, przyjaźń, rodzina? Jak wierzyć w człowieka, gdy po ulicach błąkają się porzucone przez rodziców dzieci, powoli szerzy się anarchia (bardzo ciekawy jest opis quasi-militarnej "republiki" utworzonej przez studentów na kampusie uniwersytetu), a wieloletnie związki rozpadają się z dnia na dzień?

W tym całym chaosie tkwi niczym rycerz na białym koniu nasz główny bohater, Henry Palace (i jego wierny piesek Houdini - dopiero okładka uświadomiła mi, że bichon frise zdecydowanie nie jest rottweilerem, którego sobie nie wiedzieć czemu wyobrażałam przez cały czas). Chociaż Palace formalnie nie jest już policjantem - jego wydział po prostu przestał być potrzebny, chociaż świat wokół niego pęka i wali się w gruzy, chociaż stopniowo traci wszystko, co było dla niego ważne, przy życiu wciąż trzyma go zadanie, którego się podjął. Rozwiązywanie zagadki tajemniczego zaginięcia, podobnie jak szukanie mordercy w "Ostatnim policjancie", nie jest tu wyłącznie kolejnym kryminalnym śledztwem. Nadaje sens życiu bohatera, nie pozwala popaść w szaleństwo, pozwala udawać, że świat wciąż jeszcze rządzi się żelaznymi regułami, opisanymi w jego ulubionym podręczniku kryminalistyki. W innych warunkach taka postać byłaby pewnie nieznośnie doskonała - ale w tych realiach trzymamy kciuki, żeby bohater nie poddał się i nie zboczył z raz ustalonej ścieżki. Henry Palace nie jest doskonały - jest zwyczajnym facetem, który w odróżnieniu od reszty pogrążającej się w chaosie ludzkości zamierza do końca zachowywać się normalnie i wykonywać swoją pracę tak dobrze, jak się da.

"Opuszczone miasto" nie jest książką pozbawioną wad - zdecydowanie zbyt często bohater ratowany jest "w ostatniej chwili" na zasadzie starego dobrego deus ex machina. Ciekawa rzecz - pardon my spoiler - że ratują go zawsze kobiety ;) Niemniej jeśli komuś nie przypadło do gustu spokojne tempo "Ostatniego policjanta", to "Opuszczone miasto" nie powinno go zawieść - akcja w pewnym momencie zaczyna gnać na łeb na szyję, a miejsce opartego na dedukcji i obserwacji kryminału zastępuje dynamiczna sensacja.

No właśnie, obok kryminalnego śledztwa, tak jak w poprzedniej książce, mamy też wątek sensacyjny, z siostrą głównego bohatera w roli głównej. Autor rzuca nieco światła na tajemniczą działalność grupy, do której należy Nico i ich prawdziwy cel. W związku z tym wątkiem pojawia się też pytanie - a co jeśli asteroida wcale nie uderzy w Ziemię, albo jeśli nie wszyscy zginą? Czy po tym wszystkim, co się stało - a w trakcie swoich poszukiwań bohaterowie dotkną różnych mrocznych aspektów powoli rozpadającego się świata - uda się jeszcze cokolwiek odbudować, czy też potencjalna apokalipsa sprawi, że w ludziach puszczą wszelkie hamulce? Zakończenie książki zostawia nam co do tego otwartą furtkę - wciąż nie wiemy, co się wydarzy, gdy Maja zbliży się do Ziemi i czy będzie jeszcze jakieś "później". Tym bardziej z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"

5/23/2018

Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"


Nowy film o Deadpoolu, chociaż nadal ze stajni Marvela, nie przypomina raczej ostatnich "Avengersów", którzy przejechali jak walec po uczuciach fanów. "Deadpool 2" to niczym (naprawdę niczym) nieskrępowana rozrywka, w dodatku znacznie wychodząca poza ramy dość - nie oszukujmy się - ugrzecznionego kina superbohaterskiego. Jest trochę jak chwila gry w GTA na konsoli - możesz spokojnie porozwalać parę policyjnych wozów, pójść do burdelu i okraść bank, a następnie spokojnie pójść do pracy.

Tym razem udało mi się chyba bez spoilerów, serio. 

Po pierwszym filmie i kilku trailerach widz wie już, czego się mniej więcej spodziewać - w powietrzu będą latały w slow-motion komiksowe flaki i bluzgi, bohater będzie co chwila rzucał nawiązaniami do szeroko rozumianej popkultury i zwracał się bezpośrednio do widza. Będą mniej znani X-meni, będzie to w zabawny sposób wytłumaczone, i ogólnie sensem nie trzeba będzie się przejmować, bo liczy się tylko rozwałka i kolejne gagi. Oczywiście dostałam to wszystko, ale razem z jednym zaskoczeniem - historia opowiadana w filmie, chociaż zbudowana głównie ze schematów i nawiązań była jedną z bardziej interesujących "superbohaterskich" historii, jaką ostatnio dostaliśmy.


Przy okazji "Star Treka" narzekałam dość mocno na to, że twórcy wielkich franczyz ze wszystkich stajni tak bardzo starają się uczynić swoich bohaterów "fajnymi" i lubianymi przez widza, że kompletnie zapominają o tym, że liczy się również historia, którą ci bohaterowie będą przeżywać. Tymczasem w "Deadpoolu", po początkowo dość chaotycznym początku dostajemy naprawdę interesującą opowieść, co do której trudno w stu procentach przewidzieć zakończenie - bo chociaż żarty fruwają w powietrzu szybciej niż wystrzeliwane przez postaci pociski, to stawka, o którą toczy się gra jest tu na właściwym miejscu i wiemy, że ktoś będzie musiał coś poświęcić, żeby wygrać, a ktoś może stracić wszystko. Czyli mamy coś, o czym scenarzyści wyjątkowo często zapominają, bo na co nam bohater z pogłębioną psychiką, gdy film nie będzie nas bawił.


Oczywiście nie tylko historię, ale i wspomnianych bohaterów bardzo dobrze się ogląda, chociaż zdecydowanie Wade Wilson nie jest protagonistą, którego można stawiać za przykład dzieciom. Mimo to wszyscy są tu bardziej lub mniej cool, a na pierwszy plan, zaraz za Deadpoolem, wybija się Domino, która naprawę wkroczyła z przytupem do superbohaterskiego świata. Zazie Beetz w roli obdarzonej wyjątkowym fartem superbohaterki kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Podobnie zresztą jest z wyjątkowo charyzmatycznym Joshem Brolinem (vel Thanosem) w roli Cable'a. I chociaż jego motywacje są bardzo proste i "komiksowe", to całą postać udało się tak skomplikować, by uczynić ją nieprzewidywalną i by na końcu mogła nas - przynajmniej odrobinę - zaskoczyć.

Oczywiście jeśli chodzi o humor, to po pierwszym filmie mniej więcej wiemy, czego się spodziewać - nikt tu nie przejmuje się subtelnością, żarty są odpowiednio grube i często na granicy dobrego smaku, a te najzabawniejsze dotyczą oczywiście warstwy "meta", czyli nawiązań do innych komiksowych czy filmowych postaci z różnych uniwersów. To wszystko sprawia też, rzecz jasna, że osoba, która nie siedzi w tych klimatach, większości żartów nie zrozumie - dlatego raczej nie zalecam "Deadpoola" jako pierwszego kontaktu z superbohaterami, X-Menami czy Marvelem, to tak jakby czytanie fantastyki zaczynać od Terry'ego Pratchetta.


Czy Deadpool ma wady? Ano ma, przede wszystkim dość poszatkowany i chaotyczny początek, za dużą ilość nowych postaci, przez co tylko kilku udaje się "wybrzmieć" (nie mówię tu o "drużynie" Deadpoola, której sekwencja jest przezabawną grą z całą stylistyką heist movies). Nie jest to również film dla każdego, nadwrażliwe osoby powinny zwrócić uwagę, że dostał kategorię "R". Do tego wyparowuje z głowy jeszcze na napisach końcowych (nawiasem mówiąc - sceny napisowe są wręcz cudowne). Ale jeśli idąc na film, nastawiasz się głównie na bezrefleksyjną rozrywkę, to dostaniesz dokładnie to, co chcesz, i to z nawiązką. Ja bawiłam się świetnie i dla utrwalenia wszystkich tekstów bohatera chętnie zobaczę film jeszcze raz.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek