Biały, czarny czy zielony? - "Green Book" Petera Farelly'ego

2/14/2019

Biały, czarny czy zielony? - "Green Book" Petera Farelly'ego


Takich historii widzieliśmy już naprawdę setki, niektóre zmyślone, inne oparte na faktach. Z wyrazistymi postaciami o różnych jak ogień i woda charakterach, którzy zmuszeni są wyruszyć we wspólną podróż, a ta, jak to filmowa podróż, zmieni ich obu wewnętrznie i koniec końców zostaną przyjaciółmi na śmierć i życie. Takie historie kochają zwykli widzowie i kochają wielkie festiwale, bo to filmy wręcz skrojone pod nagrody - zwłaszcza te aktorskie i scenariuszowe, jako że zazwyczaj opierają się na błyskotliwych dialogach.

Mimo to, a może właśnie dlatego, "Green Book" Petera Farelly'ego nie sprawia wcale wrażenia obliczonego na sukces produktu. Trudno powiedzieć, czyja w tym największa zasługa. Na pewno na wielkie brawa zasługując odtwórcy głównych ról, którzy zagrali z prawdziwą werwą - a poza tym widać, że przede wszystkim dobrze się bawili. A gdyby jakiegoś Oscara przyznawali za najlepszy duet, to Viggo Mortensen i Mahershala Ali z pewnością by na niego zasłużyli. Mortensen wciela się w rolę Tony'ego, drobnego cwaniaczka z typowej włoskiej rodziny z Bronksu lat 60., który łapie się różnych dorywczych prac, by zapewnić utrzymanie żonie i dzieciom. Pewnego dnia los stawia na jego drodze Dona Shirleya, wirtuoza fortepianu, który potrzebuje kierowcy na zbliżającą się trasę koncertową (a właściwie kierowcy, służącego i ochroniarza w jednym, co Tony'emu nie do końca się podoba). Jest jeden problem: Shirley jest czarnoskóry, mamy lata sześćdziesiąte, a trasa koncertowa przebiega przez sam środek głębokiego Południa, gdzie rasistowskie uprzedzenia są wręcz absurdalnie silne.


Viggo Mortensen w filmie to taki typowy "wujek cięta riposta", co to trochę pocwaniaczy, komuś w mordę da, ale kocha swoją żonę i pewnie robi furorę na każdym weselu.

Sam Tony za czarnoskórymi, czy raczej "czarnuchami" również nie przepada - ale jego rasizm jest bardzo powierzchowny: wynika głównie z nieznajomości "Innego" i powtarzanych przez kumpli przesądów. To zupełnie inny rodzaj uprzedzeń niż te tkwiące w głowach konserwatywnych Południowców, w których głowach ciągle pokutują dziewiętnastowieczne przesądy. Dlatego Tony'ego lubimy, a ludzi, których spotyka na swojej drodze - już nie. Farelly zresztą wszystkie absurdy rasizmu obnaża wyjątkowo celnie i punkt po punkcie pokazuje, jak idiotyczne w swoim założeniu są to podziały i jak bardzo nie mają racji bytu w nowoczesnym społeczeństwie. Co oczywiście czyni ten film bardzo aktualnym.


Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy elegancki pianista daje koncert w dworku rodem z "Przeminęło z wiatrem", ale w przerwie nie może skorzystać z toalety, bo ta jest tylko dla białych. Mamy scenę, gdy nie zostaje wpuszczony do restauracji, gdzie przy jednym ze stolików siedzi jego nieokrzesany kierowca. Mamy hotele tylko dla kolorowych i bary tylko dla nich. Wszystko dla obecnego pokolenia, zwłaszcza nie-Amerykanów tak abstrakcyjne, że teoretycznie powinno budzić pukanie w czoło... ale zarazem będące ostrzeżeniem, bo to, co dzisiaj Farelly może spokojnie pokazać nam w tonacji komediowej, jeszcze nie tak dawno temu było na porządku dziennym. A niektóre uprzedzenia zostały do dziś - może nie w tabliczkach na budynkach, ale na pewno w ludzkich głowach. Kto wie, może są widzowie, którzy na "Green Book" westchną "I komu to przeszkadzało?". Co więcej, te uprzedzenia zostały po obu stronach barykady.


Ciekawa jestem, czy ktoś robił ankietę, jak rozkładają się sympatie widzów - takie #teamttony i #teamdon. Bo niby Don reprezentuje etykę, kulturę, prawo i tolerancję, a jednak nie da się ukryć, że Tony jest po prostu "fajniejszy" i "łatwiejszy" do lubienia. 

Na nagrodę za najlepszą rolę na pewno zasłużył też Mahershala Ali, wcielając się w Dona Shirleya. Shirley to postać intrygująca, skomplikowana i niełatwa do zagrania, bo zbudowana z różnych nut i łatwo prosząca się o przegięcie w którąś stronę. To bohater niemal tragiczny - stojący na granicy dwóch światów i w każdym czujący się równie obco. Z jednej strony wyniosły snob o arystokratycznych manierach, który chce zmieniać świat muzyką, ale najlepiej tak, by nie zabrudzić sobie rąk. A z drugiej - nieszczęśliwy samotny człowiek, który swoje problemy bezskutecznie próbuje utopić w kolejnych butelkach Cutty Sark. Zarazem obaj bohaterowie nie są pozbawieni wad - powiem więcej, raczej z żadnego z nich nie powinniśmy brać przykładu. I być może dlatego cała edukacyjna warstwa filmu wchodzi tak bezboleśnie.


Sporo osób porównuje relację Tony'ego i Dona do francuskich "Nietykalnych" i coś w tym jest - w obu filmach mamy snobistycznego konesera sztuki i drobnego złodziejaszka, którzy uczą się od siebie nawzajem, jak lepiej żyć. Ale o ile film duetu Nakache/Toledano opowiadał historię dość uniwersalną (chociaż osadzoną w realiach), o tyle "Green Book" jest jednak bardzo związany z jedną konkretną epoką w historii Stanów Zjednoczonych i ze Stanami Zjednoczonymi w ogóle. Dla osób, które nie orientują się w zawiłościach Północy i Południa i traktują Stany jako jednorodny kraj, film może być prawdziwym zaskoczeniem, a przy okazji pokazuje jak w kalejdoskopie, jak bardzo w zależności od stanu zmieniają się prawa, zakazy, nakazy i poglądy.


Wątek listów, które Tony pisze do żony pod dyktando swojego szefa, jest przeuroczy.

Ale z drugiej strony, chociaż osadzona w konkretnych realiach, historia opowiedziana w "Green Book" wciąż pozostaje uniwersalną opowieścią o przyjaźni ponad podziałami. I to prawda, tak jak wspomniałam na początku, widzieliśmy tych historii już milion. Ale zarazem gdzieś w głębi serc ciągle ich potrzebujemy i nigdy się nie nam nie znudzą. Może film nie zmieni żadnego rasisty i wroga "poprawności politycznej" w tolerancyjnego wyznawcę równości, ale... nie zabroni też mu się dobrze bawić. Wszak wszystkie problemy nekające tamte i obecne społeczeństwa zostały przedstawione na luzie, w komediowym sosie, a morał wchodzi bezboleśnie - nawet tym konserwatywniejszym widzom.
Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym

1/26/2019

Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym


Film, na podstawie którego powstał musical "Kinky Boots" nie doczekał się nigdy premiery w Polsce, chociaż ostatnio pokazywała go bodajże TV Puls. Być może winę za kiepski odbiór ponosi polski tytuł, bo "Kozaczki z pieprzykiem" to coś, przy czym "Wirujący seks" brzmi całkiem sensownie. Dlatego chwała Teatrowi Dramatycznemu za to, że wystawiając musical, zachował oryginalny tytuł, inaczej każdy kupujący bilet w kasie doświadczałby ciarek żenady.



Historia, którą opowiada nam musical, może nam przypominać wiele innych podobnych historii, które widzieliśmy już w przynajmniej kilkunastu filmach pochodzących z Wysp. Mamy więc robotniczą Wielką Brytanię, podupadającą fabrykę, konieczność zdobycia kasy, a do tego nieprzystosowanego bohatera, który swoją barwną osobowością odróżnia się od szarego fabrycznego świata. No i POMYSŁ, na który wpada bohater, POMYSŁ, który zmieni życie całej społeczności i wokół którego kręci się cała akcja. Znamy to z "Goło i wesoło", Billy'ego Elliotta czy "Dziewczyn z kalendarza" (swoją drogą, wszystkie wymienione historie też doczekały się swoich musicalowych wersji). W "Kinky Boots" na POMYSŁ wpada Charlie Price, który właśnie odziedziczył po ojcu fabrykę obuwia tuż przed bankructwem. By ratować zakład i jego pracowników, Charlie postanawia wykorzystać niszę, której jeszcze nikt nie zauważył - rozpoczyna produkcję... butów na obcasach dla mężczyzn, a konkretnie dla drag queens.

Słowem, które jako pierwsze przyszło mi na myśl, gdy zastanawiałam się nad moimi odczuciami względem spektaklu, było "satysfakcja". I nie chodzi tylko o to, że zobaczyłam naprawdę świetny spektakl. Jeśli oglądaliście wspomniane wyżej brytyjskie komedie, to zapewne też na końcu doświadczyliście tego podnoszącego na duchu uczucia, gdy outsiderowi udało się osiągnąć swój cel i przy okazji... zagrać na nosie bezdusznemu systemowi. Którym może być zarówno rząd zamykający kolejne fabryki i skazujący tysiące na bezrobocie, jak i cała maczystowska kultura, która bezlitośnie traktuje wszelkie osoby odstające od normy.


W przypadku "Kinky Boots" tym outsiderem, barwną osobowością, która będzie ratowała przed upadkiem bankrutującą fabrykę obuwia, jest przebojowa, przegięta drag queen Lola, w którą w Teatrze Dramatycznym brawurowo wcielił się Krzysztof Szczepaniak. Po raz pierwszy miałam okazję widzieć go na scenie. No i wow. Szczepaniak to jeden z tych aktorów, którzy jak stanęli w kolejce po talent, to rozbili bank. Facet bosko śpiewa, ale musicalowe zdolności idą u niego w parze z doskonałą grą aktorską. To, jak płynnie przeskakuje od jednej płci do drugiej, od piosenki do monologu, od damskich ciuszków do męskiego garnituru, od śmiechu do łez, jest naprawdę godne podziwu. Jakby się zastanowić, to nawet po tym, jakby nie było, lekkim musicalu, nie dziwię się, że w kolejnym spektaklu Teatru Dramatycznego Szczepaniak wcieli się w rolę Hamleta. I jestem bardzo ciekawa, jak w niej wypadnie.


Z drugiej strony, taka barwna kreacja sprawia, że trochę gorzej zapamiętuje się całą resztę obsady. Ale chociaż wszystkie reflektory skierowane są na Lolę, to zarówno Mateusz Weber, jak i Łukasz Wójcik zasługują na uznanie - stworzyli postacie, których motywacje i marzenia jesteśmy w stanie zrozumieć. No i perfekcyjnie poruszają się w kozaczkach na ultra wysokim obcasie. Widać jednak, że mamy tu przede wszystkim do czynienia z aktorami dramatycznymi, nie musicalowymi. Świetnie wypada cała mówiona warstwa spektaklu i interakcje między postaciami, dialogi są zagrane tak, że śmiejemy się praktycznie od początku do końca, z przerwami na chwilę wzruszenia. Za to w piosenkach bywa już różnie. W ogóle z piosenkami mam kłopot - to chyba pierwszy musical, na którym byłam, gdzie zdecydowanie bardziej zapamiętałam dialogi niż słowa piosenek czy melodie. Trochę jak Wiedźmin w Gdyni - to rewelacyjny spektakl, ale pod względem musicalowym plasuje się jednak w tych średnich rejestrach. Nie znajdziemy tu wpadających w ucho hitów czy głębokich, zapadających w pamięć tekstów. Mimo to warto go zobaczyć - gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie wam z twarzy przez całe przedstawienie.
10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018

1/13/2019

10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018



Pod względem filmowym mój rok 2018 był u mnie nieco inny niż 2017 - trudno powiedzieć, czy zobaczyłam mniej czy więcej filmów, bo nie prowadziłam żadnych statystyk. Za to z całą pewnością odnotowałam zdecydowany skok jakościowy: po pierwsze zobaczyłam większość filmów nominowanych do Oscara, byłam na dwóch festiwalach filmowych, na jednej uroczystej premierze, a do tego zobaczyłam sporo filmów dziwnych, rzadkich i nieoczywistych dzięki udziałowi w wykładach "Film i historia" na UW. Niemniej nie pokuszę się o wskazanie najlepszych filmów 2018 roku - tysiące osób zrobiły to szybciej, lepiej bardziej wnikliwie. Wolę, wzorem zeszłego roku skupić się na tym, co najbardziej zostało mi w pamięci po filmach, które obejrzałam, to jest na pojedynczych scenach. Wybór jest ściśle subiektywny - to sceny, które wywołały we mnie jakieś emocje, co nie jest równoznaczne z ich wielką filmową wartością, ba, nawet nie muszą pochodzić z filmów, które mi się podobały. Za to są to sceny, które mnie rozśmieszyły, zasmuciły, przestraszyły, wzbudziły zachwyt, skłoniły do refleksji albo po których nie miałam pojęcia, jakie emocje właściwie we mnie wywołały, tak dużo ich było (patrz numer 1).

Spoilery. dużo.

10. Bohemian Rhapsody - Freddie mówi, że ma AIDS

Przy recenzji filmu, który podobał mi się raczej średnio, uprzedzałam, że mimo wszystko ta scena się tu znajdzie. Co prawda przy dramatyzmie "Tamtych dni tamtych nocy" przypomina raczej fragment kiczowatej szkolnej akademii, do tego jest zupełnie niezgodna z faktami, ale co ja poradzę, że z całego filmu to właśnie moment, gdy Freddie mówi kolegom, że ma AIDS, a oni starają się udawać, że są twardzi i wcale nie płaczą, zapamiętałam najbardziej. I co ja poradzę, że wzruszają mnie męskie łzy.

Niestety nie znalazłam jeszcze tej sceny w internetach (jedynie fragment nagrywany telefonem w kinie), więc na razie musi wystarczyć trailer.


9. Spiderman: Uniwersum - spotkanie z innymi pająkami

No dobra, ten film zapewne, gdy obejrzę go po raz drugi, stanie się jednym wielkim zbiorem ulubionych scen. Ale ten moment, w którym Miles Morales, Peter Parker i Gwen Stacy spotykają innych... Spider-ludzi w piwniczce u cioci May, to jest ten moment, w którym nagle zabawa staje się jeszcze lepsza i od tej pory czeka się na kolejne sceny jak na Gwiazdkę (nawet jeśli się nie jest wielkim znawcą komiksów Marvela). W ogóle - ten film to kwintesencja komiksowej wyobraźni, która pozwala na bycie kim się tylko chce i przeżywanie tych samych historii kolejny raz, ale trochę inaczej. Między radochą z oglądania poszczególnych scen warto parę razy schylić czoła przed twórcami, bo udało im się w półtorej godziny uchwycić ducha komiksu rozumianego jako sztuka lepiej niż którykolwiek film przed nim.


8. Ant-Man i Osa - scena w szkole

Za chwilę znowu pogrążymy się w zadumie, tragizmie i patosie, więc na rozluźnienie coś slapstickowego. Jedna z dwóch najzabawniejszych scen, jakie zobaczyłam w kinie w tym roku. Chociaż sam "Ant Man i Osa" po najnowszej odsłonie Avengersów był jak plasterek dla dzieci przyklejany na otwarte złamanie, to jednak zdecydowanie warto było go obejrzeć dla TEJ sceny (czy raczej formalnie sekwencji), w której główny bohater usiłuje odzyskać swój superbohaterski kostium ukryty w szkolnym plecaczku córeczki, a jego zapasowy strój... no cóż, nie działa zbyt dobrze.


7. 120 uderzeń serca - krew płynąca Sekwaną

Ten film przeszedł przez polskie ekrany nieco niezauważony, a naprawdę szkoda. Z jednej strony pokazuje sprawy przemilczane, czyli epidemię AIDS we Francji w latach 90., z drugiej - to jest jeden z tych filmów, które obejrzane w odpowiednim wieku robią z ciebie aktywistę i sprawiają, że wychodzisz na ulicę, by wykrzyczeć własne zdanie. Zwłaszcza dwie sceny z filmu zapadły mi w pamięć - pierwszy to wizja umierającego bohatera z krwią płynącą wodami Sekwany, druga - scena nocnej manifestacji, gdy nagle wszyscy aktywiści kładą się na ulicy i leżą, w milczeniu, licząc, że ktoś zwróci na nich uwagę. W kontekście całego filmu, którego inną ważną sceną jest kolorowa, radosna parada Pride w Paryżu, ta przejmująca cisza robi niesamowite wrażenie.

Szukałam klipów po polsku, angielsku i francusku, ale widocznie kiepsko szukałam, więc zostawiam trailer z fragmentem jednej ze wspomnianych scen.



6. Tamte dni, tamte noce - końcówka

Oglądałam ten film w nieoczekiwanie cudownym towarzystwie rozchichotanych nastolatek, które widziały go już co najmniej kilka razy, więc sama, obserwując uczucie rozwijające się na ekranie między Elio i Oliverem czułam się trochę jak podczas oglądania shonen-ai na studiach. Jest w tym filmie taka cudowna lekkość, młodość, wakacyjność, a jeśli weźmie się pod uwagę, że mamy na tapecie romans homoseksualny, brak jest zupełnie tej opresyjności i tragizmu towarzyszących tym motywom we współczesnych filmach. Przez to zupełnie inny tragizm, który spada na bohatera pod koniec sprawia, że mamy do czynienia z jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących scen mijającego roku - tym smutniejszą, że łatwą do przeoczenia, bo rozgrywającą się... na napisach końcowych. Rodzice krzątają się wokół swojego codziennego życia, a widzowie zbierają się do wyjścia, gdy tymczasem bohater przeżywa największą tragedię swojego nastoletniego życia.



5. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - scena w łazience

Ogólnie ten film miał wiele scen, które pewnie za parę lat będą kultowe i scen, które z powodu czy to swojej wizualności, czy perfekcyjnych dialogów będą analizowane na warsztatach dla scenarzystów i reżyserów: wizyta u dentysty, podpalenie posterunku, wszelkie rozmowy Frances McDormand z Woodym Harrelsonem. Mnie z kolei zapadła w pamięć taka z jednej strony dość niepozorna scena, z drugiej - scena, w której nagle wszystkie trybiki wskakują na swoje miejsce. Rzecz jasna, bez kontekstu ta scena zupełnie nie ma sensu - to scena, w której Dixon (Sam Rockwell), chyba najbardziej odrażający bohater, jaki w tym roku pojawił się na ekranach, w końcu w swój własny pokrętny sposób robi coś dobrego. Skatowany przez bandziorów, których zaczepił w barze, wraca do domu, gdzie czeka na niego bezwarunkowo kochająca matka i... co zrobi, pyta widz? Tutaj okazuje się, że cała ta bezsensowna bójka w barze była po to, by przynieść pod paznokciami materiał DNA domniemanego sprawcy. Mój wewnętrzny scenarzysta krzyknął wtedy głośno YES!



4. Ja, Tonya - scena z lustrem

W natłoku Oscarowych recenzji nie zdążyłam zrecenzować tego filmu, a trochę szkoda, bo po dłuższym czasie doceniam go coraz bardziej i trochę żałuję, że w tym właśnie stylu - trochę szalonym, trochę naturalistycznym, trochę mockumentarnym, a przede wszystkim "jakimś" - nie poszło "Bohemian Rhapsody". Skoro niepokorna łyżwiarka Tonya Harding zasłużyła na taką biografię, to Freddie Mercury tym bardziej. A propos, przy oglądaniu tej sceny, będącej wielką metaforą tego, co się dzieje pod makijażami i kostiumami pięknych łyżwiarek figurowych, aż chce się zaśpiewać fragment z "Show must go on": Inside my heart is breaking / My make-up may be faking, but my smile / Still stays on...




3. Narodziny gwiazdy - "Shallow"

Nie będę oryginalna - sam film nie zapisze się może złotymi zgłoskami w annałach kinematografii, a Bradley Cooper trochę za bardzo stara się mówić niskim głosem i z akcentem, ale ta scena koncertu, gdy Ally (Lady Gaga) po raz pierwszy wychodzi na scenę i następują tytułowe "narodziny gwiazdy" przyprawiła mnie o ciary. Niestety, na Youtubie nie ma pełnej wersji, więc musi wystarczyć klip, ale kto oglądał, ten wie. Na dużym ekranie ten film robi zdecydowanie większe wrażenie, więc póki jeszcze możecie - pędźcie do kina.


2. Disaster Artist - Oh, hi Mark

Jak wspomniałam przy okazji recenzji, gdy się pracuje m.in. przy paradokumentach, to "The Room" postrzega się z nieco innej perspektywy. A ta scena to nie film - to życie. I nie przesadzam, autentycznie byłam świadkiem na planie, gdy po tym, jak jeden z odtwórców W KOŃCU prawidłowo wypowiedział kwestię, ludzie skakali do góry z radości. Ta scena jest dla mnie nie mniej kultowa niż kultowy oryginał z Tommym Wisseau.


1. Avengers: Infinity War - ta scena, w której oni znikają

Panie Stark, nie czuję się za dobrze - to zdanie chyba najlepiej podsumowuje odczucia większości widzów, którzy po przedpremierowym pokazie "Infinity War" siedzieli na kinowych fotelach, czekali na scenę po napisach i zastanawiali się, co się tutaj właśnie, panie Stark, wydarzyło. Nawet mnie, niewiernego Tomasza, który twierdził, że "no ale teraz to te filmy Marvela to są już takie sobie, panie tego", wcisnął w fotel.

"Avengersi" jak dla mnie powinni zgarnąć chociaż jedną nagrodę za scenariusz. Film po pierwsze w niezwykle przemyślany sposób odwraca standardową, ograną strukturę "Podróży bohatera" i każe ją odbyć antagoniście, a po drugie - w jasny, świetnie skomponowany sposób łączy stylistyki różnych filmów superbohaterskich, które pojawiły się do tej pory w uniwersum Marvela. A zwieńczeniem tej podróży jest jedno zaciśnięcie pięści i losowe unicestwienie połowy postaci. I niby wiemy, że hej, to tylko komiks, że niektórzy już mają swoje sequele, więc muszą zmartwychwstać w kolejnej cześci, ale i tak moment, w którym Peter Parker przytula się do bezradnego Tony'ego, robi z serca naleśnik.


A jakie sceny Wam zostały w pamięci po roku 2019?
Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku

1/07/2019

Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku



Witajcie w 2019! Poprzedni rok był dla mnie naprawdę męczący, a aktywność na blogu co chwila zamierała, dlatego bardzo się cieszę, że wciąż są osoby, które czytają i komentują :) A tak bardzo chciałabym pisać więceji! Na wszystkich blogach królują teraz podsumowania, u mnie też będzie, ale trochę inne, bo - nie oszukujmy się - w porównaniu z rasowymi blogerami popkulturalnymi to zrobiłam naprawdę niewiele. Zajrzałam zatem w notesik z pomysłami na wpisy i ułożyła się z tego całkiem ciekawa lista rzeczy, o których chciałam Wam opowiedzieć i napisać sążnistego posta, ale z braku czasu (bo praca, bo przeprowadzka, bo wyjazd, bo ogólna niechęć do pisania) jakoś się nie złożyło.

Filmy

Gdybym więc miała trochę więcej pisać o filmach, to pewnie napisałabym, że w tym roku zawiodła mnie "Czarna Pantera" (mimo jej niezaprzeczalnego znaczenia społeczno-socjologicznego) i udowodniałabym swoją tezę, że filmy Marvela już się jednak skończyły, prawda. Dzięki temu, że tego wpisu nie napisałam, miałam nieco mniej do odszczekiwania przy "Avengers: Infinity War". Napisałabym też o jedynym filmie, na którym w tym roku autentycznie płakałam jak bóbr, czyli "Coco" (co prawda nadal mi szkoda, że wygrał z "Twój Vincent", no ale...). Pół maja przymierzałam się też do wnikliwej analizy "120 uderzeń serca", ale zdecydowanie był to jeden z tych filmów, które w tym roku zapamiętałam. Ponieważ zaś jeden z projektów ruszył mi równo z Warszawskim Festiwalem Filmowym, to nie opisałam żadnego z filmów, na jakich byłam, czyli "Bamboo Dogs" (ciemno, gadają i nie wiadomo o co chodzi) i "Wielki mistyczny cyrk" (czyli Dawid Ogrodnik w Brazylii ;)). Za to może jeszcze napiszę coś niecoś o ostatnich filmach, jakie widziałam w roku, czyli "Aquaman" i "Spiderman: Uniwersum" (jakie to było dobre!).



Bardzo chciałam też napisać o tym, jakie emocje towarzyszyły mi podczas tegorocznego konkursu Script Pro, w którym nieoczekiwanie pojawiłam się jako jedna z finalistów, co - zważywszy na to, że dopiero raczkuję w scenariuszowym świecie - mnie zaskoczyło. W każdym razie nagroda, którą dostałam, utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, rzucając stabilną pracę w wydawnictwie na rzecz mrocznych otchłani scenariopisarstwa ;) Do tego już wkrótce w telewizorach będzie można śledzić pisane przeze mnie odcinki jednego z polskich seriali ;) Trzymajcie kciuki.

Seriale

Skoro o serialach mowa, to prawie wcale o nich nie pisałam - zazwyczaj śledziłam starsze produkcje, zazwyczaj z doskoku. Chociaż dla odprężenia obejrzałam ich trochę - zakochałam się w "Brooklyn 99", a "Orange is the New Black" udowodniło mi, że jednak lubię produkcje z przewagą żeńskiej obsady. Zirytował mnie "Dark", przez kompletny brak relacji między postaciami. Nową guilty pleasure na krótki czas stał się "Lucyfer". Nie dobrnęłam też (jeszcze) do końca "Ślepnąc od świateł", "1983" i "Westworld" i to były te trzy seriale, które w tym roku najbardziej mnie znudziły.



Gdy tylko postanowiłam pojechać na wakacje, ominął mnie jeden z największych tegorocznych shitstormów w internetach, czyli słynna Cirigate. No cóż, Ciri ostatecznie jest biała, a ja swoje przemyślenia na ten temat chętnie wykorzystam przy którymś z przyszłych wpisów.

Muzyka

Nie napisałam też nic o koncercie Rolling Stones w Warszawie - a szkoda, bo bawiłam się naprawdę rewelacyjnie, a Mick Jagger, który jest za stary, żeby być sędzią, pokazał, co to znaczy stary dobry rock.

Książki

Zdecydowanie w tym roku na blogu miałam więcej do powiedzenia na temat książek niż filmów, chyba nigdy nie było tu aż tylu wpisów książkowych i okołoksiążkowych, co może nie jest dobre pod względem marketingowym, ale pod tym względem chyba nic nie robię dobrze ;) Do tego ukazały się całe trzy książki, które redagowałam (niekoniecznie w tym roku), wszystkie w tłumaczeniu najlepszego tłumacza, z jakim miałam okazję pracować, czyli Rafała Lisowskiego. Udało mi się napisać o jednej, czyli "Wtyczce", ale polecam też "Rewolwer" tego samego autora. Trzy splatające się ze sobą historie, rozgrywające się wokół zamieszek na tle rasowym w Filadelfii. Wciągający kryminał z bardzo wzruszającym (przynajmniej mnie) zakończeniem. Niestety, jakoś nie zdarzyła mi się w tym roku książka, którą mogłabym określić jako "książkę roku".

Teatr

Teatralnie to raczej mam powody do wstydu - byłam w tym roku na całych dwóch spektaklach... Za to jeden okazał się prawdziwą petardą. Na "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym idźcie w ciemno, bo to naprawdę dobry musical jest, a jako że gra w nim Krzysztof Szczepaniak, to powinniście iść jeszcze bardziej. Co tu jeszcze robicie?

Nie napisałam też ani słowa o musicalu, który poznałam w tym roku jedynie z płyty i klipów w internecie, ale zdecydowanie zawojował moje serce - mowa o "Come from away", który chcę teraz zobaczyć równie mocno jak Hamiltona. Wzruszyłam się, zaledwie słuchając muzyki. A "Me and the sky" to chyba najczęściej słuchana przeze mnie w tym roku piosenka. Piosenka, która jest lepsza niż cały musical "Piloci" razem wzięty ;)



Blogi

Tradycja "karnawałów blogowych", popularna, gdy zaczynałam pisać kilka lat temu, chyba już obumarła, ale w tym roku trafiłam na kilka naprawdę fajnych blogów, do których linkami warto się podzielić:

Pikantna sztuka - abolutnie przeuroczy blog o erotyzmie w malarstwie. Jeśli chcecie bezkarnie pogapić się na cycki dowiedzieć się więcej o sztuce w tym kontekście, to zdecydowanie warto tam zajrzeć. Znajdziecie tam wpisy o najsłynniejszych muzach malarzy, o dawnej obyczajowości - ja polecam zwłaszcza tekst o kobietach Picassa.

Skursywieni - czyli "Dużo hejtu, kręcenia nosem i patologicznych relacji z pewnymi wydawnictwami. Totalnie się Wam spodoba.". Nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z autorką (może dlatego, że też kończyłam polonistykę ;)), to jej wpisy czyta się z prawdziwą przyjemnością i - w odróżnieniu od większości blogów książkowych - nie są wyłącznie recenzjami, a nawet jeśli są, to zachęcają do dyskusji. Można się też z nich dowiedzieć ciekawych rzeczy - o, na przykład czego można nauczyć się dzięki z książkom i jak ważne są banany.

Niekulturalnie.pl - czyli kolejny blog książkowy, na który wpadam nie tylko po recenzje nowości, ale też po ciekawe wpisy okołoksiążkowe. Jako że wieeele lat spędziłam w dziale promocji wydawnictwa, to wpis o niewydarzonych współpracach recenzenckich bardzo przypadł mi do gustu (może dlatego, że nie jest o mnie, hehe)

Rude okulary - jeden z sympatyczniejszych blogów popkulturalnych, na które ostatnio trafiłam. Zdaje się, że przez wpis o nostalgii, ale głowy nie dam :)

Minnie Kryminalistka - kryminalistyka i popkultura, czyli coś w sam raz dla mnie. Widać, że autorka zna te tematy "od środka". Właściwie każdy wpis to źródło wiedzy, a dla scenarzysty prawdziwa kopalnia pomysłów ;) Najsłynniejsi zbrodniarze, techniki kryminalistyczne, a od czasu do czasu recenzje kryminałów z nieco innej perspektywy. Trudno mi polecić jeden wpis, ale może ten o tym Kim jest psychopata?

Oczywiście powyższa lista nie ma na celu mnie zdołować i przypomnieć o zmarnowanym czasie - raczej pokazać, że mimo tego, że na początku 2019 padam na nos, coś tam fajnego przeżyłam (a to, co opisałam i chciałam opisać, to tylko ułamek tego, co się w moim życiu wydarzyło, co widziałam i słyszałam). I jeszcze tylko znaleźć czas i motywację do pisania i już będzie super ;)

Musimy porozmawiać o Jacku i Placku, czyli "O dwóch takich, co ukradli księżyc" czytane po latach

12/19/2018

Musimy porozmawiać o Jacku i Placku, czyli "O dwóch takich, co ukradli księżyc" czytane po latach



Książka Kornela Makuszyńskiego "O dwóch takich, co ukradli księżyc" funkcjonuje w świadomości zbiorowej Polaków głównie jako jej ekranizacja. A i z samego filmu pamięta się przede wszystkim odtwórców głównych ról za sprawą niesamowitej kariery, jaka spotkała ich w przyszłości. Pokolenie lat 80. pamięta też serial animowany (z muzyką Lady Pank!), a to najmłodsze może zobaczyć musical w Teatrze Rampa. Zapewne dlatego, gdyby spytać przeciętnego Polaka o fabułę książki, to poza kradzieżą księżyca powiedziałby, że to taka sympatyczna bajeczka o niegrzecznych dzieciach.

Rabusiów było dwóch. Było dwóch...*

Tym większym zaskoczeniem może być sięgnięcie po literacki pierwowzór. Tak, to prawda, mamy tu do czynienia z historią o niegrzecznych dzieciach. Tyle że Jacek i Placek bardzo dalecy są od sympatycznych urwisów pokroju Mikołajka, Pippi czy Tomka Sawyera. Moje skojarzenia biegły raczej w stronę jakiegoś "Musimy porozmawiać o Kevinie", diabolicznych dzieciaków z horrorów typu "Omen" i naprawdę cieszyłam się, że bracia nie mają dostępu do broni palnej. Jacek i Placek z początku książki to po prostu mali okrutnicy, których okrucieństwo jest tym straszniejsze, że wynika właściwie z niczego - są źli już od urodzenia, nie dają się wychować ani rodzicom, ani szkole, ani po dobroci, ani przez lanie (do którego ostatecznie nie dochodzi, bo zjedli ojcu pasek od spodni). Ich wybryki w warunkach normalnych byłoby jeszcze do przełknięcia (wyrwanie kogutowi piór z ogona,  kradzież jabłek, zjedzenie zupy przeznaczonej dla całego miasta) ale w miasteczku, w którym panuje głód, mogą już przyczynić się do tragedii. I w gruncie rzeczy przyczyniają się - pośrednio - do śmierci ojca. Ich wybryki budzą tym większy sprzeciw, że kierowane są przeciwko ludziom i istotom dobrym, spokojnym i bezbronnym. No po prostu nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tych młodych potworów.



Ciekawe, bo z dzieciństwa nie zapamiętałam z książki wcale tytułowej kradzieży księżyca, tylko właśnie ten początkowy opis głodu i matki odejmującej sobie od ust, by wykarmić dwóch niewdzięcznych gówniarzy. Którzy, widząc ją orającą pole, śmieją się, że wygląda jak koń. I co prawda u Kornela Makuszyńskiego matkom złych dzieci pomagają anioły, ale nadal wymowa tych scen jest strasznie gorzka, a okrucieństwo dzieci naprawdę przerażające, jak na przypowiastkę dla najmłodszych. Odetchnęłam wręcz z ulgą, gdy dzieci opuszczają miasteczko, wyruszając w poszukiwaniu kraju, w którym nie trzeba pracować. Co prawda kradną matce ostatni bochenek chleba i doprowadzają ją do rozpaczy, ale chyba zgodzimy się, że odpoczynek od tych smarkaczy jej się przyda.

Zaraz zaraz, czy tam warto iść? By leniuchem, by leniuchem być?

To, czego zdaniem Makuszyńskiego najbardziej brakuje bliźniakom, to a) miłość do matki i b) szacunek do pracy i to pod tymi dwoma znakami upłynie im cała droga tam i z powrotem.  Kolejne ludzkie i zwierzęce postaci w tej przypowieści oddają różne aspekty tych dwóch kwestii. Jednak mam wrażenie, że współczesny czytelnik mógłby się trochę nie zgodzić z autorem i tezami, które stawia w książce. Czy rzeczywiście praca nawet lubiana, nawet uczciwa, powinna być jedynym sensem życia człowieka? Czy rzeczywiście im cięższa praca, tym większe szczęście daje? I najważniejsze - czy aby rzeczywiście to właśnie chce nam przekazać Makuszyński? Bo mam wrażenie, że jednak trochę sympatii dla swoich bohaterów ma, a ich argumenty za spędzeniem życia na błogim lenistwie brzmią czasem... całkiem sensownie. 



Dlatego też bohaterowie nic sobie jednak nie robią z pouczeń pracowitych pszczół, mrówek, mądrych leśnych starców i innych postaci, które spotkają na swojej drodze. I w gruncie rzeczy poniekąd jestem w stanie ich zrozumieć. Bo nie jest tak, że Jacek i Placek nie pracują w ogóle - po prostu praca kojarzy im się z katorgą i męczeństwem. Tymczasem okazuje się, że praca sprawia im przyjemność tylko wtedy, gdy świadomie lub nieświadomie komuś pomagają. Natomiast żmudna praca bez sensu jakoś ich nie cieszy. Tym bardziej, że w książce nie ma mowy o żadnym wynagrodzeniu za pracę - każdy pracuje dla siebie, dla rodziny, dla własnej przyjemności, dla nadania życiu sensu. Bogactwo - jak pokazuje przykład zaklętych mieszkańców złotego zamku - szczęścia nie daje. Zabawne, że pieniądze bohaterowie zdobywają ostatecznie... okradając zbójców. Jacek i Placek to taki koszmar senny tych wszystkich, którzy dzisiaj załamują ręce nad millenialsami i pokoleniami Y, Z, Ź i Ż, co to nie chcą pracować 16 godzin dziennie za głodową stawkę i którzy chcą robić to, co na co mają ochotę i mieć czas na odpoczynek, a jeśli pracodawca nie spełni ich warunków - trudno, wyemigrują do takiego kraju, gdzie pracować nie trzeba. 

Wiem na pewno, że tam warto iść - tam bez przeszkód można sobą być

Ale to nie współczesna korporacja, tylko powieść Makuszyńskiego, za swoje lenistwo bohaterowie zostają więc ukarani... pracą, oczywiście. Ale pracą niewolniczą, pracą ponad siły, bez urlopu i bez sensu. Trzeba przyznać, że cała ta sekwencja niewoli u czarownika, jego ciotki, żony-cienia i córki zmieniającej się w kruka, jest jak wyjęta z horrorów. Zakopywanie żywcem, brr. 

Mniej więcej od tego momentu dokonuje się przemiana: i bohaterów, i czytelnika, który powoli zaczyna im kibicować. Jakby się tak dobrze zastanowić, to Jacek i Placek na przestrzeni całej historii niekoniecznie zmieniają zdanie co do pracy. Co prawda doceniają wszystko to, co mieli wcześniej i co utracili, ale od pracy jako takiej nadal chcą uciec. To pamięć o matce, a nie pragnienie odkupienia win jeszcze cięższą pracą skłania ich do powrotu.

Książka jest więc pochwałą matczynej miłości, miłości bezwarunkowej, gotowej na wszystko, gotowej znieść największe cierpienia zgotowane jej przez niewdzięczne dzieci. Jeszcze zanim Superman odkrył, że mama Batmana też ma na imię Marta i uratował świat, Jacek i Placek dowiedzieli się, że już samo wspomnienie matki może wybawić ich z największych opresji. Jeśli historia skradzionego chleba zmienionego w kamień i kobiety palącej przez lata ogień dla syna nie przekona opornych, Makuszyński serwuje im jeszcze przypowieść o samicach pelikanów, które rozrywają sobie pierś, by wykarmić młode Nie wiem, czy książka Makuszyńskiego jest w stanie zmienić niegrzeczne dzieci i przekonać je do posłuszeństwa mamie. Ale niektóre opisy są tak rozdzierające serce, że tym co wrażliwszym mogą zgotować sporo wyrzutów sumienia. 

Ktoś ukradł księżyc, świeże ślady są na mokrym mchu...

Ciekawe, że sama tytułowa kradzież księżyca nie zajmuje w książce zbyt dużo miejsca (w odróżnieniu od filmu, gdzie pomysł pojawia się już na samym początku). Co więcej, ma miejsce już po tym, jak w sercach bohaterów dokonała się przemiana, co dowodzi że jednak pewne rzeczy pozostaną niezmienne. 



To, na co zwróciłam uwagę, czytając książkę jako dorosła osoba (i scenarzystka przy okazji), to żelazna logika, z jaką Makuszyński prowadzi akcję. Nie ma w tej książce zdarzeń pozbawionych sensu i przypowieści dla przypowieści, każde z nich do czegoś prowadzi i ma  (czasem aż za bardzo) jakieś konsekwencje w dalszej fabule (co wbrew pozorom nie jest takie częste w literaturze dla dzieci, bo po co). Pomoc przypadkowej staruszce palącej ogień na bagnach ocali bohaterom życie w przyszłości, zabrana czarnoksiężnikowi chorągiew uratuje zaklętego niewidzialnego człowieka. Spotkanie z denerwującym osłem (hmmm... brzmi znajomo?) udaremni jeden z forteli naszych bohaterów. I tak dalej, i tak dalej. 

Druga rzecz to dość przerażające sceny, które książka zawiera. Opis głodu to jedno, wspomniana niewola u czarnoksiężnika to drugie, ale wisienką na torcie jest historia niewidzialnego człowieka, który najpierw niczym upiór straszy Jacka i Placka, by w końcu dzięki zaklęciu cudownie odzyskać ciało i chwilę potem umrzeć im w ramionach, zobaczywszy jak się zestarzał. Kiedy byłam mała, staram się zawsze omijać ten konkretny obrazek. Co prawda do braci Grimm Makuszyńskiemu daleko, ale zwróciłam uwagę, że obecnie książka sprzedawana jest (miedzy innymi) w ocenzurowanej, skróconej wersji, więc widocznie nie tylko ja zwróciłam uwagę, że Jacek i Placek nie są dla wrażliwych. Większość bardziej dramatycznych scen ocenzurowano też w filmowej adaptacji książki, że już nie wspominając o serialu animowanym (który stawiał przede wszystkim na przygodę bohaterów i "kontestowanie systemu", nie moralizatorstwo - no ale w końcu swoje palce maczali tam muzycy z Lady Pank). Nie zobaczymy w nich chociażby śmierci ojca i psa, niemalże religijna cześć, jaką wszyscy poza braćmi darzą swoje matki, została zmarginalizowana, a i wędrówka bliźniaków trwa znacznie krócej niż w książce, gdzie bohaterowie w niewoli u czarnoksiężnika praktycznie stracili całe swoje dzieciństwo. Oczywiście w obu adaptacjach - z wiadomych względów - wykastrowano też wszelkie nawiązania religijne.

"O dwóch takich, co ukradli księżyc" dzięki ekranizacji jest dziś być może najbardziej znaną książką Makuszyńskiego, zaraz obok "Awantury o Basię" i "Panny z mokrą głową", ale zarazem najmniej czytaną. Warto więc sięgnąć po nią i przekonać się, co też takiego bracia Kaczyńscy musieli przeczytać w dzieciństwie, przygotowując się do roli.


*Kto wie, skąd pochodzą śródtytuły, wygrywa marchewkowe pole** ;)
** Nawiasem mówiąc, marchewkowego pola też nie było w książce.




Każdemu będzie dane to, w co wierzy, czyli "Bramy światłości" (tomy 1-3)

12/05/2018

Każdemu będzie dane to, w co wierzy, czyli "Bramy światłości" (tomy 1-3)


Naprawdę rzadko zdarza mi się taka sytuacja, że jakaś książka w niemal stu procentach trafia w mój gust i nastrój danej chwili. Książka, którą nawet po latach wspominam z sentymentem, bo chociaż nie jest klasykiem literatury, to dostarczyła mi tyle radochy, że zawsze będę ciepło o niej myśleć. Tak było z "Siewcą Wiatru" Mai Lidii Kossakowskiej, książką, która - przypadkiem znaleziona w bibliotece - przywróciła mi wiarę w polskie fantasy. Co prawda w recenzjach krytycy wytykali autorce nadmiar patosu, kiepskie postaci kobiece oraz powierzchowność w opisywaniu świata, ale ja z "Mnie Tam Się Podobało" na sztandarze byłam gotowa paść i własną piersią bronić Daimona, Gabriela, Lucyfera i reszty bohaterów przed recenzentami (chociaż akurat co do postaci kobiecych to bym się zgodziła, niestety).

Spoilerów prawie nie ma, no chyba że ktoś w ogóle nie chce znać fabuły.

Potem przyszedł "Zbieracz Burz", który byłby naprawdę niezłą powieścią, gdyby wydawca czy Autorka nie zdecydowali o podziale jej na dwa tomy. Bohaterowie, których polubiłam, stali się nagle użalającymi się nad sobą marudami, akcja, żeby jakoś wypełnić te dwa tomy, wlokła się jak flaki z olejem przez ciągłe wtręty opisujące bogate życie wewnętrzne każdego z osobna, a fajne momenty można było policzyć na palcach jednej ręki.

W "Bramach Światłości" wszystko zapowiada się wyśmienicie: do Gabriela zgłasza się naukowczyni Sereda, która gdzieś na skraju Stref Poza Czasem odnajduje emanację Światłości. Nie ma pojęcia, że Światłość dawno opuściła Królestwo, ale dla archaniołów jest to wiadomość na wagę złota. Gabriel finansuje więc wyprawę do niebezpiecznych i słabo zbadanych Stref Poza Czasem, a z ekspedycją wysyła jedynego anioła, który jest w stanie doświadczyć, czy mamy do czynienia z prawdziwą Światłością czy Antykreatorem. Tym aniołem jest - oczywiście - Daimon Frey. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że na wieść o Światłości do wyprawy dołącza również Lucyfer, chcąc osobiście skonfrontować się z Panem. Gdy w ślad za nim rusza Asmodeusz, chcąc go powstrzymać, tron w Głębi zostaje pusty. Co grozi zamieszkami i brutalną walką o władzę wśród upadłych aniołów.

Sam koncept brzmi naprawdę dobrze, a wizja Stref Poza Czasem pozwala autorce na popuszczenie wszelkich wodzy wyobraźni i światotworzenia. Pomysł, by Strefy uczynić ojczyznę wszelkich większych i mniejszych bóstw, w które kiedyś wierzyli ludzie, jest po prostu samograjem. A rozmach, z jakim Kossakowska buduje świat, jest naprawdę godny podziwu. I nawet gdy w pewnym momencie odhaczanie kolejnych cywilizacji na zasadzie miniquestów staje się nużące, to gdzieś tam - słabiej lub mocniej - cały czas kiełkuje w głowie ciekawość, co też Autorka jeszcze wymyśli.

Ciekawie zapowiada się też akcja w Głębi, gdzie Tron - aby uniknąć zamieszek - przejmuje podszywający się pod Lucyfera Razjel. Wątek jego przyjaźni z widmokotkiem Neferem jest chyba najfajniejszym z pobocznych wątków, wygląda też na to, że podobał się również samej Autorce - do tego stopnia, że dostaje srogich rozmiarów epilog. Trochę gorzej jest z pozostałymi Głębianami. Co prawda Lucyfer w drugim tomie dostaje w końcu jakieś zadania, ale już Asmodeusz niestety jest cieniem dawnego siebie, a jakiekolwiek działanie podejmuje dopiero pod koniec trzeciego tomu (zdecydowanie wolałam tę postać w "Zbieraczu Burz"). Wątek ambitnego szpiega Aspaniasza, który współpracuje z wywiadem Królestwa zaczyna się interesująco, by rozwlec się niemiłosiernie, za to kończy trzymającą w napięciu akcją rekompensującą nieskończoną nudę z drugiego tomu.

No więc właśnie, to chyba w ilości tomów leży pies pogrzebany. O ile tom pierwszy jest dość nierówną rozbiegówką, a tom trzeci gna z akcją na złamanie karku i łączy wątki w satysfakcjonujący sposób, o tyle tom drugi zmęczył mnie niemiłosiernie. Jest on od pewnego momentu właściwie jednym wielkim nudnym pobocznym questem, który nie ma żadnego większego wpływu na główną akcję, poza tym że zbliża Daimona z Lucyferem. Być może cały wątek Sinay ma na celu również pokazanie niesprawiedliwości panującej w świecie zapomnianych bóstw, ale jest raczej chybiony przez to, że kto jak kto, ale akurat Daimon i Lucyfer są tego najbardziej z bohaterów świadomi - przez to nie mają szansy na wiarygodną przemianę.

Kiepsko, jak to u Kossakowskiej wypadają też postaci kobiece, czy raczej postać kobieca. Między Seredą a Daimonem nie ma nawet jednej czwartej tej chemii, którą mamy między Razjelem a duszkiem egipskiego kotka. Brutalnie podsumowując, Sereda w książce głównie drze ryja na wszystkich dookoła, a jej relacja z Daimonem sprowadza się głównie do wewnętrznych przemyśleń i rzucania się na szyję. Wątek ten nie jest też praktycznie w żaden sposób rozwiązany, podobnie zresztą jak wątki innych postaci kobiecych opisywanych w serii (no chyba że nie czytałam jakichś opowiadań). Chyba lepiej, żeby w książce w ogóle zostały same bromanse, niż na siłę tworzyć relacje damsko-męskie.

Niestety, "Bramy Światłości" powielają wszystkie grzechy "Zbieracza Burz" - chociaż nie są pozbawione zalet. Wskutek podziału na trzy tomy, gdzie drugi jest praktycznie zupełnie niepotrzebny, całe napięcie szlag trafia i chociaż trzeci tom rekompensuje nieco tę irytację, to jednak znużenie zostaje. W pierwszych dwóch tomach dostajemy opowieść wlokącą się w ślimaczym tempie, przerywaną co chwila monologami wewnętrznymi, czy raczej inwokacjami, bo pisanymi w drugiej osobie - nieco zbyt długimi rozdziałami opisującymi, co aktualnie czują bohaterowie, w możliwie barokowy sposób. Jest to fajne za pierwszym razem i przy pierwszym kontakcie z serią, gdy widzimy wszystkie wnętrzności bohaterów jak na dłoni i te wszystkie nadludzkie emocje im towarzyszące. Ale za trzecim razem staje się to nużące, a za piętnastym, niestety komiczne.

Całe szczęście, że świat w którym poruszają się bohaterowie, z tomu na tom staje się coraz ciekawszy (mnie podobała się szczególnie Kraina Złotego Wieku) i to jest zdecydowanie wielka zaleta tej serii. Niemniej jednak to kolejna powieść, która pada ofiarą braku umiaru Autora - czasem mam wrażenie, że spora część pisarzy fantasy powinna sobie nad biurkiem powiesić zdanie, że czasem mniej znaczy więcej.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek