Artysta totalny, czyli "The Disaster Artist"

2/21/2018

Artysta totalny, czyli "The Disaster Artist"


Przyznaję, kiedyś próbowałam obejrzeć kultowy "The Room" i odpadłam mniej więcej po trzeciej scenie. Jednak życie moje potoczyło się tak, że w pewnym momencie wylądowałam w redakcji serialu paradokumentalnego... i wierzcie mi, praca przy czymś takim sprawia, że na słynny film Tommy'ego Wiseau spogląda się znacznie łaskawszym okiem. Jeśli zobaczy się większy kawałek niż porozrzucane po sieci memogenne fragmenty, to nagle okazuje się, że jest on... no dobrze, nadal zły i nieporadny, ale w jakimś takim jedynym w swoim rodzaju sensie.

Może bredzę, ale naprawdę trudno opisać słowami, czym właściwie jest "The Room" (może dlatego, że nadal nie obejrzałam go w całości...). Na szczęście drugie życie kultowej produkcji dał James Franco, który - jak na fana "talentu" Wiseau przystało - napisał scenariusz, wyreżyserował, wyprodukował i zagrał główną rolę w filmie "The Disaster Artist". Jeśli jednak ktoś, widząc w obsadzie braci Franco i Setha Rogena, spodziewa się humoru w stylu Judda Apatowa i żartów wirujących wokół genitaliów, to spieszę uspokoić/rozczarować: to nie jest film tego typu. Produkcja opowiadająca o kręceniu najgorszego filmu świata okazuje się zaskakująco mądrze napisana i wyreżyserowana, chociaż aż się prosiło, żeby pokazać ją "na grubo".


To, co najbardziej podobało mi się w filmie, to sympatia, z jaką Franco traktuje swoich bohaterów, wszystkich bez wyjątku. To postaci, które bardzo łatwo jest wyśmiać - Greg jest kompletnym aktorskim beztalenciem, Tommy jest nadekspresyjny, ekscentryczny i powiedzmy sobie szczerze, produkcji filmowej nie powinien dotykać nawet kijem. Sam Franco gra Tommy'ego Wiseau brawurowo i na najwyższych nutach, naśladując każdą jego dziwaczną manierę, akcent i gesty, budując postać totalnego oszołoma przekonanego o własnym wielkim talencie i o tym, że inni nie mają racji. A jednak tak umiejętnie rozkłada akcenty i buduje zrozumienie dla bohaterów, że w scenie premiery filmu, gdy widownia bezlitośnie obśmiewa kiepskie dialogi i nieporadność produkcji, wcale tak bardzo nie chce nam się śmiać. Widać, że celem twórców nie było sparodiowanie Wiseau - raczej starali się zrozumieć jego i jego fenomen. 


James Franco odrobił lekcję na celujący, oczywiste jest, że obejrzał film Wiseau wzdłuż i wszerz - co widać choćby w napisach końcowych, gdzie sceny z "The Room" pokazane są równolegle z inscenizacjami z "The Disaster Artist". Świetnie oddane zostały w filmie liczne niuanse, śmiesznostki i scenariuszowe zagwozdki "The Room" oraz absurdy towarzyszące jego powstawaniu i otaczająca go dziwaczna, momentami wcale nie zabawna atmosfera. Obserwujemy przeciągające się zdjęcia, konflikty na planie, humory Tommy'ego, który z jednej strony wydaje się zadufanym w siebie, egoistycznym gnojkiem - a z drugiej nieporadnym, pełnym kompleksów chłopakiem, który świat wokół siebie postrzega trochę jak dziecko. Dziecko, które dostało do ręki kamerę i pięć milionów dolarów.


"The Disaster Artist" można czytać dwojako - z jednej strony jako typowo amerykańską historię o spełnianiu marzeń bez względu na wszystko. Z drugiej - jako rozrachunek z tym samym amerykańskim mitem, który dla wielu podobnych do Tommy'ego i Grega okazał się przekleństwem. Tak jak zeszłoroczny "La La Land" pokazywał, jak marzycieli niszczą kolejne kompromisy, tak film Franco pokazuje, że czasem nasze marzenia spełniają się nieco inaczej niż byśmy tego chcieli. A także... że może czasem to ta druga strona, który tłamsi nasze ambicje i mówi, że się nie nadajemy, ma rację. Co wcale nie znaczy, że powinniśmy odpuścić... a może znaczy? W odróżnieniu od bohaterów "La La Land" Tommy Wiseau nie poszedł na żadne kompromisy, na co - no cóż - pozwoliły mu posiadane nie wiadomo skąd pieniądze. Pytanie, czy odniósł zwycięstwo? Niby nakręcił film, o którym marzył i dokładnie taki, o jakim marzył - bo w końcu nie ograniczali go reżyserzy, producenci czy budżet. Z drugiej strony - film, który nakręcił, został okrzyknięty najgorszym filmem świata, a on sam nie osiągnął ani artystycznego, ani finansowego sukcesu. Czy było warto? Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
Prawda nas wyzwoli, czyli "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

2/19/2018

Prawda nas wyzwoli, czyli "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"


Klik! Uwielbiam ten dźwięk w mojej głowie, gdy podczas oglądania filmu nagle wszystko trafia na właściwe miejsce, wszystkie informacje się zazębiają, pozornie bezsensowne działania postaci nabierają sensu. Zazwyczaj takiego uczucia doświadczam podczas oglądania dobrych kryminałów. Tyle że "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to nie jest właściwie kryminał. Chociaż mamy ofiarę, podejrzanych, detektywa i śledztwo, nic nie toczy się tu zgodnie z jakimikolwiek schematami czy oczekiwaniami widza, a prawda, którą bohaterowie odkryją na zakończenie wcale nie będzie odpowiedzią na pytanie "kto zabił".

Bliżej prawdy byłoby nazwanie filmu Martina McDonagha antykryminałem - zamiast żmudnego procesu dochodzenia do prawdy mnożą się jedynie kolejne pytania, a bohaterowie zamiast szukać przestępcy - odnajdują siebie samych i siebie nawzajem, niekoniecznie doświadczając przy tym odkupienia win. Gdy już wydaje nam się, że pewne role zostały przez scenariusz rozdzielone - matka cierpiąca po stracie córki, znudzony życiem szeryf, młody cwaniak z agencji reklamowej, tępy agresywny policjant - scenarzysta potrząsa nimi jak w kalejdoskopie i okazuje się, że nic z tych rzeczy, w każdej z tych postaci tkwi jeszcze drugie dno. I trzecie. I może nawet czwarte.


Powiem szczerze - nie dziwię się, że "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" zgarniają wszelkie laury w sezonie nagród. Nie dziwię się, że scenariusz jest nominowany do wszystkiego, do czego można go nominować. W odróżnieniu od takiej choćby "Gry o wszystko" Sorkina zupełnie nie czułam tu tej gry z widzem, sztuczek, które mają na celu przywiązać nas do bohaterów. Wszystko jest naturalne, momentami tak absurdalne, że "tylko życie mogło coś takiego wymyślić". Nie sprawia wrażenia wymyślonego w sterylnym gabinecie pod mikroskopem, nie sprawia wrażenia zaplanowanego na wywołanie konkretnych emocji.

Nie dziwię się też, że nominacje do wszystkiego zgarniają Frances McDormand, Woody Harrelson i Sam Rockwell. Ta trójka w filmie po prostu aktorsko wymiata, tworząc postaci głębokie, skomplikowane, wymagające zrozumienia od widza, po prostu prawdziwe. Ich działania nie zawsze są logiczne, ich motywacje rzadko kiedy szlachetne, momentami budzą odrazę. Ale jedno jest pewne - aktorzy tchnęli życie w te dziwne, pokręcone postaci i sprawili, że widz mimo wszystko im kibicuje. Brawa należą się tu zwłaszcza Samowi Rockwellowi, który wcielił się w dość odrażającą postać Jasona Dixona. Jego bohater to tępy półgłówek, który sprawy rozwiązuje pięścią, mieszka z matką i nie jest nawet w stanie zrozumieć, czy został zwolniony czy zawieszony. A jednak w pewnym momencie następuje fabularna wolta, która powoduje, że widz zaczyna - nawet nie tyle lubić - co współczuć tej postaci.


Dziwię się za to, że nominacji nie dostał reżyser filmu, Martin McDonagh. Bez sprawnej ręki reżysera nie udałoby się wyczarować tego dusznego klimatu małego, amerykańskiego miasteczka. Nie jest to może jakieś wiekopomne osiągnięcie - wszak każdy kinoman wie, że na amerykańskiej prowincji, gdzieś między pustymi polami, ponurymi motelami i nigdy nie odnawianym biurem szeryfa mieszka ZŁO - ale trzeba naprawdę talentu, żeby wykrzesać z tego ogranego motywu coś nowego. Coś, co nie będzie tylko powieleniem "Fargo" i reszty, ale przemówi własnym głosem. I o wiele więcej - bo właściwie historia opowiadana w filmie jest bardzo amerykańska, a równocześnie na tyle uniwersalna, że mogłaby się rozegrać gdziekolwiek.

"Trzy billboardy..." to też jeden z tych filmów, w których każdy może odnaleźć coś innego. Dla jednych będzie to czarna komedia, przy której fajnie się pośmiać, dla innych moralitet o tym, czym są właściwie dobro i zło, dla niektórych opowieść o zemście, dla jeszcze innych - o rodzinie albo o samotności. A może o problemach Ameryki i całego nowoczesnego świata. I jeszcze o ludziach z różnych powodów wykluczonych. Dla mnie film McDonagha to przede wszystkim historia o poczuciu winy - każdy z bohaterów zmaga się z tym uczuciem na swój sposób, jedni radzą sobie gniewem i agresją, drudzy - rezygnacją. I chociaż mogłoby się wydawać, że oto mamy opowieść, gdzie odważna matka stanie naprzeciwko całemu światu i wygra, odnajdując mordercę swojej córki i lecząc swoje wyrzuty sumienia - to film nie będzie miał jednoznacznego morału, o ile w ogóle można mówić w jego przypadku o jakimkolwiek morale. A że najbardziej na świecie nie cierpię zbędnych morałów, to film McDonagha zdecydowanie zdobył moje wymagające serce. A że to dopiero początek mojego oscarowego oglądania, to wyczuwam dobry filmowy rok.
Z dala od szufladek, czyli "Slash" Natalii Osińskiej

2/03/2018

Z dala od szufladek, czyli "Slash" Natalii Osińskiej


"Zostawiliśmy ich w nieco bajkowym momencie happy endu, który jednak nie może trwać wiecznie." - pisałam w 2016 roku w recenzji "Fanfiku" Natalii Osińskiej, licząc na to, że kiedyś dowiem się, co będzie dalej z bohaterami. No więc doczekałam się. W książce "Slash" poznajemy dalsze losy Leona i Tośka, chyba najbardziej nietypowej pary, jaka w ostatnich latach pojawiła się w polskiej literaturze młodzieżowej.

I wiecie co? Moją pierwszą myślą po przeczytaniu było to, że mam wielką nadzieję, że "Slash" trafi kiedyś na listę lektur szkolnych, choćby tych nadprogramowych. Oczywiście konieczność obowiązkowego przeczytania może zabić przyjemność z lektury, ale mimo to podskórnie wierzę, że jeśli gdzieś na progu dorosłego życia trafi się na dobrą książkę o byciu Innym, to niektórym czytelnikom pomoże ona w pogodzeniu się z własną tożsamością, a w przypadku niektórych - ma szansę sprawić, że później, gdy tych Innych zacznie się w życiu spotykać, to pierwszą reakcją nie będzie lęk i niechęć. Oczywiście jedna książka nie zmieni nikomu życia (zazwyczaj), ale będzie jedną z tych cegiełek, z których buduje się własne poglądy i spojrzenie na świat.

To, co podobało mi się w poprzedniej książce Osińskiej, to sposób, w jaki Autorka traktuje wszelkie stereotypy i unika szufladkowania bohaterów. Również "Slash" najpierw rozwija się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, by w najmniej oczekiwanym momencie zmylić tropy i podążyć w zupełnie innym kierunku. Nic tu nie jest jasne, nic tu nie jest oczywiste. Autorka świadomie pisze książkę o tematyce LGBT, w której chyba ani razu nie padają słowa "gej", "lesbijka", "transpłciowość" czy nawet "feminizm". I nie jest to wcale ucieczka od spojrzenia prawdzie w oczy. Osińska jeszcze dojrzalej niż w "Fanfiku" udowadnia, że te pojęcia są jedynie etykietkami, które być może pozwalają na przyporządkowanie człowieka do jakiejś bezpiecznej szufladki, ale nie pozwalają go tak naprawdę poznać czy ocenić. Już sam tytuł "Slash" może osobom obeznanym w kwestii fanfiction sugerować, że powieść będzie traktować o miłości męsko-męskiej. Tymczasem w problemy poruszane przez Osińską sięgają dużo szerzej, a i ta miłość jest mocno nieoczywista i w problemach Tośka i Leona mają szansę odnaleźć siebie również te nastolatki, które nie mają problemów z tożsamością płciową.

Tym razem Autorka oddaje głos Leonowi, postaci jeszcze bardziej nieokreślonej i skomplikowanej niż Tosiek, którego poznaliśmy w "Fanfiku". Tak jak "Fanfik" był powieścią o radzeniu sobie ze swoją innością czy innością bliskiej nam osoby, budowaniu własnej tożsamości, tak "Slash" to przede wszystkim powieść o niedopasowaniu i zarazem potrzebie przynależności do grupy. Warto zaznaczyć, że Natalia Osińska nie tworzy bohaterów jednoznacznie dobrych - zachowania Leona i Tośka (w moim przypadku - zwłaszcza Tośka) mogą ostro wkurzać. Leon jest przeciwieństwem Tośka, który swoje miejsce zaznacza dość agresywnie, swoją świeżo odnalezioną tożsamość podkreślając głośno i wyraźnie. Leon nie lubi się wychylać, błyszczeć, rządzić innymi, czy to w szkole, czy w związku. To inni starają się go na siłę wyciągać ze strefy komfortu, zmieniać, naprawiać, dopasowywać. Jest w nim bunt (aż chce się powiedzieć "angst") przeciwko temu, jaki jest, który zarazem nieustannie walczy z potrzebą przynależności i poczucia wspólnoty. Równie duże problemy ma z konserwatywnymi rodzicami i dorosłą siostrą, która chce go zaprosić na huczne wesele, jak i z barwnym Tośkiem, który z wycieczki po Londynie, gdzie zaliczył i spektakl na West Endzie i paradę Pride, wrócił zarówno z nowymi przyjaciółmi, jak i z nowymi, radykalnymi poglądami. W dodatku dziewczyny z jego klasy, które jeszcze w "Fanfiku" sprawiały wrażenie mało ciekawej zbieraniny, nagle angażują się w jakiś - zdaniem Leona skazany na porażkę - protest połączony z ubieraniem się na czarno.

A propos, bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Osińska opisuje to wydarzenie, które dla dziewczyn ze szkoły Tośka i Leona i dla nich samych stanowi niemalże przeżycie pokoleniowe. Właściwie dopiero przy czytaniu tej książki uzmysłowiłam sobie, że w tamten deszczowy dzień razem z setkami tysięcy innych kobiet wzięłam udział w wydarzeniu, o którym... no cóż, będą pisać książki ;) A co za tym idzie, zaczęłam się zastanawiać, jaki będzie odbiór zarówno wydarzenia, jak i książki za kilka czy kilkanaście lat.

Podczas czytania wielokrotnie zwracało moją uwagę, jak dużo cierpliwości i sympatii ma Autorka dla swoich bohaterów. Jak łatwo byłoby zrobić z Tośka czarny charakter, jak łatwo byłoby wyśmiać Wiktora jako konserwatywnego półgłówka, a siostrę Leona urządzającą wesele na 200 osób pokazać jako pustą i zakłamaną. Tymczasem nic z tych rzeczy - każdego z nich Autorka wyposaża w ludzkie cechy, dzięki czemu z powieści nie powstaje agitka, a właściwie na temat każdego z bohaterów można dyskutować bez końca.

Do tego przy "Slashu" nieraz uśmiechną się osoby w różnym stopniu zanurzone w popkulturę. Tak jak u Musierowicz bohaterowie czytywali "Feynmanna wykłady z fizyki", tak Leon słucha Davida Bowie i ogląda "Labirynt", a Tosiek uwielbia Hamiltona, jedzie do Londynu na "Wicked", pisuje fan fiction i nagrywa vloga. Dzięki temu, że bohaterowie poruszają się w dość specyficznej niszy popkultury (nie oszukujmy się, musicale i fanfiki to nie jest główny nurt zainteresowań młodzieży), nie jest to lektura z rodzaju "staruszek wpisał w Google, czym się interesuje młodzież i chce być cool". Widać, że Autorka również siedzi w tej tematyce i nie traktuje "przyklejonej do komórek dzisiejszej młodzieży" z góry, tylko wchodzi z nią w dialog ich własnym językiem. Jedynym właściwie wątkiem, który odstaje od całej książki, jest ten o dopalaczu, przez który Tosiek trafia do szpitala. Ten fragment pachnie trochę tanią sensacją i sprawia wrażenie chęci "odhaczenia" jednego z listy młodzieżowych problemów.

O książkach Osińskiej chętnie mówi się w kontekście nawiązań do Małgorzaty Musierowicz. O ile jednak "Fanfik" bardzo mocno wchodził w polemikę z "Jeżycjadą", o tyle "Slash" (chociaż wciąż podobny do niej poprzez miejsce akcji, młodzieżowych bohaterów czy barwny język) idzie już własną drogą i pokazuje, że z książki na książkę Autorka zdobywa coraz większą sprawność w opisywaniu pokręconego i niejednoznacznego świata nastolatków. Jestem bardzo ciekawa, co Natalia Osińska pokaże w kolejnych powieściach, bo rzeczywiście wyrasta na jedną z ciekawszych przedstawicielek polskiej literatury młodzieżowej.
Sorkin w stanie czystym, czyli "Gra o wszystko"

1/30/2018

Sorkin w stanie czystym, czyli "Gra o wszystko"


Wiele lat temu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam "The Social Network" Davida Finchera, był to jeden z impulsów, który popchnął mnie w stronę scenariopisarstwa. Takie scenariusze chciałam pisać, takie historie opowiadać. "Gra o wszystko", również nominowana do Oscara za scenariusz ma niby dokładnie to samo, co miał film o Zuckerbergu - strukturę dramatu sądowego z retrospekcjami, interesującego protagonistę (a nawet protagonistkę, ha!), dialogi i monologi bohaterów wyrzucane z prędkością karabinu maszynowego. Aktorsko jest znacznie lepsza niż film Finchera, głównie za sprawą Idrisa Elby, który wyrasta ostatnio na mojego ulubionego aktora. Sama historia też stwarza pole do popisu - Molly Bloom (co za imię i nazwisko!), sportsmenka, która otarła się o olimpiadę w Salt Lake City, a następnie stworzyła pokerowy biznes wart miliony dolarów. No i niby wszystko jest na swoim miejscu, więc dlaczego tym razem trochę kręcę nosem?

Nie wiem, czy osobą, która najbardziej zaszkodziła scenariuszowi Sorkina, nie był przypadkiem... sam Sorkin jako reżyser. Być może zrobił dokładnie taki film, jaki sobie wymarzył - nikt mu nie ingerował w fabułę, nie mówił, że tego nie można, a to zrobimy inaczej, mógł prowadzić aktorów tak, jak tego chciał. Niemniej cały czas odnosiłam wrażenie pewnej sztuczności całej historii i podczas oglądania towarzyszyła mi myśl, że taki Fincher wycisnąłby z tego drapieżnego dialogu znacznie więcej niż dynamiczną sztukę teatralną.

Źródło: Mat. dystrybutora / Monolith.pl
Nie zrozumcie mnie źle - ja bardzo lubię takie teatralne filmy, które czarują barokowym dialogiem i pokazują możliwości aktorów. Aktorsko film jest, jak już wspomniałam, bez zarzutu - i wspomniany Idris Elba, i Jessica Chastain w głównej roli dają z siebie wszystko. Zwłaszcza postać Molly Bloom w interpretacji Chastain wymyka się schematom, o których sama mówi w scenariuszu - kobiety w męskim świecie, kobiety oszukanej przez mężczyzn, kobiety, za której sukcesem stoi mężczyzna. Michael Cera udaje Leonardo diCaprio/Tobeya Maguire'a/chama i cwaniaka ze swego rodzaju wdziękiem, nawet Kevin Costner w roli ojca Supermana Molly ma tu coś do zagrania.

Chyba najbardziej przeszkadzało mi w "Grze o wszystko" to, co tak podobało mi się w "The Social Network", czyli struktura opowiadania historii. Gdy oglądamy na ekranie retrospekcje Molly, jest dynamicznie i hipnotyzująco, chociaż jakby tak się zastanowić, na ekranie oglądamy głównie ludzi grających w karty. To prawdziwa sztuka, żeby przykuć uwagę widza do gry, w którą sam zagrać nie może, i tutaj scenariusz i reżyseria współgrają znakomicie. To najlepsze części tej historii, do których rzadko wkrada się nuda. Tyle że potem znowu przenosimy się do części współczesnej, która mimo Idrisa Elby nie jest ani na moment tak wciągająca. Oglądamy dobrze zagrany teatr, w którym owszem, mamy piękne rozbuchane dialogi, ale bohaterowie ani trochę nas nie obchodzą, a ich motywacje są mocno naciągane.

Źródło: Mat. dystrybutora / Monolith.pl
Dramat sądowy bez stawki - to dość spory grzech. A pieniądze są istotną stawką, ale w życiu, a nie na ekranie, gdzie widz oczekuje spraw ostatecznych, mięsa i krwi. A przynajmniej - jeśli ktoś mu to mięso i krew obieca. W "The Social Network" gra również toczyła się o miliony, ale zarazem od samego początku wiadomo było, że nie jest to kwestia życia i śmierci, a statyczne przesłuchania Sorkin z Fincherem rozbijali ironią i ciętymi ripostami. Niestety w "Grze o wszystko" w części "sądowej" Sorkin poszedł w nieznośny patos. Robi co może, żeby widz odniósł wrażenie, że Molly grozi co najmniej kara śmierci, ale ponieważ wszyscy wiemy, że "tylko" pójdzie do więzienia i to na niezbyt długo (w porównaniu z innymi bohaterami dramatów sądowych oczywiście), kolejne uderzające w najwyższe tony dialogi i łzy robią się co najmniej dziwne. Sorkin kokietuje nas tyloma sztuczkami scenariuszowymi, żebyśmy polubili bohaterkę i przejęli się jej losem, że niestety robi ten jeden krok za daleko. Zaczyna od wywołania współczucia dynamiczną sekwencją "sportową", która sprawia, że widz zaczyna kibicować Molly również w dalszych poczynaniach. Dyskretnie podsuwa córeczkę głównego bohatera, z którą Molly łapie nić porozumienia. Ale gdy dochodzimy do pełnego łez dialogu, w którym bohaterowie zauważają, że owszem, to niby tylko osiem lat więzienia, ale w tym czasie Molly nie będzie mogła urodzić dziecka, a całość dostajemy w otoczce "Czasu zabijania" i "Czarownic z Salem" (cytowanych zresztą wprost, bo jeszcze ktoś nie wyłapałby cytatu i nie zachwycił się kunsztem scenarzysty), to coś we mnie pęka. Zwłaszcza, że gdyby we wspomnianym dialogu pozostać przy samym nawiązaniu do "Czarownic..." (ze słynnym cytatem "Because it is my name!"na czele), absolutnie wystarczyłoby to, by uwierzyć w motywacje bohaterki.


No i o ile bardzo lubię Sorkina za ten drapieżny dialog, o tyle przy "Grze o wszystko" parę razy miałam ochotę powiedzieć "dość". Poza sztuczkami rodem z "Save the cat" wspomnianymi wyżej, mamy też solidną dawkę wiedzy bezużytecznej, która owszem, wywołuje poczucie "o łał, ale ten scenarzysta jest super inteligentny".  Żeby nie było, sama w swoich scenariuszach stosuję ten chwyt, ale każdy ma w tym względzie indywidualną tolerancję. O ile w kwestiach pokerowych chłonęłam wszystkie informacje bez zastrzeżeń, o tyle na początku, przy "stok narciarski ma taki sam kąt nachylenia co egipskie piramidy" uniosłam wysoko brwi. Wymiękłam jednak dopiero przy "a wiesz, czym pachnie środek wszechświata? rumem i malinami" i natchnionym wykładzie na temat mrówczanu etylu. Takie głębokie. No dobra, ale w końcu to Sorkin może wyjść z gali oscarowej ze statuetką, więc może jednak facet wie, co robi ;)

"Gra o wszystko" to sprawnie zrealizowany film, po którym chyba jednak spodziewałam się czegoś więcej. Sztuczki scenariuszowe sztuczkami, ale dobry film to jednak taki, w którym są one tak umiejętnie ukryte, że widz ich nie zauważa. Jeśli jednak zamiast podśmiewać się z ego Sorkina przymkniemy na to oko i zwyczajnie docenimy kunsztowny scenariusz, film daje się oglądać o wiele lepiej.
Małe wielkie problemy, czyli "Pomniejszenie"

1/28/2018

Małe wielkie problemy, czyli "Pomniejszenie"


Dziesięć lat temu, Hollywood, biuro producenta.

- Dzień dobry, nazywam się Alexander Payne i mam pomysł na film.
- No?
- Norwescy naukowcy znajdują sposób na przeludnienie: zmniejszenie ludzkości.
- Hm, coś w tym jest. I co dalej?
- Główny bohater, przedstawiciel amerykańskiej klasy średniej, stwierdza, że pomniejszenie zlikwiduje wszystkie jego problemy i decyduje się na zabieg. Trafia do zminiaturyzowanej utopii, gdzie może sobie pozwolić na wszystko.
- Zajebiście! Rozumiem, że potem zaczynają się konflikty i wojna dużych z małymi, a bohater staje na czele ruchu oporu.
- Ymmm... nie.
- Pogrąża się w dekadencji i ginie przez własną pychę?
- Nie, proszę pana.
- Bohater zostaje pożarty przez wielką rybę?
- No... też nie.
- Wielkiego kota?
- W ogóle nie zostaje pożarty. Bohaterowie są chronieni przez wielką kopułę, która...
- A jakieś wybuchy będą?
- W zasadzie nie, ale... No dobrze, można dać na koniec.
- Jak na koniec? To nie będzie katastroficzne science fiction? Dystopia?
- Nie... w zasadzie raczej taki ciepły film obyczajowy z elementami satyry społecznej. Przepraszam? Pan zasnął?
- Hę? Yyy... Wie pan co... może jakby pan miał Oscara, to byśmy pogadali. Następny!

Podejrzewam, że tak mniej więcej mogła wyglądać rozmowa Alexandra Payne'a z producentem, któremu chciał sprzedać scenariusz swojego filmu "Pomniejszenie". Na szczęście dziesięć lat później, z dwoma Oscarami (za "Bezdroża" i "Spadkobierców") na koncie, mógł już sobie zrealizować film dokładnie taki, jaki chciał. A widz może czuć się nieco zaskoczony, bo właściwie nic w tym filmie nie potoczy się utartymi scenariuszowymi szlakami.

Uwaga! Spoilery! Nieduże, ale są.



Mówi się, że filmy science-fiction są często odbiciem aktualnych lęków ludzkości. "Godzilla", "Dzień niepodległości", "Planeta małp", "Matrix" - gdy po ich obejrzeniu zerkniemy w nagłówki gazet z czasów, w których te filmy powstały, możemy próbować doszukiwać się pewnych analogii. W ostatnich latach jednym z najczęstszych problemów społecznych przedstawianych w kinie jest rosnący rozdźwięk między bogatymi a biednymi. "Dystrykt 9", "Elizjum", "Igrzyska śmierci", "Wyścig z czasem", "Snowpiercer" a nawet ostatnie "Gwiezdne wojny" w krzywym zwierciadle pokazują przepaść, jaka wyrosła między slumsami najbiedniejszych, a rezydencjami najbogatszych i problemy, jakie z tego wynikają. "Pomniejszenie" również porusza te tematy, tworząc początkowo wizję najprawdziwszej utopii - takiej nie dys- i nie anty-, ale po prostu utopii. Wizja to niemalże rodem z oświeceniowych lektur, a główny bohater, grany przed Matta Damona, to też taki trochę współczesny Kandyd czy może raczej Guliwer, który będzie naszym przewodnikiem po tym zminiaturyzowanym świecie, pokaże jego zalety, wady i absurdy.


Historia zaczyna się dość konwencjonalnie - naukowcy ogłaszają epokowe odkrycie, które raz na zawsze rozwiąże wszystkie problemy ludzkości, i rozpoczynają zmniejszanie ludzi na ogólnoświatową skalę. "Pomniejszeni" trafiają do specjalnie skonstruowanego dla nich świata, w którym mogą nagle poczuć się... no cóż, wielcy. Ich majątki po przeliczeniu zwiększają się o parę zer, a oni sami mogą nagle żyć jak królowie. Główny bohater, Paul Safranek, to typowy przedstawiciel amerykańskiej klasy średniej. Do biedy mu daleko i właściwie jest szczęśliwy, ale wiecie: tu kredyt, tam inne długi i budżet się nie domyka. Pracy też daleko do pracy marzeń, nie stać go na dom z ogrodem i musi ciągle kombinować i oszczędzać, żeby związać koniec z końcem. W normalnym życiu nigdy przenigdy nie dorobi się choćby ułamka luksusów... które są na wyciągnięcie ręki, w krainie liliputów. Razem z żoną decydują więc się zmniejszyć... tyle że nie wszystko idzie zgodnie z planem, bo żona w ostatniej chwili rezygnuje i zostawia go samego. I małego.

I właśnie tu, w momencie gdzie w 99% innych scenariuszy nastąpiłaby katastrofa, zaczęła się walka o przetrwanie i tak dalej, główny bohater staje przed zupełnie innym problemem, tylko pozornie mniejszego kalibru - musi żyć normalnie. W świecie, który wydaje się rajem. Świecie, który nagle bez ukochanej osoby staje się niewiarygodnie pusty i nudny. Na szczęście na drodze stają mu uwodzicielski bon vivant Dusan i wietnamska dysydentka Ngoc Lan Tran, którzy robią wszystko, by wyrwać go z letargu, w jaki popadł. Każde z nich reprezentuje inne wartości, ale oboje są tak samo poczciwi i sympatyczni. Bo chociaż pod fasadą utopii wciąż kryją się nierówności społeczne, a wynalazek Norwegów w innych krajach trafia w niepowołane ręce (miniaturowi terroryści, przymusowe zmniejszanie więźniów), to w świecie Payne'a nie ma ludzi złych, są tylko ludzie nieszczęśliwi.


Przez pierwszą część filmu "Pomniejszenie" czaruje i szokuje wizją świata, błyskotliwymi rozwiązaniami, które może dla miłośników "Kingsajzu" nie są niczym nowym, ale powodują nieustanny uśmiech na twarzach widzów. Wyobraźnię Payne'a widać zarówno pod względem strony wizualnej, jak i całej społecznej otoczki i problemów, jakie nowa sytuacja wywołuje: czy mali ludzie powinni płacić większe, czy mniejsze podatki? Czy powinni mieć pełnowartościowe prawa głosu? Służyć w armii? I dlaczego mimo wszelkich udogodnień wokół utopijnej krainy mlekiem i miodem płynącej powstają miniaturowe slumsy? Payne z humorem i satyrycznym zmysłem opisuje "pomniejszoną" rzeczywistość, jednocześnie mimochodem komentując tę doskonale nam znaną. Gdy jednak przyzwyczaimy się już do naszej utopii, historia traci rytm, zaś cała sekwencja "norweska" sprawia wrażenie oderwanej od reszty. Szkoda.

Film Payne'a skojarzył mi się nieco z moimi niegdyś ulubionymi powieściami Murakamiego albo Saramago - u tych autorów zawsze jeden "magiczny" element w absolutnie realnym świecie staje się kulą śnieżną, pociągającą za sobą lawinę następstw. To samo mamy w "Pomniejszeniu": trochę tu realizmu magicznego, a trochę powiastki filozoficznej, społecznego komentarza do aktualnej kondycji świata. Nie zawsze to gra - mimo że w pewnym momencie problemy urastają nawet do rangi końca ludzkości, w scenariuszu brakuje stawki, o jaką gra bohater, brakuje celu, do jakiego dąży. Według scenariuszowej filozofii akcję zawsze napędza konflikt "cel versus prawdziwe pragnienie bohatera". Tymczasem nasz Paul Safranek przez większość czasu celu nie posiada, a w pewnym momencie jego jedynym celem staje się... poszukiwanie celu. W niektórych filmach bohater - piłeczka odbijana przez los - sprawdza się dobrze ("Forrest Gump"), w "Pomniejszeniu", momentami do historii wkrada się nuda, a momentami nielogiczności, czasem miałam też wrażenie, że między poszczególnymi sekwencjami brakuje scen, które wyjaśnią, dlaczego bohater robi to, co robi. Jego działania są tak nieoczywiste, że niekiedy sprawiają wrażenie scenariuszowej nielogiczności. Z drugiej strony... postępowanie wbrew schematom jest bardzo, bardzo ludzkie.


Pisałam w jednym z poprzednich tekstów, że wzrusza mnie w filmach wiara w to, że mimo przepaści ziejących między ludźmi, wciąż jest możliwe nawiązanie kontaktu, wyciągnięcie ręki i dogadanie się między sobą. Tak też jest w "Pomniejszeniu": chociaż Payne stawia ludzkości dość złowrogą diagnozę, na całe szczęście nie odbiera nam wiary w człowieka.
Gdy słowa irytują, czyli o błędach językowych i agresji

1/20/2018

Gdy słowa irytują, czyli o błędach językowych i agresji


Pewnego pięknego dnia podczas robienia korekty trafiłam na termin, którego prawidłowej pisowni i odmiany nie sposób było znaleźć w słowniku. Internet miał do niego dość luźne podejście i istniało kilka wariantów. Ponieważ nie umiałam zdecydować się na jedną formę, postanowiłam wybrać opcję "pytanie do publiczności". Zadałam więc pytanie w grupie facebookowej dla redaktorów...

Rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania: już po kilkunastu sekundach kilka osób zwróciło mi uwagę, że zrobiłam literówkę w komentarzu (fakt, zrobiłam, toteż poprawiłam ją od razu) i nie postawiłam przecinka we właściwym miejscu. Ktoś napisał, że skoro nie umiem pisać poprawnie, to czy na pewno powinnam być redaktorem. Kolejne osoby z kolei zaczęły uzasadniać, że wspomniany błąd interpunkcyjny nie jest błędem, i rozważać, czy zdanie można uznać za wtrącenie, czy nie. Ktoś spytał ironicznie, czy nie umiem korzystać z googla. Ktoś polecił mi przeszukanie poradni językowej, od której zaczęłam poszukiwania, a ktoś zaczął biadolić że to angielskie słowo i dlaczego nie mogę użyć polskiego odpowiednika. Dopiero jedenasta osoba odpowiedziała na moje pytanie, ale co z tego, skoro dwunasta zarzuciła jej, że się nie zna. Byłam tak przerażona, że usunęłam wpis, poprzysięgając sobie, że choćbym miała przeczytać cały słownik Doroszewskiego za jednym posiedzeniem, nigdy więcej nie rzucę już niczego braciom redaktorom na pożarcie. I tak miałam dobrze. Wpis obok, dotyczący zasadności użycia słowa "psycholożka" miał jakieś dwieście komentarzy, z których połowa była argumentami ad hitlerum.

Ale o tym, jak poprawiać błędy i nie zwariować przy tym, już kiedyś pisałam. Tym razem zafascynowała mnie zajadłość, z jaką redaktorzy rzucili się na siebie wzajemnie. Poczytałam kilka innych dyskusji i cóż, lepiej nie było. Wystarczy rzucić parę haseł-samograjów: żeńskie końcówki, rusycyzmy, kalki językowe - zaledwie mała iskra może rozpętać prawdziwą polonistyczną gównoburzę. Widać też, że największe emocje budzą zmiany w języku, które naruszają jakieś szeroko rozumiane status quo. Pytanie tylko, dlaczego?

Lubimy ograniczenia?

Teoretycznie można powiedzieć: tu jest Polska, tu bez kłótni nie da rady. Ale jeśli podejść do tego od strony psychologicznej, to przecież zazwyczaj raczej oburzamy się na ograniczenia, niż dobrowolnie im poddajemy: kodeks drogowy i ograniczenia prędkości nieustannie podajemy w wątpliwość. Ściąganie plików z internetu to przecież nic złego, ustawa o stałej cenie książki wywołuje burzę, nawet niektórzy katolicy nie są zadowoleni z tego, że Kościół zabrania im jeść mięso w piątki i uprawiać seks przed ślubem. Tymczasem w języku nie dość, że dobrowolnie poddajemy się rygorom (co jest, powiedzmy, naturalne) to jeszcze... sami z siebie domagamy się nowych.

Nawet najbardziej cierpliwy i wyluzowany człowiek potrafi jednym tchem wymienić zwyczaje językowe, które denerwują go u innych. Mówienie "om" zamiast "ą", "bynajmniej" zamiast "przynajmniej", używanie regionalizmów, przekręcanie przysłów i idiomów... wyliczać można w nieskończoność. Znaczna liczba tych irytujących zwyczajów wcale nie jest błędna, czasem została już zaakceptowana przez Radę Języka Polskiego, czasem ma uzasadnienie w przeszłości, czasem przejdzie tylko w języku mówionym albo dane słowo jest regionalizmem. Ten tekst nie ma jednak na celu ich wyliczania (aczkolwiek podejrzewam, że gdybym dała mu tytuł "10 najbardziej irytujących zwyczajów językowych", to byłby to najbardziej clickbaitowy tytuł w historii bloga), a raczej chciałabym sięgnąć głębiej - DLACZEGO tak agresywnie reagujemy, gdy język wokół nas nie jest taki, jakbyśmy chcieli? Ta przypadłość nie dotyczy zresztą tylko zawodowych redaktorów (chociaż serio - dopóki nie trafiłam na facebooka, nie sądziłam że ludzie, którzy zaliczyli na piątkę Kulturę Języka Polskiego, potrafią tak bluzgać na innych), bo pod każdym tekstem w internecie można znaleźć samozwańczych rycerzy korekty, którzy zamiast zająć się treścią, wyliczą wszystkie błędy i brakujące przecinki.




No właśnie, może na początku powinniśmy rozgraniczyć dwa rodzaje językowych burz. Pierwsza to ta o błędy - łatwo uciszyć je w zarodku, przywołując odpowiednie fragmenty słownika i cytaty z poradni PWN, z profesorem Bańko na czele. Oczywiście zawsze mogą zdarzyć się tacy, którzy z tą wyrocznią się nie zgodzą i będą udowadniać, że "Rada Języka Polskiego nie jest nieomylna, to zaledwie organ doradczy". Drugi gatunek burz to jednak problem z rzędu tych nierozwiązywalnych - o słowa spoza słownika. O neologizmy, zapożyczenia, kalki. O wszelkie słowa, które naruszają językowe status quo, które tak naprawdę dla każdego jest zupełnie inne. Tutaj nie jest już tak łatwo. Ale dlaczego?

Siadaj, pała!

Główny powód, moim zdaniem, to szkoła - to w zasadzie najważniejsze miejsce, które wpaja nam, że brak znajomości reguł ortografii, interpunkcji, gramatyki i stylistyki to najcięższy grzech zasługujący na piekielny kocioł pełen smoły. Grzech, który na liście grzechów głównych nie znalazł się jedynie dlatego, że nie układali jej redaktorzy. Przeciętny nauczyciel na błędy i odstępstwa od normy reaguje krzykiem, podniesionym głosem, jedynką wstawioną do dziennika czerwonym długopisem i wyrzutami przed całą klasą. Ba! Uczymy się nawet dzielić błędy na kategorie i podkategorie: leksykalne i fonetyczne, słowotwórcze, frazeologiczne... A potem robią nam z tego sprawdziany! I tak dzień w dzień, przez 12 lat. To się chyba nazywa warunkowanie.

Każdy kij ma dwa końce - szkoła z jednej strony uczy nas poszanowania dla wszelkich reguł, a z drugiej - że od tych reguł nie ma odstępstwa. Trochę za słabo, mam wrażenie, poświęca się w szkole czasu na naukę o regionalizmach, dialektyzmach, gwarach, zmianach w języku. Za mało mówi się o zjawiskach, dzięki którym uczeń zdałby sobie sprawę z tego, że język, jakiego on sam używa, nie jest jedynym słusznym. Za to ciągłe wytykanie błędów ma jeszcze jeden efekt, psychologiczny - czasem podświadomie zaczynamy przypisywać człowiekowi, który popełnia błędy, negatywne cechy charakteru. A takiego człowieka można obrażać - teoretycznie - bezkarnie.

Rozbiory i PRL

Jeszcze innym powodem jest nasza poplątana historia. Polacy od setek lat byli w szczególnej sytuacji - musieli swojego języka bronić i walczyć o to, by przetrwał w jak najmniej zanieczyszczonej germanizmami czy rusycyzmami formie. Dzięki ogromnej pracy nie tylko poetów i pisarzy - jak zwykło się sądzić - lecz także postaci, o których nie uczy się w szkole, jak Karol Estreicher,Witold Doroszewski czy Zenon Klemensiewicz, otrzymaliśmy zręby tych wszystkich reguł, na których została zbudowana nasza ortografia, gramatyka i świadomość językowa w ogóle. To z tamtych czasów wywodzi się swego rodzaju szacunek do języka, który sam w sobie nie jest niczym złym - ale wynika z niego również lęk przed zapożyczeniami czy neologizmami.

No właśnie, jeśli o szacunku mowa - dla niektórych osób wszelkie odstępstwa od "normy" są niedopuszczalne. Tymczasem to nie działa tak łatwo, jak chcieliby puryści. Język się zmienia, czy chcemy tego, czy nie, bo zmienia się rzeczywistość wokół nas, często wymuszając narodziny nowych słów. Język jest żywy - słowa wchodzą do obiegu, wypadają z niego, po czym wracają, zmieniają znaczenia albo nabierają nowych. Gdyby było inaczej, nie bylibyśmy w stanie się porozumieć.


Swoje oczywiście zrobił internet. Z jednej strony możliwość publicznego wypowiadania się na wszelkich forach - dostępna dla wszystkich, bez względu na wiek, status czy wykształcenie. Z drugiej - anonimowość, która pozwala na wyśmianie drugiego człowieka bez konsekwencji. Całkiem spora jest grupa ludzi, którzy z wytykania błędów - mniej lub bardziej spektakularnie - uczyniła sobie główną rozrywkę. I znowu, nie twierdzę, że wskazywanie błędów publicznie zawsze jest złe - zwłaszcza błędy merytoryczne w tekstach wytykać się powinno. Nie uważam też, że każde wytknięcie błędu jest hejtem (twórcy "Korony Królów", to do Was), ale zdecydowanie za często zwrócenie uwagi w internecie przeradza się w agresywną wymianę zdań (zwłaszcza gdy ani jedna, ani druga strona nie chce odpuścić).

Skąd się biorą grammar nazi?

Całkiem spora ilość gramatycznych nazistów to osoby po polonistyce. Innych filologii też jest sporo (tłumacze idą z redaktorami łeb w łeb), ale od czasów "Dnia świra" polonistyka cieszy się szczególną sławą. Co akurat jest dość krzywdzące, bo to właśnie na polonie ludzie poznają te szokujące prawdy: że obowiązująca w szkole gramatyka to tylko jedno z ujęć, na dialektologii dowiadują się o innych odmianach polskiego, na językoznawstwie i gramatyce historycznej uczą się, że język nie stoi w miejscu. Mimo to każdego roku wydziały polonistyki w całym kraju wypuszczają w świat bojowników o czystość języka, którzy nie zawahają się użyć argumentu ad hitlerum, by udowodnić swoje racje. Fakt, że zajęcia z Kultury Języka Polskiego i trudny egzamin mocno ryją czachę i potem przez kilka miesięcy odruchowo szuka się błędów we wszystkich instrukcjach obsługi wiertarki, blogach, a nawet w słownikach. Ale oprócz nich jest też całkiem duża grupa ludzi, która wykształcenia językowego nie ma, a mimo to niestrudzenie tropi błędy we wszelkiego rodzaju tekstach. Często - niestety - uznając własne przyzwyczajenia językowe za jedyne słuszne.

Niemniej nic mnie bardziej nie irytuje w kolegach i koleżankach polonistach (oraz całej reszcie samozwańczych husarzy korekty) od pełnego wyższości traktowania tych, którzy popełnili błąd albo mają wątpliwości co do użycia jakiegoś wyrazu. Pytanie również, co właściwie chcemy osiągnąć, broniąc języka z zaciekłością godną berserkerów. Oczywiście zwracanie uwagi na błędy i poprawną pisownię nie jest złe - ale obrażanie przy tym osób, które je robią, bywa już żenujące. O tak, fajnie się pośmiać z innych i poczuć się lepszym. Ale w momencie, gdy Newsweek czy Natemat piszą długie artykuły na temat błędu językowego popełnionego we wpisie na facebooku przez posłankę jednej z partii, robi się co najmniej dziwnie. Dlatego może czasem, zanim zaczniemy krzyczeć na kogoś, kto użył w zdaniu słowa "neurochirurżka", warto ugryźć się w język? Podobnie jak warto wziąć głęboki oddech, zanim znowu poirytujemy się błędnym użyciem słowa "bynajmniej" i obrazimy anonimową osobę w internecie. A jeśli już NAPRAWDĘ MUSIMY zwrócić uwagę, to róbmy to kulturalnie. Gdyby szacunek do języka szedł w parze z szacunkiem do drugiego człowieka, świat stałby się odrobinę piękniejszy.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek