Nie śpię, bo szukam Kredensa, czyli "Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda"

11/23/2018

Nie śpię, bo szukam Kredensa, czyli "Fantastyczne zwierzęta. Zbrodnie Grindelwalda"




Pisząc recenzję filmu "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" miałam nadzieję, że wszystkie moje zastrzeżenia wynikają z tego, że historia od samego początku była rozplanowana na kilka filmów (kiedyś jeszcze miały to być filmy trzy) i niektóre pozornie niepotrzebne wątki pojawiają się po to, by twórcy mogli rozwinąć je w kolejnej odsłonie przygód Newta Scamandera, jednego z najsympatyczniejszych bohaterów, jakich ostatnio zrodziło kino.

Ehe. A guzik. UWAGA SPOILERY.

Niestety, po obejrzeniu "Zbrodni Grinderwalda" jestem nie tylko koszmarnie zniechęcona do całej idei "Wizarding World" i rozwijania świata Harry'ego Pottera, ale też kompletnie straciłam nadzieję, że twórcy wiedzą, jak cała przygoda ma się zakończyć. 

Ale po kolei: Grindelwald, którego nasi bohaterowie w poprzedniej części szczęśliwie zamknęli w magicznym więzieniu, ucieka z konwoju i rozpoczyna zbieranie zwolenników. W ślad za nim ruszają: znani nam z poprzedniej części Newt Scamander, którego do tej misji namaszcza nie kto inny, jak młody i piękny i z brodą Albus Dumbledore, aurorka Tina, w której Newt jest zakochany, i parę innych postaci, w tym przedstawiciele Ministerstwa Magii: brat Newta, Tezeusz i jego dawna miłość, Leta Lestrange (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Grindelwaldowi zależy jednak przede wszystkim na znanym z poprzedniej części Kredensie, znaczy Credensie*, który po tym, jak ukrywał się w cyrku, ucieka ze swoją wybranką Nagini (zbieżność imion nieprzypadkowa), żeby odnaleźć prawdę o swoim pochodzeniu.

I w sumie... tyle. Bo jakby tak na to spojrzeć krytycznym okiem, to cały film jest jedną wielką ekspozycją kolejnych wątków, krótkich sekwencji wprowadzających nowego bohatera, po to tylko, żeby nie pokazywać go już więcej. Mamy sympatyczną asystentkę Newta, która najwyraźniej ma ochotę na jakiś wątek romantyczny, skoro namawia go do zdjęcia koszulki przed kąpielą w basenie z kelpie? Wątek kończy się na dwóch scenach. Mamy badassa w kapeluszu z Ministerstwa Magii, wysłanego by zabić Credence'a, a który w rzeczywistości współpracuje z Grindelwaldem? Pojawia się, robi groźne miny, po czym znika i już go nie widzimy. Mamy garstkę najbliższych współpracowników Grindelwalda, którzy przybierają groźne pozy i wymachują różdżkami, ale ich imiona musimy przeczytać dopiero w napisach końcowych i niczego się o nich nie dowiadujemy, a gdy jeden z nich ginie, nie czujemy absolutnie nic.

Z bohaterami, których znamy z poprzednich części, wcale nie jest lepiej. Wątki Newta, Tiny, Queenie i Jacoba są tak poszatkowane, że kompletnie nie rozumiemy ich motywacji. Tylko umiejętności aktorskie Redmayne'a, Foglera i reszty ratują te postaci od utonięcia w chaosie. Przykładowo, cała motywacja Queenie, by przejść na stronę Grindelwalda, rozegrana jest w trzech scenach, z których na dobrą sprawę wcale nie wynika jej późniejsza decyzja - bo fakt, że Grindelwald pozwoli na małżeństwa z mugolami, to chyba jednak trochę za mało. Motyw partnera Tiny i rzekomych zaręczyn Newta z dawną ukochaną, która tak naprawdę wychodzi za jego brata, też jest mocno naciągany i sprawia wrażenie sztucznie wepchniętego tylko po to, żeby rozdzielić bohaterów. O skomplikowanych relacjach Newta z bratem słyszymy wiele, a widzimy coś zupełnie innego.


Cały zaś motyw z poszukiwaniem tajemnicy pochodzenia Credence'a można sobie o kant różdżki potłuc, bo tak nieprawdopodobnej intrygi to ja chyba jeszcze w kinie nie widziałam.  Aż dziwne, że wyszła ona spod ręki Rowling, której wielopoziomowe śledztwa i efekty zaskoczenia, czy to w "Harrym Potterze", czy cyklu o Cormoranie Strike'u zawsze wychodziły doskonale. Tym bardziej, że całe dochodzenie do prawdy wyjaśnia się w jednej scenie, gdzie wszyscy sobie wszystko opowiadają. Dopisane na koniec zaskoczenie jest mocno nieprzekonujące i pewnie okaże się jedynie intrygą Grindelwalda, ale nawet jeśli tak, to... po co?

Co wyszło? No cóż, może to będzie niepopularna opinia, ale moim zdaniem Johnny Depp w roli Grindelwalda. Może na moją ocenę wpłynął fakt, że ostatnio widziałam go nawalonego rumem w ostatniej części "Piratów z Karaibów", ale jakby nie było, stanął na wysokości zadania. Przykro tylko, że wszelkie kontrowersje okołofilmowe trochę przyćmiewają radość z tego, że mój niegdyś ulubiony aktor znowu przypomniał sobie, jak się gra. Zresztą aktorsko film stoi na bardzo wysokiem poziomie, szkoda tylko że zamiast rozwijać ciekawe postaci, twórcy dosypali cały wór nowych, których za dużo byłoby nawet na wielosezonowy serial. Świetny jest Eddie Redmayne, uroczy Dan Fogler, Jude Law jako młody Dumbledore emanuje autorytetem niepokornego nauczyciela. Swoje robią również aktorzy wcielający się w postaci Tezeusza i Lety, którzy pewnie wkrótce zaludnią setki fanfików. Sekwencja w Hogwarcie pozwala na przypomnienie sobie, co najfajniejszego było w "Harrym Potterze", a zarazem zmianę perspektywy - scena, w której dawni uczniowie spacerują po szkolnych salach chwyciła mnie za serce.



No i piękne są tytułowe fantastyczne zwierzęta. Szkoda tylko, że sprawiają wrażenie wepchniętych na doczepkę, a ich wpływ na akcję jest mocno naciągany. Widać, że twórcy mieli wielki dylemat - jak z historii, która w pierwszej wersji miała opowiadać o lekko społecznie nieprzystosowanym badaczu magicznej fauny, zrobić epicką pięcioczęściową rozpierduchę zahaczającą o wszystkie aktualne społeczne problemy. W drugiej części zdecydowanie scenariusz idzie w kierunku ogólnoświatowej intrygi, przez co mamy w filmie właściwie dwie różne bajki, i jakimś cudem chociaż w jednej są pluszowe stworki, a w drugiej czaszki, trupy i zakamuflowany rasizm, każda z nich okazuje się za trudna dla dzieci i zbyt infantylna dla dorosłych, a urocze niuchacze średnio komponują się ze zbrodniami Grindelwalda. Skok na kasę? Niby tak byłoby najłatwiej, ale chyba problem leży jednak w samej J.K. Rowling, tudzież reżyserze, który tego chaosu nie potrafi poskładać.

J. K. Rowling to świetna pisarka i tego będę bronić. I gdyby "Fantastyczne zwierzęta" były powieścią, to pewnie czytałabym ją w zachwycie. Byłoby wtedy odpowiednio dużo miejsca na każdą z postaci i wykrzesanie w czytelniku sympatii do nich, a wszystkie wątki powskakiwałyby na swoje miejsca. Niestety, pisanie scenariuszy rządzi się swoimi prawami i granie na ilość rzadko kiedy się sprawdza. Wątków wprowadzonych od początku naliczyłam w pewnym momencie 15 (fakt, że niektóre splatają się i rozplatają), co daje nie tylko sumę większą niż w ostatnich "Avengersach", ale zbliża się do "Gry o Tron".  Wszystkie te sceny, które tak zgrzytają w filmie, na kartach książki miałyby szansę zagrać bez fałszywych nut. Pół biedy jeszcze, gdyby wszystkie postaci były tak mocno umocowane w historii, że widać byłoby, że ich obecność jest celowa i powrócą w kolejnej części. Niestety mam w tej chwili wrażenie podobne do tego, jakie towarzyszyło mi przy "Ostatnim Jedi" - że twórcy nie mają zielonego pojęcia, w jaki sposób zakończą swoją historię i jak na razie stawiają kolejne piętra tortu licząc, że po drodze przyjdzie im pomysł na to, jak go udekorować.

*pardon - jestem ostatnią osobą, która powinna śmiać się z imion i nazwisk, ale ilekroć padało zdanie "gdzie jest Kredens", miałam ochotę chichotać
Studencki thriller, czyli "Wtyczka" Duane'a Swierczynskiego

11/03/2018

Studencki thriller, czyli "Wtyczka" Duane'a Swierczynskiego


Sarie Holland jest wzorową studentką, a wręcz Wzorową Studentką: nie pije, nie pali, nie przepada za imprezami, większość czasu spędza w bibliotece, przygotowując się do zajęć, można powiedzieć - typowy kujon. Na domówce u znajomych z roku, tuż przed Świętem Dziękczynienia, nie bawi się więc najlepiej. Gdy starszy kolega, w którym trochę się podkochuje, prosi ją o przysługę i podwiezienie w jedno miejsce, nie waha się jakoś szczególnie długo. 

Tak zaczyna się zwariowana przygoda, zakończona romantycznym pocałunkiem w deszczu... Stop. Nic z tych rzeczy. 

Tak się bowiem składa, że autorem "Wtyczki" jest Duane Swierczynski, autor, w którego CV widnieją m.in. scenariusze do komiksów o Deadpoolu. Trudno się spodziewać, że ktoś taki napisze typową powieść dla nastolatek. Jeśli więc spodziewacie się romantycznych uniesień, komedii pomyłek, gdy dwie cheerleaderki zamienią się torebkami, romansu z przystojnym zawodnikiem drużyny futbolowej i zorientowania się na koniec, że prawdziwą miłością jest smutny nerd z ostatniej ławki, to możecie się lekko rozczarować. Zamiast tego będą narkotyki, strzelaniny, seryjny zabójca, mafijne porachunki i wędrówki ponurymi ulicami Filadelfii. Zachęceni? 

Oto nasz przystojniak okazuje się dilerem, a miejsce, z którego rzekomo chciał odebrać książkę - narkotykową metą. W dodatku metą obserwowaną przez policjanta ze specjalnej jednostki antynarkotykowej. Który przyuważa Sarie, gdy ta szuka miejsca do zaparkowania i łamie przepisy ruchu drogowego. Zatrzymuje ją więc i - szczęśliwym trafem - znajduje u niej kurtkę dilera, razem z odebraną z mety zawartością. Zamiast wsypać kolegę, Sarie udaje się go ostrzec i umożliwić ucieczkę, za to sama zostaje aresztowana i zmuszona do bycia policyjną informatorką...

No dobrze, przyznam szczerze, motywacja bohaterki jest najsłabszym punktem tej książki. Podczas lektury kilkukrotnie zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie Sarie - zamiast po prostu wydać gościa, którego właściwie nie zna - brnie dalej w całą sprawę, ciągle ratując mu tyłek i ryzykując życie. Zrozumiałabym, gdyby była między nimi jakakolwiek więź, ale oni się przecież praktycznie w ogóle nie znają. Również uczucie, jakie Sarie żywi do D., co sama przyznaje, jest zaledwie zauroczeniem. Obawiam się, że ja w tej sytuacji nie miałabym żadnych skrupułów. No ale ja nie jestem zakochaną nastolatką.

Jeśli jednak przełkniemy jakoś te kwestie, to trzeba przyznać, że im dalej, tym lepiej. Sarie, początkowo przerażona i zastraszona, w pewnym momencie zaczyna działać. Próbując ratować kolegę, chce wystawić policjantowi innych dilerów, co pociągnie za sobą liczne konsekwencje, bo w narkotykowym światku Filadelfii nikt nie jest anonimowy. Nie będę zdradzać rozwoju wydarzeń, bo nagły zwrot akcji goni tu nagły zwrot akcji, a kolejnych pomysłów Sarie (zazwyczaj najbardziej niebezpiecznych z możliwych) nie sposób przewidzieć. Sama intryga, która początkowo wydaje się tylko i wyłącznie zabawą w kotka i myszkę z dilerem z akademika, też stopniowo staje się coraz bardziej piętrowa. A fakt, że Sarie dodatkowo musi radzić sobie z typowo studenckimi problemami typu kolokwium czy praca roczna, sprawia, że stawka, jakby nie było, rośnie jeszcze bardziej.

Tym, co z pewnością jest siłą tej książki, to wyjątkowo żywy, młodzieżowy język. Polski tłumacz, Rafał Lisowski (przetłumaczył m.in. słynną "Kolej podziemną"), z którym miałam okazję współpracować*, zrobił naprawdę niesamowitą robotę, przekładając na nasz język kilka rodzajów narracji użytych w książce. "Wtyczka" to prawdziwy wielogłos - pamiętnik Sarie pisany w drugiej osobie, adresowany do zmarłej matki, narracje trzecioosobowe z perspektywy policjanta - Bena Wildeya, ojca i brata Sarie, a także kilku innych osób. Mamy tam też raporty, SMSy, rozmowy na czatach i komunikatorach, notatki, prawdziwy miszmasz, który jednak połączony jest w spójną opowieść bez zbędnych cegiełek - każdy z rozdziałów popycha akcję do przodu i pogłębia bohaterów. Zwłaszcza fragmenty z pamiętnika Sarie czyta się świetnie - tłumacz oddał ironiczny, cięty język nastolatki, pełen neologizmów, skrótów, momentami chropowaty, momentami wulgarny, nie zawsze poprawny (co było z kolei wyzwaniem dla redaktora ;)) - zdecydowanie nie jest to powieść dla grzecznych dziewczynek, bo poza rozdziałami z perspektywy gangsterów, samej Sarie doprowadzonej do ostateczności też zdarza się barwnie rzucić mięsem. I chociaż w wieku Sarie byłam jeszcze większym kujonem niż ona (tyle że bez zatargów z narkotykowymi kartelami), to te wszystkie pikantno-soczyste frazy pełne świeżo wymyślonych przekleństw czytało mi się z prawdziwą przyjemnością. Zarazem nie ma tu idiotycznego podlizywania się czytelnikowi i używania zwrotów jednego sezonu w rodzaju "ale urwał". 

Bardzo ciekawa jest też w książce relacja Sarie z jej opiekunem - policjantem Benem Wildeyem z jednostki antynarkotykowej. Wildey to twardy filadelfijski glina o skomplikowanej przyszłości, bez reszty pochłonięty swoją misją, przez co długi czas nie zauważa, że złapał nie tego ptaszka co trzeba. Z jednej strony sprytny i planujący kilka kroków naprzód, z drugiej... nie zauważa, że studentka ciągle wodzi go za nos. Między nim i Sarie rodzi się najpierw relacja niemalże ojcowska (ojciec Sarie jest pochłonięty własnymi problemami po śmierci żony i dziewczyna praktycznie nie ma co na niego liczyć), a potem coś w rodzaju bardzo trudnej przyjaźni. 

Jest jeszcze jedna rzecz, dla której warto książkę przeczytać - to obraz Filadelfii, ukochanego miasta Swierczynskiego, które opisuje we wszystkich swoich książkach. Przemierzymy "Miasto Braterskiej Miłości" wzdłuż i wszerz, od ekskluzywnego klubu na szczycie wieżowca aż do magazynów, gdzie gangsterzy ćwiartują zwłoki konkurencji. Niemal wszystkie opisywane miejsca, chociaż czasami wydają się nieprawdopodobne (kino przerobione na księgarnię, gdzie spotykają się Sarie i Wildey) istnieją naprawdę - można sprawdzić na Google Maps.

"Wtyczka" to powieść dla dosyć nieokreślonej grupy docelowej - nastoletnia bohaterka zakłada nastoletnie problemy, więc spora część czytelników może się srodze zawieść, dostając thriller. Ale jeśli macie już dość schematycznych powieści dla nastolatków spod znaku Johna Greena albo kryminałów pisanych na jedno kopyto, to warto poeksperymentować z "Wtyczką". 

*Tak się składa, że redaktorem tej książki byłam ja we własnej osobie, więc wiecie... co złego to też ja. 

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek