Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika

5/31/2018

Po cholerę ci tyle papieru, czyli biografia książkoholika


Idąc na Warszawskie Targi Książki miałam mocne postanowienie, by kupować tylko to, co będzie mi potrzebne, na ten przykład do pracy. Postanowienie rypło już przy drugim odwiedzonym stoisku, gdy wypatrzyłam calutką serię książek Borysa Akunina, których jeszcze nie czytałam. Ostatecznie wróciłam z targów z dwiema torbami pełnymi papieru. I to tuż przed przeprowadzką, podczas której rzekę papieru z moich półek będę musiała zmieścić w rozsądnej ilości pudełek. Ech... Swoją drogą, zaczęłam się zastanawiać, skąd właściwie ten bałagan na mojej półce i jak to się stało, że w pewnym momencie utonęłam w książkach? Otóż i moja książkowa biografia:

Pierwsze książki

Kiedyś wszystko było prostsze. Czytało się to, co dostawało się od rodziny. A że rodzina wiedziała, że mała Asia lubi czytać, to kupowała na kilogramy książeczki dla dzieci (głównie te Disneya) i nieśmiertelną klasykę oraz - później - powieści Siesickiej i Musierowicz. Oprócz tego były komiksy o Kaczorze Donaldzie, Myszce Miki, Asteriksie, rzadziej Thorgalu i Spidermanie (te ostatnie podczytywałam u kuzynki). W pewnym momencie rodzice uznali, że komiksy nie są odpowiednią lekturą dla małej dziewczynki (czy raczej - zerknęli do portfela) i kazali wybrać tylko jedną ulubioną serię, którą będą mi regularnie kupować. Wybrałam Asteriksa i na dłuuuuuugi czas rozstałam się z innymi komiksami.

Potem nagle okazało się, że w moim rodzinnym mieście jest księgarnia. Co prawda były w niej głównie podręczniki, ale poza tym okładkami kusiły również inne, wcześniej nieznane tytuły. Wyprawa tam to było wielkie święto, bo była dość daleko, no i trzeba było wybrać tylko jeden tytuł . Nie martwiło mnie to jakoś szczególnie, bo nieco bliżej znajdowała się biblioteka, którą odwiedzałam bardzo regularnie... Wybór był jednak mizerny, sporo serii zawsze brakowało, a do wymarzonego dostępu do biblioteki dla dorosłych, który dostawało się w wieku bodajże 15 lat, musiałam czekać jeszcze całe wieki.
W liceum odkryłam Artura Pereza-Reverte i zainspirowana Lucasem Corso zdawałam na bibliotekoznawstwo. Prawie się udało, wylądowałam na polonistyce. Nie pracuję że starodrukami, ale nadal uwielbiam je oglądać w muzeach. Taki fetysz. Na półce widać też "Flight od Green Parrots", książkę o dość ciekawej historii, ale to temat na inny wpis ;)

Witaj w klubie

Wtedy pojawił się ON. Katalog "Świata Książki". Pełen tytułów, kolorowych okładek, gatunków, których nie znałam. Zasadą jego działania było mniej więcej - raz na trzy miesiące (a może na miesiąc - ktoś przypomni?) musisz kupić przynajmniej jedną książkę, po dwóch latach dostajesz srebrną, a po pięciu - złotą kartę uprawniającą do zniżek. Brzmi bosko, jakoś w mojej rodzinie nigdy nie było problemu z zakupem książki w wyznaczonym terminie (problem był raczej z jej wyborem), aczkolwiek z tego co wiem, istniała też ciemna strona tego dziecka wydawniczego kapitalizmu. Mianowicie, jeśli chciałeś się wypisać z klubu książki, było to wyjątkowo trudne, obwarowane cyrografami i ciągnęło się miesiącami, w których musiałeś wciąż te książki kupować. Niemniej dla mnie, małej dziewczynki z małej miejscowości, było to prawdziwe okno na świat i jedyne źródło książkowych nowości, które nie docierały ani do księgarni, ani do biblioteki.

Potem poszłam do liceum i a) dobrałam się w końcu do biblioteki dla dorosłych, b) w większym mieście było znacznie więcej lepiej wyposażonych księgarni (bodajże trzy!). Pamiętam, że pierwszą książką, jaką kupiłam sobie za własne kieszonkowe był "Władca pierścieni", którego udało mi się przeczytać tuż przed premierą filmu. Poza tym starałam się wówczas gonić kolegów, którzy literacko mnie wyprzedzali i kupować wyłącznie "mądre książki". Do tego stopnia, że wstydziłam się poprosić rodziców o książkę z serii "Gwiezdne wojny", bo jeszcze uznaliby, że czytam jakieś głupoty. Inna sprawa, że w moim mniemaniu "mądre książki" oznaczały wówczas chociażby megapopularnego Paulo Coelho.

Że oto nas przyjęto do szkoły poetów

Nadal jednak moja biblioteczka była wypełniona głównie klasyką i fantastyką ze "Świata książki". Sytuacja zmieniła się nieco, gdy w końcu skończyłam liceum i wyjechałam na studia do Warszawy. Na studiach pochłaniałam książki w jakichś nieprawdopodobnych ilościach, a karty biblioteczne aż furczały. Równocześnie jednak po raz pierwszy w życiu miałam do wydania trochę naprawdę własnych pieniędzy, a zarazem odkryłam antykwariaty i składy taniej książki. Tak się zaczęła moja zguba, bo z każdej takiej wyprawy wracałam obładowana książkami, które "na pewno będą mi potrzebne, w końcu studiuję polonistykę!".
W razie gdyby kiedyś zabrakło mi pomysłu na to, co przeczytać, czeka 1001 propozycji ;) Po lewej widoczne słowniki kupowane kompulsywnie podczas pracy redakcyjnej. A po prawej skarb - biografia Andrzeja Wajdy z autografem.

Czytanie za pisanie

Na polonistyce, wbrew obiegowej opinii, nie pisało się zbyt wiele, nikt też nie uczył nas, jak pisać. Dlatego moją pasję przelewania słów na papier musiałam ukierunkować gdzieś indziej. Padło na współpracę z czasopismem studenckim, początkowo darmową, ale przynoszącą absolutnie satysfakcjonujące mnie profity, czyli książki, filmy na DVD i płyty z muzyką pozyskane od patronów. Gdy w pewnym momencie zaproponowali mi współpracę płatną, poczułam się niemal zawiedziona ;)

W tym samym czasie po raz pierwszy odważyłam się opublikować swoje opowiadania na stronie Nowej Fantastyki, gdzie nie dość, że zostałam pochwalona przez samego Naczelnego (wtedy był nim jeszcze Jakub Winiarski), to jeszcze zdobyłam "brązowe piórko", za które... tak, tak, dostałam książkę. Parę takich fantów udało mi się jeszcze pozyskać, ale za moje najwspanialsze "Nowofantastyczne" trofeum uważam wszystkie tomy "Gry o Tron" wygrane w najgenialniejszym konkursie w dziejach świata, zorganizowanym przez niejakiego DJ-a Jajko. W skrócie - konkurs trwał kilka tygodni, co tydzień pojawiało się nowe inteligentne zadanie, które trzeba było rozwiązać, kombinując na potęgę. Co prawda sama "Gra o Tron" od pewnego momentu przestała mi smakować, ale konkurs do tej pory wspominam z rozrzewnieniem. Kto pamięta, ile problemów uczestnikom sprawiła "nazwa pewnego jeziora", ten wie.
Niektórym narzeczony przynosi kwiaty. Mój dowiedział się kiedyś, że nie czytałam Wiedźmina.

Mała handlarka prozą

Na trzecim roku zaczęłam staż w wydawnictwie - z jednej strony był to ten przełomowy moment, gdy zrozumiałam, że chcę pracować wśród książek, z drugiej - do tej pory nie doczekałam się wypłaty, bo wydawnictwo wkrótce potem zbankrutowało, zapewne przeze mnie, bo jako akwizytorowi podręczników dla przedszkoli szło mi gorzej niż źle. Na szczęście wycyganiłam też kilka książek na pamiątkę. Zaraz potem zaczęłam redagować pierwsze książki - poradniki, które również do tej pory trzymam na półce, na pamiątkę (chociaż nie zamierzam hodować kóz ani gołębi, sądzić fasoli ani zmieniać swojego życia w 7 prostych krokach). No i co najważniejsze, równolegle po raz pierwszy jako hostessa uczestniczyłam w Targach Książki - jeszcze w Pałacu Kultury - i nagle odkryłam, że istnieje możliwość połączenia miłości do książek z żyłką marketingową - książek nie trzeba tylko pisać i redagować, można je również sprzedawać i promować! Do tej pory Targi Książki sprawiają mi wielką przyjemność, a z każdych (warszawskich, krakowskich, historycznych, fantastycznych) wychodzę z torbą papieru.

Potem trafiłam do działu promocji wydawnictwa i muszę obalić jeden z pokutujących mitów - wbrew pozorom osoby pracujące w wydawnictwie nie dostają za darmo wszystkich książek świata. A często tak się ludziom wydaje. Inna sprawa, że gratisów dostaje się mimo wszystko sporo - wszak co może dać wydawnictwo w prezencie na święta, jeśli nie pakę książek?

Zbawienie książkoholika ;)

A potem to już tak jakoś poszło...

Łudziłam się do tej pory, sądząc, że nad nabywanymi kompulsywnie książkami mam jakąś kontrolę. Straciłam ją, gdy zamieszkałam z Narzeczonym i okazało się, że ktoś może mieć książek jeszcze więcej ode mnie. A na dokładkę - całą masę komiksów i wszystkie od początku numery "Nowej Fantastyki". Tak więc zostałam zdetronizowana jako książkowy nerd i dobrze mi z tym, bo to oznacza, że ciągle jeszcze nie kupuję tych książek ZA DUŻO. Chyba. Okaże się przy zbliżającej się nieuchronnie przeprowadzce...
W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"

5/27/2018

W poszukiwaniu człowieka, czyli "Opuszczone miasto"


Gdy kryminały dosłownie wylewają się z półek w księgarniach, wydaje się że bardzo trudno jest wymyślić coś, co będzie "nowe", "świeże" i spowoduje u czytelnika efekt "wow". Mam jednak wrażenie, że serii Bena H. Wintersa "Ostatni policjant" jest do tego bardzo blisko.

Lekkie spoilery, ale trudno bez nich ;)

"Opuszczone miasto", drugi tom trylogii, można spokojnie czytać bez znajomości pierwszego, główna historia jest bowiem zamkniętą opowieścią i na koniec poznamy rozwiązanie kryminalnej zagadki. Oczywiście warto jednak sięgnąć po poprzedni tom - z jednej strony mamy rozpisany na całą trylogię poboczny wątek sensacyjny, z drugiej - ciekawe jest obserwowanie od początku oczami bohatera, jak bardzo zmienia się świat wokół niego. Świat, w którym toczy się akcja, to bowiem największy "hak" opowieści - to rzeczywistość tuż przed apokalipsą. Za 77 dni w Ziemię uderzy bowiem wielka asteroida i - z dużym prawdopodobieństwem - zniszczy na niej wszelkie życie.

I ten jeden element w postaci zbliżającego się gościa z kosmosu wywraca do góry nogami wszelkie schematy znane nam z powieści kryminalnej. Bo jak szukać zaginionej osoby, gdy wszelkie policyjne bazy niemal już nie istnieją, resztki policji mają na głowie inne sprawy niż pilnować akt, a do tego nikt nie liczy osób, które rzucają wszystko i wyruszają w drogę - spełniać marzenia, popełnić samobójstwo albo spędzić z kochankiem ostatnie dni przed końcem świata.

Czy jednak zaginiony Brett Cavatone, mąż dawnej przyjaciółki głównego bohatera, jest którąś z tych osób? Początkowo sprawa wydaje się banalnie prosta, ale - jak można się spodziewać, szybko okaże się, że wszystko ma tu drugie i trzecie dno, a w obliczu zbliżającej się do ziemi asteroidy nie można być pewnym już absolutnie niczego, a już najmniej ludzkich zachowań. Choćby chodziło o najbliższą osobę. "Opuszczone miasto" to książka o poszukiwaniu człowieka - nie tylko dosłownie, ale i w przenośni: czy wśród popadającej w szaleństwo ludzkości jest jeszcze miejsce na człowieczeństwo? I co ono właściwie oznacza? Jakie postępowanie w obliczu nadchodzącego kataklizmu jest słuszne?

Poprzednia część znakomicie pokazywała rozpadający się świat zewnętrzny - walącą się w gruzy administrację z policją na czele (nasz bohater, zwykły krawężnik, zostaje przecież detektywem, bo większa część wydziału kryminalnego uciekła albo popełniła samobójstwo), bankrutujące firmy, pustoszejące sklepy. Z kolei "Opuszczone miasto" skupia się na pokazywaniu rozpadających się więzi międzyludzkich. Czy tuż przed końcem świata mają jakąkolwiek rację bytu małżeństwo, przyjaźń, rodzina? Jak wierzyć w człowieka, gdy po ulicach błąkają się porzucone przez rodziców dzieci, powoli szerzy się anarchia (bardzo ciekawy jest opis quasi-militarnej "republiki" utworzonej przez studentów na kampusie uniwersytetu), a wieloletnie związki rozpadają się z dnia na dzień?

W tym całym chaosie tkwi niczym rycerz na białym koniu nasz główny bohater, Henry Palace (i jego wierny piesek Houdini - dopiero okładka uświadomiła mi, że bichon frise zdecydowanie nie jest rottweilerem, którego sobie nie wiedzieć czemu wyobrażałam przez cały czas). Chociaż Palace formalnie nie jest już policjantem - jego wydział po prostu przestał być potrzebny, chociaż świat wokół niego pęka i wali się w gruzy, chociaż stopniowo traci wszystko, co było dla niego ważne, przy życiu wciąż trzyma go zadanie, którego się podjął. Rozwiązywanie zagadki tajemniczego zaginięcia, podobnie jak szukanie mordercy w "Ostatnim policjancie", nie jest tu wyłącznie kolejnym kryminalnym śledztwem. Nadaje sens życiu bohatera, nie pozwala popaść w szaleństwo, pozwala udawać, że świat wciąż jeszcze rządzi się żelaznymi regułami, opisanymi w jego ulubionym podręczniku kryminalistyki. W innych warunkach taka postać byłaby pewnie nieznośnie doskonała - ale w tych realiach trzymamy kciuki, żeby bohater nie poddał się i nie zboczył z raz ustalonej ścieżki. Henry Palace nie jest doskonały - jest zwyczajnym facetem, który w odróżnieniu od reszty pogrążającej się w chaosie ludzkości zamierza do końca zachowywać się normalnie i wykonywać swoją pracę tak dobrze, jak się da.

"Opuszczone miasto" nie jest książką pozbawioną wad - zdecydowanie zbyt często bohater ratowany jest "w ostatniej chwili" na zasadzie starego dobrego deus ex machina. Ciekawa rzecz - pardon my spoiler - że ratują go zawsze kobiety ;) Niemniej jeśli komuś nie przypadło do gustu spokojne tempo "Ostatniego policjanta", to "Opuszczone miasto" nie powinno go zawieść - akcja w pewnym momencie zaczyna gnać na łeb na szyję, a miejsce opartego na dedukcji i obserwacji kryminału zastępuje dynamiczna sensacja.

No właśnie, obok kryminalnego śledztwa, tak jak w poprzedniej książce, mamy też wątek sensacyjny, z siostrą głównego bohatera w roli głównej. Autor rzuca nieco światła na tajemniczą działalność grupy, do której należy Nico i ich prawdziwy cel. W związku z tym wątkiem pojawia się też pytanie - a co jeśli asteroida wcale nie uderzy w Ziemię, albo jeśli nie wszyscy zginą? Czy po tym wszystkim, co się stało - a w trakcie swoich poszukiwań bohaterowie dotkną różnych mrocznych aspektów powoli rozpadającego się świata - uda się jeszcze cokolwiek odbudować, czy też potencjalna apokalipsa sprawi, że w ludziach puszczą wszelkie hamulce? Zakończenie książki zostawia nam co do tego otwartą furtkę - wciąż nie wiemy, co się wydarzy, gdy Maja zbliży się do Ziemi i czy będzie jeszcze jakieś "później". Tym bardziej z niecierpliwością czekam na kolejny tom.
Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"

5/23/2018

Mutanci na wesoło, czyli "Deadpool 2"


Nowy film o Deadpoolu, chociaż nadal ze stajni Marvela, nie przypomina raczej ostatnich "Avengersów", którzy przejechali jak walec po uczuciach fanów. "Deadpool 2" to niczym (naprawdę niczym) nieskrępowana rozrywka, w dodatku znacznie wychodząca poza ramy dość - nie oszukujmy się - ugrzecznionego kina superbohaterskiego. Jest trochę jak chwila gry w GTA na konsoli - możesz spokojnie porozwalać parę policyjnych wozów, pójść do burdelu i okraść bank, a następnie spokojnie pójść do pracy.

Tym razem udało mi się chyba bez spoilerów, serio. 

Po pierwszym filmie i kilku trailerach widz wie już, czego się mniej więcej spodziewać - w powietrzu będą latały w slow-motion komiksowe flaki i bluzgi, bohater będzie co chwila rzucał nawiązaniami do szeroko rozumianej popkultury i zwracał się bezpośrednio do widza. Będą mniej znani X-meni, będzie to w zabawny sposób wytłumaczone, i ogólnie sensem nie trzeba będzie się przejmować, bo liczy się tylko rozwałka i kolejne gagi. Oczywiście dostałam to wszystko, ale razem z jednym zaskoczeniem - historia opowiadana w filmie, chociaż zbudowana głównie ze schematów i nawiązań była jedną z bardziej interesujących "superbohaterskich" historii, jaką ostatnio dostaliśmy.


Przy okazji "Star Treka" narzekałam dość mocno na to, że twórcy wielkich franczyz ze wszystkich stajni tak bardzo starają się uczynić swoich bohaterów "fajnymi" i lubianymi przez widza, że kompletnie zapominają o tym, że liczy się również historia, którą ci bohaterowie będą przeżywać. Tymczasem w "Deadpoolu", po początkowo dość chaotycznym początku dostajemy naprawdę interesującą opowieść, co do której trudno w stu procentach przewidzieć zakończenie - bo chociaż żarty fruwają w powietrzu szybciej niż wystrzeliwane przez postaci pociski, to stawka, o którą toczy się gra jest tu na właściwym miejscu i wiemy, że ktoś będzie musiał coś poświęcić, żeby wygrać, a ktoś może stracić wszystko. Czyli mamy coś, o czym scenarzyści wyjątkowo często zapominają, bo na co nam bohater z pogłębioną psychiką, gdy film nie będzie nas bawił.


Oczywiście nie tylko historię, ale i wspomnianych bohaterów bardzo dobrze się ogląda, chociaż zdecydowanie Wade Wilson nie jest protagonistą, którego można stawiać za przykład dzieciom. Mimo to wszyscy są tu bardziej lub mniej cool, a na pierwszy plan, zaraz za Deadpoolem, wybija się Domino, która naprawę wkroczyła z przytupem do superbohaterskiego świata. Zazie Beetz w roli obdarzonej wyjątkowym fartem superbohaterki kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Podobnie zresztą jest z wyjątkowo charyzmatycznym Joshem Brolinem (vel Thanosem) w roli Cable'a. I chociaż jego motywacje są bardzo proste i "komiksowe", to całą postać udało się tak skomplikować, by uczynić ją nieprzewidywalną i by na końcu mogła nas - przynajmniej odrobinę - zaskoczyć.

Oczywiście jeśli chodzi o humor, to po pierwszym filmie mniej więcej wiemy, czego się spodziewać - nikt tu nie przejmuje się subtelnością, żarty są odpowiednio grube i często na granicy dobrego smaku, a te najzabawniejsze dotyczą oczywiście warstwy "meta", czyli nawiązań do innych komiksowych czy filmowych postaci z różnych uniwersów. To wszystko sprawia też, rzecz jasna, że osoba, która nie siedzi w tych klimatach, większości żartów nie zrozumie - dlatego raczej nie zalecam "Deadpoola" jako pierwszego kontaktu z superbohaterami, X-Menami czy Marvelem, to tak jakby czytanie fantastyki zaczynać od Terry'ego Pratchetta.


Czy Deadpool ma wady? Ano ma, przede wszystkim dość poszatkowany i chaotyczny początek, za dużą ilość nowych postaci, przez co tylko kilku udaje się "wybrzmieć" (nie mówię tu o "drużynie" Deadpoola, której sekwencja jest przezabawną grą z całą stylistyką heist movies). Nie jest to również film dla każdego, nadwrażliwe osoby powinny zwrócić uwagę, że dostał kategorię "R". Do tego wyparowuje z głowy jeszcze na napisach końcowych (nawiasem mówiąc - sceny napisowe są wręcz cudowne). Ale jeśli idąc na film, nastawiasz się głównie na bezrefleksyjną rozrywkę, to dostaniesz dokładnie to, co chcesz, i to z nawiązką. Ja bawiłam się świetnie i dla utrwalenia wszystkich tekstów bohatera chętnie zobaczę film jeszcze raz.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek