Jak zostać Freddiem, czyli "Bohemian Rhapsody"

10/28/2018

Jak zostać Freddiem, czyli "Bohemian Rhapsody"



Film biograficzny nie musi być filmem liniowym, pokazującym życie swojego bohatera od narodzin do śmierci. Jest w nim miejsce na eksperymenty, mieszanie planów czasowych i rodzajów narracji, opowiadanie z różnych punktów widzenia. Jeśli więc spodziewacie się, że "Bohemian Rhapsody", film opowiadający historię życia Freddiego Mercury'ego, jednej z najbarwniejszych postaci światowego rocka, który w swoich piosenkach, teledyskach i życiu prywatnym przekraczał wszystkie możliwe granice, będzie grzeczną czytanką...

No cóż, niestety dobrze się spodziewacie.

UWAGA MOŻLIWE SPOILERY!

Jest w "Bohemian Rhapsody" taka niezamierzenie zabawna scena, gdy podczas szalonej imprezy w domu Freddiego Mercury'ego główny bohater namawia swoich kolegów z zespołu do dalszej zabawy, a oni usprawiedliwiają się, że nie, bo muszą wracać, bo żony czekają, bo dom, bo dzieci... Ta scena jak w soczewce pokazuje wszystkie problemy tego filmu, który mógł być szaloną, kolorową biografią jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej postaci sceny muzycznej XX wieku... ale w pewnym momencie twórcy stwierdzili, że jednak ten tego, chyba nie, bo co żony i dzieci powiedzą.


Film "Bohemian Rhapsody" rodził się w tak wielkich bólach, że w pewnym momencie jego powstanie stało pod znakiem zapytania. Największą uwagę skupiała oczywiście kwestia głównej roli. Freddiego Mercury'ego miał grać Sacha Baron Cohen, ale zrezygnował wskutek rozbieżności zdań z producentami, a konkretnie członkami zespołu Queen, Brianem Mayem i Rogerem Taylorem (ostatnio Roger Taylor stwierdził w wywiadzie, że Cohen "nie brał Freddiego wystarczająco poważnie"). Przez jakiś czas kandydatem do roli wokalisty był Ben Whishaw, ale ostatecznie główną rolę zagrał znany z Mr. Robot Rami Malek. Podobnie było ze scenariuszem, który wciąż i wciąż nie odpowiadał Mayowi i Taylorowi - a bez nich i ich muzyki film nie miałby prawa bytu. Film zmieniał więc scenarzystów, producenci nie radzili sobie z oczekiwaniami muzyków, reżyser wyleciał z planu pod koniec zdjęć, co raczej nie napawało fanów optymizmem. Czy słusznie? Jako zagorzała fanka Queen poleciałam się przekonać jeszcze przed polską premierą, zanim zarzucą mnie pozytywne i negatywne recenzje.

Jeśli oglądacie musicale i filmy muzyczne, to znacie pewien występujący w nich schemat. Mamy outsidera (najlepiej z jakiejś mniejszości, albo chociaż skonfliktowanego z rodzicami) obdarzonego wielkim talentem. Outsider zbiera zespół i osiąga sukces, który jednak uderza mu do głowy, więc postanawia występować solo. Co jednak nie wypala, więc bohater uświadamia sobie, że to w zespole tkwi jego siła, ponownie łączą więc siły i dają wielki finałowy występ. Można myśleć, że twórcy filmu o Queen nie pójdą tym schematem, bo prawdziwa historia zespołu nie we wszystkich punktach się weń wpisuje... A jednak. "Bohemian Rhapsody" okazuje się taką sztampową, schematyczną historią o drodze muzyka od występów w podrzędnych barach do występu na Live Aid. Wszelkie kontrowersje, jak homoseksualizm Freddiego Mercury'ego czy kwestia AIDS, pokazane są ogólnikowo, grzecznie i ogólnie film przypomina szkolną akademię ku czci. Co prawda, z ponadczasową muzyką, która sprawia, że noga w kinowym fotelu mimowolnie podskakuje przy We will rock you, a ręce składają się do klaskania w Radio Ga Ga.


Problem w tym, że - jak wspomniałam - prawdziwa historia Queen nie do końca szła tym schematem. Weźmy choćby kwestię solowych płyt Freddiego, które w filmie traktowane są jak policzek wymierzony zespołowi. No okej, tyle że zanim Freddie Mercury w 1985 roku wydał swój pierwszy solowy album, Mr Bad Guy, cztery lata wcześniej ukazał się... solowy album Rogera Taylora, Fun in space, a w 1983 roku swój solowy projekt nagrał Brian May.

Jest też w filmie scena, która wyjątkowo mnie poruszyła - scena, w której Freddie wyznaje przyjaciołom z zespołu, że jest chory na AIDS. Nic mnie tak nie wzrusza jak męskie łzy, więc zapewne w rankingu ulubionych scen z filmów w 2018 roku ta scena znajdzie się dość wysoko. I nie przeszkadza mi, że scena rozgrywa się przed koncertem Live Aid, gdy Mercury (według znanych mi źródeł) nie wiedział jeszcze, że jest chory. Przeszkadza mi jednak w tym filmie i w tej scenie coś zupełnie innego. Bardziej ogarnięci w historii zespołu fani wyliczą zapewne wiele takich potknięć, które nie wynikają przecież z niedbałości scenarzysty (hej, każde słowo przetrząsnęli wszak dokładnie członkowie zespołu), a czegoś, co jest moim zdaniem najgłębszym problemem tego filmu. Mianowicie, odniosłam wrażenie, że film jest próbą udowodnienia, że to wcale nie Freddie Mercury był Queen, że jego siła tkwiła w zespole, a bez niego byłby nikim. I byłabym się z tym w stanie zgodzić, a przynajmniej rozważyć, gdyby nie było mi to ładowane do głowy tak nachalnie, jak w scenach, gdy reżyser pokazuje, że to Brian May stworzył We Will Rock You, albo że to John Deacon (swoją drogą najbardziej enigmatyczna postać tego filmu, co akurat jest najbardziej zgodne ze stanem faktycznym ;) stworzył riff do Another One Bites The Dust.


Nie zrozumcie mnie źle - jestem całym sercem za przekłamywaniem historii dla celów fabularnych, ba, sama przekłamuję ją radośnie, pisząc scenariusze. (Oczywiście, żeby dobrze przekłamywać historię, trzeba ją najpierw znać, jednak tutaj nie to jest problemem). Być może też gdybym nie znała biografii Freddiego Mercury'ego (a i tak nie znam jej na wyrywki, podczas konkursu na zlocie fanów Queen poległam na 90% pytań), moje zdanie byłoby inne. Mówię jednak stanowcze NIE, gdy te zmiany nie służą wyłącznie dramaturgii, a stają się czymś w rodzaju propagandy, hagiografii czy prób wybielenia się członków zespołu w momencie, gdy wokalista - jedyna osoba, która wie, jak było naprawdę - nie jest w stanie się bronić. Jak we wspomnianej na początku scenie - ehe, jasne, bo uwierzę, że wszyscy grzecznie wracali do domu przed dobranocką, a tylko TEN STRASZNY FREDDIE wolał pić alkohol w towarzystwie dziwadeł i zadawać się z byle kim, fuj, niedobry.

Tym, co w filmie najbardziej mnie jednak rozczarowało, nie jest sama historia, bo nie jest niczym nowym, że chronicznie nie cierpię biografii pokazujących kilkunastoletni okres w historii życia bohatera i odhaczających kolejne wydarzenia z historii (założenie zespołu - Mary Austin - płyta - Bohemian Rhapsody - romans z Paulem Prenterem - kolejne płyty i koncerty - choroba - Live Aid). Boli mnie fakt, że mając do dyspozycji tak barwną postać, jaką był Freddie Mercury, zdecydowano się na tak bezbarwny film. Tak przegięty wokalista aż prosi się o przegięcia w dialogach, inną pracę kamery, efekty specjalne, szybszy montaż - ciekawa jestem, jak wyglądałby ten film pod ręką Danny'ego Boyle'a, Baza Luhrmana albo chociaż Davida Finchera, który był wszak jednym z kandydatów. Za mało w tym filmie charakterystycznego dla Queen kiczu (no, może poza autentycznymi kostiumami), kontrowersji, chaosu i przede wszystkim emocji. Spokojnie można by go pokazać na Hallmarku w prime timie, bo nawet wątki homoseksualne czy szalone imprezy Freddiego są pokazane w wyjątkowo grzeczny sposób.


Ale niby smęcę, a tak naprawdę to zobaczyłabym chętnie ten film jeszcze raz najlepiej w IMAXie. Bo scenariusz w żaden sposób nie przeszkadza tu w odbiorze muzyki, która wywołuje ciary bez względu na to, czy słuchamy operowych wstawek z Bohemian Rhapsody, poruszającego Who wants to live forever czy energetycznego Killer Queen.  Co prawda jestem kompletnym muzycznym beztalenciem nie odróżniającym nawet tych najważniejszych kompozytorów i zespołów, ale nawet takie słoniowe ucho jest w stanie stwierdzić jedno: Muzyka Queen to jest coś naprawdę wielkiego, trudnego do uchwycenia (próbowaliście kiedykolwiek analizować tekst Bohemian Rhapsody?) i bez względu na poziom scenariusza broni się na ekranie i w głośnikach.

Co jeszcze się broni - ano, nie sposób odmówić uroku głównym bohaterom. Rami Malek tchnął życie w postać Freddiego do tego stopnia, że nie przeszkadzał mi nawet zupełny brak fizycznego podobieństwa. Jest w nim niesamowita energia, a zarazem pewna nieśmiałość, rozedrganie i rys szaleństwa charakterystyczny dla wielkich artystów. Za to Gwilym Lee w roli Briana Maya wygląda totalnie jak klon gitarzysty i przez to absolutnie hipnotyzuje, bo człowiek cały czas zastanawia się, czy to przypadkiem nie genialne dzieło grafiki komputerowej. Sporo czaru wnoszą też do swoich ról Ben Hardy jako niepokorny Roger Taylor i Joseph Mazello (ej, wiecie, że to ten dzieciak z Jurassic Park?). jako skrajnie małomówny John Deacon. Co prawda scenariusz nie wymagał od nich zbyt wiele do zagrania, podobnie jak od Lucy Boynton wcielającej się w postać Mary Austin, ale widać, że robią co mogą, by uczynić swoich bohaterów jak najbardziej ludzkimi.


Szkoda, naprawdę wielka szkoda, że zamiast zapadającej w pamięć szalonej biografii szalonego artysty powstał film niemalże familijny. Ale może i dobrze - ciśnienie na nakręcenie "biografii oficjalnej pokazującej życie Freddiego od narodzin do śmierci" spadło i zazdrośnie strzegący swojej muzyki członkowie Queen może odważą się na dopuszczenie do swoich skarbów bardziej pojechanych artystów. Bo jest jeszcze całkiem sporo wycinków życia Freddiego Mercury'ego, które zasługują na własny film, sporo ujęć i postaci, przez pryzmat których można to życie pokazać. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Póki co ostrzę sobie zęby na film "Bubbles", który swego czasu znalazł się na pierwszym miejscu słynnej hollywoodzkiej Czarnej Listy. Film opowiada historię Michaela Jacksona widzianą oczami... jego ulubionego szympansa. Będzie to animacja poklatkowa, produkuje Netflix, a reżyserem będzie Taika Waititi. Jak widać, są tacy, co się nie boją zadzierać z legendą.
Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"

10/13/2018

Beatlesi w Rampie, czyli "Twist and Shout"



Przyznam szczerze - Beatlesi zawsze byli dla mnie zespołem absolutnie obojętnym. Zapewne dlatego, że nikt w dzieciństwie mi ich nie podsunął i nie powiedział że są ważni, tak jak chociażby podsunięto mi Queen. Za to nieoczekiwanie, gdy w Teatrze Rampa obejrzałam spektakl "Twist and Shout", nagle okazało się, że znam niemal wszystkie piosenki, chociaż nigdy w życiu nie włączyłam sobie żadnej świadomie. I nie ma w tym nic dziwnego, bo The Beatles, tak jak Madonnę, Michaela Jacksona czy Marylę Rodowicz przyswajało się przez osmozę. Ktokolwiek wpadł na pomysł tego przedstawienia, wiedział co robi, bo na naszej planecie nie ma chyba ani jednej osoby, która nigdy w życiu nie słyszałaby chociaż jednej piosenki.

"Twist and Shout" to, podobnie jak poprzednie tego typu przedsięwzięcie "Rampy", czyli "Rapsodia z demonem", tak zwany jukebox musical, czyli musical wykorzystujący piosenki popularnego zespołu lub zespołów. Fabuła jest tu raczej tylko pretekstem do kolejnych numerów muzyczno-tanecznych. W dużym uproszczeniu w jukebox musicalach fabuła układana jest "do piosenek", a nie piosenki do fabuły.



I to naprawdę intrygujące, bo "Twist and shout" nie jest jedynym musicalem z piosenkami The Beatles. Piosenki zespołu zostały wykorzystane oczywiście w filmach, w których zagrali sami Beatlesi (Help!, czy Hard Day's Night), w filmach i spektaklach o Beatlesach (Beatlemania), stanowiły też tło dla zupełnie innych historii (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band czy Across The Universe). Z kolei kilka lat temu miałam okazję zobaczyć musical Lato miłości wystawiany przez szkolną grupę z lokalnego domu kultury, gdzie piosenki The Beatles, Queen i m.in. Nirvany (!) były ilustracją opowieści o dorastaniu i buncie. Ciekawe, jak wiele jeszcze historii można ułożyć do tych samych piosenek.

W "Twist and Shout" punktem wyjścia jest kamienica, do której wprowadza się projektant mody, szukający inspiracji do nowej kolekcji i przy okazji szukający odpoczynku od zgiełku wielkiego świata. Odpoczynku raczej nie znajdzie - cała kamienica jest tu terenem regularnej wojny między lokatorami: wszechwładnym dozorcą, przewodniczącą wspólnoty mieszkańców, przebrzmiałą tancerką, zbzikowaną hipiską i początkującym politykiem - idealistą. W pewnym momencie bohaterowie, podjudzeni przez szemranego ciecia, zaczynają dążyć do jednego celu - pozbycia się najstarszego z lokatorów, zwariowanego Sierżanta Peppera. Stary weteran ponoć jest właścicielem wielkiej fortuny, która rozwiązałaby problemy i spełniła marzenia każdego z bohaterów. Pepper jednak, chociaż słabo kontaktuje, nie zamierza wcale umierać, ale kolejne próby zgładzenia go (m.in. uduszenie przez striptizerkę, porażenie prącem w wannie, czy... wysłanie go na turniej taneczny), nie powodzą się. Jedyną osobą, której nie podoba się plan sąsiadów, jest Stella, córka wspomnianej wcześniej tancerki. Oczywiście przy okazji Stella zakocha się w głównym bohaterze, potem się rozstaną, a potem znowu zejdą, jak to w takich historiach bywa.



Nie sposób nie porównywać "Twist and Shout" z "Rapsodią z demonem", chociaż klimaty obu przedstawień są diametralnie różne. Rzuca się jednak w oczy, że fabuła nowego musicalu "Rampy" jest nieco bardziej pretekstowa niż spektaklu z muzyką Queen. Nawet biorąc pod uwagę lekką psychodeliczność i odjechanie całości, niektóre luki fabularne nieco przeszkadzają (zgubiłam się w wątku Stelli i jej konfliktu z matką, mamy też np. sytuację, gdy na koniec pierwszego aktu dozorca grozi, że zastrzeli Stellę w przypadku niepowodzenia lokatorów i... absolutnie nic za tym nie idzie). Ale oczywiście można uznać, że się czepiam, bo przecież i tak każdy czeka tylko na piosenki.

Trzeba przyznać, że obsada poradziła sobie z nowymi aranżacjami starych hitów... koncertowo. Oczywiście dla niektórych widzów problem może stanowić fakt, że piosenki są śpiewane w oryginale. Z jednej strony, osobom nieznającym angielskiego może to przeszkadzać w odbiorze całości (teoretycznie wszystko wiemy z dialogów, ale piosenki są ich ważnym uzupełnieniem). Z drugiej, od razu na wstępie wytrącamy krytykom z ręki najważniejszy argument, czyli kiepskie tłumaczenie tekstów, główną bolączkę polskich musicali... A muzyka i tak broni się sama. Z obsady najbardziej chyba wyróżnić należy Sebastiana Machalskiego w roli aspirującego polityka Ryszarda - jego "Help!" naprawdę przyprawiało o ciary. Błyszczy również Natalia Piotrowska w roli Stelli, i chociaż w kolejnym już spektaklu przypadła jej rola love interest głównego bohatera, to tym razem dostała znacznie więcej kawałków, w których mogła się popisać talentem aktorskim i wokalnym (chociażby Eleanor Rigby). Najmniej przypadł mi chyba do gustu Daniel Zawadzki jako dozorca Edek - aktorowi zabrakło trochę charyzmy, żeby wykreować postać groźnego bossa. 



Zadziwiająca jest za to rola Jakuba Wociala jako Peppera. To, że Wocial ma talent komediowy, było wiadomo już od momentu, w którym słowami "No hej" wyrywał Kubę Molędę w "Tańcu wampirów", ale tutaj mógł zabłysnąć w pełni. Co prawda kosztem piosenek i swojego głosu, ale zdecydowanie zrobił furorę wśród publiczności. Idąc dalej tropem "Tańca wampirów", jego bohater to taki trochę profesor Abronsius - kompletnie nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje i przypadkiem tylko unikający kolejnych prób sprzątnięcia go, ale ostatecznie osiągający swój cel. Zresztą, zdaje się że sam Jakub Wocial grał profesora Abronsiusa w niemieckich "Wampirach", więc zdobył niezbędne kwalifikacje do roli trzepniętego staruszka. Dość slapstikowy humor scen z Pepperem przecinany jest kilkoma sentymentalnymi momentami i spokojniejszymi numerami (Hey Jude), ale ani razu nie robi się jakoś szczególnie łzawo. Chociaż, jakby pomyśleć, mimo pogodnej wymowy, musical tak naprawdę opowiada o ludziach przejmująco samotnych, którzy ukojenia tej samotności szukają w miłości, narkotykach, polityce, czy... przewodniczeniu wspólnotą mieszkaniową. Równie dobrze można go też odczytać jako spektakl o walce o władzę, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a wroga... nikt tak naprawdę nie chce pokonać, bo wtedy zniknąłby łączący wszystkich cel. Oczywiście można też pominąć filozofowanie i drugie dno, a zamiast tego skupić się na muzyce Beatlesów ;)




Między piosenkami warto też zwrócić uwagę na kostiumy autorstwa Doroty Sabak - czarno-białe stylizacje z pierwszego aktu i rozbuchane kolorystycznie stroje z aktu drugiego spokojnie mogłyby być pokazane na "prawdziwym" pokazie mody i zrobić furorę. Trochę tu lat 60., a trochę... komedii dell'arte. Do tego idealnie dopełniają nastroje panujące w obu częściach spektaklu - od marazmu w kamienicy, poprzez smakowanie wolności na plaży po tętniącą emocjami atmosferę konkursu tanecznego.

Trudno uwierzyć, że na malutkiej scenie Teatru "Rampa" kolejny raz zmieściło się tyle spektakularnych numerów tanecznych i epickich wykonań nowych aranżacji znanych utworów, które znowu złożyły się na musical z prawdziwego zdarzenia. Może nie czułam na plecach takich ciar jak przy "Rapsodii z demonem", ale z całą pewnością miło spędziłam czas. Jeśli nie macie planów na jesienne wieczory, to na pewno warto zobaczyć, czy w "Rampie" zostały jeszcze jakieś bilety.

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek