Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym

1/26/2019

Z pieprzykiem!, czyli "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym


Film, na podstawie którego powstał musical "Kinky Boots" nie doczekał się nigdy premiery w Polsce, chociaż ostatnio pokazywała go bodajże TV Puls. Być może winę za kiepski odbiór ponosi polski tytuł, bo "Kozaczki z pieprzykiem" to coś, przy czym "Wirujący seks" brzmi całkiem sensownie. Dlatego chwała Teatrowi Dramatycznemu za to, że wystawiając musical, zachował oryginalny tytuł, inaczej każdy kupujący bilet w kasie doświadczałby ciarek żenady.



Historia, którą opowiada nam musical, może nam przypominać wiele innych podobnych historii, które widzieliśmy już w przynajmniej kilkunastu filmach pochodzących z Wysp. Mamy więc robotniczą Wielką Brytanię, podupadającą fabrykę, konieczność zdobycia kasy, a do tego nieprzystosowanego bohatera, który swoją barwną osobowością odróżnia się od szarego fabrycznego świata. No i POMYSŁ, na który wpada bohater, POMYSŁ, który zmieni życie całej społeczności i wokół którego kręci się cała akcja. Znamy to z "Goło i wesoło", Billy'ego Elliotta czy "Dziewczyn z kalendarza" (swoją drogą, wszystkie wymienione historie też doczekały się swoich musicalowych wersji). W "Kinky Boots" na POMYSŁ wpada Charlie Price, który właśnie odziedziczył po ojcu fabrykę obuwia tuż przed bankructwem. By ratować zakład i jego pracowników, Charlie postanawia wykorzystać niszę, której jeszcze nikt nie zauważył - rozpoczyna produkcję... butów na obcasach dla mężczyzn, a konkretnie dla drag queens.

Słowem, które jako pierwsze przyszło mi na myśl, gdy zastanawiałam się nad moimi odczuciami względem spektaklu, było "satysfakcja". I nie chodzi tylko o to, że zobaczyłam naprawdę świetny spektakl. Jeśli oglądaliście wspomniane wyżej brytyjskie komedie, to zapewne też na końcu doświadczyliście tego podnoszącego na duchu uczucia, gdy outsiderowi udało się osiągnąć swój cel i przy okazji... zagrać na nosie bezdusznemu systemowi. Którym może być zarówno rząd zamykający kolejne fabryki i skazujący tysiące na bezrobocie, jak i cała maczystowska kultura, która bezlitośnie traktuje wszelkie osoby odstające od normy.


W przypadku "Kinky Boots" tym outsiderem, barwną osobowością, która będzie ratowała przed upadkiem bankrutującą fabrykę obuwia, jest przebojowa, przegięta drag queen Lola, w którą w Teatrze Dramatycznym brawurowo wcielił się Krzysztof Szczepaniak. Po raz pierwszy miałam okazję widzieć go na scenie. No i wow. Szczepaniak to jeden z tych aktorów, którzy jak stanęli w kolejce po talent, to rozbili bank. Facet bosko śpiewa, ale musicalowe zdolności idą u niego w parze z doskonałą grą aktorską. To, jak płynnie przeskakuje od jednej płci do drugiej, od piosenki do monologu, od damskich ciuszków do męskiego garnituru, od śmiechu do łez, jest naprawdę godne podziwu. Jakby się zastanowić, to nawet po tym, jakby nie było, lekkim musicalu, nie dziwię się, że w kolejnym spektaklu Teatru Dramatycznego Szczepaniak wcieli się w rolę Hamleta. I jestem bardzo ciekawa, jak w niej wypadnie.


Z drugiej strony, taka barwna kreacja sprawia, że trochę gorzej zapamiętuje się całą resztę obsady. Ale chociaż wszystkie reflektory skierowane są na Lolę, to zarówno Mateusz Weber, jak i Łukasz Wójcik zasługują na uznanie - stworzyli postacie, których motywacje i marzenia jesteśmy w stanie zrozumieć. No i perfekcyjnie poruszają się w kozaczkach na ultra wysokim obcasie. Widać jednak, że mamy tu przede wszystkim do czynienia z aktorami dramatycznymi, nie musicalowymi. Świetnie wypada cała mówiona warstwa spektaklu i interakcje między postaciami, dialogi są zagrane tak, że śmiejemy się praktycznie od początku do końca, z przerwami na chwilę wzruszenia. Za to w piosenkach bywa już różnie. W ogóle z piosenkami mam kłopot - to chyba pierwszy musical, na którym byłam, gdzie zdecydowanie bardziej zapamiętałam dialogi niż słowa piosenek czy melodie. Trochę jak Wiedźmin w Gdyni - to rewelacyjny spektakl, ale pod względem musicalowym plasuje się jednak w tych średnich rejestrach. Nie znajdziemy tu wpadających w ucho hitów czy głębokich, zapadających w pamięć tekstów. Mimo to warto go zobaczyć - gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie wam z twarzy przez całe przedstawienie.
10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018

1/13/2019

10 razy wow #2, czyli najlepsze filmowe sceny 2018



Pod względem filmowym mój rok 2018 był u mnie nieco inny niż 2017 - trudno powiedzieć, czy zobaczyłam mniej czy więcej filmów, bo nie prowadziłam żadnych statystyk. Za to z całą pewnością odnotowałam zdecydowany skok jakościowy: po pierwsze zobaczyłam większość filmów nominowanych do Oscara, byłam na dwóch festiwalach filmowych, na jednej uroczystej premierze, a do tego zobaczyłam sporo filmów dziwnych, rzadkich i nieoczywistych dzięki udziałowi w wykładach "Film i historia" na UW. Niemniej nie pokuszę się o wskazanie najlepszych filmów 2018 roku - tysiące osób zrobiły to szybciej, lepiej bardziej wnikliwie. Wolę, wzorem zeszłego roku skupić się na tym, co najbardziej zostało mi w pamięci po filmach, które obejrzałam, to jest na pojedynczych scenach. Wybór jest ściśle subiektywny - to sceny, które wywołały we mnie jakieś emocje, co nie jest równoznaczne z ich wielką filmową wartością, ba, nawet nie muszą pochodzić z filmów, które mi się podobały. Za to są to sceny, które mnie rozśmieszyły, zasmuciły, przestraszyły, wzbudziły zachwyt, skłoniły do refleksji albo po których nie miałam pojęcia, jakie emocje właściwie we mnie wywołały, tak dużo ich było (patrz numer 1).

Spoilery. dużo.

10. Bohemian Rhapsody - Freddie mówi, że ma AIDS

Przy recenzji filmu, który podobał mi się raczej średnio, uprzedzałam, że mimo wszystko ta scena się tu znajdzie. Co prawda przy dramatyzmie "Tamtych dni tamtych nocy" przypomina raczej fragment kiczowatej szkolnej akademii, do tego jest zupełnie niezgodna z faktami, ale co ja poradzę, że z całego filmu to właśnie moment, gdy Freddie mówi kolegom, że ma AIDS, a oni starają się udawać, że są twardzi i wcale nie płaczą, zapamiętałam najbardziej. I co ja poradzę, że wzruszają mnie męskie łzy.

Niestety nie znalazłam jeszcze tej sceny w internetach (jedynie fragment nagrywany telefonem w kinie), więc na razie musi wystarczyć trailer.


9. Spiderman: Uniwersum - spotkanie z innymi pająkami

No dobra, ten film zapewne, gdy obejrzę go po raz drugi, stanie się jednym wielkim zbiorem ulubionych scen. Ale ten moment, w którym Miles Morales, Peter Parker i Gwen Stacy spotykają innych... Spider-ludzi w piwniczce u cioci May, to jest ten moment, w którym nagle zabawa staje się jeszcze lepsza i od tej pory czeka się na kolejne sceny jak na Gwiazdkę (nawet jeśli się nie jest wielkim znawcą komiksów Marvela). W ogóle - ten film to kwintesencja komiksowej wyobraźni, która pozwala na bycie kim się tylko chce i przeżywanie tych samych historii kolejny raz, ale trochę inaczej. Między radochą z oglądania poszczególnych scen warto parę razy schylić czoła przed twórcami, bo udało im się w półtorej godziny uchwycić ducha komiksu rozumianego jako sztuka lepiej niż którykolwiek film przed nim.


8. Ant-Man i Osa - scena w szkole

Za chwilę znowu pogrążymy się w zadumie, tragizmie i patosie, więc na rozluźnienie coś slapstickowego. Jedna z dwóch najzabawniejszych scen, jakie zobaczyłam w kinie w tym roku. Chociaż sam "Ant Man i Osa" po najnowszej odsłonie Avengersów był jak plasterek dla dzieci przyklejany na otwarte złamanie, to jednak zdecydowanie warto było go obejrzeć dla TEJ sceny (czy raczej formalnie sekwencji), w której główny bohater usiłuje odzyskać swój superbohaterski kostium ukryty w szkolnym plecaczku córeczki, a jego zapasowy strój... no cóż, nie działa zbyt dobrze.


7. 120 uderzeń serca - krew płynąca Sekwaną

Ten film przeszedł przez polskie ekrany nieco niezauważony, a naprawdę szkoda. Z jednej strony pokazuje sprawy przemilczane, czyli epidemię AIDS we Francji w latach 90., z drugiej - to jest jeden z tych filmów, które obejrzane w odpowiednim wieku robią z ciebie aktywistę i sprawiają, że wychodzisz na ulicę, by wykrzyczeć własne zdanie. Zwłaszcza dwie sceny z filmu zapadły mi w pamięć - pierwszy to wizja umierającego bohatera z krwią płynącą wodami Sekwany, druga - scena nocnej manifestacji, gdy nagle wszyscy aktywiści kładą się na ulicy i leżą, w milczeniu, licząc, że ktoś zwróci na nich uwagę. W kontekście całego filmu, którego inną ważną sceną jest kolorowa, radosna parada Pride w Paryżu, ta przejmująca cisza robi niesamowite wrażenie.

Szukałam klipów po polsku, angielsku i francusku, ale widocznie kiepsko szukałam, więc zostawiam trailer z fragmentem jednej ze wspomnianych scen.



6. Tamte dni, tamte noce - końcówka

Oglądałam ten film w nieoczekiwanie cudownym towarzystwie rozchichotanych nastolatek, które widziały go już co najmniej kilka razy, więc sama, obserwując uczucie rozwijające się na ekranie między Elio i Oliverem czułam się trochę jak podczas oglądania shonen-ai na studiach. Jest w tym filmie taka cudowna lekkość, młodość, wakacyjność, a jeśli weźmie się pod uwagę, że mamy na tapecie romans homoseksualny, brak jest zupełnie tej opresyjności i tragizmu towarzyszących tym motywom we współczesnych filmach. Przez to zupełnie inny tragizm, który spada na bohatera pod koniec sprawia, że mamy do czynienia z jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących scen mijającego roku - tym smutniejszą, że łatwą do przeoczenia, bo rozgrywającą się... na napisach końcowych. Rodzice krzątają się wokół swojego codziennego życia, a widzowie zbierają się do wyjścia, gdy tymczasem bohater przeżywa największą tragedię swojego nastoletniego życia.



5. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - scena w łazience

Ogólnie ten film miał wiele scen, które pewnie za parę lat będą kultowe i scen, które z powodu czy to swojej wizualności, czy perfekcyjnych dialogów będą analizowane na warsztatach dla scenarzystów i reżyserów: wizyta u dentysty, podpalenie posterunku, wszelkie rozmowy Frances McDormand z Woodym Harrelsonem. Mnie z kolei zapadła w pamięć taka z jednej strony dość niepozorna scena, z drugiej - scena, w której nagle wszystkie trybiki wskakują na swoje miejsce. Rzecz jasna, bez kontekstu ta scena zupełnie nie ma sensu - to scena, w której Dixon (Sam Rockwell), chyba najbardziej odrażający bohater, jaki w tym roku pojawił się na ekranach, w końcu w swój własny pokrętny sposób robi coś dobrego. Skatowany przez bandziorów, których zaczepił w barze, wraca do domu, gdzie czeka na niego bezwarunkowo kochająca matka i... co zrobi, pyta widz? Tutaj okazuje się, że cała ta bezsensowna bójka w barze była po to, by przynieść pod paznokciami materiał DNA domniemanego sprawcy. Mój wewnętrzny scenarzysta krzyknął wtedy głośno YES!



4. Ja, Tonya - scena z lustrem

W natłoku Oscarowych recenzji nie zdążyłam zrecenzować tego filmu, a trochę szkoda, bo po dłuższym czasie doceniam go coraz bardziej i trochę żałuję, że w tym właśnie stylu - trochę szalonym, trochę naturalistycznym, trochę mockumentarnym, a przede wszystkim "jakimś" - nie poszło "Bohemian Rhapsody". Skoro niepokorna łyżwiarka Tonya Harding zasłużyła na taką biografię, to Freddie Mercury tym bardziej. A propos, przy oglądaniu tej sceny, będącej wielką metaforą tego, co się dzieje pod makijażami i kostiumami pięknych łyżwiarek figurowych, aż chce się zaśpiewać fragment z "Show must go on": Inside my heart is breaking / My make-up may be faking, but my smile / Still stays on...




3. Narodziny gwiazdy - "Shallow"

Nie będę oryginalna - sam film nie zapisze się może złotymi zgłoskami w annałach kinematografii, a Bradley Cooper trochę za bardzo stara się mówić niskim głosem i z akcentem, ale ta scena koncertu, gdy Ally (Lady Gaga) po raz pierwszy wychodzi na scenę i następują tytułowe "narodziny gwiazdy" przyprawiła mnie o ciary. Niestety, na Youtubie nie ma pełnej wersji, więc musi wystarczyć klip, ale kto oglądał, ten wie. Na dużym ekranie ten film robi zdecydowanie większe wrażenie, więc póki jeszcze możecie - pędźcie do kina.


2. Disaster Artist - Oh, hi Mark

Jak wspomniałam przy okazji recenzji, gdy się pracuje m.in. przy paradokumentach, to "The Room" postrzega się z nieco innej perspektywy. A ta scena to nie film - to życie. I nie przesadzam, autentycznie byłam świadkiem na planie, gdy po tym, jak jeden z odtwórców W KOŃCU prawidłowo wypowiedział kwestię, ludzie skakali do góry z radości. Ta scena jest dla mnie nie mniej kultowa niż kultowy oryginał z Tommym Wisseau.


1. Avengers: Infinity War - ta scena, w której oni znikają

Panie Stark, nie czuję się za dobrze - to zdanie chyba najlepiej podsumowuje odczucia większości widzów, którzy po przedpremierowym pokazie "Infinity War" siedzieli na kinowych fotelach, czekali na scenę po napisach i zastanawiali się, co się tutaj właśnie, panie Stark, wydarzyło. Nawet mnie, niewiernego Tomasza, który twierdził, że "no ale teraz to te filmy Marvela to są już takie sobie, panie tego", wcisnął w fotel.

"Avengersi" jak dla mnie powinni zgarnąć chociaż jedną nagrodę za scenariusz. Film po pierwsze w niezwykle przemyślany sposób odwraca standardową, ograną strukturę "Podróży bohatera" i każe ją odbyć antagoniście, a po drugie - w jasny, świetnie skomponowany sposób łączy stylistyki różnych filmów superbohaterskich, które pojawiły się do tej pory w uniwersum Marvela. A zwieńczeniem tej podróży jest jedno zaciśnięcie pięści i losowe unicestwienie połowy postaci. I niby wiemy, że hej, to tylko komiks, że niektórzy już mają swoje sequele, więc muszą zmartwychwstać w kolejnej cześci, ale i tak moment, w którym Peter Parker przytula się do bezradnego Tony'ego, robi z serca naleśnik.


A jakie sceny Wam zostały w pamięci po roku 2019?
Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku

1/07/2019

Te wszystkie wpisy, których nie napisałam, czyli podsumowanie 2018 roku



Witajcie w 2019! Poprzedni rok był dla mnie naprawdę męczący, a aktywność na blogu co chwila zamierała, dlatego bardzo się cieszę, że wciąż są osoby, które czytają i komentują :) A tak bardzo chciałabym pisać więceji! Na wszystkich blogach królują teraz podsumowania, u mnie też będzie, ale trochę inne, bo - nie oszukujmy się - w porównaniu z rasowymi blogerami popkulturalnymi to zrobiłam naprawdę niewiele. Zajrzałam zatem w notesik z pomysłami na wpisy i ułożyła się z tego całkiem ciekawa lista rzeczy, o których chciałam Wam opowiedzieć i napisać sążnistego posta, ale z braku czasu (bo praca, bo przeprowadzka, bo wyjazd, bo ogólna niechęć do pisania) jakoś się nie złożyło.

Filmy

Gdybym więc miała trochę więcej pisać o filmach, to pewnie napisałabym, że w tym roku zawiodła mnie "Czarna Pantera" (mimo jej niezaprzeczalnego znaczenia społeczno-socjologicznego) i udowodniałabym swoją tezę, że filmy Marvela już się jednak skończyły, prawda. Dzięki temu, że tego wpisu nie napisałam, miałam nieco mniej do odszczekiwania przy "Avengers: Infinity War". Napisałabym też o jedynym filmie, na którym w tym roku autentycznie płakałam jak bóbr, czyli "Coco" (co prawda nadal mi szkoda, że wygrał z "Twój Vincent", no ale...). Pół maja przymierzałam się też do wnikliwej analizy "120 uderzeń serca", ale zdecydowanie był to jeden z tych filmów, które w tym roku zapamiętałam. Ponieważ zaś jeden z projektów ruszył mi równo z Warszawskim Festiwalem Filmowym, to nie opisałam żadnego z filmów, na jakich byłam, czyli "Bamboo Dogs" (ciemno, gadają i nie wiadomo o co chodzi) i "Wielki mistyczny cyrk" (czyli Dawid Ogrodnik w Brazylii ;)). Za to może jeszcze napiszę coś niecoś o ostatnich filmach, jakie widziałam w roku, czyli "Aquaman" i "Spiderman: Uniwersum" (jakie to było dobre!).



Bardzo chciałam też napisać o tym, jakie emocje towarzyszyły mi podczas tegorocznego konkursu Script Pro, w którym nieoczekiwanie pojawiłam się jako jedna z finalistów, co - zważywszy na to, że dopiero raczkuję w scenariuszowym świecie - mnie zaskoczyło. W każdym razie nagroda, którą dostałam, utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, rzucając stabilną pracę w wydawnictwie na rzecz mrocznych otchłani scenariopisarstwa ;) Do tego już wkrótce w telewizorach będzie można śledzić pisane przeze mnie odcinki jednego z polskich seriali ;) Trzymajcie kciuki.

Seriale

Skoro o serialach mowa, to prawie wcale o nich nie pisałam - zazwyczaj śledziłam starsze produkcje, zazwyczaj z doskoku. Chociaż dla odprężenia obejrzałam ich trochę - zakochałam się w "Brooklyn 99", a "Orange is the New Black" udowodniło mi, że jednak lubię produkcje z przewagą żeńskiej obsady. Zirytował mnie "Dark", przez kompletny brak relacji między postaciami. Nową guilty pleasure na krótki czas stał się "Lucyfer". Nie dobrnęłam też (jeszcze) do końca "Ślepnąc od świateł", "1983" i "Westworld" i to były te trzy seriale, które w tym roku najbardziej mnie znudziły.



Gdy tylko postanowiłam pojechać na wakacje, ominął mnie jeden z największych tegorocznych shitstormów w internetach, czyli słynna Cirigate. No cóż, Ciri ostatecznie jest biała, a ja swoje przemyślenia na ten temat chętnie wykorzystam przy którymś z przyszłych wpisów.

Muzyka

Nie napisałam też nic o koncercie Rolling Stones w Warszawie - a szkoda, bo bawiłam się naprawdę rewelacyjnie, a Mick Jagger, który jest za stary, żeby być sędzią, pokazał, co to znaczy stary dobry rock.

Książki

Zdecydowanie w tym roku na blogu miałam więcej do powiedzenia na temat książek niż filmów, chyba nigdy nie było tu aż tylu wpisów książkowych i okołoksiążkowych, co może nie jest dobre pod względem marketingowym, ale pod tym względem chyba nic nie robię dobrze ;) Do tego ukazały się całe trzy książki, które redagowałam (niekoniecznie w tym roku), wszystkie w tłumaczeniu najlepszego tłumacza, z jakim miałam okazję pracować, czyli Rafała Lisowskiego. Udało mi się napisać o jednej, czyli "Wtyczce", ale polecam też "Rewolwer" tego samego autora. Trzy splatające się ze sobą historie, rozgrywające się wokół zamieszek na tle rasowym w Filadelfii. Wciągający kryminał z bardzo wzruszającym (przynajmniej mnie) zakończeniem. Niestety, jakoś nie zdarzyła mi się w tym roku książka, którą mogłabym określić jako "książkę roku".

Teatr

Teatralnie to raczej mam powody do wstydu - byłam w tym roku na całych dwóch spektaklach... Za to jeden okazał się prawdziwą petardą. Na "Kinky Boots" w Teatrze Dramatycznym idźcie w ciemno, bo to naprawdę dobry musical jest, a jako że gra w nim Krzysztof Szczepaniak, to powinniście iść jeszcze bardziej. Co tu jeszcze robicie?

Nie napisałam też ani słowa o musicalu, który poznałam w tym roku jedynie z płyty i klipów w internecie, ale zdecydowanie zawojował moje serce - mowa o "Come from away", który chcę teraz zobaczyć równie mocno jak Hamiltona. Wzruszyłam się, zaledwie słuchając muzyki. A "Me and the sky" to chyba najczęściej słuchana przeze mnie w tym roku piosenka. Piosenka, która jest lepsza niż cały musical "Piloci" razem wzięty ;)



Blogi

Tradycja "karnawałów blogowych", popularna, gdy zaczynałam pisać kilka lat temu, chyba już obumarła, ale w tym roku trafiłam na kilka naprawdę fajnych blogów, do których linkami warto się podzielić:

Pikantna sztuka - abolutnie przeuroczy blog o erotyzmie w malarstwie. Jeśli chcecie bezkarnie pogapić się na cycki dowiedzieć się więcej o sztuce w tym kontekście, to zdecydowanie warto tam zajrzeć. Znajdziecie tam wpisy o najsłynniejszych muzach malarzy, o dawnej obyczajowości - ja polecam zwłaszcza tekst o kobietach Picassa.

Skursywieni - czyli "Dużo hejtu, kręcenia nosem i patologicznych relacji z pewnymi wydawnictwami. Totalnie się Wam spodoba.". Nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z autorką (może dlatego, że też kończyłam polonistykę ;)), to jej wpisy czyta się z prawdziwą przyjemnością i - w odróżnieniu od większości blogów książkowych - nie są wyłącznie recenzjami, a nawet jeśli są, to zachęcają do dyskusji. Można się też z nich dowiedzieć ciekawych rzeczy - o, na przykład czego można nauczyć się dzięki z książkom i jak ważne są banany.

Niekulturalnie.pl - czyli kolejny blog książkowy, na który wpadam nie tylko po recenzje nowości, ale też po ciekawe wpisy okołoksiążkowe. Jako że wieeele lat spędziłam w dziale promocji wydawnictwa, to wpis o niewydarzonych współpracach recenzenckich bardzo przypadł mi do gustu (może dlatego, że nie jest o mnie, hehe)

Rude okulary - jeden z sympatyczniejszych blogów popkulturalnych, na które ostatnio trafiłam. Zdaje się, że przez wpis o nostalgii, ale głowy nie dam :)

Minnie Kryminalistka - kryminalistyka i popkultura, czyli coś w sam raz dla mnie. Widać, że autorka zna te tematy "od środka". Właściwie każdy wpis to źródło wiedzy, a dla scenarzysty prawdziwa kopalnia pomysłów ;) Najsłynniejsi zbrodniarze, techniki kryminalistyczne, a od czasu do czasu recenzje kryminałów z nieco innej perspektywy. Trudno mi polecić jeden wpis, ale może ten o tym Kim jest psychopata?

Oczywiście powyższa lista nie ma na celu mnie zdołować i przypomnieć o zmarnowanym czasie - raczej pokazać, że mimo tego, że na początku 2019 padam na nos, coś tam fajnego przeżyłam (a to, co opisałam i chciałam opisać, to tylko ułamek tego, co się w moim życiu wydarzyło, co widziałam i słyszałam). I jeszcze tylko znaleźć czas i motywację do pisania i już będzie super ;)

Instagram

Copyright © 2017 Bajkonurek